Netflix: internetowa telewizja Tłumu

Przeczytasz w 8 minut Socjologia internetu
Autor 29 lipca 2014

Współautorką tekstu jest Agnieszka Smoręda.

Kocham telewizję. Uwielbiam oglądać seriale, śledzić wydarzenia w serwisach informacyjnych… nawet reklamy mnie nie nudzą, a wręcz przeciwnie: fascynują. Jednak z biegiem lat podstawowym źródłem rozrywki dla mnie, jak i dla milionów ludzi na świecie, stał się Internet. Trzeba przyznać, że w dużej mierze uwarunkowane jest to dostępnością zagranicznych treści w mniej lub bardziej legalny sposób właśnie za pomocą tego medium. Co więcej, coraz częściej telewidzowie-internauci wolą skorzystać z Internetu, zamiast dopasowywać się do harmonogramu emisji w tradycyjnych mediach. W Stanach problem ten dostrzeżono już lata temu; stąd powstanie serwisu Hulu (ale o tym więcej w kolejnym tekście 😉 ). Dziś skupię się jednak, podobnie jak cały amerykański przemysł filmowo-telewizyjny, na serwisie Netflix.

Początki serwisu. Początki rewolucji.

Czym właściwie jest Netflix? Powstał w 1997 jako wysyłkowa wypożyczalnia wideo. Nawet dziś można na Netfliksie zamówić film, odczekać kilka dni, w domowym zaciszu obejrzeć go na DVD, a potem odesłać na wskazany adres… kto o zdrowych zmysłach wybrałby dziś tę formę zamiast streamingu, czyli flagowej usługi oferowanej przez serwis – nie mam pojęcia. Nie mnie osądzać małe dziwactwa, które każdy z nas ma ;-). Tradycyjny model rozrywki ustępuje obecnie następnemu “stadium ewolucji” telewidza, który korzysta z rozrywki gdzie chce i kiedy chce. Nie ma już tłumu, który zasiada przed telewizorem by “na żywo” obejrzeć najnowszy odcinek ulubionego serialu. Nowy Tłum sam narzuca sobie tempo odbioru rozrywki, a jego ndywidualizacja nie stoi w sprzeczności z kreowaniem społeczności i fandomów, czego dawniej się obawiano. Bo Internet to narzędzie jednoczenia Tłumu dzielącego pasje bez względu na dzielące go odległości.

Netflix 1_WE the CROWD

Faktem jest, że obecnie Netflix opiera swoją działalność właśnie na streamingu – głównie filmów, ale również seriali. Model biznesowy jest prosty: w zamian za koszt miesięcznej subskrypcji internauta zyskuje dostęp do pełnej biblioteki multimedialnej serwisu. Z pozyskanych w ten sposób pieniędzy Netflix kupuje prawa do udostępniania filmów i seriali tak, aby zachęcić dotychczasowych subskrybentów do dalszego opłacania abonamentu i jednocześnie skłonić nowych „widzów” do wykupywania subskrypcji. Tak to przynajmniej wyglądało do niedawna. Jeszcze kilka lat temu Netflix był zaledwie dostawcą treści; pośrednikiem między twórcami a odbiorcami. Zasadniczo służył jako jeszcze jedno źródło zysku dla wielkich wytwórni filmowych, odpowiedzialnych za dystrybucję filmów i seriali.

Rozwiązanie było logiczne i dochodowe dla wszystkich: za niewielką cenę internauci otrzymywali dostęp do filmów, które jeszcze przed chwilą dostępne były w kinach, oraz seriali, które właśnie zakończyły swoją emisję w telewizji. Wytwórnie zarabiały kolejne pieniądze z opłat licencyjnych, a Netflix wykrawał kawałek tego tortu dla siebie jako pośrednik. Jednak z czasem każdy dobry układ zaczyna rdzewieć, a powodem tradycyjnie są pieniądze. Dla wytwórni Netflix zaczął być konkurentem: ludzie woleli poczekać i obejrzeć film w streamingu niż w kinie czy na DVD. Problem dotyczył także telewizji, która w Stanach od lat traci na oglądalności. Utratę zysków gdzie indziej, wytwórnie postanowiły sobie powetować podnosząc ceny licencji dla serwisów takich jak Netflix. Te rosnące koszty sprawiły, że Netflix postanowił w 2011 rozszerzyć swoją działalność także na produkcję treści.

W marcu 2011 roku ogłoszono, że serwis będzie udostępniać dla swoich subskrybentów oryginalnie produkowane seriale, a już niespełna dwa lata później, w lutym 2013 roku, premierę miał pierwszy sezon House of Cards.

Netflix2_WE the CROWD

Było to wydarzenie o wymiarze historycznym z kilku powodów. Przede wszystkim Netflix postanowił kontynuować dotychczasowy model udostępniania seriali i wbrew wszelkim telewizyjnym świętościom wypuścił od razu cały sezon, umożliwiając swoim abonentom tak zwany binge watching, czyli obejrzenie odcinków jeden po drugim, za jednym posiedzeniem. W ten sposób Netflix dostosował sposób udostępniania swojej oferty do preferencji Tłumu: nie chcemy czekać, gdy w grę wchodzi ulubiony serial. Co więcej, za powstaniem House of Cards stoją naprawdę wielkie nazwiska: nie tylko środowiska telewizyjnego, jak John Mankiewicz, lecz także Hollywood: Kevin Spacey, David Fincher, Joel Schumacher. Była to zupełnie nowa jakość w świecie mediów. Wcześniej, owszem, można było w Internecie obejrzeć niskobudżetowe seriale realizowane przez grupki zapaleńców, ale od czasu House of Cards ci zapaleńcy to hollywoodzki establishment, a budżet dorównuje produkcjom czołowych nadawców.

Netflix wypływa na szerokie wody

Już kilka miesięcy później nastąpiło kolejne historyczne wydarzenie, precedens, którego reperkusje możemy sobie jedynie zacząć wyobrażać: House of Cards zdobył aż 14 nominacji w najbardziej prestiżowych kategoriach Primetime Emmy — nagród Akademii Sztuki i Nauki Telewizyjnej, m.in. za:

  • serial dramatyczny,
  • główną rolę męską,
  • główną rolę kobiecą,
  • reżyserię.

Frank Underwood i spółka zgarnęli statuetki we wszystkich wyżej wymienionych kategoriach. Najważniejszych kategoriach. Serial udostępniony w internetowym streamingu zdobywa więc kluczowe nagrody amerykańskiego przemysłu telewizyjnego: rozpoczyna się rewolucja. Można dodać: a imię jej — algorytm, albowiem właśnie na zaawansowanych statystykach i kalkulacjach Netflix opiera swój rozbudowany system rekomendacji (serwis posiada 72,000 kategorii katalogowania) i na nim opiera nie tylko strukturę sugestii kolejnych programów, które subskrybent mógłby obejrzeć, ale i wybór następnych projektów, w jakie zamierza się zaangażować. Gust użytkowników serwisu ma bezpośrednie przełożenie na jego ofertę programową.

To właśnie wokół tego, czym interesują się subskrybenci, kręci się cały Netfliksowy biznes.To CROWD, jego gusta i uznanie napędzają streamingową machinę. Co ciekawe, doceniając rolę użytkowników, Netflix postawił na “prawdomówność” statystyk. Nie liczy się więc, kto krzyczy najgłośniej, choć uznanie krytyków i internetowych społeczności jest dziś bardzo istotne, ale kto krzyczy najliczniej. W Tłumie siła.

Netflix poszedł rzecz jasna za ciosem i po sukcesie House of Cards i zlecił produkcję kolejnych seriali, między innymi Lilyhammer, Hemlock Grove i — uznawanego przez wielu za serial lepszy nawet od flagowego House of CardsOrange is the New Black, stworzony przez, znaną miłośnikom Trawki Jenji Kohan.

Netflix3_WE the CROWD

To właśnie OISNB ugruntował pozycję Netfliksa, który od lipca ubiegłego roku może się pochwalić nie jednym, a dwoma hitami, o których Sieć huczy, a krytycy kochają. Ale Netflix staje się też domem dla zdjętych z anteny seriali produkowanych przez media tradycyjne. Pierwszym takim przedsięwzięciem był czwarty sezon Arrested Development, udostępniony w całości pod koniec maja 2013 roku. Serial oryginalnie emitowała stacja FOX w latach 2003–06 i, mimo że zszedł z anteny, cieszył się niemalejącą popularnością i statusem serialu kultowego (jeśli nie znacie Bogatych bankrutów, koniecznie musicie te braki jak najszybciej nadrobić, żeby wiedzieć, że „There’s always money in the banana stand„).

Kolejny raz na działania giganta wpływa opinia Tłumu — kultowy status serialu i niemalejąca popularność pierwszych trzech sezonów w serwisach streamingowych.

“Być HBO, zanim HBO stanie się Netfliksem”

Właśnie popularność serialu wśród jego zagorzałych fanów sprawiła, że przez lata co i rusz wypływały na powierzchnię plotki o potencjalnym wznowieniu produkcji — Tłum domagał się swego. Dlatego wieści o tym, że serial znajdzie swój dom w Internecie przyjęto wręcz ekstatycznie. Netflix, niezrażony mieszanym recenzjami, nie tylko podpisał w kwietniu tego roku wieloletnią umowę z Hurwitzem na tworzenie nowych, oryginalnych projektów, ale również wyciągnął z niebytu The Killing, emitowany wcześniej przez kanał kablówkowy AMC (i przez tę stację zdjęty z anteny po drugim sezonie, a potem wskrzeszony na trzeci). Czwarty sezon Netflix zamierza udostępnić na początku sierpnia, dając temu serialowi trzecie życie. Nowa młodość czeka także The Magic School Bus… animowany serial dla dzieci z lat 90, co pokazuje wszechstronność z jaką do ekspansji w świecie telewizji przymierza się Netflix. Nie spoczywa na laurach, tylko idzie za ciosem i zamawia kolejne seriale:

  • Marco Polo – produkcja przejęta po tym jak kanał Starz porzucił projekt, budżet to, mimo wszystko oszałamiające, $90mln,
  • Narcos – opowiadający o życiu i śmierci Pablo Escobara,
  • BoJack Horseman – animowana komedia dla dorosłych, gdzie głos podkładają między innymi Aaron Paul i Will Arnett,
  • Sense8 – realizowany przez rodzeństwo Wachowskich we współpracy z Michaelem Straczynskim (tych nazwisk żadnemu miłośnikowi science fiction nie trzeba przedstawiać).

Netflix4_WE the CROWD

Jest też oczywiście deal z Marvel Comics, dzięki któremu na przestrzeni kilku najbliższych lat, poczynając od 2015 roku, będziemy mieć stały napływ seriali z superbohaterami Marvela w roli głównej. Ma powstać po 13 odcinków poświęconych odpowiednio Daredevilowi, Jessice Jones, Iron Fist i Luke’owi Cage, zakończonych 6-odcinkową miniserią, w której wystąpią wszyscy wyżej wymienieni. A to zapewne dopiero początek ekspansji. Netflix rośnie w siłę, a jego celem jest, jak mówi CEO firmy, Reed Hastings, „być HBO, zanim HBO stanie się Netfliksem”.

Cena rewolucji

Tylko za jaką cenę? Głównym powodem, dla którego lata temu wytwórnie filmowe odpuściły sobie rodzaj działalności, od którym przecież zaczynały wiek wcześniej, czyli produkcję, są jej wysokie koszty. Dużo bardziej opłacalnym modelem biznesowym jest czerpanie korzyści z dystrybucji. Już wcześniej Netflix borykał się z ryzykownym schematem działania, wydając ogromne pieniądze na opłaty licencyjne by zwabić nowych subskrybentów, których abonamenty sfinansują kolejne opłaty zachęcające następnych subskrybentów… jeśli przypomina Wam to piramidę finansową, nie jesteście w tym wrażeniu odosobnieni. Netflix może się pochwalić oszałamiającymi obrotami w wysokości ponad 4 miliardów dolarów, z czego zysk to marne 200 milionów. W jaki sposób serwis próbuje niwelować ryzyko utraty płynności? Podnosząc ceny, oczywiście. Na razie jedynie dla nowych subskrybentów; z dotychczasowych $7.99 do $8.99, przy dwuletniej gwarancji niezmiennej ceny dla dotychczasowych subskrybentów. Jaki wpływ ta zmiana będzie mieć na tempo wzrostu liczby abonentów i zyski, dowiemy się dopiero za kilka miesięcy.

Netflix5_WE the CROWD

Na ten moment Netflix ma bardziej palący problem: dostęp do Internetu. Jeśli myśleliście, że w Polsce pod względem monopolu sieci kablowych jest źle, nie macie pojęcia, jak źle sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych. Istnieją tam de facto dwie sieci: Time Warner i Comcast. Obie jawnie podpisały pakt o nieagresji, czyli podzieliły kraj między siebie; każde z nich w swoim rejonie ma faktyczny monopol na kablówkę, ale również Internet — to sieci kablowe są podstawowym dostawcą Internetu w USA. I pewnie nie zdziwi Was, że nie podoba im się rosnąca pozycja Netfliksu. Jak jej przeciwdziałać? Zwalniając transmisję danych i Sieci oraz wymuszając haracze od serwisu streamingowego za jej przyspieszenie. Można też działać bardziej długofalowo, czyli lobbować w Waszyngtonie tak by Kongres przyjął ustawę zezwalającą na uruchomienie Internetu dwóch prędkości i żądanie dalszych dodatkowych opłat. Od niedawna Netflix walczy z nieuczciwymi praktykami, informując internautów, z jakiego powodu film czy serial im się bufforuje dłużej niż zwykle – wina leży po stronie dostawcy Sieci, o czym informują komunikaty serwisu dla użytkowników.

Netflix6_WE the CROWD

Zatem rozwijając swój model biznesowy i budując medialne imperium Netflix otoczony jest z każdej strony przez rywali i konkurencję. Po jego stronie murem stoją za to widzowie, czyli coraz liczniejsza grupa subskrybentów, albowiem interes Tłumu i medialnych potentatów nie zawsze idą ze sobą w parze. Widzowie wiedzą, jak temu zaradzić; Tłum potrafi nie tylko zakomunikować, czego żąda, ale i postawić na swoim, jest aktywny, przedsiębiorczy i wymaga dla siebie tylko tego, co najlepsze. Netflix zdaje się to rozumieć i wykorzystywać. Walcząc o utrzymanie się powyżej linii opłacalności i dążąc do uzyskania poklasku krytyków telewizyjnych i widzów, ten pionierski serwis streamingowy czuje oddech konkurencji na swoich plecach: Amazon, Hulu, Yahoo, czy HBO nie śpią. Także tradycyjna telewizja zmienia się pod wpływem internetowej rewolucji. Ale o tym więcej w kolejnych tekstach. Tymczasem: miłego oglądania!

Współautorką tekstu jest Agnieszka Smoręda.

Przejrzyj inne artykuły z grupy:

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Groźby, obelgi, tweety. Krótko o e-linczowaniu

    Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
    Autor 12 lipca 2014

    E-lynching, cyfrowe linczowanie, to fenomen świeżej daty. Potrzeba było gwałtownego przyrostu użytkowników Facebooka, Twittera i ostatnio Ask.fm, aby ludzie przekonali się o trzech prostych prawdach. Po pierwsze: nieznajomi nigdy nie znali się tak dobrze. Po drugie: w Sieci nic nie ginie. Po trzecie: im wyżej, tym widoczniej.

    PR-owcy się tym zajmą…

    Dwa pierwsze punkty odnoszę do wszystkich internautów. Trzecia maksyma dotyczy  zaś celebrytów (estradowych, politycznych, wszystko jedno). Im sława i niesława przychodzą w epoce Internetu równie łatwo. Raper Bow Wow zdawał na bieżąco relację via Twitter z prowadzenia samochodu po pijaku. Kim Kardashian oświadczyła na Twitterze, że modli się za wszystkich w Izraelu, poprzez co niektórzy zrozumieli, że za Palestyńczyków modłów już nie wznosi. Celebrytka przytomnie dopisała więc, że miała na myśli również tych mieszkańców Ziemi Świętej, którzy mówią po arabsku. Niewiele to dało, a przy okazji oburzyło niektórych pro-izraelskich twitterowiczów. Ostatecznie Kardashian musiała uznać, że skoro wobec konfliktu izraelsko-palestyńskiego bezradni byli najwięksi mężowie stanu, to pewnie i ona nic nie uradzi. Dyplomatycznie skasowała obydwa tweety. Brak poprawności politycznej wytknięto również Gwyneth Paltrow. Aktorka imprezując w stolicy Francji z Jayem-Z i Kanye Westem wrzuciła tweeta „Niggas in Paris for real!”. Jak zauważył jeden z komentatorów „that nearly shut down the internet”.

    crowd tt 1

    Niewielu przyjęło jej (zupełnie sensowne) tłumaczenie, że nawiązywała do tytułu właśnie wydanego przez duet raperów singla. Niestety, w toku składania wyjaśnień przed niewidzialnym trybunałem, Paltrow porównała nienawistne komentarze internautów do dehumanizacji i okrucieństwa czasu wojny, co z kolei obraziło żołnierzy. Weteran Zielonych Beretów, który wystosował do niej list otwarty, na 15 minut został medialnym bohaterem. Niebawem całą sprawą zainteresowała się także żona dawnego kandydata na prezydenta Johna McCaina. Cindy McCain, jako matka dwójki dzieci służących w wojsku poczuła się wezwana do tablicy i surrealistyczny serial trwał dalej w najlepsze. Do tego czasu, rzecz jasna, nie wygasły spory odnośnie tego czy Paltrow miała prawo napisać „nigga” i czy ta forma jest, czy nie jest równoznaczna z rasistowskim „nigger”.

    Większość lub każdy z wyżej wymienionych piosenkarzy czy aktorów dysponuje zapewne specjalistą lub sztabem specjalistów ds. wizerunku i komunikacji. Gdy Chris Brown, wokalista znany chyba najlepiej z przemocy domowej względem swojej partnerki Rihanny, zaczął wypisywać na Twitterze obelżywe uwagi pod adresem jej i innych osób, do akcji wkroczyli opłacani fachowcy. Dawne konto skasowali, założyli nowe, od tej pory służące jedynie do celów promocyjnych. Zamieszczane tam treści były i są nadal uważnie moderowane pod kątem tak marketingu, jak i kanonów politycznej poprawności.

    … ale kto zajmie się PR-owcami?

    Czy to znaczy, że osoba, której nie śledzą dziesiątki tysięcy ludzi może spać (i tweetować) spokojnie? Niezupełnie. Założę się, że ani czytający te słowa, ani przeciętny Amerykanin jeszcze pół roku temu nie mieliby pojęcia kim jest Justine Sacco. To nie znaczy, że wiodła nudne życie. Jako główna specjalistka ds. PR domu mediowego IAC miała okazję współpracować z publikacjami takimi jak Daily Beast (polecam, swoją drogą) czy About.com. Jej praca polegała na zręcznej komunikacji i uważnym doborze słów – nie spodziewała się jednak, że z tych samych norm będzie rozliczana w czasie wolnym.

    Pakując już bagaż przed wyjazdem na zasłużony urlop do RPA, rzuciła mimochodem na Twitterze: „Lecę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Nie, żartuję. Przecież jestem biała!”. Niezbyt zabawne i mało zręczne, szczególnie w przypadku osoby, która zarabia na życie jako PR-owiec. Nie mniej jednak, tablicę Sacco śledziło mniej niż 500 osób. Sprawa powinna rozejść się po kościach. Los (Tłum?) chciał jednak inaczej.

    WE the CROWD twitter lincz

    Pierwsze negatywne komentarze pojawiły się dość szybko. Trudno ustalić jakimi kanałami niefortunny tweet trafił do serwisów ValleyWag i Buzzfeed, ale nie ulega wątpliwości, że to ich interwencja przydała drobnemu skandalowi efekt wirusowy. Re-tweety poszły w tysiące. Tymczasem niczego nieświadoma autorka wpisu cieszyła się ostatnimi chwilami spokoju na pokładzie samolotu zmierzającego do Kapsztadu. Dopiero w hotelowym pokoju w południowoafrykańskiej metropolii zdała sobie sprawę z tego, że stała się wrogiem publicznym.

    Oprócz niezliczonej ilości obelg, insynuacji, pojawiły się groźby pozbawienia życia, pobicia, gwałtu. Ośmieszano ją poprzez konto parodiujące jej osobę i wpisy, serię obrazkowych parodii i inne niepochlebne treści, które zdominowały wątek dyskusyjny zawarty pod hashtagiem:#HasJustineLandedYet.

    Niebawem w całą aferę wmieszały się fundacje zaangażowane w pomoc Afryce oraz… “New York Times”. Zaczęli ją śledzić fotoreporterzy. Sacco mogła być najzdolniejszym PR-owcem na świecie, ale na tym etapie, nic już nie mogło ocalić jej kariery. Niecałe 24 godziny od momentu rozpoczęcia tweeterowej burzy została zwolniona z pracy.

    Wybitny socjolog Walter Lippmann wspomniał kiedyś, ze przeciętny człowiek wobec spraw publicznych zajmuje pozycję kogoś, kto wszedł do teatru 15 minut spóźniony, zajął miejsce w ostatnim rzędzie, kolejną godzinę nieco oglądał, a nieco rozmawiał z sąsiadem, a następnie wyszedł przed opuszczeniem kurtyny. Zamieńcie taki teatr w sąd, widza w anonimowego sędziego, podłóżcie ścieżkę dźwiękową złożoną z głosów oburzenia, półprawd, insynuacji i pomówień, a poczujecie w powietrzu atmosferę linczu.

    Justine, w oczach swoich sędziów, nie była osobą. Była przypadkiem, symptomem, przejawem czegoś, co należy zdeptać. Jeśli świat to teatr, gdzie każdy ma jedną kwestię, zdaniem świata Justine zamknęła swoją w 140 znakach niefortunnego tweeta. Nikogo nie interesowały jej wyjaśnienia czy przeprosiny, nikt nie chciał słyszeć czy ma coś na swoją obronę. Każdy, kto próbował jej bronić niechybnie narażał się na zarzut, że jest takim samym rasistą jak ona.

    Problem polega bowiem na tym, że wszyscy ci szperający i share’ujący chcą się poczuć urażeni i oburzeni. Chcą, bo tylko wtedy mogą się poczuć potrzebni i prawi. Oferują nam oni przyspieszony kurs etyki: kto pierwszy rzuci kamieniem, ten na pewno jest bez winy.

    W masie, w Tłumie, często przyrasta innowacyjność, pomysłowość, nawet solidarność;odpowiedzialność, niestety, na ogół się rozmywa. Realia internetowej anonimowości jeszcze ten problem pogłębiają. Różnica między Tłumem a motłochem jest taka jak między demokracją a ochlokracją, zbiorową mądrością a zbiorowym obłędem, kolektywem a sitwą. Nie chodzi przecież o to, aby słuchać tych, którzy krzyczą najgłośniej, ale o to, aby pozwolić przemówić krzywdzie.Tą samą zasadą zdają się kierować domorośli whistleblowers. Niewielu z nich dopuszcza jednak scenariusz w którym największą ofiarą, okaże się na koniec oskarżony.

    Epilog

    Dopisanie epilogu do spraw Browna, Kardashian czy Paltrow zostawiam ich PR-owcom. Możliwe, że znajdą sposób zbicia na tych skandalach kapitału. W najgorszym razie, popiszą się zręcznym zarządzaniem kryzysowym i celebryci wyjdą z tego bez szwanku. Bardziej ciekawą mnie dalsze losy Justine Sacco. Po całej twitterowej aferze skasowała wszystkie swoje konta w mediach społecznościowych. Gdyby tego nie zrobiła, mogłaby poopowiadać twitterowiczom o swojej pracy w organizacji dobroczynnej działającej w Etiopii. Tylko czy o tym ktokolwiek z nich chciałby czytać?

    Przejrzyj inne artykuły z grupy:

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Dobroczynny crowdfunding, czyli żeberko z Kevinem Spacey

      Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding

      Dawno temu, kiedy jeszcze Magic Johnson zajmował centralne miejsce na boiskach NBA i w umysłach amerykańskich nastolatków, dwóch takich nastolatków wybrało się na imprezę charytatywną prowadzoną przez ich idola. Cel zbiórki miał marginalne znaczenie. Matt i Ryan pojechali tam oczywiście dla Magika – nie tylko zawiadywał on wydarzeniem, ale najhojniejszy z dobroczyńców mógł wyskoczyć z nim na mecz Lakersów.

      Wyobraźnia chłopaków musiała zdziałać cuda, bo przecież i tak mogli wyłożyć nie więcej niż marne  kilka dolców. Więc patrzyli z blednącą nadzieją w oczach, jak po skończonej aukcji ich bohater z dzieciństwa ściska dłoń dobroczyńcy, który sypnął 15 tys. $ i do tego umawia się z nim na wspólny mecz.

      Wracając tego wieczoru do domu, zrezygnowani Matt i Ryan zadali sobie właściwe pytanie: dlaczego tak wspaniałe doświadczeniem ma być zarezerwowane tylko dla tego, kto wyłoży najwięcej kasy? I z drugiej strony: dlaczego tak wspaniałe doświadczenie zbiera tylko 15 tys. $? Tak narodził się pomysł Omaze.

      Experience is king

      Omaze to platforma charity crowdfunding – materializacja koncepcji demokratyzującej dobroczynność i zarazem czyniącej z niej coś opłacalnego i modnego. Zamiast typowych aukcji, które gwarantują wyjątkowe doświadczenie najbogatszym w pomieszczeniu, Omaze stawia na równość szans poprzez losowanie. Wystarczy wpłacić 5$ czy 10$ na cel a ma się dokładnie takie same szanse na “wspólny mecz z Magickiem”, jak osoba, która wyłożyła 15 tys. $.

      A co na Omaze stanowi ten symboliczny “mecz z Magickiem” – niepowtarzalne doświadczenie? Jest w czym wybierać. To główna i najbardziej medialna atrakcja serwisu, zapewniająca regularne publicity tak zbiórkom, jak i platformie.

      1. Możecie poznać obsadę Epizodu VII ‘Star Wars’, a nawet wystąpić w filmie. To jedna z najświeższych zbiórek, zorganizowana przez Disneya i Lucasfilm, przy współpracy z UNICEF. Twoje wpłaty idą na projekt ‘Star Wars: Force for Change’, finansując innowacyjne i pożyteczne inicjatywy realizowane przez dzieci w Chinach, Południowym Sudanie czy Ugandzie.
      2. Możecie przećwiczyć scenę z Kevinem Spacey na planie ‘House of Cards’ i zjeść razem dobre barbecue jak u Freddy’ego (kto oglądał, ten wie o co chodzi i już się pewnie ślini). Pozyskane fundusze wesprą rozwój kultowego teatru The Old Vic w Los Angeles.
      3. Macie szansę złożyć wizytę na planie ostatniego sezonu ‘Boardwalk Empire’ w towarzystwie aktora Jeffreya Wrighta. Wasze datki zostaną spożytkowane przez Tribeca Film Institute i Taia Peace Foundation na wsparcie lokalnych społeczności w Afryce.

      Pełną listę zbiórek zbudowanych na atrakcjach i ich celów znajdziecie tutaj:

      http://www.omaze.com/experiences

      A zapewniam – niemal co tydzień pojawia się jakaś gwiazda: muzyk, aktor, reżyser, konferansjer, dziennikarz, która w ramach swojego projektu przygotowała dla Was unikalne doświadczenie, w zamian za datki na szczytny cel.

      Tak samo, a nawet lepiej

      Zauważyliście pewnie, że Omaze wygląda i działa podobnie do standardowej platformy crowdfundingowej. Poza głównym experience, każda wpłata wiąże się z wybraniem jednego z poziomów nagród (tzn. nie ma mowy o świadczeniu jednostronnym, chyba, że z woli darczyńcy). Np. za wpłatę o wysokości 500$ na wsparcie lokalnych społeczności afrykańskich, otrzymuje się pakiet “gangster”, czyli szklanki z logiem klubu Onyx z serialu ‘Boardwalk Empire’.

      Analogiczna wpłata na bliźniaczą akcję to nagroda w postaci papierośnicy i szklanki z logiem ‘House of Cards’ (zakładam, że producent jest ten sam 😉 ).

      onyx omazehouse of cards omaze

      Sam proces także przypomina tradycyjny crowdfunding, z pewnym novum:

      1. Znajdujecie doświadczenie najbliższe Waszych marzeń.
      2. Chcąc je spersonalizować, wspieracie szczytny cel swoim datkiem (wybierając przy tym pomniejszy upominek).
      3. Czekacie na wyniki losowania po zakończeniu zbiórki.
      4. I tu novum: Omaze śledzi wpływ jaki wpłaty Tłumu wywierają w ramach określonego celu. Efekty prezentowane są potem wspierającym.
      5. I jeszcze jedno novum: Doświadczenie jest filmowane i również prezentowane Tłumowi. W jakim celu? Aby pokazać jak wygląda ono w praktyce i oczywiście zachęcić do wzięcia udziału w kolejnych zbiórkach.

      Matt i Ryan piszą na swojej stronie, że pokładają wiarę w siłę historii, która inspiruje do działania. Dlatego prezentują nie tylko story związane z celem charytatywnym, fundacją icelebrity, ale także z tymi szczęśliwcami, którzy przeżyli jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Te historie wzmacniają więź jednostek w Tłumie i ich oddanie pojedynczym kampaniom.

      To powinna być cenna lekcja dla reward-based crowdfundingu. Doświadczenie to coś więcej niż tylko nagroda.

      PS. Moje ulubione experience zaserwowane wybrańcowi z Tłumu za pośrednictwem Omaze? Oczywiście możliwość przyjechania na premierę ostatniego sezonu ‘Breaking Bad’ kultowym RV– razem z całą obsadą.

      3 grosze MG

      Jedną z najpoważniejszych zasług, jakie oddały nam rozwiązania bazujące na crowdsourcingu i crowdfundingu, jest demokratyzacja coraz to nowych obszarów życia. Kolejny zdobyty bastion to filantropia. Jak dotąd kojarzyła się ona wyłącznie ze światem bogactwa i luksusu. Słusznie Tołstoj pisał o tych, którzy łaskawie rzucają biednemu, co wydarli jeszcze biedniejszemu. Omaze błyskotliwie łączy wiarę w dobrą sprawę z egalitarnym duchem i nowoczesnymi rozwiązaniami opartymi na crowdfundingu i marketingu doświadczeń. Poza tym: kto jak kto, ale czy Frank Underwood kiedykolwiek mylił się co do ludzi?

      Przejrzyj inne artykuły z grupy:

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj