Pierwszy raz z Uberem

Przeczytasz w 3 minut Sharing economy
Autor 28 września 2015

Gdy pierwszy raz wsiadałem do samochodu zamówionego z aplikacji Uber, zupełnie  nie wiedziałem czego się po tej usłudze spodziewać. Z tyłu głowy miałem tylko pozytywne wrażenia z procesu rejestracji oraz świadomość, że o Uberze jest głośno z wielu różnych powodów. Kiedy wysiadałem – już wiedziałem Stałem się uczestnikiem rewolucji, która może przybrać w przyszłości naprawdę imponujące rozmiary.

Pierwsza myśl? Wow, wsiadam a kierowca już wie gdzie ma jechać. Wysiadam, a moja karta zostaje automatycznie obciążona opłatą za przejazd, którą w przybliżeniu znałem od początku. Nowy wymiar obsługi – “bezobsługa”.

Gdy pod wpływem pozytywnych wrażeń zacząłem później zgłębiać temat sposobu działania Ubera, zrozumiałem, że jest to naprawdę dobrze pomyślana platforma – gdy popyt przewyższa podaż, stawki rosną aby zachęcić innych kierowców do ruszenia na miasto. Do tego każdy kierowca i pasażer może zostać oceniony – pod kątem działania sieci społecznościowej mamy więc dokładnie tyle,  ile nam potrzeba.

Uber_Sharing Economy 2

Uber posądzany jest o nieuczciwą konkurencję wobec taksówkarzy. Ja natomiast zastanawiam się, czy to przypadkiem nie właściwy moment, aby obalić monopol taksówek na wożenie ludzi małymi samochodami?

Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że jazda samochodem nie jest ani unikalną ani specjalną umiejętnością. W mieście (a to główny obszar działania Ubera, w kontraście do takiego BlaBlaCar) poradzi sobie nawet względnie początkujący kierowca. Ba, ta umiejętność jest na tyle mało złożona, że  nawet maszyny radzą sobie z nią naprawdę nieźle…

Być może w erze powszechnie dostępnej technologii GPS do przewozu osób w mieście nie powinny być wymagane żadne specjalne zezwolenia?  W interesie każdego większego miasta powinno być wspieranie tego rodzaju usług Sharing Economy. Dzięki nim można ograniczyć ruch na drogach, bo np. Kowalski pracujący na drugim końcu miasta podrzuci kogoś, komu jest po drodze na jego trasie. Na tym właśnie polega piękno wspólnej konsumpcji – na oszczędności zasobów. Tym większa szkoda, że  w naszym kraju ciągle panuje przekonanie, że posiadanie własnego auta to konieczność, a 15 minut dłuższej podróży bardziej ekonomiczną komunikacją miejską nie przystoi komuś kogo stać na 15-letni szrot sprowadzony z Niemiec. A taksówka to oczywiście luksus dla wybranych.

Uber ma z pewnością szansę zdobyć u nas klientów wśród osób, które taksówki uważają za zbyt drogie – ma mocno konkurencyjne ceny na tle taksówkarskich alternatyw.

Osobiście, liczę na kilka rzeczy w wykonaniu Ubera:

  • Większą popularyzację platform mobilnych – są ludzie, którzy chętnie wyposażą się w smartfon, jeżeli pozwoli im to zaoszczędzić czas i pieniądze.
  • Ciekawsze usługi w wykonaniu taksówek – podobno w San Francisco działa nawet Uber Sandwich :)
  • Zwrócenie uwagi opinii publicznej na zalety Sharing Economy.
  • Podwyższenie standardu usług i obniżenie cen u konkurencji.

Miło by było zobaczyć, jak zostaje rozruszany trochę niemrawy rynek taksówek i udaje się wykorzystać potencjału kierowców, którzy w ciągu dnia często marnują całe godziny na postoju. Uber obydwu grupom daje solidnie do myślenia. A swoją drogą, jestem ciekaw czy Uberowi uda się jako pierwszej dużej firmie wejść w rynek taksówek bez kierowców – wtedy nikt już nie przyczepi się do legalności usługi, a obecny etap może być zwyczajnym zbieraniem kapitału i rynków na kolejną wielką rewolucję rynku taksówek.

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Jak załatwić sobie koncert Foo Fighters?

    Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing Socjologia internetu
    Autor 8 sierpnia 2015

    Mniej więcej rok temu, w maju, Włoch Fabio Zaffagnini zorientował się, że jego ulubiony zespół muzyczny Foo Fighters nie odwiedził Romanii od 1997 r. Postanowił więc znaleźć sposób, aby ściągnąć gwiazdę rocka w rodzinne strony. Idea była prosta: skopiemy tyłek całemu światu i zrobimy to w taki sposób, żeby nie umknęło to uwadze samego Dave’a Grohla. Szalony pomysł szybko przerodził się w międzynarodowe wydarzenie.

    Zamysł był taki, aby symultanicznie, w Tłumie, odegrać jedną z najbardziej znanych piosenek FF. Szybko zaczęło to przybierać formę złożonego przedsięwzięcia. Zaffagnini poprosił o pomoc najbliższych znajomych, ale to był dopiero początek długiej drogi. Brakowało ludzi, ekspertów, pomysłów oraz muzyków, którzy potrafiliby w zgrany sposób wykonać numer. Pomysłodawca zaczął od właściwej strony. Przygotował filmy promocyjne prezentujące innym ideę w Tłumie, a następnie zorganizował przyjęcie w pobliskim teatrze, na którym podzielił się animowanym trailerem przyszłego wydarzenia. Zaczął więc możliwie najlepiej — od pobudzenia wyobraźni fanów, aby mieć na pokładzie ich serca i umysły.

    Niedługo później udało się znaleźć rzecznika prasowego, inżynierów, technicznych, fundraiserów, grafików, webmasterów oraz oczywiście trzon projektu — profesjonalnych muzyków wyłonionych z kilkudniowego castingu. Po roku przygotowań oraz akrobacji organizacyjnych, pomysł stał się rzeczywistością i na przedmieściach Ceseny 1000 muzyków wykonało wspólnie kawałek Learning to Fly.

    Film z tego wydarzenia obiegł cały świat i co najistotniejsze, obejrzał go sam Dave Grohl, a następnie odpowiedział swoim włoskim fanom… w ich języku.Udało dokonać się niemożliwego — ich idol obiecał, że odwiedzi Cesenę.

    Powyższy projekt — Rockin’1000 — nie jest jedynym tego rodzaju, z jakim styczność mieli muzycy Foo Fighters. Kilka miesięcy wcześniej jeden z fanów zespołu — Andrew Goldin — zaczął sprzedawać bilety na ich nieplanowany koncert (jeden bilet w cenie 50$). Przyświecała mu odkładnie taka sama idea, jak u Zaffagniniego. Pragnął zobaczyć gwiazdy rocka na żywo w swoim ukochanym mieście. Dlatego wyszedł z własnym pomysłem na występ, samemu stając się liderem ruchu i organizatorem, przy wsparciu CROWDu próbując dotrzeć do świadomości Foo Fighters. Ku zdziwieniu wszystkich, większość biletów została wykupionych przez dwóch lokalnych przedsiębiorców (Brown’s Volkswagen oraz Sugar Shack Donuts), którzy następnie rozdali wejściówki swoim klientom. Akcja zakładała zbiórkę 70 tysięcy dolarów, a w razie niepowodzenia, pomysłodawca Andrew Goldin zobowiązał się zwrócić wpłacone pieniądze. Zbiórka zakończyła się sukcesem. Dave Grohl wraz z chłopakami z zespołu zagrał jeden z najbardziej kameralnych koncertów od czasów Garage Tour. Dokładnie takie samo wydarzenie miało miejsce w Kornwalii, ale budżet przekroczył 300 tys. funtów.

    Jak kolektywnie spełniać marzenia?

    Wydarzeniem ideowo zbliżonym do Rockin’1000 jest odbywający się co roku Thank You Jimmy Festiwal, gdzie na wrocławskim rynku grupa gitarzystów próbuje pobić  gitarowy rekord Guinnessa, odgrywając wspólnie utwór Hey Joe z repertuaru Jimmy’ego Hendrixa. Głównemu organizatorowi i pomysłodawcy, Leszkowi Cichońskiemu, zaproponowałbym prosty eksperyment: zapytać się każdego rejestrującego się na wydarzenie muzyka, czy chciałby zagrać inny utwór, niż ten narzucony przez organizatora. W końcu Hendrix miał więcej niż jeden ciekawy numer. A może nawet przeorganizować festiwal bić rekord również na innych utworach, innych artystów, bardziej współczesnych? Wyobraźmy sobie np. Tłumne odegranie Californication. Zdaję sobie sprawę, że dla Cichońskiego Hendrix jest niezaprzeczalnym numerem jeden, ale z roku na rok festiwal mógłby tylko zyskać na zaangażowaniu Tłumu, gdyby też włączyć go w proces decyzyjny.

    Jako wielki fan szeroko rozumianej muzyki, chciałbym sam móc decydować kto i w jakim czasie zagra koncert w moim mieście. Czekanie kilka lat na kolejny koncert ulubionych kapel i gwiazd jest co najmniej frustrujące, a podróże za granice — zbyt dalekie. Takie samo poczucie frustracji towarzyszyło wszystkim organizatorom kolektywnych zbiórek na rzecz ściągnięcia Foo Fighter, do dawno nieodwiedzanych miejsc. Najciekawszym skutkiem wyżej opisywanego modelu jest usuwanie zbędnych elementów — najmniej interesujących wydarzeń muzycznych z życia kulturalnego miast, które i tak nie przyciągną wystarczającej ilości chętnych. W efekcie ludzie przestaną chodzić na muzyczne urodziny marketów i centrów handlowych, a zespoły będą musiały zbliżyć się do swoich fanów, aby przekonać ich do finansowania koncertów z pominięciem instytucjonalnego organizatora.

    Fani jako organizatorzy koncertów

    Zapewne w niedalekiej przyszłość fani będą mogli łączyć się w cyfrowych grupach i wspólnie planować nie tylko koncerty, ale także festiwale. Po sukcesie w Virginii, Goldin obecnie zajmuje się organizacją właśnie takiego festiwalu. Warto w tym celu przyjrzeć się stronie Wedemand.com, która jest obecnie jednym z największych ośrodków skupujących entuzjastów muzyki w Ameryce. Do tej pory fanom udało się zorganizować koncerty takich gwiazd jak: Slipknot, Taylor Swift, One Direction, Ariana Grande, The Who, Nicki Minaj, Blur. Sam Dave Grohl przychylił się do tezy, że CROWD może nie tylko sfinansować najbliższą trasę koncertową, ale crowdfunding w ogóle może stanowić główny model organizowania występów muzycznych. Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Czeka nas muzyczno-społeczna rewolucja. Dlaczego? Bo będą do niej dążyć obydwie strony jednocześnie, póki nie spotkają się pośrodku.

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Jak rządzi Lisi Król? Wywiad z autorką Lisich Spraw

      Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu

      Lisie Sprawy. Kto jeszcze nie dostrzegł tej oazy pośród pustyni przeciętnych fanpage’ów na Facebooku, ten niech lepiej dobierze lepsze okulary. Jego autorka, Beata Ari Smugaj, konsekwentnie pozostaje w lisich klimatach. Raczy nas rysunkami z niecodzienną rudawą postacią. Rozbawia, a jednocześnie zmusza do ruszenia szarymi komórkami, bo lisi humor to niemal zawsze gra odniesień. Przy tym Lisie Sprawy powstały i rozwijają się według schematu, który powinien stać się dla nas normą. Ktoś z CROWDu wpada na świetny pomysł. Realizuje swoją pasję. Robi to za darmo, dzieli z innymi i angażuje ich w swoją twórczość. Podpiera się przy tym narzędziami WEB 2.0, czyli przede wszystkim Social Media. Dzięki autentyczności i oddaniu, materializuje swoje ambicje ze wsparciem Tłumu – bez większych nakładów finansowych, wysiłków promocyjnych, skomplikowanej strategii czy wsparciu wydawcy. Po prostu gra według zasad CROWDonomii.

      Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

      WE the CROWD: Czy Lisi Król jest monarchą dziedzicznym czy z elekcji?

      Beata Ari Smugaj: To sekret! Oczywiście do czasu. W niedalekiej przyszłości pojawi się odpowiedź na to pytanie. Póki co, wie to tylko Lisi Król i ja.

      WtC: Pomysł na tematykę i styl przyszedł sam, znienacka? Czy może rodził się stopniowo? Był naturalny czy może miał w sobie nutę marketingowego planowania?

      BAS: Zawsze uważałam, że piękno tkwi w prostocie. Stąd właśnie taka a nie inna kreska – jeśli pomysł można przedstawić prosto i ciekawie, to czemu nie iść tą właśnie drogą? Poza tym, pierwszy lisek był narysowany na szybko, i na prośbę mojego przyjaciela, który na tenże rysunek zareagował z wielkim entuzjazmem. “Jest cudowny, załóż fanpage o lisich przygodach!” – zaproponował, „dobrze, ale pod warunkiem, że zarejestrujesz mi domenę o takiej samej nazwie” – odpowiedziałam z czystej przekory. Ostatecznie liski powstały pół żartem, pół serio. Nie spodziewałam się, że aż tak przypadną moim odbiorcom do gustu, ale to niesamowicie miłe zaskoczenie, gdy to, co robimy zyskuje tak wyraźną aprobatę.

      WtC: Czy są strony internetowe albo fanpages, którymi inspirowałaś się tworząc Lisie Sprawy?

      BAS: Hm, gdyby się zastanowić to najbardziej inspirujące są dla mnie dwa web-komiksy. Pierwszym jest oczywiście Stupid Fox, który ideowo jest najbliższy Lisim Sprawom. Tak samo Business Cat przypadł mi do gustu, gdy jeszcze z komiksami nie miałam wiele wspólnego. Z pewnością podziwiam autorów i cieszę się z każdego nowego odcinka, gdyż krótka, sympatyczna, zabawna forma, to jest to, co lubię!

      WtC: Jak szybko udało się zgromadzić tak liczne Plemię wokół fanpage’a?

      BAS: Ilość polubień rosła bardzo szybko od marcowego startu fanpage’a. Pierwszy miesiąc przyniósł 4 tysiące odbiorców. Teraz przez tydzień przyrasta około 150 nowych osób śledzących przygody Lisiego Króla oraz jego poddanych.

      WtC: Spójrz na tzw. engagement na Twojej stronie na Facebooku – masz nieco ponad 6,5 tys. fanów i zaangażowanie przypadające na post oscylujące w granicach 300-800 lajków (i często kilkadziesiąt udostępnień!). Dla porównania, WE the CROWD ma na FB 1200 fanów i zaangażowanie na post na poziomie 1-7 lajków… Skąd taka popularność Lisich Spraw?

      BAS: Chyba istniała pewnego rodzaju nisza, a nikt nie wpasował się w nią tak dobrze, jak zrobiły to Lisie Sprawy. Mam na myśli to, że web-komiksy bywają zabawne, zaskakujące, czasem ponure, czasem brutalne, czasem wulgarne. Natomiast Lisy mają w sobie “puchatość” i urok kotów oraz wierność i sympatyczność psów. Lisy same w sobie są czymś pomiędzy; dzikie i płochliwe a jednocześnie puchate i przyjacielskie. Oczywiście są też czasem głupiutkie, ale to właśnie jest część ich uroku.

      Jeśli natomiast chodzi o aktywność lisich miłośników, to faktycznie jest imponująca. Dlaczego? Dla mnie sprawa jest prosta. Odbiorcy Lisich Spraw czują, że naprawdę zależy mi na kontakcie z nimi. Rozmawiamy w komentarzach, żartujemy, bawimy się słowem. Lisi Król ma różne przygody. Gdy uciekł z królestwa bojąc się że zrobił coś złego, dalszą część jego przygód wymyślili jego fani (crowdsourcing! – WtC). Z uwagą czytam, co piszą do mnie moi odbiorcy (pod postami i prywatnie), w jakiś sposób wspólnie tworzymy tą lisią opowieść.

      WtC: Czy chcesz, aby ludzie kojarzyli Cię jako autorkę fanpage’a? Czy wolisz pozostać w cieniu?

      BAS: Z pewnością nie mam zamiaru się ukrywać. Przecież lisków wcale się nie wstydzę, przeciwnie – jestem z nich całkiem dumna, więc powoli wychodzę z cienia Lisiego Króla. Spotykam się z odbiorcami Lisich Spraw na konwentach fantastyki, więc każdy, kto interesuje się, kim jest rysowniczka, łatwo może się do mnie dotrzeć i zamienić kilka słów.

      WtC: Jakie są Twoje plany wobec Plemienia, które zgromadziłaś wokół Lisich Spraw? Czy planujesz w jakiś sposób wykorzystać (oczywiście w pozytywnym sensie) ten kapitał społecznościowy?

      BAS: Tak naprawdę to zależy od moich odbiorców, chociaż myślę, że naturalny rozwój zawiedzie nas do jakichś fizycznie istniejących przedmiotów. Może mieć w tym swój udział crowdfunding, bo nic innego nie jest tak cudownym barometrem nastrojów i oczekiwań jak CF. Nie chcę na razie zapeszać, ale już mam parę pomysłów, które fanom Lisków powinny przypaść po gustu.

      WtC: Czym “Lisi Król” zajmuje się na co dzień i w jaki sposób tak dynamicznie rosnąca popularność odmienia jego życie?

      BAS: Lisi Król zajmuje się królowaniem, jedzeniem sera i mizianiem poddanych po brzuszkach. Poza tym oczywiście przyzwyczajony jest do popularności i splendoru, więc jest odpowiednim lisem na odpowiednim miejscu. Natomiast ja z socjolożki staję się nadworną rysowniczką, którą sukcesy Lisich Spraw motywują do działania.

      WtC: Rozważasz rozwinięcie formuły Lisich Spraw, na przykład pod postacią komiksu?

      BAS: Oczywiście, że rozważam narysowanie komiksu! Ale wiem też, że takie przedsięwzięcie jest trudne i czasochłonne. Dlatego pierwsza w kolejności może być lisia kolorowanka. Komiks jest na razie planem na przyszłość.

      Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

      Przejrzyj inne artykuły z grupy:

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj