Memy polityczne – śmiać się czy płakać?

Przeczytasz w 4 minut Socjologia internetu
Autor 15 lipca 2016

Przeglądając wysyp memów z Jarosławem Kaczyńskim zastanawialiśmy się, na co właściwie patrzymy. To wiec czy karnawał? Polityka czy rozrywka? A może jedno i drugie?

Współautorami tekstu są Marcin Giełzak i Adam Bęczkowski.

Zbyt wiele miejsca i czasu poświęciliśmy badaniu tych gorszych aspektów cyfrowego Tłumu, żeby nie poznać linczu internetowego, gdy go widzimy. Jesteśmy bardzo czuli na stadne odruchy, które wyzwalają media społecznościowe i bardzo świadomi tego, jak bardzo destruktywne potrafią być. Tym razem jednak można chyba mówić o starej, dobrej satyrze politycznej, niż o kolejnym masowym zrywie bezmyślnego hejterstwa. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy – dwa słowa wstępu, które pokażą, że krytyczni jesteśmy nie tylko wobec polityków.

Cyfrowi pamfleciści

W niedawnym wywiadzie dla “Press” Edwin Bendyk powiedział, że w dobie Rewolucji Francuskiej też byli hejterzy – po prostu wtedy nazywano ich pamflecistami. Jego zdaniem było to coś na kształt blogosfery epoki druku: pierwszy raz w dziejach ludzie całkiem przypadkowi dostali do ręki potężne narzędzie kształtowania opinii publicznej. Z jednej strony mieliśmy więc oświeceniową “Republikę Listów” Woltera, Rousseau i Franklina, z drugiej – tysiące anonimowych pamflecistów odurzających się drwiną i nienawiścią. Nie musimy chyba mówić, które dzieła były bardziej poczytne.

Trzeba przyznać, że pamfleciści, po dziś dzień, trzymają się mocno. Pod wieloma względami są bardziej wpływowi nie tylko od filozofów, ale i od dziennikarzy. Są też znacznie liczniejsi, bo niczego nie muszą drukować. Ten, kto powiedział, że papier wszystko przyjmie, najwyraźniej nie miał okazji zapoznać się z blogosferą czy przejrzeć paru wpisów na Salon24. Wyścig na dno trwa jednak dalej, bo teraz każdy może być publicystą dzięki swojej facebookowej czy twitterowej tablicy. Nie musi nawet nic pisać. Wystarczy, że  widząc zabawny obrazek, kliknie “udostępnij”. To, co rzuca się w oczy w przypadku politycznych memów, to nie tylko tempo z jakim się rozprzestrzeniają, ale też automatyzm z jakim to się dzieje. Zabawne? Podajemy dalej. Memy nie zyskują na popularności, bo są prawdziwe. Wirusowość nie jest miarą autentyczności. Mem trafia do tysięcy ludzi, bo jest śmieszny.

Trzymając się analogii Bendyka, spróbujmy sobie wyobrazić, że jest rok 1789. Jeśli pójść jego tropem myślenia do końca, musielibyśmy założyć, że większość poddanych Ludwika XVI śledziłaby zajścia w Bastylii opierając się wyłącznie na karykaturach, satyrach i dowcipach. Każdy by wiedział komu przekrzywiła się peruka, nikt nie kojarzyłby, czego domaga się stan trzeci. Dziesięć lat temu Jon Stewart mówił, że przeraża go, że programy rozrywkowe, takie jak jego własny czy Billa Mahera, zastępują ludziom wiadomości. Dzisiaj nawet Comedy Central wydaje się zbyt poważne – i nudne. Godne uwagi staje się tylko to, co da się obrócić w żart.

Jaki to ma związek z niedawną karierą Kaczyńskiego w social media? Proponujemy zakład. Weźmy tych, którzy udostępniają memy, o których mowa (opcja contra) oraz tych, którzy wymyślają je w sekcji komentarzy (opcja pro) i wyślijmy im krótką ankietę. Zapytajmy, kiedy Polska weszła do NATO, z jakich etapów składał się proces akcesyjny i kto je nadzorował. I wreszcie: o co chodziło w warszawskim szczycie Paktu i co na nim ustalono? Gwarantujemy, że większość – po obydwu stronach – nie będzie mieć o tym pojęcia. Jedni, bo uwierzyli w fałszywą wersję historii, drudzy – bo nie znają tej historii. Ale wszyscy mają swoje memy, które wystarczą im za wiedzę i argumenty.

636038327102591206

Tyle lamentowania. Wróćmy do faktów. Wszystko zaczyna się od głównego wydania wiadomości TVP z 7 lipca. W materiale poświęconym drodze Polski do NATO pojawia się wzmianka, że twórcami tej koncepcji są Krzysztof Czabański i ówczesny redaktor naczelny tygodnika Solidarność Jarosław Kaczyński. Równocześnie w tym samym materiale wskazuje się, że przeciwnikami akcesu do struktur północnoatlantyckich byli między innymi minister Krzysztof Skubiszewski, środowiska Unii Demokratycznej bądź dziennikarze Gazety Wyborczej. Pierwszym rządem, który działał na rzecz członkostwa Polski w NATO dziennikarze wiadomości uznali gabinet Jana Olszewskiego, pomijając rządy Tadeusza Mazowieckiego i Krzysztofa Bieleckiego. Pominięty został również wkład Bronisława Geremka czy polityków lewicy działających na rzecz członkostwa w NATO. Równocześnie na Stadionie Narodowym w trakcie szczytu można było zapoznać się z wystawą pokazująca drogę do NATO i podsumowującą dotychczasowe lata członkostwa Polski. Była to zmodyfikowana wersja prezentacji sprzed dwóch lat – “Polska w NATO”. Usunięto z niej zdjęcia pokazujące Bronisława Geremka podpisującego protokół o przystąpieniu do struktur NATO czy Bronisława Komorowskiego i Tomasza Siemoniaka. W ich miejsce pojawili się m.in. Jan Olszewski, Lech Kaczyński czy Andrzej Duda.

8 lipca Radosław Sikorski publikuje tweet, który od tej pory stanie się wzorem dla wszystkich pozostałych memów:

Znaczna część opinii publicznej uznała, że rząd i będąca wyrazicielem jego opinii publiczna telewizja poszły o krok za daleko i spotkały się z zasłużoną krytyką. To, że przybrała ona zabawną i rozrywkową formę, nie świadczy samo w sobie o tym, że była ona niezasłużona. Gorliwość w wyśmiewaniu była funkcją nadgorliwości w komplementowaniu prezesa. Tak, wszystko zaczął były polityk, ale internauci szybko wzięli sprawy w swoje ręce. Nie wydaje się też, aby wielu z nich zdawało sobie sprawę, jak to się zaczęło. Ustalenie źródła memu wymagało wielu godzin poszukiwań w sieci.

636038332702371575

Nie mamy większych wątpliwości, że ci sami internauci chętnie wypomną Sikorskiemu jego wpadki – tak, jak to robili w przypadku ośmiorniczek. Wtedy też chętnie napiszemy relację. A tym, którzy zarzucą nam stronniczość, możemy powiedzieć jedno: nadal uważamy, że najlepsze są memy z Aleksandrem Kwaśniewskim.

13606514_1048825595199028_4396545182394769513_n

Współautorami tekstu są Marcin Giełzak i Adam Bęczkowski.

Przejrzyj inne artykuły z grupy:

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Czym naprawdę jest sharing economy?

    Przeczytasz w 20 minut Sharing economy

    “Nie potrzebuję mieć wiertarki, a tylko dziurę w ścianie”. Tym jednym zdaniem można wyrazić istotę sharing economy. Ten trend stał się tak popularny, że jego atrakcyjność rośnie wprost proporcjonalnie do rozrzedzania się oryginalnej idei.

    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

    Media chętnie rzucają pojęciem sharing economy na lewo i prawo. Startupy, wcale nie mające wiele wspólnego z dzieleniem się, próbują nam wmówić, że są sharing. Tym bardziej warto uporządkować to pojęcie (plus kilka innych) i zacząć podchodzić do niego z dozą zdrowego sceptycyzmu. Zacznijmy może od absolutnych podstaw.

    1. Odpowiednikiem sharing economy w języku polskim powinna być “gospodarka dzielenia się” czy “gospodarka współdzielenia”. Economy w języku angielskim znaczy zarówno “ekonomię” jak i “gospodarkę”, ale tutaj bez wątpienia chodzi o to drugie. Różnica ma znaczenie, bo ekonomia to nauka społeczna. Tłumaczenie “ekonomia dzielenia się” jest błędne, bo chodzi przecież o model gospodarczy.
    2. Sharing economy, w jednym zdaniu, to model gospodarczy oparty na dzieleniu się nieużywanymi lub nie w pełni wykorzystanymi zasobami i usługami – za opłatą lub za darmo. Można by tutaj dodać, że zarówno przez osoby prywatne, jak i podmioty biznesowe, o czym więcej poniżej.
    3. Sharing economy to nie zawsze dobroczynność – liczy się zysk. Bez wątpienia altruizm i chęć pomocy innym ma znaczenie w rozwoju tego trendu, jednak to potrzeba oszczędności skonfrontowana z chęcią zarobku są jej motorem napędowym. Gospodarka współdzielenia to nic innego jak zespół transakcji zachodzących w realiach gospodarki rynkowej, w których zysk odgrywa ważną rolę.
    4. Co jest przedmiotem sharing economy? Zasoby i usługi, przede wszystkim transport (BlaBlaCar, Turo, Uber), akomodacja i przestrzeń (Airbnb, Landshare, JustPark), umiejętności i czas (Skillshare, Skilltrade, Khan Academy) oraz inne zasoby materialne, jak narzędzia, sprzęt filmowy itd.
    5. Zarówno media, jak i niektórzy eksperci (a wraz z nimi część opinii publicznej), używają wymiennie z sharing economy takich pojęć, jak collaborative consumption, peer economy, collaborative economy, on-demand economy. To błąd, ponieważ, poza collaborative consumption (wspólną konsumpcją), wszystkie te określenia nie są tożsame z gospodarką dzielenia się.

    Idea wspólnej konsumpcji

    Wracając do myśli otwierającej artykuł, atrakcyjność sharing economy i wspólnej konsumpcji płynie z idei konsumowania i korzystania bez konieczności posiadania na własność. To idea, która towarzyszy nam od zarania dziejów. Jednak dziś nasze podejście do idei własności ulega gwałtownej zmianie – coraz więcej z nas zaczyna rozumieć, że aby konsumować nie trzeba posiadać. Ma na to wpływ kilka czynników:

    Technologia, która pozwala nam diametralnie obniżyć koszty transakcyjne, sprawiając, że dzielenie się staje się tańsze, szybsze i prostsze, a tym samym – dostępne w znacznie większej skali. Przed epoką internetu ludzie pożyczali sobie wiertarki lub udostępniali miejsca parkingowe, ale niejednokrotnie było to bardziej kłopotliwe niż opłacalne. Dziś, w epoce smartfonów, GPS, social mediów, systemów płatności i mechanizmów reputacyjnych, współużytkowanie staje się realną alternatywą dla tradycyjnie rozumianej własności.

    Recesja gospodarcza, która pociągnęła za sobą zmiany w postawach konsumenckich, w tym większą skłonność do oszczędności czy bardziej świadomą konsumpcję i świadomość środowiska naturalnego.

    Zmiany społeczno-kulturowe, takie jak wzrost wzajemnego zaufania, potrzeba wygody oraz poczucie przynależności i wspólnotowości w mikrospołecznościach (plemionach 2.0).

    Niedawno przeprowadzone przez PwC badania dowodzą, że zmienia się sposób naszego myślenia o wartości, jaką niesie ze sobą własność:

    Słowem, dostrzegamy całkiem realne korzyści wynikające z dostępu do cudzych zasobów, w miejsce ich posiadania:

    • oszczędność;
    • wygodę i elastyczność;
    • wzmacnianie więzi społecznych;
    • pozytywny wpływ na środowisko;
    • większą przyjemność z interakcji.

    Po co kupować lustrzankę, jeżeli mogę ją wypożyczyć za ułamek rynkowej ceny od profesjonalnego fotografa i tylko na najbliższy tydzień? Po co kupować rower, skoro mogę używać miejskiego w wolnym dostępie? Po co płacić za kilkadziesiąt godzin kursu języka angielskiego, skoro jedna osoba może udzielić mi zdalnie korepetycji dopasowanych do moich bieżących potrzeb?

    Dzielenie się jest opłacalne

    Ta rosnąca popularność idei dzielenia się zasobami przekłada się na wzrost całego rynku sharing economy. PwC prognozuje, że przychód generowany przez pięć głównych segmentów rynku ekonomii dzielenia się wynosić będzie 335 miliardów dolarów w 2025 roku (w chwili obecnej wynosi ok. 15 miliardów, co oznacza aż 22-krotny wzrost w ciągu najbliższej dekady!).

    Rosnącą potęgę rynku sharing economy jeszcze lepiej zobrazować na przykładzie dwóch najczęściej przywoływanych (niekoniecznie właściwie!) w jej kontekście firm, czyli Uber i Airbnb.

    uber-logo-redesign

    Uber to jeden z najszybciej rozwijających się startupów na świecie, który za pośrednictwem autorskiej aplikacji na smartfona kojarzy kierowców z pasażerami. Według “The Wall Street Journal” w grudniu 2015 roku wartość Ubera wyceniana była na 62,5 miliardy dolarów. To imponujący wzrost wartości rynkowej w porównaniu do 60 milionów jeszcze w 2011 roku. Jeżeli ta wycena jest precyzyjna, to stawia ona Ubera wyżej od 80% przedsiębiorstw w rankingu S&P 500!

     

    Airbnb_Vertical_Lock_Up_PMS

    Airbnb to inny, równie chętnie przywoływany biznesowy przykład eksplozji gospodarki dzielenia się. To platforma internetowa umożliwiająca użytkownikom rezerwowanie

    domów lokalnych gospodarzy i w drugą stronę – gospodarzom oferowanie noclegu w swoich domach w zamian za opłatę, najczęściej znacznie niższą niż w hotelu. Wycena rynkowa Airbnb wynosi na chwilę obecną ok. 25 miliardów dolarów (wzrost o 10 miliardów w ciągu ostatnich 2 lat, od 2014 roku). W praktyce oznacza to, że wartość rynkowa Airbnb jest wyższa od sieci hoteli Marriott, mimo iż ta pierwsza marka działa od 2008 roku, zaś znana sieć hoteli… od 1927.

    Takie liczby z pewnością pobudzają wyobraźnię, ale czy na pewno we właściwy sposób odnoszą się do sektora sharing economy? Bo czy mówiąc o firmie Uber, dysponującej własną flotą samochodów, prowadzącej dość bezlitosną politykę cenową, rzeczywiście mówimy jeszcze o gospodarce dzielenia się? A jeśli nie, to jak skategoryzować takie firmy jak Uber? I gdzie wobec tego zaczynają się, a gdzie kończą granice sharing economy?

    Sharing economy, czyli…?

    Badanie przeprowadzone przez Pew Research w 2016 roku pokazuje, że wśród 27% dorosłych Amerykanów, którzy zadeklarowali, iż słyszeli wcześniej pojęcie sharing economy, niewiele jest osób rzeczywiście je rozumiejących. Rezultaty badania pokazują, że:

    • 40% respondentów uważa, że jest to forma dzielenia się z innymi lub wspierania innych, dobroczynność;
    • 19% – że jest to koncepcja makroekonomiczna (najczęściej kojarzona z redystrybucją dóbr i socjalizmem);
    • 16% – że są to firmy lub osoby prywatne użyczające dobra i usługi w krótkim okresie, w zamian za opłatę (typy odpowiedzi najbliższe stanu faktycznego);
    • 5% badanych nie wie, co oznacza sharing economy;
    • 19% respondentów jest niepewnych i nie potrafi wyjaśnić co kryje się pod tym pojęciem.

    3022034-photo-1-620w-rachel-botsman-collaborative-fundW precyzyjnym zdefiniowaniu gospodarki dzielenia się nie pomagają ani media, ani próbujące na siłę wprosić się w ten trend startupy. Ekspertka w temacie i autorka książki What’s Mine Is Yours: The Rise of Collaborative Consumption, Rachel Botsman uważa, że sharing economy to pojęcie często niesłusznie odnoszone do rozwiązań biznesowych opartych na efektywnym kojarzeniu popytu z podażą, które jednak nie uwzględniają… ani dzielenia się, ani współpracy.

    Żeby pochwalić się przynależnością do sektora sharing economy, nie wystarczy zgrabna aplikacja mobilna, sprawny algorytm i system płatności. Dlatego Botsman proponuje 5 warunków, które muszą spełniać przedsiębiorstwa, aby można je uznać za prawdziwie sharing:

    1. rdzeń biznesu przedsiębiorstwa powinien opierać się na uwalnianiu wartości nieużywanych bądź nie w pełni wykorzystanych zasobów – dla korzyści finansowych lub niefinansowych;
    2. przedsiębiorstwo powinno kierować się misją wyraźnie opartą na wartościach, takich jak transparentność czy autentyczność;
    3. dostawcy, reprezentujący stronę podażową platformy, powinni być przez przedsiębiorstwo szanowani i wspierani, tak aby uczynić ich życia lepszymi w warstwie ekonomicznej i społecznej;
    4. klienci, reprezentujący stronę popytową platformy, powinni czerpać korzyść z możliwości dostępu do dóbr i usług w sposób bardziej efektywny niż gdyby je nabywali na własność;
    5. przedsiębiorstwo powinno być zbudowane na rozproszonych rynkach i zdecentralizowanych sieciach, które tworzą poczucie przynależności, zbiorowej odpowiedzialności i wspólnej korzyści płynącej z budowanej społeczności.

    Jak w takim razie potraktować Ubera, którego kierowcy najczęściej posiadają auto po to, aby na nim zarabiać, a nie przy okazji “użyczyć” wolnych siedzeń, podobnie jak kierowcy oferujący się na BlaBlaCar?

    Sharing economy czy access economy?

    Giana M. Eckhardt i Fleura Bardhi na łamach “Harvard Business Review” wprowadziły pojęcie access economy (gospodarki dostępu) jako korektę dla pojęcia sharing economy aplikowanego w stosunku do przedsiębiorstw nie mających wiele wspólnego z faktycznym dzieleniem się.

    Autorki wskazują, że firmy takie jak Uber nie pozycjonują się na rynku jako przyjazne, wzmacniające więzi społeczne, oparte na współpracy między ludźmi. Zamiast tego akcentują konkretne korzyści płynące z dostępu do zasobów bez konieczności ich posiadania – wygody, elastyczności, oszczędności. Dla konsumentów ma to prymarne znaczenie, dlatego to Uber jest niedoścignionym liderem rynku w swoim segmencie, nie zaś np. marka Lyft, która wyraźnie podkreśla w swojej komunikacji potrzebę zaufania i współpracy w społeczności.

    Za wyraźnym rozdziałem tego, co jest prawdziwym przykładem gospodarki dzielenia się, a nie jedynie gospodarką dostępu (access economy) czy “na żądanie” (on-demand economy), przemawia również hierarchiczność organizacji. Uber monitoruje swoich kierowców i restrykcyjnie zarządza ich poziomem zarobków; równie bezkompromisowo narzuca ceny swoim klientom, w zależności od posiadanych o nich danych. Startupy prawdziwie sharing, jak np. NearDesk, nie cechują się takim poziomem kontroli i hierarchiczności – zamiast tego stawiają na rozproszone rynki, lateralne struktury i sieci społecznościowe, w zgodzie z ideą peer-to-peer (partnerstwa).

    Czy warto jednak zaklinać rzeczywistość? Kiedy PwC czy Deloitte mówią o wzroście sektora sharing economy, lub gdy opinia publiczna wypowiada się w temacie alternatywnych modeli konsumpcji, w rzeczywistości mowa jest o gospodarce dostępu. Dlatego, moim zdaniem, warto postawić znak równości między szerzej rozumianym sharing economy a access economy… nawet, jeżeli nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym dzieleniem się. Tak wygląda ewolucja (czytaj: komercjalizacja) tego trendu w realiach wolnego rynku. Kompromis pojęciowy jest chyba lepszy niż ogłoszenie śmierci sharing economy.

    sharing economy różnice

    Sharing economy w szerszym kontekście

    sharing economy WE the CROWD

    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

     

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      Co powinniście wiedzieć o crowdfundingu udziałowym?

      Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding Crowdfunding Udziałowy
      Autor 9 czerwca 2016

      Crowdfunding na dobre zagościł w Internecie. I chociaż model oparty na nagrodach cieszy się największą popularnością, to jednak model udziałowy – tzw. equity crowdfunding – otwiera przed startupami największe możliwości inwestycyjne. Co go charakteryzuje i jakie są jego odmiany?

      Jeśli do tej pory inwestowanie kojarzyło się Wam wyłącznie z eleganckimi mężczyznami i olbrzymimi kwotami, które lokują w jeszcze większe przedsięwzięcia, to możecie z otwartymi ramionami powitać rewolucję. Nosi ona różne nazwy: crowdinvesting, investment crowdfunding, czy crowd equity, ale ta najbardziej powszechna i najczęściej używana to equity crowdfunding – czyli crowdfunding udziałowy.

      Crowdfunding udziałowy to metoda finansowania przedsięwzięć, w której grupa internetowych inwestorów otrzymuje udziały w przedsiębiorstwie w zamian za wsparcie pieniężne.

      Ten segment finansowania społecznościowego wygenerował w 2015 roku 2,5 miliarda dolarów, podwajając wynik z roku poprzedniego. “Forbes” zakłada, że jeżeli ten trend utrzyma się do 2020 roku, wartość kapitału pozyskiwana z wykorzystaniem equity crowdfundingu przewyższy wsparcie funduszy Venture Capital! Jak już wspomnieliśmy – rewolucja.

      Crowdfunding “klasyczny” a udziałowy

      Każda odmiana crowdfundingu opiera się na identycznym założeniu. Ktoś ma pomysł, prezentuje go rzeszy internautów i przekonuje do jego sfinansowania za coś w zamian. Co więc wyróżnia model udziałowy?

      Podobieństwa…

      • Podobnie jak w procesie crowdfundingu opartego na nagrodach, Tłum, czyli rzesza internautów, zostaje zaproszona do wzięcia udziału w otwartej inicjatywie i wsparcia finansowego określonego projektu.
      • W większości przypadków finansowanie odbywa się za pośrednictwem dedykowanej platformy.
      • Platformy crowdfundingu udziałowego także pobierają opłaty i prowizje.
      • Pomysł musi zostać przedstawiony w sposób atrakcyjny. Opis, film promocyjny, materiały wizualne, prezentacja sylwetek autorów – tutaj odbywa się prawdziwa „walka” między projektami o finansowanie.
      • Niezbędne jest określenie celu finansowego i czasu trwania zbiórki, podobnie jak w przypadku każdej akcji w ramach “klasycznego” crowdfundingu.

      Crowdinvesting jest więc u podstaw oparty na założeniach doskonale znanych z tradycyjnego modelu reward-based.

      … i różnice

      To, co wyróżnia model udziałowy, to odmienny charakter świadczenia zwrotnego, czyli nabywanie udziałów przez uczestników zbiórki. Tłum użytkowników inwestuje w przedsięwzięcia, uzyskując w zamian określoną liczbę udziałów. Co to oznacza?

      W przeciwieństwie do crowdfundingu opartego o system nagród, wspierający zyskuje prawo do udziału w przyszłych zyskach przedsiębiorstwa oraz część uprawnień decyzyjnych.

      Po sukcesie kampanii pomysłodawca i wspierający nie rozchodzą się każdy w swoją stronę, ale pozostają w długotrwałej relacji. Wsparcie projektu w modelu equity nie jest jednorazowym przekazaniem cegiełki – inwestor/wspierający staje się formalnie właścicielem części przedsiębiorstwa.

      Co ponadto wyróżnia model crowdfundingu udziałowego od opartego na nagrodach?

      • Oprócz opisu i filmu promującego projekt, platforma może wymagać posiadania biznesplanu lub prognozy finansowej.
      • Minimalna kwota wsparcia może być z góry określona przez odpowiednie przepisy prawne.
      • Kwoty wsparcia są wyższe niż w „klasycznym” crowdfundingu…
      • … a wyższe kwoty wsparcia przekładają się na całościowy większy przypływ gotówki.
      • Realizacja świadczeń zwrotnych jest odłożona w czasie – nie musi nastąpić tak szybko, jak w przypadku wysyłki nagród lub podziękowań.
      • Equity crowdfunding wiąże się z koniecznością znajomości części przepisów prawnych (w Polsce np. Kodeksu Spółek Handlowych).

      Niektóre platformy działające w modelu equity dodatkowo oferują:

      • Możliwość przedłużenia kampanii, gdy cel finansowy nie został osiągnięty.
      • Flexible funding – czyli model „co zebrałeś to Twoje” (jego przeciwieństwem jest standardowy model fixed, czyli “wszystko albo nic”).

      Finansowanie społecznościowe oparte na nagrodach pokazało, że w Internecie można zrealizować ciekawy projekt i rozpocząć biznes. Wspierający mógł jednak tylko jednorazowo wesprzeć projekt, natomiast jego rozwój na rynku śledzić z pozycji obserwatora. Crowdfunding udziałowy już przy niewielkim wkładzie finansowym pozwala (mikro)inwestorowi głębiej zaangażować się w życie przedsięwzięcia, a jego autorowi – pozyskać kapitał nie od jednego, a od setek inwestorów. I to właśnie nazywamy mikro-rewolucją ;)

      Crowdfunding udziałowy – dla kogo i w jakim celu?

      Equity crowdfunding, co do zasady, jest metodą finansowania startupów. To optymalny wybór dla młodych przedsiębiorstw dysponujących atrakcyjnym pomysłem biznesowym. Jeśli więc dany projekt nie zakłada stworzenia czy rozwoju firmy na rynku, a jedynie sfinansowanie konkretnej inicjatywy, to prawdopodobnie crowdfunding oparty na nagrodach będzie lepszym rozwiązaniem.

      migam WE the CROWD crowdfunding

      Przykładem polskiej marki, która z powodzeniem wykorzystała equity crowdfunding, 

      otrzymała kapitał i dziś prężnie się rozwija jest Migam.org. Firma projektuje usługi i 

      produkty dla osób Głuchych (tłumaczenia, słowniki, szkolenia).

      Dzięki kampanii na platformie Beesfund, marka zebrała 302 200 zł, emitując 8% akcji.

      Z narzędzi spółki Migam.org korzystają takie firmy jak PZU S.A., ING Bank Śląski, T-Mobile Polska S.A. oraz PKP S.A.

      Ogromną zaletą crowdfundingu udziałowego jest jego wymiar pozafinansowy, czyli:

      • walidacja przedsięwzięcia w oczach profesjonalnych inwestorów,
      • szansa na zgromadzenie społeczności i ambasadorów marki,
      • promocja marki oraz rozgłos,
      • budowa sieci kontaktów.

      To, co z kolei można zaliczyć do wad tego sposobu pozyskiwania kapitału, to:

      • konieczność dzielenia się udziałami i potencjalnie utrata części kontroli nad przedsiębiorstwem,
      • brak wsparcia marketingowego, które otrzymuje się często w pakiecie inwestycyjnym od profesjonalnych instytucji,
      • oraz brak transferu know-how.

      Equity crowdfunding jest także rozwiązaniem demokratyzującym proces inwestowania w przypadku osób niezwiązanych zawodowo z rynkiem kapitałowym oraz niedysponujących dużymi kwotami, fachową wiedzą czy możliwościami, które pozwoliłby zaistnieć na rynku jako anioł biznesu. Inwestowanie, wcześniej zarezerwowane dla nielicznej grupy osób, teraz staje się dostępne dla każdego. Warto jednak mieć w pamięci nieśmiertelną maksymę: nie ma inwestycji bez ryzyka.

      Proces crowdfundingu udziałowego

      Prowadzenie kampanii na platformie crowdfundingu udziałowego również nie odbiega znacząco od “klasycznego” modelu.

      Na początek pomysł i biznes. Przedsiębiorca, zgłaszając się do portalu, musi dokładnie opisać swój projekt i podać kluczowe punkty kampanii – cel finansowy, czas trwania zbiórki, cenę udziału. W modelu equity konieczne może okazać się również przygotowanie biznesplanu lub dokumentów spółki – inwestor musi zobaczyć, że pomysł jest wart jego pieniędzy i pozwoli mu zarobić.

      W momencie, w którym platforma zaakceptuje kampanię, a projekt pojawi się w Internecie, należy skupić się na promocji. Media społecznościowe, wydarzenia branżowe, rozmowy z inwestorami – wszystko to, co sprawi, że projekt będzie miał jak najwięcej wyświetleń i potencjalnie jak najwięcej wspierających.

      Po zakończeniu zbiórki następuje proces przygotowania dokumentów dla Udziałowców. Niektóre platformy oferują pomoc w realizacji wszystkich kwestii prawnych związanych ze sprzedażą udziałów i rejestracją spółki. Gdy wszystkie formalności zostaną dopełnione, przedsiębiorca może cieszyć się zebranym kapitałem, a Inwestorzy – czekać na przyszłe zyski.

      Equity crowdfunding w Polsce i na świecie

      Platform crowdfundingowych działających w segmencie equity jest sporo i ich liczba ciągle wzrasta (szczególnie po uchwaleniu tzw. JOBS Act przez administrację Baracka Obamy), jednak na ten moment niełatwo wskazać jedną, równie reprezentatywną dla tego modelu, co Kickstarter w przypadku tradycyjnych zbiórek. Niemniej można wskazać kilka wiodących marek działających na rynku globalnym. To właśnie im setki startupów zawdzięczają dostęp do kapitału i swoją dzisiejszą obecność na rynku.

      W Polsce equity crowdfunding jest wciąż u początku swojej drogi. Ma to związek z większym stopniem formalizacji procesu i mnogością przepisów prawnych, które najpierw trzeba dokładnie poznać, a później stosować. Można do tego dodać słabo rozwiniętą kulturę inwestycyjną i sceptyczne podejście społeczeństwa do samego mechanizmu crowdfundingu.

      Na polskim rynku funkcjonują 4 platformy equity CF. Jedną z nich jest polskojęzyczna wersja CrowdCube, ale nie znajdziemy tam choćby jednego rodzimego projektu. Pozostałe to:

      Crowdfunding udziałowy w ogóle i w szczególe

      Nasz tekst jedynie nakreśla temat crowdfundingu udziałowego, prezentując wiedzę w najbardziej podstawowym zakresie. Dlatego potraktujcie to jako wstęp do kilkuczęściowej serii w formie poradnika, którą będziemy kontynuować w najbliższych miesiącach na łamach naszego serwisu. O czym jeszcze będziemy pisać?

      • Jak wybrać właściwą platformę?
      • Jak przygotować się do kampanii?
      • Jak osadzić projekt na platformie i skutecznie nim zarządzać?
      • Jak wypromować swoją inicjatywę?
      • Jakie są uwarunkowania prawne w Polsce dla tego modelu pozyskiwania kapitału?
      • Jakie trendy kształtują crowdfunding udziałowy na świecie?
      • Gdzie szukać dodatkowego wsparcia kapitałowego?

      Możecie liczyć na solidną porcję wiedzy i wiele praktycznych informacji. Wszystko to, co pomoże Wam w przygotowaniu projektu w modelu equity oraz pozyskaniu od inwestorów kapitału na rozwój startupu.

      Na koniec pozostawiamy Was z abstraktem tego, co w crowdfundingu udziałowym najważniejsze.

      cf udzialowy pigulka WE the CROWD

       

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj