Otwórzmy Warszawę

Przeczytasz w 3 minut Crowdsourcing
Autor 26 czerwca 2014

Start platformy Otwarta Warszawa to krok w stronę partycypacji społecznej 2.0 i tzw. public engagement : warszawiacy mogą wreszcie sami wpłynąć na kształt stolicy, zgłaszając własne pomysły. Skąd pomysł na taką inicjatywę? Dlaczego jest potrzebna i jaką właściwie korzyść niesie dla jej użytkowników i dla samego miasta?

Warto zacząć od wyjaśnienia dwóch kluczowych w tym kontekście pojęć: crowdsourcingu i Otwartej Innowacji.

Crowdsourcing jest procesem zlecania określonych czynności nie tradycyjnie rozumianym specjalistom, a cyfrowemu Tłumowi – ludziom, do których dotrzeć możemy za pośrednictwem Sieci, a których nigdy nie spotkalibyśmy w innych warunkach. W dużym skrócie: jest to zjawisko polegające na wykorzystaniu potencjału społeczności w celu rozwiązania problemu, zasięgnięcia opinii, czy nawet stworzenia czegoś. Z kolei Otwartą Innowacją nazywa się proces pozyskiwania przez organizację zasobów wiedzy (pomysłów, koncepcji, patentów) z zewnątrz, czyli od wąskich grup, czy też całego społeczeństwa.

Nałożenie na siebie tych dwóch zjawisk pozwala na budowanie platform public engagement w rodzaju Otwartej Warszawy – cyfrowych miejsc zaangażowania obywatelskiego, które umożliwiają partycypację w sprawy lokalne głębszą niż kiedykolwiek wcześniej. Funkcjonują one na podobnej zasadzie: wszyscy mieszkańcy, na równych zasadach, mogą zgłaszać swoje pomysły w danych temacie, następnie na nie głosując. Popularność i decyzje grona ekspertów wyłaniają te zwycięskie – zostają one wdrożone przez władze miasta, a ich autorzy otrzymują nagrody pieniężne i szacunek użytkowników.

Tego rodzaju inicjatyw public engagement jest multum – stają się one coraz popularniejsze i operują na różnych skalach. Dla dostrzeżenia pożytku, jaki z nich płynie, wystarczy kilka przykładów.

W amerykańskim mieście Bristol w Connecticut władze zastanawiały się jak w dobry sposób wykorzystać 17 akrów wolnej przestrzeni – pozostałość po zburzonym centrum handlowym. Przygotowano więc adresowany do mieszkańców projekt Bristol Rising, w ramach którego obywatele zgłaszali swoje pomysły na wykorzystanie powierzchni, głosując następnie na te najlepsze. Efekt? Nie tylko udało się rozwiązać problem – Bristol Rising istnieje nadal, agregując coraz więcej pomysłów na wzbogacenie lokalnej przestrzeni.

Z kolei w Birmingham (nie tym angielskim, a w Alabamie) przygotowano kampanięPrize2theFuture, w ramach której pomysłowość społeczności lokalnej miała pomóc uczynić miasto nieco bardziej…cool. Aby zawęzić rezultat, wskazano konkretne miejsce – mało ekscytujący parking dla aut – i sformułowano zadanie: “w jaki sposób wykorzystać ten obszar, żeby Birmingham stało się bardziej żywe i cool?”. W ciągu godziny informacja rozeszła się niczym wirus, a w szczególności fragment poświęcony nagrodzie (50.000 $ dla zwycięzcy). Nadesłano łącznie 1.100 zgłoszeń i co ciekawe – z aż 39 krajów, co z pewnością nieco poszerzyło pojęcie “społeczności lokalnej”. Ostatecznie wygrał pomysł rodowitego mieszkańca Birmingham, Colina Coyne’a, i jego projekt “One Birmingham Palace” – kompleksu złożonego z 8 komponentów, łączącego tak różne aspekty twórczej działalności, jak performance, sztuka wizualna, teatr, lokalne inicjatywy społeczne, czy social media. Założenie: każdy z elementów zazębia się z pozostałymi, a miejsce stale ewoluuje. Jury zachwyciła w koncepcji Coyne’a realność wykonania i utrzymania oraz… no cóż: “coolness”. Mieszkańcy miasta jeszcze czekają na wdrożenie pomysłu, ale zwycięzca już cieszy się swoimi 50.000 $.

Jeszcze odważniejszy obywatelski program crowdsourcingowy zainicjował w 2010 roku Amsterdam. W ramach akcji pilotażowej zaprezentowano mieszkańcom kilka zadań, m.in. w jaki sposób rozwiązać problem składowania rowerów w przestrzeni publicznej oraz jak przekonać domowników do większej oszczędności energii oraz jej produkcji. Pojawiło się nawet pytanie o sposób redesignu legendarnej “Czerwonej Dzielnicy”, aby zmniejszyć w niej poziom przestępczości. W ciągu kilku miesięcy zebrano ponad 100 pomysłów, z czego kilka wybranych władze miasta wdrożyły, nagradzając przy tym ich autorów i prezentując kolejną turę pytań.

Stworzona przez MillionYou i na zlecenie władz stolicy Otwarta Warszawa podąża tropem każdego z tych przykładów: zagadnienia o dużej skali, istotne dla całego miasta, mieszają się z lokalnymi, bezpośrednio wpływającymi na jakość życia w najbliższym otoczeniu mieszkańca, jak np. aranżacja skweru zielen, czy pomysł na wykorzystanie nieużytku.Wszystkie zadania podzielone będą między cztery główne obszary: Przestrzeni, Rekreacji i Kultury, Wehikułu Czasu oraz Tożsamości, a wśród nich – grupy pytań z zakresu m.in. zagospodarowania przestrzeni miejskiej, ulepszenia infrastruktury, pomysłów z dziedziny życia kulturalnego, wizji Warszawy itd.

Partycypować mogą wszyscy, na równych zasadach. Mechanizm jest prosty: zgłaszasz pomysły, proponujesz rozwiązania i w efekcie zdobywasz nagrody, a Twoje pomysły mają szansę na realizację. Ale warto głosować także na inne rozwiązania i udostępniać je swoim znajomym – w ten sposób buduje się społeczność lokalną 2.0.

Działajcie:

http://otwartawarszawa.pl/

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Neo-Tokyo is about to explode. Drugie życie kultowego anime

    Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing
    Autor 24 czerwca 2014

    „Project Akira” nie jest zwiastunem filmu. To raczej próbka możliwości, jakie dają crowdsourcing i crowdfunding, gdy sięgają po nie dostatecznie uzdolnieni i zmotywowani ludzie.  

    Ukazująca się w latach 1982-1990 powieść graficzna “Akira” z miejsca stała się klasykiem. Anime, które trafiło do kin sześć lat po ukazaniu się pierwszego zeszytu mangi, powtórzyło ten sukces z nawiązką. Dla Japończyków “Akira” to nie kult – to religia. Dla wielu ludzi na Zachodzie zaś, obraz Katsuhiro Otomo był pierwszym kontaktem z dojrzałą animacją made in Japan.  Każdy, kto wychowywał się na „Animegaido” i „Kawaii” pamięta mem sprzed epoki memów, czyli stale powtarzaną frazę “zboczone chińskie bajeczki”. Przez długie lata “Akira” stanowiła koronny dowód na to, że manga i anime mają artystyczną wartość. Mimo sztampowej czasem fabuły, słabych dialogów i szybko obojętniejących widzowi postaci, ta brutalna, mroczna, pędząca w obłąkańczym tempie narkotyczna wizja, została obwołana przez wielu dystopią na miarę “Blade Runnera” i “Odysei Kosmicznej”. Film zaczyna się od wybuchu bomby atomowej, a później jest już tylko gorzej. W koszmarze Neo-Tokyo i jego jakby-społeczeństwa wielu rozpoznało sprowadzone do ostatecznych konsekwencji najczarniejsze aspekty czasów nam współczesnych.

    Film, którego nie było

    Rozmowy o “Akirze” z udziałem żywych aktorów trwają od niemal dwóch dekad. Hollywood przymierzało się do tej produkcji kilkukrotnie. Odkąd prawa do ekranizacji pozyskał Warner Bros, aż cztery raz zarzucano projekt, powołując się na techniczne, kalendarzowe czy budżetowe problemy. Później zapanowało długie milczenie. Przerwała je wieść, że sprawy w swoje ręce bierze Tłum.

    Zanim jednak powstał materiał, który możecie zobaczyć poniżej, odbyła się kampania crowdfundingowa. W jej toku zrekrutowano sporą część przyszłej ekipy 40 artystów z 12 krajów. W dniu zero byli bowiem tylko Nguyen-Anh Nguyen, Santiago Menghini i ich wiara w to, że studio CineGround z Montrealu odniesie sukces tam, gdzie poległy największe wytwórnie z Hollywood.

    22 lipca 2012 wystartowała ich kampania na IndieGoGo. 2,5-minutowy filmik, mający stanowić rękojmię możliwości kanadyjskich filmowców, nie rzucał na kolana. Garść obrazków znanych z komiksu, kilka ujęć ekipy przy pracy, głos z offu. Na bazie tego co zaprezentowano w filmiku i zrekapitulowano w opisie projektu, ciężko było osądzić, czy drużyna dowodzona przez Nguyena faktycznie jest w stanie to przedsięwzięcie udźwignąć. Bardziej obiecująco prezentowały się nagrody. Wierna replika kurtki noszonej przez Kanedę, czy broni, która posługiwał się Tetsuo, świaczyły o tym, że CineGround dysponuje pewnymknow-how. Wrażenie robił też poster, dokładna kopia okładki anime, dzięki której świat stworzony przez Otomo wreszcie mogliśmy zobaczyć przez obiektyw aparatu. Wszystko to musiało zrobić wrażenie na grafikach, montażystach, dźwiękowcach i aktorach, którzy bezinteresowanie zaoferfowali Kanadyjczykom pomoc. Crowdfunding zaczął płynnie przechodzić w crowdsourcing.

    Nie bez znaczenia była również typowa dla crowdfudingowej kontrkultury deklaracja, że kampania odbywa się siłami i środkami społecznymi jako wyraz protestu wobec przebudżetowanych i artystycznie miernych ekranizacji mang i anime tworzonych w Hollywood. Udana akcja finansowania przez Tłum miała dowieść, że wśród widzów jest głód produkcji poważnych i ambitnych, wiernych względem materiału źródłowego.

    Zamiar ten skończył się połowicznym sukcesem. Z potrzebnych 7,5 tys. dolarów zebrano niecałe 3,5 tys. Świadomie nie mówię: porażką, bo CineGround jakby przewidując, że łaska Tłumu na pstrym koniu jedzie, zdecydowali się naflexible funding. Jest to forma finansowania społecznościowego w ramach której nieuzyskanie 100% wymaganej kwoty nie skutkuje porażką kampanii.  Na marginesie ostatnich sporów o crowdfundingowe vox populi, vox dei warto zauważyć, że bywają crowdfundingowe sukcesy, które obracają się w artystyczne porażki oraz crowdfundingowe niepowodzenia, które później dają nam dzieła wysokich lotów.

    Filmik, który jest

    Efekt końcowy jakim jest zwiastun, który ukazał się w maju tego roku, zaliczyłbym zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Określenie “trailer” niezupełnie oddaje mu sprawiedliwość. Po pierwsze, marny to zwiastun, który zawiera tyle spoilerów. Po drugie, stanowi on raczej kolekcję znanych z anime scen, ujęć, które wypaliły się fanom w pamięci, niż zapowiedź czegokolwiek. Materiał oddaje nastrój i tempo produkcji z 1988 roku. Nie da się zaprzeczyć, że brakuje mu tych szlifów, które wyznaczają jasną granicę między profesjonalną produkcją, a fanowskim dream come true. Kilkudzięsieciu pasjonatów, którzy dołączyli do CineGround, gdy ruszyła akcja na IndieGoGo, nie zrobi takiego filmu, jaki (być może) nakręci Warner Bros. Problem jednak w tym, że korporacyjna wytwórnia zapewne nie zrobi filmu z taką pasją, zaangażowaniem i bezkompromisowością, jaką można zobaczyć w “Project Akira”.

    Przejrzyj inne artykuły z grupy:

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Pepsi Refresh: przeszłość i przyszłość pewnego złudzenia

      Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing
      Autor 1 czerwca 2014

      Jestem gotów się założyć, że gdzieś na etapie tworzenia konceptu kampanii Refresh pracownicy Pepsi kręcili głowami mówiąc: “jak to możliwe, że nikt inny tego dotąd nie spróbował?” Kilka miesięcy później każdy z nich znał już odpowiedź na to pytanie.

      Społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) opiera się na przeświadczeniu, że wszelkie środki maksymalizacji zysku są dobre – nawet te etyczne. Ironia wydaje się tu uzasadniona. Przypomina mi się rzecznik prasowy, który zapytany o to jak jego firma może twierdzić, że jej produkty są naturalne, gdy zawierają m.in. rtęć i arsen, odpowiedział: “Arsen i rtęć występują w naturze, więc nasze produkty są naturalne”. Słowem: CSR wydaje się wielu postronnym obserwatorom cyniczną grą z klientem, pozorowanym działaniem mającym na celu budowę odpowiedniego wizerunku, a nie jakimkolwiek rozwiązaniem istotnych  problemów społecznych.

      Tworząc własną strategię CSR-ową PepsiCo zamierzało odwołać się do lepszych wzorców, a w dużej mierze –stworzyć nowe. Pomysł sprowadzał się do zespolenia społecznej odpowiedzialności biznesu z crowdsourcingiem. Frima rozdawała granty na pro-społeczne projekty, mające na celu “odświeżenie” społeczności i społeczeństwa, opierając się na oddolnie tworzonych i społecznie weryfikowanych zgłoszeniach. Słowem: pomysły były crowdsourcowane, a następnie realizowane za pieniądze Pepsi.

      Każdy z internetowym łączem mógł zalogować się na stronę www.refresheverything.com i zagłosować na projekt, który go poruszył. Każdy mógł także zgłosić własny. Nie miało znaczenia czy było się firmą, organizacją pozarządową czy osobą fizyczną. Nie było też istotne w jakiej części Stanów Zjednoczonych się działało. Liczyło się tylko to, by dostać dostatecznie dużo głosów.

      Nie trzeba było czekać długo na pierwszych chętnych. Procedura dotowania nie obejmowała kłopotliwych formalności. Zgłoszenie zapotrzebowania nie było bardziej skomplikowane niż rozpoczęcie kampanii crowdfundingowej. Zachęcały też niemałe kwoty oferowane przez Pepsi: granty wynosiły kolejno: 5, 25, 50 i 250 tys. dolarów, zależnie od ilości uzyskanych głosów. Pod głosowanie poddawano pierwszych 1000 pomysłów danego miesiąca. Pierwszy miesiąc zamknięto po tygodniu, a 32 z nich otrzymało pieniądze. Procedura powtarzała się co miesiąc przez blisko 2 lata.

      Serwis szybko zaludnił się projektami, wiele spośród nich wyglądało imponująco. Nie sposób źle ocenić stworzenie ogrodu miejskiego pracującego na rzecz banków żywności czy budowę tanich domów dla potrzebujących. Szeroko zakrojona kampania promocyjna oraz udział celebrytów potęgowały ilość odwiedzin. Pepsi zdecydowało się nawet wpleść element crowdfundingowy poprzez tzw. power votes, uzyskiwane poprzez spisanie kodu z kupionej wcześniej butelki napoju. Każdy miał głos, ale nie każdy głos był równy. Klient Pepsi miał do powodzenia więcej.

      Ta, trzeba przyznać – innowacyjna próba połączenia kampanii z produktem, nie ożywiła jednak sprzedaży. Wręcz przeciwnie: zamykając debiutancki rok Refresh (2010), Pepsi straciło 2.7% udziałów w rynku. Sprzedaż niebieskich puszek zmalała o ponad 4%. W Harrison odczuli tę stratę dość mocno, zwłaszcza, ze czerwone puszki wielkiego rywala sprzedawały się lepiej. Do rangi symbolu urósł fakt, że nawet drugorzędny produkt Coca-Coli – Diet Coke zdołał wyprzedzić Pepsi.

      Pytając o bilans, z jednej strony mamy więc zarząd i akcjonariuszy, którzy odnotowali najgorsze od lat wyniki finansowe. Z drugiej jednak widzimy 20 mln dolarów zainwestowanych w szczytne cele. Fundusze popłynęły do 108 szkół, 68 parków i placów zabaw, 20 domów dziecka i przytułków. Łącznie środki otrzymało przeszło 1000 inicjatyw wybranych przez 6.5 mln głosujących. Dane te, moim zdaniem, świadczą o tym, że nie zawiódł przede wszystkim CROWD: zawiedli konsumenci, zawiódł niestarannie przygotowany plan. Kampania była CSR-owym sukcesem i biznesową porażką. Czaszka Miltona Friedmana musiała się uśmiechnąć, kiedy Pepsi wycofało się z Refresh, przywróciło do łask agencję reklamową z jej wielomilionowymi spotami i podpisało kontrakt z Katy Perry.

      Czy oznacza to, że społeczna odpowiedzialność Tłumu urodziła się martwa? Niezupełnie. Pepsi poprawnie odczytało trendy rynkowe. Serwis Refresh odwiedziało ponad 60 mln ludzi. Ziarno zostało zasianie. Dlaczego więc plon nie był obfity? Wskazać można na kilka okoliczności:

      • Brakło wyrazistego powiązania akcji z produktem. Wesprzeć Refresh wcale nie znaczyło: chcieć napić się Pepsi. Flirt z crowdfundingiem okazało się za słabą motywacją: słabszy głos to nadal głos, odczuwamy satysfakcję ze wsparcia szlachetnej inicjatywy tak czy inaczej.
      • Refresh everything znaczy tyle, ile Refresh nothing. Pepsi nie wybrało żadnego segmentu, wspierało wszystko po trochu, co sprawiło, że akcja “Refresh” nie kojarzyła się z niczym konkretnym. Zamiast jasnego marketingowego komunikatu był reklamowy szum. Jeśli jest się Nike, należy orientować swój CSR na sport, jeśli jest się Danonem – na zdrową dietę…
      • …tymczasem, jak słusznie zauważył John Seabrook, dziennikarz New Yorkera, akcja Pepsi nie wypływała z istoty jej działalności, ale szła wbrew niej. Pepsi, w realiach społeczeństwa walczącego bezskutecznie z plagą otyłości, cukrzycą i innymi schorzeniami wynikłymi m.in. ze złej diety, to synonim nieodpowiedzialnego wyboru.
      • Nie mając żadnego doświadczenia w branży NGO, Pepsi nie przygotowało się w żaden sposób na weryfikację zgłoszeń, wierząc, że wszystko zweryfikuje Tłum. Sprawiało to, że każda plotka stawała się potencjalnym zagrożeniem – tak dla projektodawcy, jak i dla platformy. Co więcej, nie przewidziano, że NGOsowe potęgi z łatwością będą przegłosowywać mniejsze, a często wartościowsze inicjatywy. Te ostatnie szybko się zraziły i zaczęły odwracać się do platformy – wielu dziennikarzy i analityków odnotowało ten fakt.

      Pepsi 2 - crowdsourcing

      Pepsi umiało zainspirować Tłum, ale nie umiało nim pokierować. Nie widząc dokąd właściwie z tą akcją zmierzają, nie mogli przewodzić innym. Nie umiejąc stworzyć jasnego mechanizmu, nie mogli oczekiwać, że nie pojawią się nadużycia. Cyfrowy Tłum nie jest tak zły, jak twierdzą jego przeciwnicy, ale też i nie jest tak dobry, jak twierdzą entuzjaści. Człowiek, jak mawiał Pascal, to ani anioł, ani bestia. Wiele można zyskać na odwołaniu się do idealizmu – ale nie wszystko. Łudzą się także ci, którzy sądzą, że crowdsourcing to społecznościowe perpetuum mobile, zdejmujące jakąkolwiek odpowiedzialność z firm, bo przecież Tłum wszystko załatwi – oddolnie i optymalnie.

      Ci, którzy chcieliby poprawić i rozwijać model Pepsi, muszą znaleźć metody silniejszego powiązania kampanii z produktem i DNA marki. Muszą także szukać silniejszych czynników motywujących przeciętnego użytkownika – od masowych burz mózgów po grywalizację. Muszą wreszcie zacząć od poważnego przemyślenia istoty swojego biznesu. Jak powiedziała prezes zarządu PepsiCo Indra Nooyi: “nie chodzi tylko o to by produkt naszej firmy był dobry; chodzi też o to, aby sama firma była dobra”.

      Przejrzyj inne artykuły z grupy:

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj