Jak społeczności tworzą wideo, a wideo tworzy społeczności

Przeczytasz w 5 minut Socjologia internetu
Autor 12 maja 2016

Krótką historię konsumpcji treści w internecie można zacząć słynnym zdaniem – Na początku było słowo. A nawet więcej słów, bo całe bloki tekstu. Po słowie była grafika, która niewątpliwie nosiła miano rewolucji, ale nie tak wielkiej jak to, co pojawiło się po niej – wideo.  

Od jakiegoś czasu z każdej strony uderza w nas informacja, że multimedia mają przewagę nad innymi formami treści. Zamiast czytać, wolimy obejrzeć. Z czego to wynika, co sprawia, że wideo jest tak popularne? O podpowiedź poprosiłam Artura Kurasińskiego – blogera, vlogera, startupowca i pomysłodawcę aplikacji MUSE, służącej do analityki na YouTube.

Popularność wideo wynika z prostej konsekwencjimówi Artur i podaje 4 powody składające się w obraz problemu. Nie tylko lenistwo i znudzenie odbiorców tradycyjnym formami treści spowodowało, że niewątpliwie żyjemy w epoce multimediów. Staliśmy się obojętni na bannery reklamowe, a liczba zainstalowanych AdBlocków powoduje, że reklamodawcy znajdują inne rozwiązania, aby nam te reklamy, mówiąc wprost, przemycić do zwykłej treści. A to właśnie umożliwia im wideo.

Mobile ponad wszystko

Wideo jako skuteczna forma mniej inwazyjnej reklamy to jedna strona medalu, ale nie zapominajmy o wpływie społeczności. Za swoją popularność powinno podziękować się urządzeniom mobilnym i serwisom społecznościowym, a w szczególności nam – ich wiernym użytkownikom. Wideo na kilkucalowym ekranie jest przyjemniejsze w odbiorze, niż kilka akapitów tekstu, a przy tym łatwiej go udostępnić i w efekcie łatwiej zaangażować użytkowników.

Artur Kurasinski dla WE the CROWD

Nie ma obecnie serwisu społecznościowego, który by nie umożliwiał nagrywania, publikowania lub transmitowania wideo. Każdy chce wskoczyć na falę. Nie każdy jednak zasługuje na miano króla, bo w przypadku społecznościowego wideo, królów jest… aż trzech.

YouTube

Youtube

Najbardziej znane na świecie social medium agregujące treści wideo zarejestrowano 14 lutego 2005 przez Chada Hurleya, Steve’a Chena i Jaweda Karima, a pierwsze wideo pojawiło się na nim niespełna kilka tygodni później. Założenia i doskonałe wyczucie czasu związane ze startem spowodowało, że dwa lata później, w październiku 2006, serwisem zainteresował się sam Google, kupując go za kwotę 1,85 miliarda dolarów, co było wtedy największą transakcją internetowego potentata i jest w jego rękach po dziś dzień. Historia zmian i ulepszeń serwisu jest długa, ale można ją podsumować jednym zdaniem – YouTube rewolucjonizując samego siebie, zrewolucjonizował cały rynek wideo.

time

W 2006 roku Człowiekiem Roku Magazynu Time zostałeś Ty, jako członek społeczności internetowej. W tym tytule specjalnie wyróżniony został YouTube, który razem z Wikiepedią i serwisem MySpace otrzymał status wzorowej społeczności.

Od amatorskich filmików po status internetowej telewizji

YouTube od samego początku był otwarty na amatorską twórczość, przechowując na swoich serwerach miliony niezgrabnie nakręconych i zmontowanych filmików od użytkowników. Z biegiem czasu i wzrostem dostępności narzędzi, materiały przesyłane na platformę stawały się coraz bardziej profesjonalne, jednak to właśnie otwarcie na amatorów przyniosło oczekiwane rezultaty. Konkurencyjne, powstałe w tym samym roku Vimeo, od początku działalności było nastawione na wysoką jakość przesyłanych materiałów, a takich rezultatów użytkownicy nie mogli osiągnąć w domowych warunkach.

5 najpopularniejszych kanałów  na YouTube (pod względem ilości subskrybentów):

  1. PewDiePie – 43 miliony subskrypcji
  2. HolaSoyGerman – 27 milionów subskrypcji
  3. Smosh – 22 miliony subskrypcji
  4. elrubiusOMG – 18 milionów subskrypcji
  5. VanossGaming – 17 milionów subskrypcji

Obecnie, oprócz autorskich filmów użytkowników, na YouTubie znajdują się oficjalne materiały reklamowe i płatne kanały, będące źródłem dochodu dla autorów (i dużych korporacji), a także relacje na żywo z eventów z całego świata. To wszystko sprawia, że YouTube można nazwać substytutem telewizji… lub telewizją nowej, cyfrowej epoki.

Najpopularniejsze wideo w historii YouTube zawdzięczamy nie sile społeczności a… sztabowi marketerów stojących za jego sukcesem.

twitch WE the CROWD

Twitch

W 2007 roku Justin Kan wraz z Emmettem Shearem, Kylem Vogtem i Michaelem Seibelem stworzyli serwis Justin.tv, którego głównym przeznaczeniem było nadawanie na żywo obrazu z własnej kamerki internetowej. Wśród wielu dostępnych kategorii najpopularniejszy był gaming. W czerwcu 2011 twórcy postanowili skupić się wyłącznie na nim. Tak właśnie powstał Twitch.tv – największa na świecie społecznościowa platforma z wideo contentem od graczy dla graczy.

Ten specyficzny serwis i społeczność gromadzi wokół siebie graczy z całego globu. Główną aktywnością użytkowników jest strumieniowanie swojej rozgrywki w czasie rzeczywistym. Serwis jest dostępny na wszystkich platformach, zarówno mobilnych, desktopowych, jak i na konsolach. W sierpniu 2014 roku Twitch został kupiony przez Amazon za kwotę prawie miliarda dolarów wyprzedzając, również zainteresowanego portalem, Google.

5 najpopularniejszych kanałów na Twitch.tv (pod względem ilości subskrybentów):

  1. Syndicate – 2,4 milionów subskrypcji
  2. Riot Games – 2,2 milionów subskrypcji
  3. ESL_CSGO – 1,4 miliona subskrypcji
  4. summit1g – 1,3 miliona subskrypcji
  5. LIRIK – 1,3 miliona subskrypcji

Od zera do milionera

Zarabiać na Twitchu, jak i na innych platformach wideo, można na wiele sposobów – dzięki reklamom, bezpośredniemu wsparciu widzów lub płatnym subskrypcjom. Jednak to właśnie Twitch niesie za sobą największe legendy dotyczące zarobków. Już kilkaset subskrypcji (każda po 4,99$, z której połowa trafia na konto streamera) wystarcza, aby móc wpisać sobie w rubryczce zawód: gracz. Rekordziści mają ich powyżej miliona (patrz tabelka), dlatego zarabianie na Twitchu można uznać za jeden z przyjemniejszych sposobów na życie. Jest tylko jeden haczyk – trzeba być w tym naprawdę dobrym.

Jak zarabiać na Twitch.tv?

  1. Reklamy – Podstawowa forma zarabiania na portalu. Publikując reklamy można zarobić 3,5$ za 1000 wyświetleń.
  2. Donacje – Darowizna, zależna jedynie od chęci oglądających. Na konto streamera trafia praktycznie 100% wpłaconej sumy.
  3. Subskrypcje – Płatne subskrypcje to opcja zarezerwowana dla partnerów portalu. Koszt subskrypcji to 4,99$, z której połowa trafia na konto streamera.

Twitch jest czwartym co do wielkości źródłem ruchu internetowego w USA. Wyprzedza go tylko Netflix, Google i Apple. Niezależnie od kraju, statystycznym użytkownikiem Twitch.tv jest mężczyzna między 18 a 34 rokiem życia. Z danych za kwiecień 2016 wynika, że liczba kobiet korzystających z serwisu wynosi w Polsce 7%, co i tak jest wyższym wynikiem, niż w USA (6%). Do najczęściej streamowanych gier należą League of Legends, Counter Strike: Global Offensive, Dota 2, HearthStone: Heroes of WarCraft oraz Minecraft.

periscope WE the CROWD

Periscope

Periscope to nie do końca serwis, a jednak social medium. To aplikacja na platformy mobilne, pozwalająca na nadawanie obrazu na żywo. Na jej pomysł wpadli Kayvon Beykpour i Joe Bernstein podczas zagranicznej podróży w roku 2013. Beykpour znajdował się w Stambule podczas wybuchu protestów na placu Taksim. Chcąc zobaczyć, co się tam dzieje, poprosił użytkowników Twittera o relacje i choć mógł je przeczytać – nie mógł nic zobaczyć. W lutym 2014 roku Beykpour i Bernstein założyli firmę pod nazwą Bounty, ale aplikacja została nabyta przez Twittera… jeszcze przed wejściem na rynek!

Wszystko w czasie rzeczywistym

Nasze życie biegnie tak szybko, że nie zawsze mamy czas patrzeć w przeszłość. O tym, jak ważne i wciągające są działania real-time w internecie pisałam w jednym z  z poprzednich tekstów. Jednak Periscope idzie krok dalej. To rewolucja nie tylko w marketingu, ale i w życiu społecznym. Teraz każdy z nas, kto znajdzie się we właściwym miejscu i czasie, może zostać źródłem informacji dla ludzi z całego świata. Obraz nadawany na żywo można oglądać bezpośrednio z aplikacji lub za pośrednictwem Twittera. Również z komputera.

Powiedzieć tylko tyle, to powiedzieć nic…

Przedstawione przeze mnie narzędzia to zarys i wstęp do tematu. Wideo otacza nas z każdej strony, a jego znaczenie i możliwości ciągle wzrastają. W drugiej części artykułu, która ukaże się za miesiąc, przyjrzę się bliżej tym, których tutaj specjalnie pominęłam – Instagramowi, Snapchatowi, Facebookowi, Vine. Postawię pytanie, jaki mają wpływ nie tylko na społeczeństwo, ale także na otaczającą nas rzeczywistość.

Przejrzyj inne artykuły z grupy:

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    LinkedIn – social medium dla inwestorów czy użytkowników?

    Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
    Autor 4 maja 2016

    Społeczność albo zyskowność, nie jedno i drugie – to jest wybór, przed którym stoi największy serwis społecznościowy dla profesjonalistów. Póki co, wybierali to drugie i nadal są numerem jeden. Czy tak będzie nadal?

    Okiem specjalisty

    Nie tyle zbierając materiały do tekstu, ile robiąc sobie od tego przerwę, natknąłem się przypadkiem na tweeta znajomego, który relacjonował, co dzieje się na dużej konferencji HR-owej. Wpis dotyczył wystąpienia zatytułowanego (mniej więcej) “Kto uratuje LinkedIn przed nim samym?” (ubiegli mnie z tym tytułem). Okazja była zbyt dobra żeby ją zmarnować. Napisałem do znajomego z prośbą o więcej szczegółów.

    “No cóż” – padła odpowiedź – “na pewno LinkedIn ma się czego obawiać ze strony mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych serwisów, dedykowanych lekarzom, programistom czy grafikom”. To wiemy nie od dziś. Już rok temu taką diagnozę stawiało “WIRED”. “Mówi się też o chybionych inwestycjach. LinkedIn ładuje setki milionów w startupy, które niewiele robią, aby podnosić atrakcyjność samej platformy, zwłaszcza dla rekruterów”. Przyznaję, prelegent był oczytany – tym razem powtarzał obserwację “The Wall Street Journal”. Do trzech razy sztuka. “Coś jeszcze?” – rzuciłem na koniec. Pointa nie rozczarowała: “chyba tylko tyle, że LinkedIn musi się w końcu skupić na oczekiwaniach użytkowników, a nie inwestorów”. Wiedziałem już, że mam tytuł.

    Okiem inwestora

    Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale większość z nas nigdy nie dowie się, jak to jest stracić 10 miliardów dolarów w jeden dzień. Nie milionów. Miliardów. Wiedzą o tym, aż zbyt dobrze, właściciele serwisu LinkedIn. W Piątek, 23 lutego, wartość akcji największej społecznościowej platformy zawodowej spadła o 43%. Firma na długi czas straciła zaufanie domów inwestycyjnych i ekspertów giełdowych. Tego rodzaju cios musi boleć szczególnie, gdy mówimy o marce, która była gotowa na wszystko, aby dowieźć wyniki finansowe, uspokoić ekspertów i zadowolić inwestorów. LinkedIn działał na granicy prawa i poza prawem. W październiku ubiegłego roku zapłacił 13 milionów dolarów kary za wysyłanie maili z kont swoich użytkowników bez ich wiedzy i zgody. Akcja była nakierowana na nowych użytkowników, rzekomo “zapraszanych” do społeczności serwisu przez dotychczasowych. Wtedy chodziło o wykazanie, że dynamika przyrostu kont wzrasta. Dziś LinkedIn nie poszedłby pewnie aż tak daleko, co nie znaczy, że zupełnie zrezygnował ze złych praktyk określanych jako “dark patterns”.

    dark patterns linkedin

    Normalnie, gdy widzimy jakąś uciążliwość w korzystaniu ze strony internetowej przypisujemy to nieudolności, nieuwadze czy lenistwu programistów. Dark pattern odnosi się do rozmyślnych “błędów” w designie zamierzających do wymuszenia na nas: kupienia wersji premium, przekazania danych, których wcale nie chcemy ujawniać, przedłużenia umowy bez wiedzy, że na to się piszemy.

    Cóż, akcjonariusze może machnęliby ręką na te utopione 13 milionów. Gorzej znieśli zapewne stratę (co najmniej) 175 milionów dolarów zainwestowanych w uśmierconą niedawno usługę Lead Accelerator, pozyskaną wraz z wykupieniem obiecującego startupu: Bizo. Nie była to pierwsza chybiona inwestycja. Wcześniej LinkedIn pożegnał Cardmunch, Rapportive, Connected, InMaps oraz Bright. Czy najnowsze nabytki: narzędzie rekrutacyjne Connecitifer (kiedyś nazywany “nowym LinkedInem”) oraz platforma edukacyjna Lynda.com (kupiona za 1,5 miliarda dolarów) spiszą się lepiej? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne: LinkedIn nie jest już zainteresowany inwestowaniem w swój serwis. Woli przeznaczyć te środki na to, aby wykupić i unieszkodliwić konkurencję zanim stanie się groźna. Mnie jednak bardziej niepokoi to, że pozycja monopolisty umożliwia serwisowi równie obcesowe obchodzenie się ze swoją społecznością.

    LinkedIn nie jest już zainteresowany inwestowaniem w swój serwis. Woli przeznaczyć środki na to, aby wykupić i unieszkodliwić konkurencję zanim stanie się groźna.

    Okiem użytkownika

    Swego czasu mocno wciągnęła mnie książka Exponential Organizations Salima Ismaila. Naczelna obserwacja w niej zawarta mogłaby służyć za motto dla tego tekstu:

    Ilekroć staniesz przed wyborem: społeczność czy zyskowność – wybierz to pierwsze.

    Uzasadnienie jest proste: prowadząc społecznościowy biznes i wybierając krótkoterminową korzyść ponad długofalową relację z użytkownikami, podcinasz gałąź, na której siedzisz. Obawiam się, że właśnie to robi LinkedIn.

    Redagując tę sekcję, postanowiłem oprzeć się na czymś więcej niż własnych doświadczeniach. Zwróciłem się do znajomych oraz osób udzielających się na grupie Usability PL z pytaniem, jak oni oceniają wygodę korzystania z LinkedIn. Lista skarg, problemów i zażaleń był długa:

    • większość, nawet prostych działań, wymaga przejścia dwóch albo trzech ekranów;
    • wiele spośród istotnych funkcji lub informacji jest niepotrzebnie schowana, np. lista kontaktów użytkownika, tj. główny powód dla którego dołączył do LinkedIn;
    • nadmiar aktualizacji osób i firm, których nie znamy, kosztem wpisów znajomych;
    • nacisk na nieznajomych ma biznesowy wymiar. Więcej przestrzeni pozostaje na treści sprzedażowe i PR-owskie, mniej na dobry content;
    • nie można zapoznać się ze statusami wybranej osoby na dłuższej przestrzeni czasu;
    • wyłączenie LinkedIn Signal uniemożliwia łatwe wyszukiwanie statusów. Zamiast tego wprowadzono niewygodny Advanced Search, który aby działał skutecznie wymaga wersji płatnej, zbiera o nas dużo danych by spamować reklamami, a i tak nie oferuje prostej funkcji znalezienia pojedynczego statusu;
    • aby dostawać comiesięczną fakturę na mail, trzeba wydać na LinkedIn co najmniej 3000 dolarów przez dwa miesiące z rzędu, inaczej faktury trzeba pobierać ręcznie (via “ustawienia prywatności!”) w ramach niezwykle niewygodnego interfejsu;
    • nie można dołączyć do niektórych grup, choć są widoczne, bo serwis zażąda przejścia na wersję premium;
    • aby publikować teksty na platformie blogowej Pulse trzeba… zmienić język na angielski;
    • polityka “haczyków i drobnego druku” – wszystkie darmowe usługi są w istocie płatne.

    Szef UI designu LinkedIn powiedział w jednym z wywiadów, że budzi się i kładzie spać myśląc o interfejsie i funkcjonalności platformy. Wierzę mu. Problem polega na tym, że cały jego wysiłek idzie w zwiększanie korzyści, jakie platforma czerpie z użytkownika, a nie jakie użytkownik może czerpać z platformy.

    Chłodnym okiem

    Po chwili zastanowienia przychodzi mi na myśl inny pomysł na motto: “kto bogatemu zabroni?”. Wbrew pozorom przyszłość LinkedIn nie jest bowiem zagrożona. Sukces tej platformy został zbudowany na zbyt solidnych podstawach, aby podzielił los BranchOut czy BeKnown. Społeczność tego serwisu to nadal blisko pół miliarda ludzi w 200 krajach. Roczny przyrost użytkowników wynosi 19%. LinkedIn pozostaje niezbędnym narzędziem pracy korporacyjnego rekrutera i agencyjnych headhunterów. Lokalni konkurenci są zbyt mali, aby rzucić mu globalne wyzwanie, a serwisy stricte branżowe nie mają tego samego potencjału networkingowego, ani sprzedażowego. Póki co, nawet sfrustrowany użytkownik musi pozostać lojalny.

    Prawda jest zatem taka, że nieszybko doczekamy się rywala, który stanowiłby realne wyzwanie dla obecnego hegemona. To źle dla branży i dla społeczności profesjonalistów, którzy zasługują na bardziej praktyczne i bardziej przyjazne narzędzie. LinkedIn sam z siebie się nie zmieni. A to oznacza, że jeszcze długo aktualizacja profilu w tym serwisie będzie najpewniejszym znakiem tego, że znajomy szuka nowej pracy.


    Za pomoc w opracowaniu tego tekstu szczególnie dziękuję Kasi Borowicz oraz wszystkim tym, którzy zaangażowali się w wymianę myśli i doświadczeń na Usability PL oraz innych grupach dyskusyjnych.

    Przejrzyj inne artykuły z grupy:

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      hitRECord – medialna wytwórnia społecznościowa

      Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing Socjologia internetu
      Autor 26 kwietnia 2016

      Wyobraźcie sobie wytwórnię, w której artystą jest cała społeczność. Wytwórnię open source, gdzie każde dzieło – film, książka, piosenka – powstaje w wyniku otwartej współpracy nawet kilku tysięcy twórców. Umiejętności są tu drugorzędne, liczy się pomysłowość, idea i chęć współdziałania. To właśnie hitRECord.

      HitRecordZnacie Josepha Gordona-Levitta (JGL), prawda? Tak, tego utalentowanego aktora, którego za pierwszym razem mogliście pomylić z Heathem Ledgerem. Facet jest wszechstronnie uzdolniony i od lat szuka szerszych niż tylko aktorstwo możliwości artystycznej ekspresji. JGL w 2005 roku założył ze swoim bratem, Danem, niepozorną stronkę internetową, która miała pomóc pozyskać feedback społeczności do publikowanych przez nich filmów. Niedługo później panowie umożliwili fanom tworzenie recenzji, a nawet remiksowanie ich obrazów, stopniowo przeobrażając mały portal w social medium.

      Rok 2010 i Sundance Film Festival to oficjalne narodziny hitRECord. Na fali rosnącej popularności własnego nazwiska, JGL zaprezentował nową odsłonę witryny i zaprosił publiczność do współtworzenia za jej pośrednictwem produkcji multimedialnych. Kilka miesięcy później aktor wypłacił współtwórcom 50 tys. $ wynagrodzenia, bo część powstałych kolektywnym wysiłkiem dzieł udało się z powodzeniem skomercjalizować. hitRECord zaczęło tętnić życiem. Dziś społeczność liczy ponad 300 tys. artystów, którym wypłacono łącznie 2 mln $ (dane z początku 2016 roku).

      Jesteśmy wytwórnią nowego typu. Tworzymy różne formy mediów – od filmów krótkometrażowych, przez książki, nagrania muzyczne, seriale TV, po aplikacje mobilne i platformy.

      “The point is to make things together”

      hitRECord to zabawa w crowdsourcing i co-creation. Jedna osoba tworzy szkic koncepcji, rzucając reszcie artystyczne wyzwanie i zachęcając do współpracy. Każdy projekt jest publiczny, a jego kolektywne modyfikowanie i ulepszanie jest nie tylko dozwolone, a wręcz wskazane.

      Proces powstawania projektu/dzieła jest prosty.

      1. Projekt. Aby założyć projekt wystarczy mieć pomysł i wypełnić prosty formularz z jego opisem.
      2. Wyzwanie. Każdy projekt składa się z dowolnej ilości wyzwań w 16 kategoriach, takich jak np. pisanie, tworzenie scenariuszy, ilustracji, fotografii, edycji wideo, animacji czy tworzenie muzyki.
      3. Podjęcie wyzwania. Każdy z członków społeczności może podjąć wyzwanie rzucone przez pomysłodawcę projektu. Wyzwania można znaleźć na stronie projektu lub stronie głównej, gdzie wyświetlają się losowo.
      4. Zamknięcie projektu. Autor projektu widząc nadsyłane prace może w dowolnej chwili zamknąć projekt i uznać go za skończony.
      5. Produkcja. Producent decyduje o dalszym losie projektu.

      Collaborators, czyli Tłum twórców

      Kto bierze udział w multimedialnych przedsięwzięciach? Każdy, kto ma na to ochotę i kto ma coś do powiedzenia. Artyści, filmowcy, graficy, pisarze… ale i nie-artyści, czyli entuzjaści, mający ciekawe pomysły, historie czy po prostu uwagi.

      Przy tym wszyscy, którzy mają jakiś wkład w produkcję otrzymują wynagrodzenie proporcjonalne do wkładu – jeżeli dzieło jest komercyjne, zarabia.

      “This is not a contest – it’s a collaboration”

      Idea hitRECord i twórczość społeczności serwisu to nie tylko przykład aplikacji:

      • crowdsourcingu, ponieważ twórca gromadzi pomysły od społeczności, a wykonawca zleca produkcję internautom;
      • co-creation, ze względu na otwarty charakter produkcji i możliwość współtworzenia ich przez wielu użytkowników jednocześnie.

      To również wisienka na szczycie tortu kultury remiksu i prosumeryzmu. hitRECord zaciera granicę między twórcą a odbiorcą, profesjonalistą a entuzjastą. Każdy materiał może być wykorzystany wielokrotnie, w różnych formach i projektach. Jego cykl życia jest nieskończony. Co to znaczy?

      • Jeden tekst może być wykorzystany jako fragment innego, stać się wierszem lub piosenką.
      • Jedno nagranie dźwiękowe może stać się podkładem muzycznym do tekstu, a następnie wideo.
      • Jeden projekt graficzny może doczekać się licznych przeróbek, a następnie zostać zaanimowany.
      • Jedna animacja może zostać połączona z innymi tworząc historię.

      W świecie hitRECord wszystko jest dozwolone. Remiksować można w nieskończoność.

      kolaz HitRecord

      Jednym z najpopularniejszych projektów serwisu jest The Tiny Book of Tiny Stories. To 3 książki liczące łącznie 312 stron. Zawierają 189 spośród prawie 60 000 nadesłanych prac. Każdy z tomów kosztuje 14,99$, przychody ze sprzedaży są dzielone 50-50 między hitRECord a współtwórców, których prace zostały wykorzystane w książkach.

      Popularnym w tej chwili, kolektywnie realizowanym projektem jest The Notebook Project. Realizowane w jego ramach wyzwania dotyczą stworzenia ilustracji oraz tekstów, które mają znaleźć się w środku notatnika. Mimo, że jeszcze żadne z wyzwań nie zostało zakończone, w galerii można obejrzeć przeróżne propozycje.

      HitRecord 4

      Jednak największy sukces wśród wszystkich produkcji odniósł hitRECord on TV. To variety show emitowany przez jedną z amerykańskich stacji nastawionych na młodych widzów. Do tej pory wyprodukowano 18 odcinków w dwóch seriach, z czego pierwsza zdobyła nagrodę Emmy Award for Outstanding Creative Achievement in Interactive Media w kategorii Social TV Experience.

      Jednym z bardziej pracochłonnych, ale i najciekawszych projektów zrealizowanych na potrzeby hitRECord on TV jest piosenka Adieu. Wykorzystano w niej:

      Adieu, tak jak inne utwory powstałe na potrzeby hitRECord on TV są dostępne na oficjalnych soundtrackach, które można nabyć cyfrowo lub odsłuchać w serwisach streamingowych.

      Więcej inspirujących produkcji:

      “We’re a new kind of online community”

      hitRECord to przebłysk przyszłości cyfrowej gospodarki. Społecznościowy model produkcji treści i zamknięty ekosystem, w którym inkubowana jest (współ)twórczość. Łatwo nam jest wyobrazić sobie podobne platformy budowane w ramach społeczności architektów, muzyków, grafików… zresztą takie portale, social media już istnieją, jednak nie opierają się na współtworzeniu. Gdyby wprowadzić do nich kulturę remiksu i współpracy, proste funkcjonalności i system gratyfikacji, szybko zmieniłyby się w społecznościowe wytwórnie.

      Czego marki mogą nauczyć się od hitRECord? Przede wszystkim tego, jak łatwo stworzyć swoim społecznościom warunki do współtworzenia treści bez potrzeby budowania złożonej infrastruktury.

      Na koniec przygotowaliśmy kilka sugestii, które powinny trafić na checklistę każdej organizacji chcącej zbudować własną wytwórnię społecznościową:

      HitRecord wytwornia spolecznosciowa

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj