David Bowie. Geniusz, artysta, pionier crowdsourcingu

Przeczytasz w 4 minut Crowdsourcing
Autor 11 stycznia 2016

David Bowie zdecydowanie wyróżniał się z tłumu, ale nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż przyciąganie tłumów na stadiony, przed telewizory i… ekrany komputerów. Brytyjski muzyk bardzo szybko odkrył potencjał Sieci i internetowych społeczności.

Artysta 2.0

Sławny “muzyczny kameleon” niejedno miał imię: przyszedł na świat jako David Jones, zasłynął jako David Bowie, po drodze przymierzając kolejne maski: Majora Toma, Ziggy’ego Stardusta, Chudego Białego Księcia, Nathana Adlera. Jego skłonność do eksperymentowania wyrażała się nie tylko w częstych zmianach scenicznej persony. Współpracując z ludźmi takimi jak Tony Visconti, Brian Eno czy Iggy Pop, Bowie stale wymyślał na nowo swoje brzmienie i płynnie przechodził od gładkiego popu do brudnego industrialu, od jazzu do funku, od elektroniki do ciepłych akustycznych brzmień.

Najbliższe dni pewnie przyniosą nam wysyp tekstów, audycji i wpisów o muzyce Bowiego. Nie chcąc dołączać się do sporów o to, która płytę była najlepsza, a okres twórczości najciekawszy, chciałbym skupić się na wątku mniej oczywistym, za to bardzo typowym dla śmiałego eksperymentatorstwa Bowiego. Na jego obecności w Sieci. Dla twórcy “Heroes” Internet był kolejnym medium, z którego korzystał, by docierać do swojej publiczności i wyrażać siebie. Nie był marketingowym dodatkiem do albumu, teledysku, wiersza czy wystawy obrazów (tak, David miał niejeden talent).

BowieNet

Każdy, kto interesuje się fenomenami takimi jak crowdsourcing czy otwarta innowacja wie, że współczesne marki muszą budować wokół siebie społeczność. Lojalność i zaangażowanie internautów daje im dostęp do świeżego contentu, ułatwia badanie rynku, pozwala budować wizerunek firmy przyjaznej, nowoczesnej i otwartej. Starbucks ma swój My Starbucks Idea, Dell uruchomił Idea Storm, Ergo Hestia wdrożyła Forum Idei. David Bowie, będąc jedną z najpotężniejszych “marek” muzycznych ostatnich kilku dekad, też postanowił sięgnąć po siłę społeczności. W tym celu stworzył platformę BowieNet – nowatorskie social medium.

Każdy liczący się artysta ma swoją witrynę w Sieci, którą wykorzystuje do informowania o nowościach wydawniczych czy planowanych trasach koncertowych. David Bowie chciał jednak czego więcej. 1 września 1999 roku zamieścił na swojej stronie domowej komunikat powiadamiający o starcie platformy BowieNet:

Chcę powitać Was wszystkich, sieciowi podróżnicy, na pierwszej w dziejach społecznościowej platformie poświęconej muzyce, filmowi, literaturze, malarstwie i wielu innym formom ekspresji, którą Wy możecie współtworzyć (…) Istotą BowieNet jest interakcja i społeczność. Tutaj – mówiąc najprościej – każdy ma głos.

Jak to działało w praktyce? Każdy, kto zalogował się do serwisu w pierwszej kolejności napotykał trzy główne sekcje:

  1. Bowie, zawierającą biografie i dyskografię artysty, wieści i nowości, a także bloga, ponoć osobiście redagowanego przez Davida.
  2. Discourse, odnoszącą się do interaktywnej strony serwisu, obejmującą: fora, czat oraz bazę kreacji fanowskich, takich jak grafiki, wiersze, opowiadania, eseje, remixy, itp. Sam artysta pojawiał się okresowo na czacie lub forum odpowiadając na pytania fanów. Co ciekawe, występował naprzemiennie pod własnym nazwiskiem oraz używając różnych pseudonimów.
  3. Outside, czyli podstronę dobrze oddającą powiedzenie, iż link is the esssence of the web, zatem zbiór odnośników do innych stron poświęconych muzykowi. Bowie dawał tym samym znać, że dostrzega i docenia fansites oraz chce budować z nimi relacje. Dodatkowo, sekcja ta zawierała tzw. BodyLinks czyli gościnne wpisy osób związanych z Bowiem (najczęściej rodziny i współpracowników), służące do zwracania fanom uwagi na ciekawe miejsca w Internecie. Wśród gości znalazł się m.in. Lou Reed.

David_Bowie crowdsourcing 2

BowieNet nie stanowił spektakularnego sukcesu. Po kilku latach projekt został porzucony, a artysta przeniósł się z powrotem na davidbowie.com. Być może zawinił system subskrypcji odstraszający ceną ($20 miesięcznie to niemało). Możliwe też, że w ostatniej dekadzie XX wieku świat nie był jeszcze gotów na takie cyfrowe doświadczenie. Nie byłby to pierwszy raz kiedy Bowie wyprzedził swoją epokę. Platforma pozostawiła po sobie jednak trwałe osiągnięcie w postaci bardzo udanej kampanii crowdsourcingowej, jednej z pierwszych w branży muzycznej.

Bowie otwiera się na crowdsourcing

Jako element zabiegów promocyjnych towarzyszących wydaniu albumu Hours, artysta zdecydował się zwrócić do swoich fanów z następującą propozycją: ja umieszczę w Sieci wcześniej niepublikowany, instrumentalny utwór, a Wy napiszcie do niego tekst. Zwycięska propozycja miała trafić na płytę. Aby skuteczniej zachęcić swoją społeczność Bowie zobowiązał się dodatkowo, że jej autor (z osobą towarzyszącą) dołączy do niego w studiu w trakcie nagrywania utworu. Wybór ostatecznie padł na tekst nadesłany przez Alexa Granta, który nagrał też dodatkowe ścieżki wokalne do utworu. Nadał muł tytuł What’s Really Happening.

Mniej szczęśliwszy okazał się pomysł crowdsourcowania setlisty trasy koncertowej. W 1990 roku w przededniu trasy Sound+Vision Bowie poprosił fanów o wytypowanie utworów, jakie chcieliby usłyszeć na żywo w toku tournee. W dobie internetowej pre-historii najskuteczniejszym medium do zbierania głosów okazał się telefon. Mimo technicznych niedogodności, być może wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie sabotaż pisma NME. Redakcja popularnego miesięcznika wezwała fanów do głosowania na mało znany, pastiszowy utwór The Laughing Gnome z 1967 roku. Ku zniesmaczeniu artysty utwór zajął pierwsze miejsce, co sprawiło, że Bowie odwołał całą zabawę. Ostatni uśmiech, jak widać, faktycznie należał do gnoma.

Śmierć Davida Bowiego oznacza pożegnanie nie tylko z artystą, który dał nam dzieła takie jak trylogia berlińska, 1. Outside czy niedawny Blackstar, ale także jednego z wielkich muzycznych innowatorów ostatnich dekad. Mariaż sztuki i technologii, indywidualności i społeczności, będzie stanowić trwałe dziedzictwo Ziggy’ego. Proroczo brzmią dziś jego słowa sprzed 20 lat, o tym, że w przyszłości “muzyka będzie docierać do ludzi jak strumień elektryczności”, bez potrzeby kupowania płyt czy dawania zarobić wytwórniom płytowym. Swoją drogą, pewnie niejedna osoba słuchając teraz jedynej crowdsourcowanej piosenki Davida Bowiego zwróci uwagę, że druga zwrotka zaczyna się od słów:

Now it’s time to close our eyes
Now it’s time to say goodbye

Kliknij i rozwiń

    Mogą Cię zainteresować

    Skomentuj

    Skilltrade. Ja uczę ciebie, ty uczysz mnie

    Przeczytasz w 20 minut Sharing economy
    Autor 7 stycznia 2016

    Jeśli perła w koronie sharing economy, Khan Academy, to cyfrowa uczelnia, Skilltrade byłby raczej internetowym akademikiem. Jest to miejsce spotkań, w którym możemy poznać ludzi i wymienić się umiejętnościami, ale także umówić się z nimi na wspólne bieganie, czy wyjście na koncert. To także ogromna tablica ogłoszeń, dająca  łatwy dostęp do całego szeregu usług. O tym, jak działa Skilltrade i dlaczego warto z niego korzystać, rozmawialiśmy z jego założycielem Maćkiem Glińskim.

    Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

    WtC: Na początek małe wyzwanie. Przekonaj nas do założenia konta na Skilltrade.

    Maciej Gliński (MG): Zacząłbym od tego, że możecie poznać ciekawych ludzi, dzieląc się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi. Możecie znaleźć odpowiedź na pytania z dziedzin, które was interesują. I możecie aktywnie i ciekawie spędzać czas, nie musząc nic za to płacić.

    WtC: Jak to działa w praktyce?  

    MG: Każdy nasz użytkownik może zaangażować się w wymianę wiedzy i umiejętności na trzy sposoby: wymiany (np. język za język), odpłatnie (za określoną cenę) i za darmo, na zasadzie przysługi. Powiedzmy, że uczysz się hiszpańskiego. Możesz znaleźć u nas osobę, która ci w tym pomoże w zamian za inną umiejętność, którą ty jej przekażesz lub, jeśli się tak umówicie, odpłatnie. Sporo jest też takich użytkowników , którzy zakładają na Skilltrade kontopo to, aby promować siebie – zwrócić uwagę innych na to, co mają do zaoferowania. Dla przykładu: grafik pomagając innym, odpowiadając na ich pytania, może budować swój wizerunek eksperta. To zwiększa jego szanse na to, że w przyszłości wpadnie mu dobre zlecenie.

    WtC: To są najczęstsze powody, dla których ludzie do Was dołączają. A czy zdarzają się zainteresowania naprawdę niszowe, niecodzienne, takie, które nawet Was zaskakują?

    MG: Bardzo często. Biorąc pierwszy przykład z brzegu, mieliśmy osoby, które umawiały się na Skilltrade na wspólne chodzenie po dachach. Pamiętam też, że ktoś uczył innych połykania ognia. Całkiem popularna jest ostatnio też… nauka esperanto. Na pewno zaskoczyło nas, ile osób korzysta z serwisu, żeby umawiać się na wspólne aktywności. Proste rzeczy: bieganie, granie w koszykówkę, wyjście na miasto. Chodzi po prostu o to, aby robić to wszystko razem.

    WtC:  Nie budzi w Was obaw to, że skilltrading może z czasem zejść na dalszy plan? Robiąc research do tej rozmowy, zauważyliśmy, że ludzie czasem zarzucają Wam, że stajecie się serwisem randkowym. Innymi słowy, że użytkownicy zaczną zwracać uwagę głównie na to, czy ktoś im się podoba na zdjęciu. Nie na to, co umie i ma do zaoferowania. Macie takie obawy? Czy jakoś temu przeciwdziałacie?

    MG: Nie, zupełnie nie mamy takich obaw. Oczywiście, że po części tak jest, że najprościej jest umówić się na spacer, koncert czy kino. I nie ma też co zaprzeczać, że ludzie sugerują się zdjęciem drugiej osoby. Ale jak patrzymy na rozwój Skilltrade, to usługą, która obecnie przyciąga najwięcej ludzi, są pytania i odpowiedzi – wymiana wiedzy. Muzycy rozmawiają o tym, czym się kierować przy kupowaniu nowej gitary. Inni pytają jak się przygotowywać do pierwszych treningów na siłowni. Jeszcze inni rozmawiają o grach RPG. Najważniejsze rzeczą, jaka przyciąga do nas ludzi, jest ich pasja. Coraz więcej osób widzi też, że warto założyć swój profil, aby zbierać “łapki w górę” i pokazać, że są dobrymi grafikami, trenerami personalnymi, czy lektorami.

    WtC: Czy śledzicie w jakiś sposób dalsze losy osób, które poznały się przez Skilltrade? Znacie historie zespołów, startupów, czy małżeństw, które nie powstałyby bez założenia u Was konta?

    MG: Dosłownie wczoraj dowiedziałem się, że znajomy jednego z naszych programistów niebawem się żeni a swoją partnerkę poznał na Skilltrade. Na pewno mamy co najmniej jedno małżeństwo (śmiech).

    WtC: Skoro o Waszej społeczności mowa. To, co zrobiło na nas wrażenie, to jej masa. Jak się buduje społeczność – liczącą 200 tys. ludzi?

    MG: Zaczęliśmy od grupy na Facebooku. Dla nas był to sposób na weryfikację pomysłu. Na początek testowaliśmy tylko Warszawę, z czasem założyliśmy grupy w kolejnych miastach, a nawet za granicą. Pierwszymi użytkownikami byli nasi znajomi, ale po niecałym pół roku mieliśmy tam ponad 30 tys. osób. Dało nam to okazję do podpatrzenia zachowań ludzi, zobaczenia tego, co ich interesuje. Dopiero wówczas podjęliśmy decyzję, że będziemy budować portal.

    WtC: Czy to wszystko działało na zasadzie “znajomi znajomym”, poczty pantoflowej, czy też stosowaliście jakieś zabiegi promocyjne?

    MG: Od początku staraliśmy się na różne sposoby promować założone przez nas grupy na Facebooku. Pierwsze z nich założyliśmy w 2013 roku. Wchodziliśmy we współpracę z innymi fanpage’ami, robiliśmy eventy, wykupowaliśmy reklamy. Wtedy zresztą grupy facebookowe działały inaczej niż dzisiaj. Gdy ktoś zamieszczał posta na grupie, widzieli to jego znajomi niebędący w grupie. Bardzo ułatwiało to promocję. Niestety, od tego czasu Facebook zmienił algorytmy (śmiech). Jednak wówczas my nie skupialiśmy się już na rozwoju grup i pozyskiwaniu nowych członków, ale na rozwoju portalu.

    WtC: Jak wyglądają Wasze relacje ze społecznością dzisiaj? Czy ma ona wpływ na kształt Skilltrade. Czy konsultujecie z nią kolejne swoje kroki?

    MG: Tak. Nasza koleżanka z firmy, Agata, pisze do paruset osób tygodniowo, pyta ich o to, czy może w czymś pomóc, jak idzie umawianie kolejnych spotkań, czy mają dla nas jakieś swoje sugestie. To stała część naszej pracy. Coś, co robimy regularnie.

    WtC: Jesteśmy serwisem w dużej mierze branżowym, crowdingowym, więc nie możemy nie zapytać: jaki jest model biznesowy Skilltrade? Na czym zarabiacie?

    MG: Zarabiamy na reklamach, ale ich ilość jest bardzo ograniczona, żeby nie zniechęcać użytkowników. Mamy też konta premium, które wiążą się z lepszą widocznością na portalu. Oferujemy również konta dla firm, które poprzez Skilltrade mogą docierać do swoich grup docelowych, tworząc ciekawy content. My pomagamy im przygotowywać w profesjonalny sposób pytania i odpowiedzi właściwe dla ich dziedziny, widoczne także w wyszukiwarkach internetowych.

    WtC: Możesz dać przykłady firm, które z Wami współpracują?

    MG: Mamy u siebie na przykład sklep rowerowy, internetowy sklep z ubraniami, dość szeroki przekrój marek, które szukają nowych sposobów na dotarcie do swoich społeczności.

    WtC: Gdyby ktoś chciał poznać Was lepiej, czy można Was gdzieś spotkać? Gdzie się promujecie? Czy są wydarzenia, na które chciałbyś zaprosić naszych czytelników?

    MG: Od nowego roku będziemy przynajmniej raz w miesiącu organizować wydarzenia we współpracy z kilkoma innymi przedsięwzięciami internetowymi pod szyldem Startup Party. Kierujemy je do młodych ludzi, dwudziesto- i trzydziestolatków, i do wszystkich startupowców. Każdy będzie mógł przyjść, więc serdecznie wszystkich zapraszam.

    Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

      Mogą Cię zainteresować

      Skomentuj

      #JezWeCan. Jak Tłum 2.0 kształtuje politykę przez social media

      Przeczytasz w 20 minut Socjologia internetu
      Autor 24 października 2015

      12 września Jeremy Corbyn został przywódcą Partii Labourzystowskiej. Choć wielu ogłosiło, że tego dnia skończyła się na brytyjskiej lewicy epoka blairyzmu, dawny i obecny lider partii mają ze sobą coś wspólnego. Obydwaj stali się ikonami popkultury. Jednemu z nich bardzo pomógł w tym Internet.

      Angielska lewica zawsze była w awangardzie. Tamtejszy ruch robotniczy jest najstarszym na świecie. Wyspiarze mieli swoją rewolucję sto lat przed francuską. Wcześniej niż inni mieli też gazety robotnicze, związki zawodowe, powszechne prawa wyborcze; tylko w kwestii emerytur i rent dali się ubiec Niemcom. Przejawem politycznej innowacyjności labourzystów było też postawienie Tony’ego Blaira na czele partii w 1994 roku. Dziś trudno nam sobie wyobrazić, jakim szokiem dla establishmentu był wybór tego młodego szkockiego polityka. Za młodu Blair nosił długie włosy i grał w zespole rockowym. Wszystko wskazuje na to, że w przeciwieństwie do Billa Clintona – zaciągał się ;) Później też lubił towarzystwo muzyków, aktorów i wszelkiej maści celebrytów. Dobrze poświadczają to zdjęcia ze U2, Spice Girls czy Oasis. Sam stał się inspiracją dla piosenki George’a Michaela i filmu Romana Polańskiego. Nie odmówił też wystąpienia w Simpsonach. Do tego wszystkiego, jawnie lekceważył protokół, pracownikom kancelarii premiera kazał zwracać się do siebie po imieniu. Całkiem po amerykańsku wolał zdrobniałe „Tony” od szacownego „Anthony”.

      Pamiętając o tym wszystkim, trudno dziwić się, że Blair był ulubieńcem mediów. Ale Cobryn? Ponury i poważny, wycofany i rzeczowy, „górny i chmurny”… bliżej mu do starotestamentowego proroka niż do człowieka, który uosabiał slogan Cool Britannia. Zresztą, za wizerunek Blaira odpowiadał sztab ludzi. Corbyn krzywi się choćby na myśl o PR-owcach. To aż ironicznie, że Blair, pierwszy angielski szef rzędu, który zainteresował się mediami społecznościowymi i robił co mógł by zamieniać internautów w wyborców, dziś budzi powszechną niechęć w Sieci. Corbyn, którego nigdy to zbytnio nie interesowało, ma masę wyznawców, który oddolnie tworzą content niejako w jego imieniu. Wliczam w to tych, którzy niemiłosiernie trollują dawnego przywódcę, odkąd „Jezza” został szefem opozycji.

      Prym wiedzie w tym frakcja tzw. Red Labour. Szybkie wyjaśnienie: Partia Pracy posiada trzy skrzydła – najdalej na lewo są „czerwoni”, najbardziej umiarkowani są „niebiescy”, gdzieś między nimi znajdują się „fioletowi”. To, co wyróżnia skrzydło stronnictwa bliskie Corbynowi, to duże przywiązanie do oddolnej działalności w social media. Wystarczy spojrzeć na działający od 2011 roku fanpage Red Labour, dzisiaj „polubiony” przez blisko 30 tys. ludzi. To właśnie jego założyciele wzięli na siebie zadanie organizowania kampanii polityka bliżej nieznanemu przeciętnemu wyborcy. Otrzymali w tej mierze pełne poparcie i pomoc ze strony członka sztabu Corbyna, Johna McDonnella. Ich osiągnięcia zadziwiłyby niejedną agencję digitalową. W ciągu pierwszych trzech miesięcy uzyskali 70 tys. polubień na Facebooku, 64 tys. na Twitterze. Dzisiaj jest to przeszło 260 tys. Najlepszy post miał zasięg ponad 560 tys. wyświetleń. Przeciętnie w skali tygodnia było to między 1.5 a 2 mln obejrzeń. Według sondażu YouGov, 56% zwolenników dzisiejszego lidera uznało media społecznościowe za najważniejsze źródło informacji o swoim kandydacie.

      Oczywiście laburzyści to nie polska prawica z lat 90: nie zakładają, że ruchy polityczne rozmnażają się przez podział. Naigrywanie się z Blaira (za nagłe nawrócenia: raz na wolny rynek, raz na katolicyzm) to jedno, ale prawdziwym rywalem jest oczywiście obecny premier i prowadzonego przez niego stronnictwo konserwatywne. Jak wiadomo dobry mem wart jest więcej niż tysiąc słów. Zaczęło się więc od łatwych do udostępniania, zawierających prosty przekaz zdjęć zestawiających Davida Camerona z Corbynem. Przykładowo: widzimy, czym obaj politycy „zajmowali się w latach 80”. Po lewo, laburzysta zatrzymany przez policję za udział w marszu przeciw apartheidowi w RPA. Po prawo, torys w pretensjonalnym fraku balujący z kolegami ze snobistycznego Bullington Club. (W tamtym środowisku za dobrą zabawę uchodziło m.in. „ukamienowanie” żywego lisa butelkami od szampana).

      Proste i skuteczne, prawda? 1,146 udostępnień działa na wyobraźnię. Zwłaszcza w czasach globalnego kryzysu ekonomicznego. Niemniej – nadal nieco przyciężkie jak na gusta twitterowej publiczności. Aby lepiej zrozumieć czego ona szuka u nowoczesnego polityka, warto przeczytać wpisy oznaczone niebanalnymi hashtagami typu #jeremy4leader, #corgasm, #sexyjezzacobryn. O najpopularniejszym #JezWeCan dyskutowano m.in. w BBC, Guardianie czy Daily Mail.

      W social media prym wiodą profile takie jak @CorbynJokes (by dać próbkę ich stylu: What’s red, stuck in the 1980s and doesn’t want to be in Europe? Liverpool FC).  Rolą takich ludzi jest, w pewnym sensie, uprzedzać krytykę i rozbrajać ją poczuciem humoru. Na samej zasadzie cyfrowy Tłum odpowiada na problem zaawansowanego wieku kandydata na premiera. Na jednym z popularnych memów widzimy go jako Obi-Wana Kenobiego. Przesłanie nietrudno odczytać: wiek oznacza mądrość, doświadczenie, wiarygodność. Młodzi najwyraźniej są zmęczeni politykami o aparycji podstarzałych aktorów porno. Corbyn jest na wskroś autentyczny. To jakby bardziej oczytany, spokojniejszy, społecznie wrażliwszy Paweł Kukiz z 30-letnim stażem w polityce.

      Podobne znużenie wywołuje polowanie na gafy. Tradycyjne media pastwiły się nad „znakiem firmowym” Corbyna: białym podkoszulkiem wystającym nieco niechlujnie spod koszuli. Odpowiedź internautów? Seria fotomontaży prezentujących przywódcę laburzystów jako umięśnionego modela. Oczywiście w białym podkoszulku.

      W tym miejscu można zapytać: śmieją się z Corbyna czy razem z nim? W dobie social media to przestaje mieć znaczenie. Jedni lajkują, komentują i udostępniają z przekonania; inni dla zabawy. Ważne, żeby nie przekręcali nazwiska. To wystarczy, aby w kilka tygodni z człowieka znajdującego się, od dwóch dekad w drugim, jeśli nie trzecim szeregu swojej partii, uczynić jej najbardziej rozpoznawalną twarz. I być może następnego brytyjskiego premiera.

        Mogą Cię zainteresować

        Skomentuj