Miej auto bez auta. O co chodzi w miejskim carsharingu?

Przeczytasz w 7 minut Sharing economy

Od kilku lat w największych polskich miastach możemy wypożyczać i współdzielić z innymi „miejskie” rowery. Wystarczy podejść do stanowiska, wykonać kilka kliknięć w swoim smartfonie i odjechać, a po skończonej przejażdżce odstawić na dowolnej stacji. A gdyby tak zrobić to samo z autami?

Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

W naszym tekście poświęconym podróżowaniu w czasach sharing economy pokrótce opisaliśmy zjawisko carsharingu, czyli możliwości współdzielenia samochodu przez więcej niż jednego użytkownika. W tym miejscu od razu rozróżnijmy dwa modele:

  • carsharing P2P (bądź B2B), w ramach którego użytkownicy użyczają innym użytkownikom swoich aut, czyli de facto współdzielą je “w sądziedztwie”. Łączą ich marketplaces – platformy i aplikacje sharing economy rodzaju Turo czy Getaround.
  • carsharing B2C, działający jak miejska wypożyczalnia samochodów, dysponująca własną flotą. Użytkownicy także mogą swobodnie i według własnego uznania korzystać z aut, jednak użycza im ich miasto albo usługodawca, taki jak Zipcar, Car2Go, czy polski Traficar.

W naszym tekście weźmiemy pod lupę wyłącznie ten drugi model – B2C – dlatego pisząc “miejski carsharing” lub po prostu “carsharing” będziemy mówić o współdzieleniu przez użytkowników (Consumers) samochodów, które są własnością podmiotu komercyjnego (Business).

O co chodzi w miejskim carsharingu?

Wspólne użytkowanie samochodu nie różni się specjalnie od wspomnianych wcześniej rowerów miejskich i sprowadza się do:

  • możliwości wynajęcia zaparkowanego w określonym punkcie pojazdu z wykorzystaniem dedykowanej do tego aplikacji,
  • odbycia podróży (jej długość zależy od potrzeb użytkownika),
  • pozostawieniu samochodu w określonym punkcie,
  • zapłacenia za podróż (w zależności od jej długości i czasu).

Codzienne wykorzystanie możliwości carsharingu na przykładzie Traficar


To, co wyróżnia carsharing na tle innych rozwiązań związanych z transportem współdzielonym to przede wszystkim większa swoboda. Dlaczego? Możemy korzystać z wynajętego pojazdu przez tyle czasu ile potrzebujemy, nie będąc ograniczonym określoną trasą (jak w przypadku ridesharingu, czyli np. BlaBlaCar) a także możemy zostawić na chwilę zaparkowany pojazd nie musząc ponownie zamawiać transportu (tak byłoby w przypadku ridesourcingu, np. Uber i Lyft).

W odróżnieniu od tradycyjnych form wynajmu pojazdów, takich jak wypożyczalnie samochodów bądź leasing, carsharing drastycznie obniża koszty. Płacimy za faktyczny dystans, który przejeżdżamy (większość wypożyczalni wykorzystuje stawkę dobową), nie ponosimy też kosztów paliwa czy ubezpieczenia.

Czy to się sprawdza?

Zalety

Według raportu Frost & Sullivan 2015 roku z usług carsharingowych korzystało około 7,9 mln osób na całym świecie. Ilość dostępnych pojazdów wynosiła 112 tys. Jak pokazują szacunki do roku 2025 nastąpi gwałtowny wzrost popularności tego trendu z 36 mln użytkowników korzystających z 427 tys. pojazdów. Dlatego najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Dłuższa: że wynika to bezpośrednio z licznych zalet korzystania z auta bez jego posiadania.

  • Oszczędność – ze względu na krótkoterminowość korzystania z auta, ceny mogą wynosić nawet kilka złotych (opłaty minutowe, godzinowe). Kusi też możliwość korzystania z buspasa oraz z niskiej (lub zerowej) opłaty parkingowej.
  • Niski stopień formalizacji i komplikacji – proces wynajęcia samochodu odbywa się za pośrednictwem aplikacji i jest w większości zautomatyzowany.
  • “Odkorkowanie” miasta i przestrzeni parkingowych – w miastach, w których funkcjonują usługi carsharingowe maleje ilość pojazdów poruszających się po drogach. Wpływa to także bezpośrednio na zwiększenie ilości (bezcennej) wolnej przestrzeni parkingowej w centrach miast.
  • Obniżenie poziomu zanieczyszczeń – mniej pojazdów to mniej spalin i hałasu (także traktowanego jako zanieczyszczenie). Na korzyść carsharingu przemawia również to, że w polskich flotach dostępne są auta spalinowe spełniające europejski standard emisji spalin (Euro 6) lub auta elektryczne.

Wady

Nie oznacza to jednak, że carsharing to święty Graal transportu, który nie ma wad. Tych jest kilka, choć zdecydowanie nie przeważają nad zaletami.

  • Ograniczenie geograficzne – większość operatorów carsharingowych jest dostępnych jedynie na terenie jednego miasta. Utrudnia to niestety odbycie dłuższej podróży poza jego granice (samochód musimy zostawić na terenie miasta, w którym działa dany operator). Dodatkowym problemem może być ograniczony zasięg pojazdów elektrycznych, które w krajach o infrastrukturze niedostosowanej do ich potrzeb (jak Polska) mogą mieć trudności w przejechaniem długich dystansów.
  • Znalezienie i dotarcie do pojazdu – carsharing to nie taksówka czy Uber. Po zarezerwowaniu samochodu musimy przejść w miejsce, w którym będzie on zaparkowany. Czasem może prowadzić to do sytuacji, w której poświęcamy tyle samo czasu na dotarcie do pojazdu, ile na samą jazdę (co w deszczową pogodę nie jest przyjemną perspektywą). Wzrost dostępności aut z pewnością stopniowo będzie redukować ten problem.
  • (Nie)dostępność aut w godzinach szczytu – rosnąca popularność carsharingu może prowadzić do sytuacji, w której flota samochodów nie wystarcza do obsługi wszystkich użytkowników. Jest to jednak uciążliwość, która dotyka także inne formy podróżowania w dużych miastach. Tutaj, podobnie, problem może rozwiązać poszerzenie floty usługodawców carsharingowych.

Kto i gdzie? Miejski carsharing w Polsce i na świecie

Na świecie

Początki carsharingu w modelu B2C sięgają lat 80. i 90. To wówczas w państwach takich jak Szwajcaria, Niemcy, Szwecja, Holandia, Kanada i USA zaczęły powstawać (często współfinansowane ze środków publicznych) małe firmy oferujące dostęp do floty samochodów “na godzinę”. Rozkwit przypada jednak na początek XXI wieku. W 2000 roku w USA powstają firmy takie jak Zipcar, Flexcar czy CarClub. Ich szybki rozwój przyczynia się do coraz większej popularyzacji zjawiska. W 2012 roku usługi carsharingowe są już dostępne w 27 krajach, przy liczbie około 1,7 mln użytkowników. Obecnie jednymi z najpopularniejszych dostawców usług tego typu na świecie są marki Zipcar oraz Autolib.

Rozwój popularności carsharingu nie umknął także uwadze innych graczy działających na rynku transportu. Jednymi z pierwszych marek, które zareagowały na to zjawisko były wypożyczalnie samochodów. Już w 2008 roku zaczęły tworzyć one swoje usługi carsharingowe. Wśród nich można wymienić Hertz on Demand, WeCar, Uhaul Car Share, Avis On Location.

Za trendem zaczęły podążać także duże koncerny motoryzacyjne. Wynika to między innymi z obawy przed utratą młodych klientów (którzy chętnie sięgają po carsharing), jak i chęci utrzymania zainteresowania branżą motoryzacyjną. W 2008 roku Daimler stworzył własną markę Car2Go. Usługa jest dostępna w 30 miastach świata i dysponuje flotą przeszło 14 tys. samochodów. Przy liczbie 2 milionów klientów jest ona obecnie największą usługą carsharingową na świecie. Oprócz Daimlera serwisy carsharingowe w swoim portfolio mają także:

  • BMW – założona wraz z siecią wypożyczalni Sixt spółka DriveNow.
  • Volkswagen – zamknięty w 2016 roku serwis Quicar. Użytkownicy, jak i flota samochodów zostali przejęci przez Greenwheels, w którym VW ma 60% udziałów.
  • General Motors – być może najciekawiej rozwijana spośród wymienionych usługa Maven, która od niedawna umożliwia nie tylko carsharing, ale także przyjmowanie drobnych zleceń (gigs) we współpracy z Lyft i Uberem lub samodzielnie.
  • Citroën – usługa Multicity,
  • Mercedes – wprowadzona pod koniec zeszłego roku usługa Croove.

Maven należący do General Motors


W Polsce

Rynek polski szybko dogania Zachodni. Usługi carsharingowe są już dostępne w kilku największych polskich miastach, m.in.:

Polskie usługi carsharingowe swoim działaniem nie odbiegają od wzorców zagranicznych i różnią się między sobą jedynie szczegółami (dostępne typy samochodów, sposób naliczania opłat i ich stawki itp.).

Magdalena Hibner, Marketing Manager, Traficar

Chyba możemy już śmiało powiedzieć, że od chwili startu Traficara w 2016 r. krakowianie pokochali szybkie wynajmowanie samochodów na minuty. Ze statystyk wynika, że najczęściej podróżują nimi na zakupy oraz uczelniane wydziały. W ciągu pół roku od uruchomienia usługi z naszej floty skorzystało 8000 użytkowników. Wszystkie samochody przejechały w tym czasie 400 tys. kilometrów.

Średni czas trwania kursu wynosi około 30 minut, choć z miesiąca na miesiąc się dynamicznie się zmienia. Obserwujemy też, że z coraz większym entuzjazmem klienci korzystają z tzw. opłaty postojowej, której koszt to 0,10 za minutę (łatwe przeliczenie: 6 zł za godzinę).

Kliknij i rozwiń

Perspektywy rozwoju

Według wspomnianych już przez nas szacunków Frost & Sullivan do roku 2025 z carsharingu będzie korzystało 36 mln osób na całym świecie. Z kolei BCG szacuje, że do roku 2021 liczba sprzedanych samochodów zmniejszy się o 792 tysiące! Ma to wynikać z rosnącej popularności zjawiska w Ameryce i w Europie, a także coraz większej penetracji rynku przez rozwiązania współdzielenia w regionie Azji i Pacyfiku.

Zwiększająca się gęstość zaludnienia w miastach, rosnące zanieczyszczenie powietrza i zmiana podejścia do własności wśród przedstawicieli młodego pokolenia prowadzą do sytuacji, w której carsharing wraz z innymi rozwiązaniami z obszaru sharing economy wydaje się przyszłością transportu. Już dziś coraz więcej miast w długofalowych strategiach rozwoju uwzględnia wprowadzenie tego typu usług na swoim terenie. Idzie to w parze z decyzjami władz, które mają zniechęcać mieszkańców do wykorzystywania swoich samochodów w centrach miast (wysokie opłaty parkingowe, duży stopień sformalizowania bądź koszty rejestracji nowego pojazdu).

Pamiętajmy też, że carsharing ma wpływ na zmniejszenie natężenia ruchu, hałasu i obniżenie zanieczyszczenia spalinami. To sprawia, że władze lokalne coraz chętniej sięgają po rozwiązania, które tworzą przyjazny klimat wokół tego modelu współdzielenia zasobów. Spośród nich można wyróżnić:

  • zlecanie badań służących sprawdzeniu wykonalności i prawdopodobieństwa sukcesu usługi carsharingowej na terenie danego miasta.
  • włączenie carsharingu w długofalową strategię komunikacyjną miasta, np. wyodrębnienie specjalnych stref parkowania dla wynajmowanych pojazdów, umożliwienie poruszania się po bus pasach itp.
  • obniżenie kosztów operatorów, np poprzez zmniejszenie bądź oferowanie darmowej możliwości parkowania w strefach miejskich.
  • współpraca i konsultacje ze społecznością, organizacjami i miastami, które promują bądź korzystają z carsharingu.
  • prowadzenie programów carsharingowych dostępnych dla pracowników magistratu, (np. współpraca Houston z Zipcar).

W Polsce taka forma współpracy między dostawcami usług, a władzami dopiero przed nami.

Piotr Groński, Prezes Zarządu, Traficar

Obecnie brakuje regulacji prawnych dla dostawców usług carsharingowych. Miasta posługują się obecnie narzędziem przetargu, w efekcie którego jedna zwycięska firma ma otrzymać uprzywilejowaną pozycję np. dostęp do buspasów. W naszej ocenie optymalnym rozwiązaniem byłoby stworzenie przepisów na poziomie ogólnopolskiej ustawy czy w ramach kompetencji samorządów oferujących wsparcie całej kategorii, a więc wszystkim firmom, które oferują usługi carsharingowe. Dofinansowanie jest zdecydowanie bardziej uzasadnione w przypadku komunikacji publicznej (także rowerów) niż wynajmie samochodów.

Kliknij i rozwiń

Carsharing miejski rozwija się w Polsce szybciej niż jego brat, czyli model P2P, dzięki czemu najpewniej zajmie silną pozycję w rodzimym krajobrazie sharing economy. W Warszawie, Krakowie, czy Wrocławiu swobodne podróżowanie do pracy wynajętym samochodem przestało już być czymś niezwykłym. Na rynku pojawia coraz więcej nowych usługodawców, a te firmy, które już na nim są, jak Traficar czy GoGet, planują rozszerzyć swoje usługi poza jedno miasto, równocześnie rozbudowując floty. Wszystko wskazuje na to, że Polacy naprawdę polubili carsharing. Czekamy, aż będziemy mogli powiedzieć to samo jako łodzianie :)

Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Czego jeszcze nie robiłeś w bibliotece, a możesz?

    Przeczytasz w 20 minut Sharing economy
    Autor 9 maja 2017

    W bibliotece nie można spożywać pokarmów. W bibliotece nie można używać telefonów komórkowych. W bibliotece można wypożyczyć drona. W bibliotece można pobrać muzykę tworzoną przez lokalnych artystów. W bibliotece można szyć. Co jeszcze można robić w bibliotekach opartych na społecznej partycypacji i współtworzeniu?

    Dziś biblioteki nie mogą być już tylko księgozbiorem. W pierwszej lepszej znajdziesz czytelnię ze stanowiskami komputerowymi, gdzie poszperasz w internecie. Wypożyczanie płyt audio, filmów czy gier planszowych też już nie budzi zaskoczenia. Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbył się wykład mistrza ZEN Jong Mae Kun Sunima. Trwają jeszcze wystawy prac Bolesława Polnara, niezwykłego opolskiego grafika i malarza oraz ceramiki Małgorzaty Orlik. W filii MBP nr 4 odbędzie się szkolenie Senior ze smartfonem! dla osób, które ukończyły 50 lat i chcą postawić pierwsze kroki w wirtualnym świecie. Czy powinno to dziwić? Skądże! Biblioteka dziś to centrum kultury, gdzie mieszkańcy mogą wziąć udział w spotkaniach autorskich, klubach dyskusyjnych, debatach, wykładach czy warsztatach. Czy to Gdańsk, Opole czy Gierałtowice, biblioteki już nie pełnią tej samej roli co 10 czy 100 lat temu. Dziś mają być otwarte dla wszystkich poszukujących kultury, wiedzy, przestrzeni do działania i społeczności, do której można przystąpić.

    Nadchodzi czas zmian

    W lutym tego roku socjolodzy z Uniwersytetu Opolskiego (UO) badali jak opolska biblioteka publiczna spełnia oczekiwania młodych ludzi. Badania nad idealną książnicą trwają od 2010 roku, kiedy to ci sami naukowcy analizowali to w jaki sposób i co czytają uczniowie, oraz jak MBP powinna się zmienić, by tę młodzież przyciągnąć. Jak twierdzi dr Michał Wanke z Instytutu Socjologii UO: Ta nasza miejska jest już zbliżona do tego ideału, ponieważ robiliśmy podobne badania, zanim zbudowano i zaaranżowano tę bibliotekę.

    Po 6 latach młodzież wskazuje jaka biblioteka idealna powinna być:

    • nastrojowym miejscem zachęcającym do spędzania czasu nad książką,
    • przyjaznym miejscem, gdzie każdy mógłby się odnaleźć,
    • miejscem, w którym można odpocząć, spędzić miło czas,
    • miejscem do spotkań i rozmów bez potrzeby ściszania głosu,
    • przestrzenią zarezerwowaną dla młodych ludzi, gdzie mogą przebywać bez obecności dorosłych i dzieci,
    • posiadać miejsca do wspólnej pracy.

    Na pełne wyniki badań trzeba będzie jeszcze poczekać, ale już teraz widać, że biblioteka staje się, oprócz księgozbioru, również miejscem spotkań.

    20170201_113153-1
    Współtworzenie wizji idealnej biblioteki. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego
    20170201_105743
    Współtworzenie wizji idealnej biblioteki. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego
    20170201_130717-1
    Jedna z wielu propozycji idealnej biblioteki. Przykład współtworzenia przestrzeni publicznej przez młodzież. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego

    Okazuje się, że można zrobić jeszcze więcej – poprosić mieszkańców o współtworzenie biblioteki.

    Małgorzata Waleszko, “Partycypacyjna biblioteka publiczna: doświadczenia państw skandynawskich”.

    Przykłady zagraniczne wskazują kierunek nowoczesnych książnic. A jest to kierunek, który dobrze obrazują slogany takie jak “from collection to connection” (od gromadzenia do łączenia) Duńskiej Agencji ds. Bibliotek, czy “from collection to creation” (od gromadzenia do tworzenia) Stowarzyszenia Amerykańskich Bibliotek (ALA)

    Kliknij i rozwiń

    Biblioteka partycypacyjna

    Biblioteka partycypacyjna to miejsce, w którym czytelnicy traktowani są jako aktywni uczestnicy i chyba co najciekawsze – współtwórcy oferty bibliotecznej. Sam zaś budynek powinien zmienić się w przestrzeń godzącą kilka interesów społeczności:

    • być miejscem przeznaczonym do wypożyczania i czytania książek (a także multimediów),
    • być miejscem łączącym wydarzenia kulturalne, edukacyjne i kreatywne,
    • być miejscem opartym na innowacji i ciągłym rozwoju, reagującym na potrzeby odbiorców.

    Czas zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: czym konkretnie jest biblioteka partycypacyjna?

    Małgorzata Waleszko, “Partycypacyjna biblioteka publiczna: doświadczenia państw skandynawskich”.

    Za partycypacyjną instytucję kultury uznaje się miejsce, w którym goście mogą wnosić własne pomysły, dzielić się treściami, oraz kontaktować z innymi ludźmi, by wspólnie komentować oraz ponownie wykorzystywać idee, formy wyrazu i obiekty oglądane i kreowane w trakcie odwiedzin. To także miejsca, w których dominującą formą komunikacji jest dialog, a użytkownik jest nie tyle klientem, co partnerem współpracującym z personelem przy realizacji zadań biblioteki, organizacji wydarzeń i wprowadzaniu nowych rozwiązań.

    Kliknij i rozwiń

    Dlaczego partycypacja jest ważna?

    O roli i efektach partycypacji w publicznych bibliotekach można (i powinno się!) rozmawiać na trzech poziomach.

    Pierwszy z nich dotyczy biblioteki jako instytucji, która dzięki współtworzeniu przez mieszkańców jest w stanie sprawnie konkurować z komercyjnymi placówkami o podobnym charakterze lub tych skupionych na cyfrowych rozwiązaniach. Znanym polskim przykładem są chociażby Wolne Lektury, a i torrentów nikomu przedstawiać nie trzeba.

    Drugi poziom odnosi się do indywidualnego podejścia do odbiorcy. Partycypacja w życie takiej instytucji jak biblioteka jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom współczesnego człowieka – kreatora, prosumenta, odbiorcy wielu mediów, często użytkownika, a nie właściciela.

    Ostatni trzeci poziom odnosi się do roli partycypacji jako spełnianiu potrzeb opartych na wspólnocie. Biblioteki dzięki temu mogą się stać spoiwem lokalnych społeczności, jednocześnie mając wpływ na kształtowanie odbiorcy, pełniąc przy okazji funkcję katalizatora dla pomysłów mieszkańców i dbając o rozwój lokalnych zasobów.

    Co można robić w bibliotece?

    Sięgając po zagraniczne przykłady szybko można się przekonać, że biblioteka ma naprawdę dużo do zaoferowania ludziom żyjącym w galopującym świecie. Przyjrzyjmy się paru pomysłom bliżej.

    HYPE Teen Center Detroit Public Library

    HYPE to przestrzeń stworzona tylko i wyłącznie dla młodych, gdzie mogą do woli rozwijać swoje talenty i zainteresowania. Kalendarz tego miejsca wypełniony jest warsztatami np. z szycia, aktorstwa, zarządzania finansami czy tworzenia materiałów wideo. HYPE Makerspace jest bogate w elektronikę, maszyny do szycia, zestawy małego grafika czy wszystko, co jest potrzebne do zbudowania własnego robota.

    7744564358_d9bb614893_o
    foto: HYPE Makerspace/Flickr
    IMG_0226
    foto: HYPE Makerspace/Flickr

    IDEA BOX, Oak Park Public Library

    Przestrzeń biblioteki staje się żywa i zmienna dzięki czytelnikom. Specjalna wydzielona strefa pozwala mieszkańcom współtworzyć bibliotekę we współpracy z pracownikami. Co miesiąc IDEA BOX zmienia swój charakter będąc np. wystawą poświęconą poezji pisanej przez czytelników.

    Local Music Project, Iowa City Public Library

    Znalezienie twórczości lokalnych artystów nie może być łatwiejsze. Local Music Project pozwala na gromadzenie, odsłuchiwanie muzyki i jej pobieranie (tu potrzebna już jest karta biblioteczna) przez mieszkańców Iowa City. Ściąganie utworów jest dozwolone tylko dla własnego użytku. Podobnie działa projekt Local Author z Sonoma Country Library. Tu jednak nacisk położony jest na lokalną literaturę.

    Total Lending Library, Berkeley Public Library

    Potrzebujesz wiertarki, piły albo kosiarki? Nie kupuj, idź do biblioteki. W Berekeley możesz skorzystać za darmo z ponad 200 narzędzi, wypożyczając je na maksymalnie tydzień. Prawdziwe sharing economy, czyli gospodarka współdzielenia w wykonaniu lokalnej społeczności. Pomysł na stworzenie takiej narzędziowni wyszedł od mieszkańców.

    Dron, Biblioteka Uniwersytetu Południowej Florydy

    Do użytku studentów oddano dwa Phantomy 2 Vision, które pod okiem pracowników biblioteki mogą służyć np. do wykonania projektu na zajęcia z architektury. Każdy student, który chciałby użyć drona, musi wcześniej przejść kurs jego obsługi. W tej samej bibliotece do dyspozycji studentów są kamery wideo, mikrofony i nowoczesne komputery. Raj dla fanów multimediów.

    Demotek, Szwecja

    Projekt Demotek daje szansę młodym użytkownikom bibliotek publicznych na tworzenie m.in. sztuki, wymianę doświadczeń, przeskoczenie różnicy pokoleniowej za pomocą nowych mediów. Efekty spotkań i warsztatów są włączane w zasoby biblioteki.

    Co nas czeka?

    Już dziś polskie biblioteki stają się swoistym centrum kulturowo-społecznym. Kolejny krok to pozwolenie czytelnikom na wprowadzanie społecznie potrzebnych pomysłów w przestrzeni bibliotecznej, przy udziale pracowników. Do tego jednak potrzeba dialogu, nie narzucania swoich propozycji. Tylko wtedy będziemy mogli mówić o partycypacji.

    W pogoni za nowością nie można zapomnieć o tym, że czy z warsztatem typu makerspace czy nie, biblioteki mają pełnić swoją podstawową funkcję, tj. dostarczać wiedzę i rozrywkę poprzez książki. Co prawda w 2016 r. jakąkolwiek książkę przeczytało zaledwie 37% Polaków, ale być może dzięki właśnie takim innowacjom jak kreatywne przestrzenie, nietuzinkowe zbiory, współorganizowanie wydarzeń, biblioteka stanie się miejscem chętniej odwiedzanym.

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Internet dla wykluczonych (2) Perspektywa ekspertów

      Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu

      Artykułem “Pariasi sieci” otworzyliśmy serię poświęconą wykluczeniu internetowemu i rozwiązaniom, które mogą włączyć ponad połowę ludzkości offline do świata online. Dziś sięgamy po opinie ekspertów: europosła Michała Boniego, dr Alka Tarkowskiego i prof. Dariusza Jemielniaka.


      Bartosz Filip Malinowski (BFM): Dlaczego nam wszystkim powinno zależeć na tym, aby podłączyć do sieci ponad połowę ludzkości, która nie korzysta z internetu?

      Prof. Dariusz Jemielniak: Cyfrowe wykluczenie prowadzi do pogłębienia także innych podziałów społecznych. Ponadto, jeżeli wszyscy są w sieci, korzystanie z niej może być traktowane jako domyślne. Przykład? Obecnie domyślne jest, że każdy ma adres fizyczny – co oczywiście wyklucza osoby, które takiego adresu jednak nie posiadają.

      Dr Alek Tarkowski: Mam nadzieję, że nie trzeba nikogo przekonywać, że dostęp do środków komunikacji, do źródeł wiedzy i kultury jest niezbędnym elementem modernizacji. Infrastruktura sieciowa jest równie ważna jak budowanie dróg, doprowadzanie wody i kanalizacji, czy elektryfikacja.

      Ale jeszcze ważniejsze wydaje mi się, by pamiętać, że internet, komputery i komórki, usieciowione czujniki i kamery nie są cudownym rozwiązaniem naszych bolączek. Historia technologii komputerowych w edukacji jest pełna przypadków wiary, że wstawienie do szkół komputerów lub podpięcie ich do internetu, nagle poprawi edukację. Nigdy tak się nie dzieje. Łatwo też uszczęśliwiać ludzi na siłę sprzętem i infrastrukturą, która jest im niepotrzebna albo z której nie potrafią korzystać. Internet ma wielki potencjał, ale każdorazowo trzeba go dostosować do określonych potrzeb.

      Michał Boni: Internet zmienia reguły gry we wszystkich dziedzinach naszego życia. Od gospodarki, która wykorzystuje szybkie sieci i korzysta z przetwarzania danych, przez usługi publiczne (nowe możliwości edukacyjne, przestawienie modelu ochrony zdrowia na prewencję i efektywność), na naszym życiu prywatnym kończąc. Oczywiście, są i szanse i zagrożenia. Szans jest więcej i mają one olbrzymie znaczenie dla rozwoju społeczno-gospodarczego. Jeśli więc nie chcemy eliminacji z nowych szans rozwojowych dużej części ludzkości, to celem kluczowym staje się dostęp do Internetu dla wszystkich. Wtedy zniknie bariera dyskryminacyjna w rozwoju, wzrośnie komunikacja całej populacji na Ziemi.

      I jest to możliwe. Już za chwilę pojawią się balony na wysokości 30 km z sygnałami umożliwiającymi działanie i dostępność Internetu w dowolnym miejscu. Inwestycje w sieci ultra szybkiego Internetu staną się opłacalne wraz ze wzrostem ruchu online. Jeśli świat ma się rozwijać względnie równomiernie, to wszystkim nam powinno zależeć na dostępie do Internetu dla każdego.

      BFM: Co rządy państw rozwijających się mogą zrobić, aby włączyć swoich obywateli do internetowego społeczeństwa?

      Prof. Dariusz Jemielniak: Bankowość internetowa jest najbardziej zaawansowana właśnie w krajach rozwijających się. Zatem nie ma sensu zakładać, że to bogata północ zawsze wyznacza trendy. Tym niemniej, rozwój e-administracji i wsparcie wszelkiego rodzaju usług internetowych poprzez ich specjalne uprzywilejowanie (choćby podatkowe) to dobry start. Warto też działać na rzecz rozwoju infrastruktury. W Polsce ten rozwój został przystopowany regulacjami, które spowodowały, że nie opłaca się inwestować w łącza długofalowo.

      Dr Alek Tarkowski: Nie jest mi łatwo komentować działania państw rozwijających się, gdyż moje własne doświadczenia dotyczą przede wszystkim tak zwanych państw rozwiniętych. W Polsce mamy wprawdzie ciągle problemy z samą dostępnością internetu (szczególnie na obszarach wiejskich), jednak są to problemy nieporównywalnie mniejsze niż na przykład w Afryce. Wspominam o tym, bo to przykład trudności z wyjściem poza nasze polskie doświadczenia i myśleniem o tych wyzwaniach w skali globalnej.

      Rządy powinny przede wszystkim zadbać, by nie oddać kwestii e-integracji całkowicie w ręce komercyjnych podmiotów – szczególnie jeśli chodzi o kwestie infrastrukturalne. W wielu miejscach na świecie możliwy jest „żabi skok” w sprawie dostępności, dzięki sieciom komórkowym, dostępnym w miejscach, w których nigdy nie zostanie położony światłowód. Sieci te są stawiane przez podmioty komercyjne, ale państwa powinny dbać o ich regulację. Kluczową kwestią jest na przykład zadbanie o neutralność sieci. Z jednej strony mamy takie kraje jak Indie, które nie zezwoliły Facebookowi na wprowadzenie programu „Free Basics”, gdyż zagraża on właśnie neutralności. Ale wiele państw afrykańskich nie ma z tym programem problemu. Osobiście jestem nieufny wobec projektów zapewnienia dostępu do internetu prowadzonych przez wielkie firmy sieciowe, które mają interes w posiadaniu jak największej grupy klientów.

      Michał Boni: Budowanie państwa niejako na nowo, unowocześnianie gospodarki, zmienianie mechanizmów rządzenia i oferty usług publicznych może i powinno tworzyć warunki dla używania Internetu. Bo to ułatwia życie, poprawia efektywność, zmienia jakość tychże usług publicznych. Przykładowo: w Afryce powstają aplikacje z informacjami i edukacją zdrowotną, z możliwościami mierzenia stanu zdrowia. I nawet, jeśli dzisiaj dotyczy to 25% mających dostęp do Internetu, to kształtują się nowe wzorce zachowań. I wokół tego buduje się cały nowy system. Podobnie z systemem bankowym – budowany od początku wymusza już dzisiaj używanie aplikacji bankowych, nie ma nawet potrzeby budowania oddziałów offline, bo funkcjonują wirtualne.

      Do tego potrzebny jest rozwój infrastruktury, ale i budowanie świadomości znaczenia Internetu oraz edukacja cyfrowa. Szkoła dzisiaj musi dawać umiejętności cyfrowe, ale i edukacja dorosłych musi być na to nastawiona, żeby starsi nie zostali trwałe wykluczeni z efektów rewolucji cyfrowej.

      Państwa mogą też poprawiać jakość usług administracyjnych oraz otwartość rządzenia używając narzędzi cyfrowych. Otwarte konsultacje, dzielenie się informacjami, partycypacja obywateli w procesach podejmowania decyzji – to ważne czynniki demokracji partycypacyjnej, możliwe właśnie dzięki narzędziom cyfrowym. Ważne, by państwa krajów rozwijających się zrozumiały, że inwestycje w Internet są inwestycjami w rozwój, wszechstronny rozwój.

      BFM: A co mogą zrobić inne podmioty, jak NGOs, korporacje internetowe, organizacje międzyrządowe?

      Prof. Dariusz Jemielniak: Trzeba dbać o przystępność dla najmniej uprzywilejowanych projektując aplikacje, usługi, a przede wszystkim strony WWW – np. utrzymywać wersje lekkie, nieobciążające łącza, dostosowywać się do wymogów offline (w Afryce popularny jest np. side-loading, pobieranie strony i dzielenie się z innymi urządzeniami itp.). Nie bez znaczenia jest też wychodzenie naprzeciw zdolnościom kognitywnym odbiorców, które mogą znacznie różnić się od użytkowników przyzwyczajonych do korzystania z sieci.

      Dr Alek Tarkowski: Najważniejszym zadaniem powinno być przenoszenie wypracowanych rozwiązań skutecznego korzystania z technologii do miejsc, gdzie są one potrzebne. Zazwyczaj transfer przebiega z miejsc bardzo rozwiniętych do reszty świata. Ale są przykłady tego, że innowacja może rodzić się wszędzie – na przykład Ushahidi, crowdsourcingowy serwis do społecznościowego zbierania danych, zrodził się w Afryce. Robiąc to należy jeszcze mocniej pamiętać o dostosowaniu do lokalnych potrzeb i specyfiki. Te działania powinny być szczególną powinnością najbardziej rozwiniętych państw, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. I nie należy tego zlecać wyłącznie rządom, bowiem organizacje pozarządowe zrobią to dużo zwinniej. Mogą to też robić korporacje, ale wtedy kluczowe znaczenie ma jasne zdefiniowanie ich misji społecznej i oddzielenie jej od chęci zysku – ten nie może być wystarczającą motywacją dla e-integracji połowy ludzkości.

      Michał Boni: Internet ma to do siebie, że jest dobrem publicznym z jednej strony, z drugiej zaś – nie da się nim zarządzać bez współpracy ze wszystkimi interesariuszami: administracją, biznesem, światem obywatelskim, światem nauki. Tu sprzęgają się innowacje, prawa obywatelskie (dostęp do Internetu, ale i ochrona prywatności), efektywność gospodarowania, przejrzystość relacji władz publicznych ze społeczeństwami.

      Organizacje pozarządowe są i powinny być adwokatami walki o prawo dostępu do Internetu, ale i o przestrzeganie np. prawa do ochrony prywatności oraz bezpieczeństwa w Sieci. Trzeci Sektor powinien szczególnie mocno upominać się o rozwój cyfrowych umiejętności w szerokim sensie: nie tylko kompetencje w posługiwaniu się komputerem i smartfonem, aplikacjami, ale i rozumienie mechanizmów świata cyfrowego, jak robi to WeTheCrowd. A za chwilę także ludzka kooperacja z robotami.


      1200px-dr-_dariusz_jemielniak-2Prof. Dariusz Jemielniak
      Teoretyk zarządzania, profesor nauk ekonomicznych, kierownik Katedry Zarządzania Międzynarodowego, centrum badawczego CROW (Center for Research on Organizations and Workplaces) w Akademii Leona Koźmińskiego oraz grupy badawczej NeRDS (New Research on Digital Societies). Autor książki “Życie wirtualne dzikich” i członek rady powierniczej fundacji Wikimedia.

       

      kwadrat-alek-680x680Dr Alek Tarkowski

      Socjolog, kierownik Centrum Cyfrowego Projekt: Polska, organizacji tworzącej narzędzia i metodologie wykorzystania technologii cyfrowych na rzecz zaangażowania społecznego. Koordynator projektu Creative Commons Polska, członek Rady Informatyzacji przy MAiC oraz Rady Administracyjnej międzynarodowego stowarzyszenia COMMUNIA

       

      photo

      Michał Boni

      Polityk i kulturoznawca. Działacz podziemia Solidarności, na początku lat 90. podsekretarz stan w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej. W latach 2011-2013 pierwszy w Europie minister cyfryzacji w Europie Środkowo-Wschodniej, który opracował program poświęcony tworzeniu e-usług i walki z cyfrowym wykluczeniem. od 2014 deputowany do Parlamentu Europejskiego VIII kadencji.

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj