Litery cyfrowego alfabetu, czyli o internetowych pokoleniach

Przeczytasz w 8 minut Socjologia internetu
Autor 18 maja 2016

Wyobraź sobie, że dostajesz zadanie pogrupowania pewnej liczby osób. W puli masz ludzi w różnym wieku, różnej płci, narodowości. Wyznacznikiem podziału jest Internet. Co robisz?

Powyższe zadanie nie jest łatwe. Świadczy o tym liczba definicji, artykułów, badań, z którymi musiałam zmierzyć się podczas pracy nad tym tekstem. Okazuje się bowiem, że podział populacji na użytkowników nowych technologii nie jest tak oczywisty.

Jedna by wszystkimi rządzić?

W wielkim skrócie: generacja to podział ludzkości na grupy, ze względu na urodzenie w określonym przedziale czasowym.

Na tym mogłabym zakończyć część o definicjach, gdyby nie to, że podczas pisania artykułu przedstawione wyżej pojęcie generacji nieco się… zachwiało? Odkryłam bowiem, że wiekowo należę do jednej generacji, zaś mentalnie, pod względem zachowania, stosunku do technologii i Internetu, mogłabym siebie umieścić w 3, a może nawet 4 (!) generacjach.

W jakim celu wprowadza się podziały na generacje według wieku i różnic w zachowaniach, adaptacjach nowych technologii? Cóż… lubimy się szufladkować. Znajdywać w sobie podobne cechy, należeć do grup, nie czuć się samotni; tłumaczyć jakieś zachowania, poszukiwać ich przyczyny i skutku. Wielkie wydarzenia w historii świata, miejsce i data narodzin, kultura, środowisko naturalne, rozwój technologii – to wszystko wpływa na podział populacji.

Abecadło, w nieco innej kolejności

Poniżej umieściłam opisy poszczególnych generacji. Jestem przekonana, że znajdziecie w nich swoje odbicie, a może także obraz osób z waszego otoczenia.

Przekonacie, się, że nazywanie pokoleń skrótowo, literami X, Y, Z jest znakiem czasu – potrzebą zwięzłości. Łatwiej przecież powiedzieć “generacja Y” niż “pokolenie urodzone pomiędzy rokiem 1980 a 1990”. Tymi skrótami będę się także posługiwać w dalszej części tekstu.

Co zatem kryje się pod tymi literami?

X – pokolenie PRL, nic na serio

Urodzeni pomiędzy
1965 a 1979

Nowe technologie

Do nowych technologii podchodzą dość rozważnie. Zwracają uwagę na jakość gadżetów, trendy są dla nich mniej ważne. W pracy posługują się głównie smartfonami, laptopami. Smartfonów używają także do robienia zdjęć. W przyszłości mogą okazać się bardzo interesującą grupą, do której będą kierowane produkty mobilne, ułatwiające codzienne funkcjonowanie.   

Internet i social media

Nie mają problemów z Internetem, a jednocześnie nie traktują go jako coś niezbędnego. Kontakty wirtualne są dla nich mniej wartościowe niż te realne. Nieco inaczej sytuacja wygląda w pracy, gdzie Internet traktują jako narzędzie niemal niezbędne do wykonywania obowiązków.

Jak kupują?

Głownie liczy się dla nich cena, promocja. Najczęściej kupują w dyskontach. Potrafią przywiązać się do marek, które zdobyły ich portfele np. jakością albo akcją charytatywną. Zakupy przez Internet są dla nich mało atrakcyjne, bo wolą zobaczyć i wypróbować produkt “na żywo”.

Prywatność w sieci

Tu zdania są bardzo podzielone. Wiele źródeł twierdzi, że pokolenie X bardzo chroni swoją prywatność, unika publikacji zdjęć w social media. Ale z drugiej strony nie brakuje informacji, które temu przeczą i stawiają podejście do ochrony swoich danych na równi z podejściem Millennialsów (co ciekawe wiele razy natknęłam się na opinie, że takie ewentualne naruszenia prywatności mogą wynikać po prostu z niewiedzy).

Y – pokolenie Millennials, echo boomers, internet generation, iGen, net generation

urodzeni między
1984 a 1997

Nowe technologie

To dla nich chleb powszedni. Wyposażeni w smartfony, tablety, smartwatche są online zawsze i wszędzie.

Internet i social media

Millennialsi wciąż są online. Internet to dla nich główne źródło wiedzy i informacji.
Powoli odchodzą od maili na rzecz komunikatorów internetowych (Slack, Facebook Messenger). Są niecierpliwi jeśli chodzi o komunikację w Internecie – oczekują natychmiastowej odpowiedzi na zadane pytanie (liczy się dla nich błyskawiczna obsługa klienta).

Młodsi Millennialsi są bardziej narażeni na bańkę filtrującą, niż ich starsi koledzy. Uzależnienie od Internetu i coraz rzadsze korzystanie z mediów tradycyjnych zamyka młodszych Millennialsów w ich systemie światopoglądowym, powodując, że nie sięgają do innych opinii.

Nie lubią długich zdań, tekstów, szczególnie gdy wykonują wiele czynności naraz, wówczas oczekują komunikacji zwięzłej, ograniczonej do krótkich (a najlepiej skróconych) wyrazów. Czytają obrazkami – Visual Web Trend, dlatego ich ulubionymi social media są Facebook, Instagram oraz Snapchat.

time WE the CROWDMówi się, że Millenialsi są hiperaktywni w social media. To dla nich główne narzędzie działań w Internecie. Uwielbiają Facebooka i komunikację za pomocą aplikacji. Młodsi Millennialsi używają więcej niż 1 kanału w mediach społecznościowych. Nie lubią, gdy ich ulubione social medium tonie w reklamach – czują się wtedy oszukani i poszukują nowego miejsca w sieci. Dlatego kochają Snapchata, gdzie jedyną formą reklamy są geofiltry, które można spersonalizować (to tak jakbyśmy wpadli do sklepu tylko z Coca-Colą, ale z możliwością zaprojektowania własnej puszki ;)) Poza tym Snapchat nasila, tak popularne w mojej generacji, FOMO. Mechanizm znikania treści wywołuje poczucie winy: nie było mnie w danej chwili, w której znajomy/snapstar wrzucał fajne zdjęcie, nie zobaczyłem tego #smuteczek. Snapchat to także storytelling – opowiadanie historii naszego dnia, w danej chwili, bycia tam i tu teraz.

Mimo wszytko Millennialsi znają pojęcie social fatigue i 26% z nich porzuca na jakiś czas social media by odpocząć.

Jak kupują?

Oczywiście głównie przez sieć, lub za jej pośrednictwem. Ufają opiniom znajomych bardziej niż reklamie (nawet tej bardzo spersonalizowanej). Preferują showrooming – przeglądanie w sieci informacji na temat produktu, podczas pobytu w sklepie. Znane jest im także działanie ROPO – Research Offline Purchase Online.

Prywatność w sieci

Tu zdania są podzielone. Jedne źródła mówią, że prywatność nie ma dla Millennialsów ogromnego znaczenia. Uwielbiają dzielić się swoim życiem z innymi. Z drugiej strony nie brakuje informacji, które temu przeczą, a świadczy o tym coraz większa popularność Snapchata. Pozostaje mi zatem stwierdzić, że pokolenie Y traktuje prywatność na zasadzie “to zależy”.

Podczas researchu do tekstu niemal utonęłam w ilości artykułów i badań na temat Millennialsów. Dlaczego to pokolenie jest aż tak ważne dla badaczy, marketerów? Czy kuszące jest to, że Y reprezentuje zupełnie nową falę, zdominowaną przez świat cyfrowy? Czy może dlatego, że Echo Boomers są wieku, w którym decydują o kształcie aktualnego świata – są reprezentantami współczesnych konsumentów, odbiorców, wyborców? A może w jakiś sposób Millennialsi są pomostem między starszą a najmłodszą generacją?

A może…

Z – pokolenie Digital Natives, multitasking

urodzeni
po roku 1995

Nowe technologie

Dorastali otoczeni nową technologią. Nie boją się cyfrowego świata, a wręcz czują się jego integralną częścią. Z urządzeń mobilnych korzystają od dziecka, co doskonale widać w badaniu przeprowadzonym przez Gemius dla squla.pl

Internet

Świat wirtualny nie ma przed nimi tajemnic. Wyszukują każdą informację, komunikują się z całym światem. Nazywani są pokoleniem multitasking – mogą wykonywać wiele czynności naraz.

Digital Natives podchodzą do treści w Internecie zwięźle i skrótowo, posługując się akronimami.

Social media traktują jako główne źródło informacji o znajomych, ale i o… sobie. Co to znaczy? Najmłodsi chcą wiedzieć co myślą o nich inni uczestnicy życia w social media. Wyznacznikiem ich popularności w sieci są lajki na Facebooku, wyświetlenia treści. Dotyka ich także FOMO, czują potrzebę posiadania informacji na temat tego, co aktualnie robią ich znajomi.

Jak kupują?

Oczami. Widzą coś w Internecie, na Snapchacie i muszą to mieć. Wybierają zakupy przez Internet albo ROPO. To pokolenie konsumpcyjne, bardzo podatne na reklamę.

Prywatność w sieci

Generację Z cechuje transparentność. Nie czują potrzeby prywatności. Są skłonni do mówienia w sieci tego, czego nigdy nie powiedzą offline.

Polecam wam genialny cykl dokumentalny (filmy, artykuły, badania) od CNN na temat nastolatków i ich podejścia do Internetu i social media.

Kiedy już skończą nam się litery w alfabecie

“Z” jak zakończenie? Niekoniecznie. Przecież pokolenie, generacja wpada w definicję cyklu życia. Koło nigdy się nie zamknie, dlatego po ostatniej literze alfabetu nagle pojawiają się kolejne – C i L. Jak sami za chwilę zobaczycie nowo powstałe pokolenia ciężko opisać według wcześniejszego schematu.

Generacja C

Generacja, której definicja nie opiera się na wieku jej przedstawicieli, ale na ich zachowaniu. Nie ma sensu doszukiwać się tu konkretnego przedziału wiekowego, gdyż tę grupę cechują wyraźne zachowania, postawy, wartości i styl bycia. To generacja 6C:

  • Control – chcąca posiadać wpływy i kontrolować
  • Creativity – bardzo kreatywna
  • Communication – komunikatywna, co łączy się z:
  • Connection – liczbą osób w kontakcie
  • Celebrity – chcąca zaistnieć w społeczeństwie jako gwiazdy
  • Content, creation (co-creation) tworząca treści, które są podstawą mediów społecznościowych (grupa dośc niewielka, w granicach kilkunastu procent)

Jak pisałam wcześniej, wiekowo należę do generacji Y, ale analizując moje zachowania w sieci, śmiało można mnie “zaszufladkować” w innych pokoleniach.

Jake Pearce, znany strateg marketingu powiedział, że patrząc na cechy pokolenia C wątpi, czy kryterium wieku jest znaczące. Jeśli wrócicie na chwilę do opisu X, Y czy Z możecie stwierdzić (tak jak ja), że nie można jednej osoby wstawić w jedną szufladkę albo nie każda szufladka pasuje do tej samej szafy. Można się urodzić jako X, słuchać muzyki na Spotify, mieć w nosie prywatność w sieci (jak Z) i chcieć kontrolować społeczeństwa jako snapstar (pokolenie C). Można?

L – generacja leni

Kolejne pokolenie bez przedziału wiekowego. Cechują je takie pojęcia, jak:

  • Link – nie tworzą treści ale je powielają, udostępniają
  • Leads – krótkie newsy są w kręgu ich zainteresowania
  • Like – wyznacznik “wartości” w sieci
  • Local – serwisy geolokalizacyjne
  • Life-stream – transmisja życia prywatnego non stop, brak prywatności
  • slacker (slaktywizm) – jej przedstawiciele nie biorą aktywnie udział w społecznych ruchach, a jedyna akcją w tym wypadku jest kliknięcie “like”, zmiana zdjęcia profilowego, noszenie koszulki itd.

Odejmij XYZ oraz C i L, zostaje 26 liter alfabetu

Czy to oznacza 26 możliwych do opisania pokoleń i kolejnych konstruktów socjologicznych?

Niekoniecznie, jeśli nie zapomnijmy o jeszcze jednym, dość istotnym podziale społeczeństwa, związanym z adaptacją cyfrową, dostępem do Internetu oraz możliwością korzystania z cyfrowych zasobów.

Cyfrowi nomadzi

Mówią o sobie “jesteśmy wolni”, bo nie ogranicza ich miejsce pracy ani czas wykonywania obowiązków. Jak to możliwe? Otóż dla cyfrowym nomadom Internet pozwala na pracę zdalną z każdego miejsca na ziemi. Wędrują wirtualnie i raczej trudno ich podzielić według wieku. Ich era spowoduje, że takie pojęcia jak elastyczny czas pracy, praca zdalna i elastyczne umowy staną się normą.

Cyfrowi tubylcy (digital natives)

Dzieci Internetu, dorastały w jego otoczeniu i nie wyobrażają sobie świata bez cyfrowej sieci. Cechuje ich uniezależnienie się od komputera stacjonarnego (cloud-computing) = korzystaniu z wielu urządzeń, podłączonych do jednego źródła.

Cyfrowi analfabeci

Nie chodzi tu o brak dostępu do Internetu, ale o sposób wykorzystywania go. Mówiąc jeszcze bardziej precyzyjnie – cyfrowy analfabetyzm oznacza brak umiejętności korzystania z zasobów cyfrowych. Według raportów Komisji Europejskiej ten rodzaj analfabetyzmu dotyka obecnie ponad 50% polskiego społeczeństwa (sic!).

Przyszłość wydaje się być…

Całkiem optymistyczna ;) Rozwój technologii na pewno zrewolucjonizuje pewne obszary, w których poruszają się wszystkie opisane wyżej pokolenia. Zwiększy się dostęp do sieci w miejscach, które do tej pory były uznawane za cyfrowe pustynie. To daje nadzieję na znaczną redukcję liczby cyfrowych analfabetów. W polskich szkołach zwiększy się potrzeba wykorzystania internetu i technologii do edukacji, co doskonale widać chociażby w raporcie squla.pl

Patrząc mniej optymistycznie – zanikającą umiejętnością, w świecie cyfrowych pokoleń, zdominowanych przez technologię i Internet, będzie nawiązywanie osobistych relacji. Jednym z największych zagrożeń może być to, że osoby urodzone po 1990 pogłębią jeszcze bardziej przepaść pokoleniową, co może doprowadzić do wielu konfliktów i podziałów.

Joanna “Frota” Kurkowska (która poprosiłam o krótki komentarz) na przyszłość cyfrowych pokoleń patrzy pod kątem rozwoju wirtualnej rzeczywistości oraz coraz większego znaczenia grupy 50+:

Joanna “Frota” Kurkowska

Zdecydowanie wszystko będzie szło w kierunku VR (virtual reality). To co dla nas jest totalną nowością, odkurzeniem pomysłów z starych książek i filmów sci-fi, dla kolejnych generacji będzie już częścią ich DNA. Raczej dalej popularnością będą się cieszyć aplikacje i serwisy społecznościowe oraz komunikacyjne, ale wraz z nadejściem technologii VR zmienią się ich formy i funkcje.

Na pewno ciekawy będzie rozwój technologii przeznaczony dla grupy 55+, która coraz chętniej sięga po internet i nowe technologie. Produkty i usługi skierowane do tej grupy mogą sporo namieszać na rynku. Nie zdziwię się, jeśli to wszystko sprawi, że 55+ stanie się jedną z głównych społeczności w internecie – szczególnie za 15-20 lat kiedy do tej grupy dołączą ludzie z generacji X, czyli tak naprawdę pierwsza grupa mająca tak łatwy dostęp do komputerów i technologii.

Kliknij i rozwiń

Na koniec polecam obejrzeć prezentację komika Adama Conovera, który obalił teorię o generacjach bardzo smaczną prezentacją. Jej fragmenty widzieliście wyżej w formie GIFów:

Przejrzyj inne artykuły z grupy:

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Jak społeczności tworzą wideo, a wideo tworzy społeczności

    Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
    Autor 12 maja 2016

    Krótką historię konsumpcji treści w internecie można zacząć słynnym zdaniem – Na początku było słowo. A nawet więcej słów, bo całe bloki tekstu. Po słowie była grafika, która niewątpliwie nosiła miano rewolucji, ale nie tak wielkiej jak to, co pojawiło się po niej – wideo.  

    Od jakiegoś czasu z każdej strony uderza w nas informacja, że multimedia mają przewagę nad innymi formami treści. Zamiast czytać, wolimy obejrzeć. Z czego to wynika, co sprawia, że wideo jest tak popularne? O podpowiedź poprosiłam Artura Kurasińskiego – blogera, vlogera, startupowca i pomysłodawcę aplikacji MUSE, służącej do analityki na YouTube.

    Popularność wideo wynika z prostej konsekwencjimówi Artur i podaje 4 powody składające się w obraz problemu. Nie tylko lenistwo i znudzenie odbiorców tradycyjnym formami treści spowodowało, że niewątpliwie żyjemy w epoce multimediów. Staliśmy się obojętni na bannery reklamowe, a liczba zainstalowanych AdBlocków powoduje, że reklamodawcy znajdują inne rozwiązania, aby nam te reklamy, mówiąc wprost, przemycić do zwykłej treści. A to właśnie umożliwia im wideo.

    Mobile ponad wszystko

    Wideo jako skuteczna forma mniej inwazyjnej reklamy to jedna strona medalu, ale nie zapominajmy o wpływie społeczności. Za swoją popularność powinno podziękować się urządzeniom mobilnym i serwisom społecznościowym, a w szczególności nam – ich wiernym użytkownikom. Wideo na kilkucalowym ekranie jest przyjemniejsze w odbiorze, niż kilka akapitów tekstu, a przy tym łatwiej go udostępnić i w efekcie łatwiej zaangażować użytkowników.

    Artur Kurasinski dla WE the CROWD

    Nie ma obecnie serwisu społecznościowego, który by nie umożliwiał nagrywania, publikowania lub transmitowania wideo. Każdy chce wskoczyć na falę. Nie każdy jednak zasługuje na miano króla, bo w przypadku społecznościowego wideo, królów jest… aż trzech.

    YouTube

    Youtube

    Najbardziej znane na świecie social medium agregujące treści wideo zarejestrowano 14 lutego 2005 przez Chada Hurleya, Steve’a Chena i Jaweda Karima, a pierwsze wideo pojawiło się na nim niespełna kilka tygodni później. Założenia i doskonałe wyczucie czasu związane ze startem spowodowało, że dwa lata później, w październiku 2006, serwisem zainteresował się sam Google, kupując go za kwotę 1,85 miliarda dolarów, co było wtedy największą transakcją internetowego potentata i jest w jego rękach po dziś dzień. Historia zmian i ulepszeń serwisu jest długa, ale można ją podsumować jednym zdaniem – YouTube rewolucjonizując samego siebie, zrewolucjonizował cały rynek wideo.

    time

    W 2006 roku Człowiekiem Roku Magazynu Time zostałeś Ty, jako członek społeczności internetowej. W tym tytule specjalnie wyróżniony został YouTube, który razem z Wikiepedią i serwisem MySpace otrzymał status wzorowej społeczności.

    Od amatorskich filmików po status internetowej telewizji

    YouTube od samego początku był otwarty na amatorską twórczość, przechowując na swoich serwerach miliony niezgrabnie nakręconych i zmontowanych filmików od użytkowników. Z biegiem czasu i wzrostem dostępności narzędzi, materiały przesyłane na platformę stawały się coraz bardziej profesjonalne, jednak to właśnie otwarcie na amatorów przyniosło oczekiwane rezultaty. Konkurencyjne, powstałe w tym samym roku Vimeo, od początku działalności było nastawione na wysoką jakość przesyłanych materiałów, a takich rezultatów użytkownicy nie mogli osiągnąć w domowych warunkach.

    5 najpopularniejszych kanałów  na YouTube (pod względem ilości subskrybentów):

    1. PewDiePie – 43 miliony subskrypcji
    2. HolaSoyGerman – 27 milionów subskrypcji
    3. Smosh – 22 miliony subskrypcji
    4. elrubiusOMG – 18 milionów subskrypcji
    5. VanossGaming – 17 milionów subskrypcji

    Obecnie, oprócz autorskich filmów użytkowników, na YouTubie znajdują się oficjalne materiały reklamowe i płatne kanały, będące źródłem dochodu dla autorów (i dużych korporacji), a także relacje na żywo z eventów z całego świata. To wszystko sprawia, że YouTube można nazwać substytutem telewizji… lub telewizją nowej, cyfrowej epoki.

    Najpopularniejsze wideo w historii YouTube zawdzięczamy nie sile społeczności a… sztabowi marketerów stojących za jego sukcesem.

    twitch WE the CROWD

    Twitch

    W 2007 roku Justin Kan wraz z Emmettem Shearem, Kylem Vogtem i Michaelem Seibelem stworzyli serwis Justin.tv, którego głównym przeznaczeniem było nadawanie na żywo obrazu z własnej kamerki internetowej. Wśród wielu dostępnych kategorii najpopularniejszy był gaming. W czerwcu 2011 twórcy postanowili skupić się wyłącznie na nim. Tak właśnie powstał Twitch.tv – największa na świecie społecznościowa platforma z wideo contentem od graczy dla graczy.

    Ten specyficzny serwis i społeczność gromadzi wokół siebie graczy z całego globu. Główną aktywnością użytkowników jest strumieniowanie swojej rozgrywki w czasie rzeczywistym. Serwis jest dostępny na wszystkich platformach, zarówno mobilnych, desktopowych, jak i na konsolach. W sierpniu 2014 roku Twitch został kupiony przez Amazon za kwotę prawie miliarda dolarów wyprzedzając, również zainteresowanego portalem, Google.

    5 najpopularniejszych kanałów na Twitch.tv (pod względem ilości subskrybentów):

    1. Syndicate – 2,4 milionów subskrypcji
    2. Riot Games – 2,2 milionów subskrypcji
    3. ESL_CSGO – 1,4 miliona subskrypcji
    4. summit1g – 1,3 miliona subskrypcji
    5. LIRIK – 1,3 miliona subskrypcji

    Od zera do milionera

    Zarabiać na Twitchu, jak i na innych platformach wideo, można na wiele sposobów – dzięki reklamom, bezpośredniemu wsparciu widzów lub płatnym subskrypcjom. Jednak to właśnie Twitch niesie za sobą największe legendy dotyczące zarobków. Już kilkaset subskrypcji (każda po 4,99$, z której połowa trafia na konto streamera) wystarcza, aby móc wpisać sobie w rubryczce zawód: gracz. Rekordziści mają ich powyżej miliona (patrz tabelka), dlatego zarabianie na Twitchu można uznać za jeden z przyjemniejszych sposobów na życie. Jest tylko jeden haczyk – trzeba być w tym naprawdę dobrym.

    Jak zarabiać na Twitch.tv?

    1. Reklamy – Podstawowa forma zarabiania na portalu. Publikując reklamy można zarobić 3,5$ za 1000 wyświetleń.
    2. Donacje – Darowizna, zależna jedynie od chęci oglądających. Na konto streamera trafia praktycznie 100% wpłaconej sumy.
    3. Subskrypcje – Płatne subskrypcje to opcja zarezerwowana dla partnerów portalu. Koszt subskrypcji to 4,99$, z której połowa trafia na konto streamera.

    Twitch jest czwartym co do wielkości źródłem ruchu internetowego w USA. Wyprzedza go tylko Netflix, Google i Apple. Niezależnie od kraju, statystycznym użytkownikiem Twitch.tv jest mężczyzna między 18 a 34 rokiem życia. Z danych za kwiecień 2016 wynika, że liczba kobiet korzystających z serwisu wynosi w Polsce 7%, co i tak jest wyższym wynikiem, niż w USA (6%). Do najczęściej streamowanych gier należą League of Legends, Counter Strike: Global Offensive, Dota 2, HearthStone: Heroes of WarCraft oraz Minecraft.

    periscope WE the CROWD

    Periscope

    Periscope to nie do końca serwis, a jednak social medium. To aplikacja na platformy mobilne, pozwalająca na nadawanie obrazu na żywo. Na jej pomysł wpadli Kayvon Beykpour i Joe Bernstein podczas zagranicznej podróży w roku 2013. Beykpour znajdował się w Stambule podczas wybuchu protestów na placu Taksim. Chcąc zobaczyć, co się tam dzieje, poprosił użytkowników Twittera o relacje i choć mógł je przeczytać – nie mógł nic zobaczyć. W lutym 2014 roku Beykpour i Bernstein założyli firmę pod nazwą Bounty, ale aplikacja została nabyta przez Twittera… jeszcze przed wejściem na rynek!

    Wszystko w czasie rzeczywistym

    Nasze życie biegnie tak szybko, że nie zawsze mamy czas patrzeć w przeszłość. O tym, jak ważne i wciągające są działania real-time w internecie pisałam w jednym z  z poprzednich tekstów. Jednak Periscope idzie krok dalej. To rewolucja nie tylko w marketingu, ale i w życiu społecznym. Teraz każdy z nas, kto znajdzie się we właściwym miejscu i czasie, może zostać źródłem informacji dla ludzi z całego świata. Obraz nadawany na żywo można oglądać bezpośrednio z aplikacji lub za pośrednictwem Twittera. Również z komputera.

    Powiedzieć tylko tyle, to powiedzieć nic…

    Przedstawione przeze mnie narzędzia to zarys i wstęp do tematu. Wideo otacza nas z każdej strony, a jego znaczenie i możliwości ciągle wzrastają. W drugiej części artykułu, która ukaże się za miesiąc, przyjrzę się bliżej tym, których tutaj specjalnie pominęłam – Instagramowi, Snapchatowi, Facebookowi, Vine. Postawię pytanie, jaki mają wpływ nie tylko na społeczeństwo, ale także na otaczającą nas rzeczywistość.

    Przejrzyj inne artykuły z grupy:

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      LinkedIn – social medium dla inwestorów czy użytkowników?

      Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
      Autor 4 maja 2016

      Społeczność albo zyskowność, nie jedno i drugie – to jest wybór, przed którym stoi największy serwis społecznościowy dla profesjonalistów. Póki co, wybierali to drugie i nadal są numerem jeden. Czy tak będzie nadal?

      Okiem specjalisty

      Nie tyle zbierając materiały do tekstu, ile robiąc sobie od tego przerwę, natknąłem się przypadkiem na tweeta znajomego, który relacjonował, co dzieje się na dużej konferencji HR-owej. Wpis dotyczył wystąpienia zatytułowanego (mniej więcej) “Kto uratuje LinkedIn przed nim samym?” (ubiegli mnie z tym tytułem). Okazja była zbyt dobra żeby ją zmarnować. Napisałem do znajomego z prośbą o więcej szczegółów.

      “No cóż” – padła odpowiedź – “na pewno LinkedIn ma się czego obawiać ze strony mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych serwisów, dedykowanych lekarzom, programistom czy grafikom”. To wiemy nie od dziś. Już rok temu taką diagnozę stawiało “WIRED”. “Mówi się też o chybionych inwestycjach. LinkedIn ładuje setki milionów w startupy, które niewiele robią, aby podnosić atrakcyjność samej platformy, zwłaszcza dla rekruterów”. Przyznaję, prelegent był oczytany – tym razem powtarzał obserwację “The Wall Street Journal”. Do trzech razy sztuka. “Coś jeszcze?” – rzuciłem na koniec. Pointa nie rozczarowała: “chyba tylko tyle, że LinkedIn musi się w końcu skupić na oczekiwaniach użytkowników, a nie inwestorów”. Wiedziałem już, że mam tytuł.

      Okiem inwestora

      Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale większość z nas nigdy nie dowie się, jak to jest stracić 10 miliardów dolarów w jeden dzień. Nie milionów. Miliardów. Wiedzą o tym, aż zbyt dobrze, właściciele serwisu LinkedIn. W Piątek, 23 lutego, wartość akcji największej społecznościowej platformy zawodowej spadła o 43%. Firma na długi czas straciła zaufanie domów inwestycyjnych i ekspertów giełdowych. Tego rodzaju cios musi boleć szczególnie, gdy mówimy o marce, która była gotowa na wszystko, aby dowieźć wyniki finansowe, uspokoić ekspertów i zadowolić inwestorów. LinkedIn działał na granicy prawa i poza prawem. W październiku ubiegłego roku zapłacił 13 milionów dolarów kary za wysyłanie maili z kont swoich użytkowników bez ich wiedzy i zgody. Akcja była nakierowana na nowych użytkowników, rzekomo “zapraszanych” do społeczności serwisu przez dotychczasowych. Wtedy chodziło o wykazanie, że dynamika przyrostu kont wzrasta. Dziś LinkedIn nie poszedłby pewnie aż tak daleko, co nie znaczy, że zupełnie zrezygnował ze złych praktyk określanych jako “dark patterns”.

      dark patterns linkedin

      Normalnie, gdy widzimy jakąś uciążliwość w korzystaniu ze strony internetowej przypisujemy to nieudolności, nieuwadze czy lenistwu programistów. Dark pattern odnosi się do rozmyślnych “błędów” w designie zamierzających do wymuszenia na nas: kupienia wersji premium, przekazania danych, których wcale nie chcemy ujawniać, przedłużenia umowy bez wiedzy, że na to się piszemy.

      Cóż, akcjonariusze może machnęliby ręką na te utopione 13 milionów. Gorzej znieśli zapewne stratę (co najmniej) 175 milionów dolarów zainwestowanych w uśmierconą niedawno usługę Lead Accelerator, pozyskaną wraz z wykupieniem obiecującego startupu: Bizo. Nie była to pierwsza chybiona inwestycja. Wcześniej LinkedIn pożegnał Cardmunch, Rapportive, Connected, InMaps oraz Bright. Czy najnowsze nabytki: narzędzie rekrutacyjne Connecitifer (kiedyś nazywany “nowym LinkedInem”) oraz platforma edukacyjna Lynda.com (kupiona za 1,5 miliarda dolarów) spiszą się lepiej? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne: LinkedIn nie jest już zainteresowany inwestowaniem w swój serwis. Woli przeznaczyć te środki na to, aby wykupić i unieszkodliwić konkurencję zanim stanie się groźna. Mnie jednak bardziej niepokoi to, że pozycja monopolisty umożliwia serwisowi równie obcesowe obchodzenie się ze swoją społecznością.

      LinkedIn nie jest już zainteresowany inwestowaniem w swój serwis. Woli przeznaczyć środki na to, aby wykupić i unieszkodliwić konkurencję zanim stanie się groźna.

      Okiem użytkownika

      Swego czasu mocno wciągnęła mnie książka Exponential Organizations Salima Ismaila. Naczelna obserwacja w niej zawarta mogłaby służyć za motto dla tego tekstu:

      Ilekroć staniesz przed wyborem: społeczność czy zyskowność – wybierz to pierwsze.

      Uzasadnienie jest proste: prowadząc społecznościowy biznes i wybierając krótkoterminową korzyść ponad długofalową relację z użytkownikami, podcinasz gałąź, na której siedzisz. Obawiam się, że właśnie to robi LinkedIn.

      Redagując tę sekcję, postanowiłem oprzeć się na czymś więcej niż własnych doświadczeniach. Zwróciłem się do znajomych oraz osób udzielających się na grupie Usability PL z pytaniem, jak oni oceniają wygodę korzystania z LinkedIn. Lista skarg, problemów i zażaleń był długa:

      • większość, nawet prostych działań, wymaga przejścia dwóch albo trzech ekranów;
      • wiele spośród istotnych funkcji lub informacji jest niepotrzebnie schowana, np. lista kontaktów użytkownika, tj. główny powód dla którego dołączył do LinkedIn;
      • nadmiar aktualizacji osób i firm, których nie znamy, kosztem wpisów znajomych;
      • nacisk na nieznajomych ma biznesowy wymiar. Więcej przestrzeni pozostaje na treści sprzedażowe i PR-owskie, mniej na dobry content;
      • nie można zapoznać się ze statusami wybranej osoby na dłuższej przestrzeni czasu;
      • wyłączenie LinkedIn Signal uniemożliwia łatwe wyszukiwanie statusów. Zamiast tego wprowadzono niewygodny Advanced Search, który aby działał skutecznie wymaga wersji płatnej, zbiera o nas dużo danych by spamować reklamami, a i tak nie oferuje prostej funkcji znalezienia pojedynczego statusu;
      • aby dostawać comiesięczną fakturę na mail, trzeba wydać na LinkedIn co najmniej 3000 dolarów przez dwa miesiące z rzędu, inaczej faktury trzeba pobierać ręcznie (via “ustawienia prywatności!”) w ramach niezwykle niewygodnego interfejsu;
      • nie można dołączyć do niektórych grup, choć są widoczne, bo serwis zażąda przejścia na wersję premium;
      • aby publikować teksty na platformie blogowej Pulse trzeba… zmienić język na angielski;
      • polityka “haczyków i drobnego druku” – wszystkie darmowe usługi są w istocie płatne.

      Szef UI designu LinkedIn powiedział w jednym z wywiadów, że budzi się i kładzie spać myśląc o interfejsie i funkcjonalności platformy. Wierzę mu. Problem polega na tym, że cały jego wysiłek idzie w zwiększanie korzyści, jakie platforma czerpie z użytkownika, a nie jakie użytkownik może czerpać z platformy.

      Chłodnym okiem

      Po chwili zastanowienia przychodzi mi na myśl inny pomysł na motto: “kto bogatemu zabroni?”. Wbrew pozorom przyszłość LinkedIn nie jest bowiem zagrożona. Sukces tej platformy został zbudowany na zbyt solidnych podstawach, aby podzielił los BranchOut czy BeKnown. Społeczność tego serwisu to nadal blisko pół miliarda ludzi w 200 krajach. Roczny przyrost użytkowników wynosi 19%. LinkedIn pozostaje niezbędnym narzędziem pracy korporacyjnego rekrutera i agencyjnych headhunterów. Lokalni konkurenci są zbyt mali, aby rzucić mu globalne wyzwanie, a serwisy stricte branżowe nie mają tego samego potencjału networkingowego, ani sprzedażowego. Póki co, nawet sfrustrowany użytkownik musi pozostać lojalny.

      Prawda jest zatem taka, że nieszybko doczekamy się rywala, który stanowiłby realne wyzwanie dla obecnego hegemona. To źle dla branży i dla społeczności profesjonalistów, którzy zasługują na bardziej praktyczne i bardziej przyjazne narzędzie. LinkedIn sam z siebie się nie zmieni. A to oznacza, że jeszcze długo aktualizacja profilu w tym serwisie będzie najpewniejszym znakiem tego, że znajomy szuka nowej pracy.


      Za pomoc w opracowaniu tego tekstu szczególnie dziękuję Kasi Borowicz oraz wszystkim tym, którzy zaangażowali się w wymianę myśli i doświadczeń na Usability PL oraz innych grupach dyskusyjnych.

      Przejrzyj inne artykuły z grupy:

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj