Skilltrade. Ja uczę ciebie, ty uczysz mnie

Przeczytasz w 5 minut Sharing economy
Autor 7 stycznia 2016

Jeśli perła w koronie sharing economy, Khan Academy, to cyfrowa uczelnia, Skilltrade byłby raczej internetowym akademikiem. Jest to miejsce spotkań, w którym możemy poznać ludzi i wymienić się umiejętnościami, ale także umówić się z nimi na wspólne bieganie, czy wyjście na koncert. To także ogromna tablica ogłoszeń, dająca  łatwy dostęp do całego szeregu usług. O tym, jak działa Skilltrade i dlaczego warto z niego korzystać, rozmawialiśmy z jego założycielem Maćkiem Glińskim.

Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

WtC: Na początek małe wyzwanie. Przekonaj nas do założenia konta na Skilltrade.

Maciej Gliński (MG): Zacząłbym od tego, że możecie poznać ciekawych ludzi, dzieląc się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi. Możecie znaleźć odpowiedź na pytania z dziedzin, które was interesują. I możecie aktywnie i ciekawie spędzać czas, nie musząc nic za to płacić.

WtC: Jak to działa w praktyce?  

MG: Każdy nasz użytkownik może zaangażować się w wymianę wiedzy i umiejętności na trzy sposoby: wymiany (np. język za język), odpłatnie (za określoną cenę) i za darmo, na zasadzie przysługi. Powiedzmy, że uczysz się hiszpańskiego. Możesz znaleźć u nas osobę, która ci w tym pomoże w zamian za inną umiejętność, którą ty jej przekażesz lub, jeśli się tak umówicie, odpłatnie. Sporo jest też takich użytkowników , którzy zakładają na Skilltrade kontopo to, aby promować siebie – zwrócić uwagę innych na to, co mają do zaoferowania. Dla przykładu: grafik pomagając innym, odpowiadając na ich pytania, może budować swój wizerunek eksperta. To zwiększa jego szanse na to, że w przyszłości wpadnie mu dobre zlecenie.

WtC: To są najczęstsze powody, dla których ludzie do Was dołączają. A czy zdarzają się zainteresowania naprawdę niszowe, niecodzienne, takie, które nawet Was zaskakują?

MG: Bardzo często. Biorąc pierwszy przykład z brzegu, mieliśmy osoby, które umawiały się na Skilltrade na wspólne chodzenie po dachach. Pamiętam też, że ktoś uczył innych połykania ognia. Całkiem popularna jest ostatnio też… nauka esperanto. Na pewno zaskoczyło nas, ile osób korzysta z serwisu, żeby umawiać się na wspólne aktywności. Proste rzeczy: bieganie, granie w koszykówkę, wyjście na miasto. Chodzi po prostu o to, aby robić to wszystko razem.

WtC:  Nie budzi w Was obaw to, że skilltrading może z czasem zejść na dalszy plan? Robiąc research do tej rozmowy, zauważyliśmy, że ludzie czasem zarzucają Wam, że stajecie się serwisem randkowym. Innymi słowy, że użytkownicy zaczną zwracać uwagę głównie na to, czy ktoś im się podoba na zdjęciu. Nie na to, co umie i ma do zaoferowania. Macie takie obawy? Czy jakoś temu przeciwdziałacie?

MG: Nie, zupełnie nie mamy takich obaw. Oczywiście, że po części tak jest, że najprościej jest umówić się na spacer, koncert czy kino. I nie ma też co zaprzeczać, że ludzie sugerują się zdjęciem drugiej osoby. Ale jak patrzymy na rozwój Skilltrade, to usługą, która obecnie przyciąga najwięcej ludzi, są pytania i odpowiedzi – wymiana wiedzy. Muzycy rozmawiają o tym, czym się kierować przy kupowaniu nowej gitary. Inni pytają jak się przygotowywać do pierwszych treningów na siłowni. Jeszcze inni rozmawiają o grach RPG. Najważniejsze rzeczą, jaka przyciąga do nas ludzi, jest ich pasja. Coraz więcej osób widzi też, że warto założyć swój profil, aby zbierać “łapki w górę” i pokazać, że są dobrymi grafikami, trenerami personalnymi, czy lektorami.

WtC: Czy śledzicie w jakiś sposób dalsze losy osób, które poznały się przez Skilltrade? Znacie historie zespołów, startupów, czy małżeństw, które nie powstałyby bez założenia u Was konta?

MG: Dosłownie wczoraj dowiedziałem się, że znajomy jednego z naszych programistów niebawem się żeni a swoją partnerkę poznał na Skilltrade. Na pewno mamy co najmniej jedno małżeństwo (śmiech).

WtC: Skoro o Waszej społeczności mowa. To, co zrobiło na nas wrażenie, to jej masa. Jak się buduje społeczność – liczącą 200 tys. ludzi?

MG: Zaczęliśmy od grupy na Facebooku. Dla nas był to sposób na weryfikację pomysłu. Na początek testowaliśmy tylko Warszawę, z czasem założyliśmy grupy w kolejnych miastach, a nawet za granicą. Pierwszymi użytkownikami byli nasi znajomi, ale po niecałym pół roku mieliśmy tam ponad 30 tys. osób. Dało nam to okazję do podpatrzenia zachowań ludzi, zobaczenia tego, co ich interesuje. Dopiero wówczas podjęliśmy decyzję, że będziemy budować portal.

WtC: Czy to wszystko działało na zasadzie “znajomi znajomym”, poczty pantoflowej, czy też stosowaliście jakieś zabiegi promocyjne?

MG: Od początku staraliśmy się na różne sposoby promować założone przez nas grupy na Facebooku. Pierwsze z nich założyliśmy w 2013 roku. Wchodziliśmy we współpracę z innymi fanpage’ami, robiliśmy eventy, wykupowaliśmy reklamy. Wtedy zresztą grupy facebookowe działały inaczej niż dzisiaj. Gdy ktoś zamieszczał posta na grupie, widzieli to jego znajomi niebędący w grupie. Bardzo ułatwiało to promocję. Niestety, od tego czasu Facebook zmienił algorytmy (śmiech). Jednak wówczas my nie skupialiśmy się już na rozwoju grup i pozyskiwaniu nowych członków, ale na rozwoju portalu.

WtC: Jak wyglądają Wasze relacje ze społecznością dzisiaj? Czy ma ona wpływ na kształt Skilltrade. Czy konsultujecie z nią kolejne swoje kroki?

MG: Tak. Nasza koleżanka z firmy, Agata, pisze do paruset osób tygodniowo, pyta ich o to, czy może w czymś pomóc, jak idzie umawianie kolejnych spotkań, czy mają dla nas jakieś swoje sugestie. To stała część naszej pracy. Coś, co robimy regularnie.

WtC: Jesteśmy serwisem w dużej mierze branżowym, crowdingowym, więc nie możemy nie zapytać: jaki jest model biznesowy Skilltrade? Na czym zarabiacie?

MG: Zarabiamy na reklamach, ale ich ilość jest bardzo ograniczona, żeby nie zniechęcać użytkowników. Mamy też konta premium, które wiążą się z lepszą widocznością na portalu. Oferujemy również konta dla firm, które poprzez Skilltrade mogą docierać do swoich grup docelowych, tworząc ciekawy content. My pomagamy im przygotowywać w profesjonalny sposób pytania i odpowiedzi właściwe dla ich dziedziny, widoczne także w wyszukiwarkach internetowych.

WtC: Możesz dać przykłady firm, które z Wami współpracują?

MG: Mamy u siebie na przykład sklep rowerowy, internetowy sklep z ubraniami, dość szeroki przekrój marek, które szukają nowych sposobów na dotarcie do swoich społeczności.

WtC: Gdyby ktoś chciał poznać Was lepiej, czy można Was gdzieś spotkać? Gdzie się promujecie? Czy są wydarzenia, na które chciałbyś zaprosić naszych czytelników?

MG: Od nowego roku będziemy przynajmniej raz w miesiącu organizować wydarzenia we współpracy z kilkoma innymi przedsięwzięciami internetowymi pod szyldem Startup Party. Kierujemy je do młodych ludzi, dwudziesto- i trzydziestolatków, i do wszystkich startupowców. Każdy będzie mógł przyjść, więc serdecznie wszystkich zapraszam.

Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    #JezWeCan. Jak Tłum 2.0 kształtuje politykę przez social media

    Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
    Autor 24 października 2015

    12 września Jeremy Corbyn został przywódcą Partii Labourzystowskiej. Choć wielu ogłosiło, że tego dnia skończyła się na brytyjskiej lewicy epoka blairyzmu, dawny i obecny lider partii mają ze sobą coś wspólnego. Obydwaj stali się ikonami popkultury. Jednemu z nich bardzo pomógł w tym Internet.

    Angielska lewica zawsze była w awangardzie. Tamtejszy ruch robotniczy jest najstarszym na świecie. Wyspiarze mieli swoją rewolucję sto lat przed francuską. Wcześniej niż inni mieli też gazety robotnicze, związki zawodowe, powszechne prawa wyborcze; tylko w kwestii emerytur i rent dali się ubiec Niemcom. Przejawem politycznej innowacyjności labourzystów było też postawienie Tony’ego Blaira na czele partii w 1994 roku. Dziś trudno nam sobie wyobrazić, jakim szokiem dla establishmentu był wybór tego młodego szkockiego polityka. Za młodu Blair nosił długie włosy i grał w zespole rockowym. Wszystko wskazuje na to, że w przeciwieństwie do Billa Clintona – zaciągał się ;) Później też lubił towarzystwo muzyków, aktorów i wszelkiej maści celebrytów. Dobrze poświadczają to zdjęcia ze U2, Spice Girls czy Oasis. Sam stał się inspiracją dla piosenki George’a Michaela i filmu Romana Polańskiego. Nie odmówił też wystąpienia w Simpsonach. Do tego wszystkiego, jawnie lekceważył protokół, pracownikom kancelarii premiera kazał zwracać się do siebie po imieniu. Całkiem po amerykańsku wolał zdrobniałe „Tony” od szacownego „Anthony”.

    Pamiętając o tym wszystkim, trudno dziwić się, że Blair był ulubieńcem mediów. Ale Cobryn? Ponury i poważny, wycofany i rzeczowy, „górny i chmurny”… bliżej mu do starotestamentowego proroka niż do człowieka, który uosabiał slogan Cool Britannia. Zresztą, za wizerunek Blaira odpowiadał sztab ludzi. Corbyn krzywi się choćby na myśl o PR-owcach. To aż ironicznie, że Blair, pierwszy angielski szef rzędu, który zainteresował się mediami społecznościowymi i robił co mógł by zamieniać internautów w wyborców, dziś budzi powszechną niechęć w Sieci. Corbyn, którego nigdy to zbytnio nie interesowało, ma masę wyznawców, który oddolnie tworzą content niejako w jego imieniu. Wliczam w to tych, którzy niemiłosiernie trollują dawnego przywódcę, odkąd „Jezza” został szefem opozycji.

    Prym wiedzie w tym frakcja tzw. Red Labour. Szybkie wyjaśnienie: Partia Pracy posiada trzy skrzydła – najdalej na lewo są „czerwoni”, najbardziej umiarkowani są „niebiescy”, gdzieś między nimi znajdują się „fioletowi”. To, co wyróżnia skrzydło stronnictwa bliskie Corbynowi, to duże przywiązanie do oddolnej działalności w social media. Wystarczy spojrzeć na działający od 2011 roku fanpage Red Labour, dzisiaj „polubiony” przez blisko 30 tys. ludzi. To właśnie jego założyciele wzięli na siebie zadanie organizowania kampanii polityka bliżej nieznanemu przeciętnemu wyborcy. Otrzymali w tej mierze pełne poparcie i pomoc ze strony członka sztabu Corbyna, Johna McDonnella. Ich osiągnięcia zadziwiłyby niejedną agencję digitalową. W ciągu pierwszych trzech miesięcy uzyskali 70 tys. polubień na Facebooku, 64 tys. na Twitterze. Dzisiaj jest to przeszło 260 tys. Najlepszy post miał zasięg ponad 560 tys. wyświetleń. Przeciętnie w skali tygodnia było to między 1.5 a 2 mln obejrzeń. Według sondażu YouGov, 56% zwolenników dzisiejszego lidera uznało media społecznościowe za najważniejsze źródło informacji o swoim kandydacie.

    Oczywiście laburzyści to nie polska prawica z lat 90: nie zakładają, że ruchy polityczne rozmnażają się przez podział. Naigrywanie się z Blaira (za nagłe nawrócenia: raz na wolny rynek, raz na katolicyzm) to jedno, ale prawdziwym rywalem jest oczywiście obecny premier i prowadzonego przez niego stronnictwo konserwatywne. Jak wiadomo dobry mem wart jest więcej niż tysiąc słów. Zaczęło się więc od łatwych do udostępniania, zawierających prosty przekaz zdjęć zestawiających Davida Camerona z Corbynem. Przykładowo: widzimy, czym obaj politycy „zajmowali się w latach 80”. Po lewo, laburzysta zatrzymany przez policję za udział w marszu przeciw apartheidowi w RPA. Po prawo, torys w pretensjonalnym fraku balujący z kolegami ze snobistycznego Bullington Club. (W tamtym środowisku za dobrą zabawę uchodziło m.in. „ukamienowanie” żywego lisa butelkami od szampana).

    Proste i skuteczne, prawda? 1,146 udostępnień działa na wyobraźnię. Zwłaszcza w czasach globalnego kryzysu ekonomicznego. Niemniej – nadal nieco przyciężkie jak na gusta twitterowej publiczności. Aby lepiej zrozumieć czego ona szuka u nowoczesnego polityka, warto przeczytać wpisy oznaczone niebanalnymi hashtagami typu #jeremy4leader, #corgasm, #sexyjezzacobryn. O najpopularniejszym #JezWeCan dyskutowano m.in. w BBC, Guardianie czy Daily Mail.

    W social media prym wiodą profile takie jak @CorbynJokes (by dać próbkę ich stylu: What’s red, stuck in the 1980s and doesn’t want to be in Europe? Liverpool FC).  Rolą takich ludzi jest, w pewnym sensie, uprzedzać krytykę i rozbrajać ją poczuciem humoru. Na samej zasadzie cyfrowy Tłum odpowiada na problem zaawansowanego wieku kandydata na premiera. Na jednym z popularnych memów widzimy go jako Obi-Wana Kenobiego. Przesłanie nietrudno odczytać: wiek oznacza mądrość, doświadczenie, wiarygodność. Młodzi najwyraźniej są zmęczeni politykami o aparycji podstarzałych aktorów porno. Corbyn jest na wskroś autentyczny. To jakby bardziej oczytany, spokojniejszy, społecznie wrażliwszy Paweł Kukiz z 30-letnim stażem w polityce.

    Podobne znużenie wywołuje polowanie na gafy. Tradycyjne media pastwiły się nad „znakiem firmowym” Corbyna: białym podkoszulkiem wystającym nieco niechlujnie spod koszuli. Odpowiedź internautów? Seria fotomontaży prezentujących przywódcę laburzystów jako umięśnionego modela. Oczywiście w białym podkoszulku.

    W tym miejscu można zapytać: śmieją się z Corbyna czy razem z nim? W dobie social media to przestaje mieć znaczenie. Jedni lajkują, komentują i udostępniają z przekonania; inni dla zabawy. Ważne, żeby nie przekręcali nazwiska. To wystarczy, aby w kilka tygodni z człowieka znajdującego się, od dwóch dekad w drugim, jeśli nie trzecim szeregu swojej partii, uczynić jej najbardziej rozpoznawalną twarz. I być może następnego brytyjskiego premiera.

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Pierwszy raz z Uberem

      Przeczytasz w 20 minut Sharing economy
      Autor 28 września 2015

      Gdy pierwszy raz wsiadałem do samochodu zamówionego z aplikacji Uber, zupełnie  nie wiedziałem czego się po tej usłudze spodziewać. Z tyłu głowy miałem tylko pozytywne wrażenia z procesu rejestracji oraz świadomość, że o Uberze jest głośno z wielu różnych powodów. Kiedy wysiadałem – już wiedziałem Stałem się uczestnikiem rewolucji, która może przybrać w przyszłości naprawdę imponujące rozmiary.

      Pierwsza myśl? Wow, wsiadam a kierowca już wie gdzie ma jechać. Wysiadam, a moja karta zostaje automatycznie obciążona opłatą za przejazd, którą w przybliżeniu znałem od początku. Nowy wymiar obsługi – “bezobsługa”.

      Gdy pod wpływem pozytywnych wrażeń zacząłem później zgłębiać temat sposobu działania Ubera, zrozumiałem, że jest to naprawdę dobrze pomyślana platforma – gdy popyt przewyższa podaż, stawki rosną aby zachęcić innych kierowców do ruszenia na miasto. Do tego każdy kierowca i pasażer może zostać oceniony – pod kątem działania sieci społecznościowej mamy więc dokładnie tyle,  ile nam potrzeba.

      Uber_Sharing Economy 2

      Uber posądzany jest o nieuczciwą konkurencję wobec taksówkarzy. Ja natomiast zastanawiam się, czy to przypadkiem nie właściwy moment, aby obalić monopol taksówek na wożenie ludzi małymi samochodami?

      Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że jazda samochodem nie jest ani unikalną ani specjalną umiejętnością. W mieście (a to główny obszar działania Ubera, w kontraście do takiego BlaBlaCar) poradzi sobie nawet względnie początkujący kierowca. Ba, ta umiejętność jest na tyle mało złożona, że  nawet maszyny radzą sobie z nią naprawdę nieźle…

      Być może w erze powszechnie dostępnej technologii GPS do przewozu osób w mieście nie powinny być wymagane żadne specjalne zezwolenia?  W interesie każdego większego miasta powinno być wspieranie tego rodzaju usług Sharing Economy. Dzięki nim można ograniczyć ruch na drogach, bo np. Kowalski pracujący na drugim końcu miasta podrzuci kogoś, komu jest po drodze na jego trasie. Na tym właśnie polega piękno wspólnej konsumpcji – na oszczędności zasobów. Tym większa szkoda, że  w naszym kraju ciągle panuje przekonanie, że posiadanie własnego auta to konieczność, a 15 minut dłuższej podróży bardziej ekonomiczną komunikacją miejską nie przystoi komuś kogo stać na 15-letni szrot sprowadzony z Niemiec. A taksówka to oczywiście luksus dla wybranych.

      Uber ma z pewnością szansę zdobyć u nas klientów wśród osób, które taksówki uważają za zbyt drogie – ma mocno konkurencyjne ceny na tle taksówkarskich alternatyw.

      Osobiście, liczę na kilka rzeczy w wykonaniu Ubera:

      • Większą popularyzację platform mobilnych – są ludzie, którzy chętnie wyposażą się w smartfon, jeżeli pozwoli im to zaoszczędzić czas i pieniądze.
      • Ciekawsze usługi w wykonaniu taksówek – podobno w San Francisco działa nawet Uber Sandwich :)
      • Zwrócenie uwagi opinii publicznej na zalety Sharing Economy.
      • Podwyższenie standardu usług i obniżenie cen u konkurencji.

      Miło by było zobaczyć, jak zostaje rozruszany trochę niemrawy rynek taksówek i udaje się wykorzystać potencjału kierowców, którzy w ciągu dnia często marnują całe godziny na postoju. Uber obydwu grupom daje solidnie do myślenia. A swoją drogą, jestem ciekaw czy Uberowi uda się jako pierwszej dużej firmie wejść w rynek taksówek bez kierowców – wtedy nikt już nie przyczepi się do legalności usługi, a obecny etap może być zwyczajnym zbieraniem kapitału i rynków na kolejną wielką rewolucję rynku taksówek.

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj