Źródła finansowania startupów (4) Kredyty bankowe

Przeczytasz w 7 minut Bez kategorii
Autor 5 stycznia 2017

Młoda firma potrzebuje otwartej “linii kredytowej”. Nie sposób jednak oczekiwać, że kieszenie i cierpliwość aniołów czy funduszy nie mają dna. Finansowanie w ramach dotacji jest z kolei “sezonowe”. Pozostaje więc bank. Problem polega na tym, że startupy nie są wymarzonymi klientami instytucji finansowych.

Współautorką tekstu jest Maria Krok.

Anioły Biznesu i fundusze Venture Capital, omawiane w poprzednich częściach serii, są zewnętrznymi źródłami kapitału własnego dla startupów. Alternatywę wobec nich stanowi kapitał obcy, czyli przede wszystkim kredyty i pożyczki bankowe. Zanim przejdziesz do kolejnych sekcji – zwyczajowo – poznaj podstawowe definicje.

Kredyt vs Pożyczka

Kredytowanie polega na tym, że bank udziela przedsiębiorstwu kwotę środków pieniężnych na pewien czas i na określonych warunkach. Do nich zalicza się przede wszystkim:

  • oznaczony czas,
  • określoną stopę oprocentowania,
  • wybrany cel.

Przedsiębiorstwo również przyjmuje określone zobowiązania:

  • korzystania z udzielonych środków na warunkach ustalonych w umowie,
  • terminowego zwrotu kwoty kredytu wraz z odsetkami,
  • spłaty prowizji od kredytu,
  • udostępnienia bankowi informacji niezbędnych do oceny zdolności kredytowej danego przedsiębiorstwa.

Pożyczki bankowe często utożsamia się z kredytami. Niesłusznie. Warto poznać kilka spośród najważniejszych różnic.

kredyty-content-01

Pożyczek mogą udzielać nie tylko banki, ale wszelkie podmioty gospodarcze, a nawet osoby fizyczne. W tym kontekście dobrze pamiętać o tym, aby uważać na tzw. chwilówki.

Rodzaje kredytów

Istnieje więcej niż jeden rodzaj kredytu. Zależnie od potrzeb, tego na ile możesz chcieć zabezpieczyć sobie najkorzystniejsze warunki i czy chcesz ryzykować, możesz wybrać typ kredytu najodpowiedniejszy dla Twoich celów. Czasem brakuje Ci niewielkiej kwoty na dokończenie projektu, innym razem może chodzić o finansowanie działalności jeszcze przez długie miesiące. Możesz chcieć wybrać “bezpieczny” kredyt w walucie, w której zarabiasz (najpewniej: złotówkach) albo zaryzykować z walutą obcą (nie zawsze kończy się to, jak w przypadku frankowiczów).

Czym kredyty różnią się od siebie? Oto kilka najważniejszych zmiennych:

kredyty-content-02

Okres kredytowania i przeznaczenie kredytu

Kredyty długoterminowe są głównie zaciągane w celu sfinansowania określonych przedsięwzięć inwestycyjnych, np. zakup środków trwałych lub inwestycji finansowych (nabycie akcji), dlatego są często odnoszone do kredytów inwestycyjnych. Warunkiem uzyskania kredytu długoterminowego może być konieczność przedstawienia bankowi biznesplanu startupu i jego akceptacja przez bank. Finansowanie działalności firmy kredytem inwestycyjnym wiąże się z ponoszeniem znacznych kosztów finansowych, jak i z dużą ilością wymagań formalnych ze strony banków, co często ogranicza dostęp do tego typu kredytów startupom znajdującym się we wczesnych fazach rozwoju.

Kredyty krótkoterminowe to najczęściej kredyty obrotowe – przeznaczone na finansowanie działalności bieżącej przedsiębiorstwa: zakup towarów i materiałów, produkcję, sprzedaż, spłaty innych zobowiązań. Zasady udzielania takiego kredytu często są prostsze niż w przypadku kredytów długoterminowych, również kwoty kredytu są mniejsze, co czyni ten rodzaj kredytu łatwiej dostępnym dla startupów.

Waluta kredytu

Wybierając pomiędzy kredytem złotówkowym  i walutowym, trzeba wziąć pod uwagę rynek na którym działa startup. Jeżeli Twoim głównym odbiorcą jest rynek polski i przychód jest generowany w złotówkach, to wybór powinien paść na kredyt złotówkowy. Natomiast jeżeli zamierzasz wkraczać na rynki międzynarodowe lub dokonywać zakupu towarów i usług w obcej walucie, możesz pomyśleć o zaciągnięciu kredytu w euro, funtach lub dolarach..

Sposób oprocentowania

Zaciągając kredyt długoterminowy możesz nie myśleć o wyborze pomiędzy oprocentowaniem stałym i zmiennym, bo  na dłuższą metę poniesione koszty tych kredytów będą równe lub będą się nieznacznie różnić.

Natomiast wybierając kredyt krótkoterminowy musisz dobrze ocenić obecną sytuację ekonomiczno-finansową na rynku. Jeżeli jest ona stabilna – tańszą opcją może okazać się kredyt z oprocentowaniem zmiennym, w przeciwnym przypadku bezpieczniejszy będzie wybór kredytu z oprocentowaniem stałym.

Zalety kredytów bankowych

Kredyt bankowy od lat jest jedną z podstawowych form finansowania działalności przedsiębiorstw. Rynek kredytów powstał dawno przed pojawieniem się aniołów biznesu czy funduszy VC. W tym czasie banki starały się udoskonalić swoją ofertę, tak żeby każdy przedsiębiorca od założycieli startupów do CEO wielkiej korporacji mógł znaleźć coś dla siebie. Ich wysiłki nie poszły zupełnie na marne.

  • Rozwinięty rynek. Presja konkurencji zmusza banki do przedstawienia atrakcyjnych ofert i wyszukiwania coraz to nowych sposobów, aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom właścicieli firm. Oferty banków są łatwo dostępne w Internecie. Podpisać umowę o kredyt można w jednym z wielu oddziałów banku, co też skraca i upraszcza cały proces otrzymania dofinansowania.
  • Odnawialne źródło finansowania. Po spłacie jednego kredytu, przedsiębiorca może od razu zaciągnąć następny. Istnieje również możliwość zaciągania jednocześnie kilku kredytów. Łatwa odnawialność jest bardzo ważną zaletą zewnętrznego kapitału obcego w odróżnieniu od zewnętrznego kapitału własnego.
  • Wzrost wiarygodności kredytowej po terminowym spłaceniu kredytów. Terminowe spłacenie jednego kredytu buduje pozytywną historię kredytową firmy i ułatwia zaciągnięcie następnych zobowiązań na bardziej korzystnych warunkach. Trzeba również zaznaczyć, że wzrost wiarygodności kredytowej pozwala na otrzymanie od banku większych sum pieniężnych, co jest bardzo ważną zaletą dla rozwijających się firm, które zwiększają swoje nakłady.
  • Utrzymanie kontroli nad przedsiębiorstwem. Zaciąganie kredytu, w przeciwieństwie do inwestycji ze strony aniołów biznesu czy funduszy VC, nie wpływa na swobodę zarządzania startupem. Bank nie pożycza pod zastaw akcji, ani nie domaga się głosu w sprawach związanych z prowadzeniem firmy. Przedsiębiorca pozostaje jedynym właścicielem majątku firmy, bo zaciągnięty kredyt przypada na zobowiązania firmy, a nie jej kapitał własny.

Wady kredytów bankowych

Może wydawać się, że kredyt bankowy jest doskonałym źródłem finansowania działalności startupów, ponieważ jest łatwo dostępny i pozostawia zarząd niezależny od wierzycieli kapitału. Ale w praktyce to źródło finansowania jest wykorzystywane najczęściej przez rozwinięte firmy, natomiast startupy mają styczność z wieloma wadami kredytów. Gdyby Murphy pisał swoje prawa dzisiaj, na pewno dodałby: “Twój startup zawsze zacznie zarabiać później niż zakładasz”. Banki mają tego świadomość, toteż oferty dla młodych firm na dorobku tworzoną są raczej z interesem kredytodawcy niż kredytobiorcy na myśli.

  • Trudności w pozyskaniu kredytu dla startupów we wczesnych fazach rozwoju. Startupy nie są pożądanymi klientami banków i jest im bardzo trudno zaciągnąć kredyt na korzystnych warunkach. Jeśli Twoja firma nie działa minimum rok na rynku, masz niewielkie szanse, aby otrzymać wsparcie banku.
  • Problemy z zabezpieczeniem kredytu. Startup zazwyczaj nie posiada znaczącego majątku oraz kapitału własnego. Niejednokrotnie jako zabezpieczenie kredytu przedstawia się wówczas prywatną nieruchomość.
  • Czynniki zwiększające koszty obsługi kredytu. Znaczna różnorodność startupów zmusza bank do indywidualnego podejścia do każdego podmiotu. Ponadto młody przedsiębiorca na ogół nie dał się jeszcze poznać jako wiarygodny i wypłacalny kredytobiorca, a brak doświadczenia kadry kierowniczej startupów wymusza czasem szerszy zakres doradztwa finansowego ze strony banków.
  • Wysokie opłaty, prowizje i odsetki. Dla młodych firm, nieposiadających historii kredytowej, bank zwiększa cenę kredytu, żeby pokryć ponoszone ryzyko.
  • Niepewna przyszłość. Koszt kredytu o zmiennym oprocentowaniu może znacząco wzrosnąć w przyszłości przy zmianie stóp procentowych. Zatem oferta, która na początku wydawała się atrakcyjna, może okazać się niemożliwa do spłacenia.

Kredyt bankowy dla polskich startupów

Wraz ze wzrostem aktywności gospodarczej banki w Polsce zaczęły oferować specjalne rodzaje kredytów na rozpoczęcie działalności. Jednakże ze względu na bardzo wysokie ryzyko, którym obarczone są nowopowstałe firmy oraz z powodu braku zabezpieczenia, warunki tych kredytów nie są atrakcyjne. Kwoty kredytów na rozpoczęcie działalności wynoszą od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, a okresy kredytowania są nie dłuższe niż 60 miesięcy. Sytuacja uległa zmianie po wprowadzeniu w marcu 2013 roku rządowego programu wspierania mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw „Gwarancja de minimis”.

Gwarancja de minimis, udzielana przez Bank Gospodarstwa Krajowego, jest formą zabezpieczenia spłaty kredytu przez MŚP w bankach komercyjnych. Jeżeli startup nie będzie w stanie spłacić zaciągniętego kredytu, to spłaca go gwarant, czyli BGK. Nie oznacza to, że startup nie jest zwolniony ze swoich zobowiązań. Rozliczać się z nich będzie jednak przed gwarantem, nie bankiem.

Łatwo dostrzec, czemu taka możliwość wydaje się atrakcyjna. Banki są zabezpieczone przed ryzykiem upadłości kredytobiorcy, a startupy mogą zaciągnąć kredyt z gwarancją na lepszych warunkach niż w sytuacji, gdy nie mają żadnego zabezpieczenia.

Popularność kredytów wśród startupów

Według danych z raportu Konfederacji Lewiatan przygotowanego w ramach projektu „Monitoring kondycji sektora MMŚP 2014” wynika, że w 2014 roku z kredytów bankowych w ogóle nie korzystało 65% mikroprzedsiębiorstw, 45% małych przedsiębiorstw i 38% średnich przedsiębiorstw. Te dane wskazują na to, że kredyt jest nadal mało dostępnym źródłem finansowania dla startupów w ich początkowych fazach rozwoju.

Przeciętny procentowy udział wartości kredytów bankowych w wartości sprzedaży firmy w Polsce w 2014 roku (w procentach MMŚP).

kredyty-content-03
Źródło: M. Starczewska-Krzysztoszek. Curriculum Vitae mikro, małych i średnich przedsiębiorstw 2014. Finansowanie działalności i rozwoju. Raport z wyników badania przygotowanego przez Konfederację Lewiatan w ramach projektu „Monitoring kondycji sektora MMŚP 2014”, 2014, s. 58. http://www.leasing.org.pl/files/uploaded/Raport%20MMSP%202014_Finansowanie%20dzia%C5%82alnosci%20i%20rozwoju.pdf

Na powyższym wykresie można zobaczyć, że zadłużenie kredytowe powyżej 20% wartości sprzedaży mają jedynie 8% mikroprzedsiębiorstw, 7% małych przedsiębiorstw oraz 9% średnich przedsiębiorstw, co pokazuje, że firmy nie zaciągają dużych kwot kredytów, a jeżeli korzystają z usług kredytowych banków, to głównie są to małe kwoty kredytów obrotowych.

Procent mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce niekorzystających z kredytów bankowych w 2011-2014 roku.

kredyty-content-04
Źródło: M. Starczewska-Krzysztoszek. Curriculum Vitae mikro, małych i średnich przedsiębiorstw 2014. Finansowanie działalności i rozwoju. 2014, s. 57. http://www.leasing.org.pl/files/uploaded/Raport%20MMSP%202014_Finansowanie%20dzia%C5%82alnosci%20i%20rozwoju.pdf

Trzeba również podkreślić, że ta tendencja utrzymuje się już przez długi okres (zob. wykres powyżej). Udział przedsiębiorstw w Polsce z sektora MMŚP niekorzystających z kredytów bankowych wynosi od 60% do 63% w badanym okresie. Nawet wprowadzenie w 2013 roku programu rządowego gwarancji de minimis niewiele tu zmieniło.  W 2014 roku udział przedsiębiorstw niefinansujących własną działalność kredytem bankowym wzrósł o 1,4 punktu procentowego w porównaniu z rokiem poprzednim.

Bariery w korzystaniu z kredytów bankowych przez mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce w 2014 roku (procent MMŚP; 3 najważniejsze bariery łącznie).

kredyty-content-05
Źródło: M. Starczewska-Krzysztoszek. Curriculum Vitae mikro, małych i średnich przedsiębiorstw 2014. Finansowanie działalności i rozwoju. Raport z wyników badania przygotowanego przez Konfederację Lewiatan w ramach projektu „Monitoring kondycji sektora MMŚP 2014”, 2014, s. 66. http://www.leasing.org.pl/files/uploaded/Raport%20MMSP%202014_Finansowanie%20dzia%C5%82alnosci%20i%20rozwoju.pdf

Największą przeszkodą w dostępie do kredytu jest wysokie oprocentowanie. Bariera ta zniechęca 22% przedsiębiorstw z korzystania z tego sposobu finansowania działalności. Drugie i trzecie miejsce, z 13% udziałem, dzielą „wysokość prowizji” oraz „brak atrakcyjnych ofert dla sektora MMŚP”. Ten trzeci czynnik może być funkcją dwóch poprzednich.

Podsumowując, można powiedzieć, że polskie banki obecnie nie przedstawiają oferty, która mogłaby skusić startupy znajdujące się we wczesnych fazach rozwoju. Trudno się temu dziwić – polityka kredytowa banków względem startupów jest silnie uzależniona od bieżącej sytuacji gospodarczej. Czasy są trudne, więc bankierzy będą raczej zachowawczy. Natomiast finansowanie kredytem może okazać się atrakcyjną opcją dla firm przebywających w fazie wzrostu lub ekspansji.

Współautorką tekstu jest Maria Krok.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Wyjdź z domu, internet zabierz ze sobą. Poradnik cyfrowego obywatela na niespokojne czasy

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 20 grudnia 2016

    Dajemy łapkę w górę, udostępniamy, komentujemy. I mamy poczucie, że wykonaliśmy dobrą robotę. Aktywność w sieci, w social media, zamiast pobudzać do działania w realu, zastępuje je. Tymczasem żadna władza nie przestraszy się naszych lajków.

    Tekst stanowi część naszej serii “Świadomi i aktywni w Web 2.0”

    Nie zrozumcie nas źle. To nie tak, że zaczynamy popierać ruch low-tech. Jeszcze nie podcinamy gałęzi na której siedzimy. I jeszcze nie straciliśmy wiary w to, że internet może być siłą, która wspomaga zmiany na lepsze. Współczesny obywatel demokratycznego państwa, a nawet wielu spośród krajów mniej demokratycznych, dysponuje narzędziami zdobywania i propagowania informacji, o których dawni dysydenci, reformatorzy, czy rewolucjoniści nie mogli marzyć.

    Ten tekst kierujemy do wszystkich ludzi, którzy chcą z tych narzędzi zrobić dobry użytek. Dobry, czyli nie mający nic wspólnego z przemocą, nawet symboliczną, linczowaniem, choćby tylko cyfrowym. Chcemy pokazać, że technologia może działać na rzecz demokracji i lepszej debaty publicznej, a nie przeciwko nim. Może też oddać wielkie zasługi wyzwaniu transparentności władzy i życia publicznego.

    Jest to dla nas szczególnie ważne. Nasz ostatni tekst, poświęcony walce z fałszywymi newsami, zamknęliśmy tymi słowami:

    Rzetelna, obiektywna i etyczna robota dziennikarska bywa niedoskonała, ale w dzisiejszych czasach staje się bezcenna. To dziennikarze i redakcje (…) w pierwszej kolejności konfrontują fikcję z prawdą, patrzą na ręce decydentom i dają nam wgląd w rzeczywistość z perspektywy, której samodzielnie nie umielibyśmy przyjąć.

     

    Dziennikarstwo przez duże “d” nie umarło. Problem zmanipulowanych informacji pokazuje, że pora pomóc mu stanąć na nogi – dla naszego dobra.

    Jako WE the CROWD na co dzień piszemy w sposób apolityczny, bo koncentrujemy się na uniwersalnych zjawiskach społecznościowych w sieci. Trudno nam jednak dłużej przechodzić obojętnie obok wasalizacji mediów publicznych oraz odbieraniu prasie funkcji społecznego oka i ucha w polskim Sejmie. Do demonstrowania zachęca sprawa reformy szkolnictwa, ustawa o lasach, paraliż Trybunału Konstytucyjnego, a nawet (o ironio) ustawa o zgromadzeniach. Generalnie, błyskawicznie przybywa argumentów  za wyjściem z domu w zimowe wieczory. Coraz więcej z nas i coraz głośniej wyraża oburzenie w social media. Ale tylko część z nas realnie coś z tym robi. Czas przestać traktować aktywność w mediach społecznościowych jako cel, a zacząć postrzegać ją jako środek.

    Dlatego po fałszywych newsach na celownik bierzemy fałszywe zaangażowanie. Chcemy Was zmotywować do wyjścia z domu i wcale nie namawiać do wyjścia z internetu. Proponujemy Wam wsparcie darmowych, ogólnodostępnych i prostych w obsłudze narzędzi Web 2.0. Z większości pewnie i tak już korzystacie. Używane masowo i z pomyślunkiem będą działać na korzyść naszej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.

    Nim pójdziecie na demonstrację

    1. Znajcie swoje prawa i wiedzcie, po co demonstrujecie

    Co do zasady, czytanie popłaca. Nawet tak “ciężkich” dokumentów, jak Ustawa o Zgromadzeniach, którą znajdziecie tutaj. Dobrze poznać specyfikę rodzajów zgromadzeń (w szczególności spontanicznego) oraz to, w jakich przypadkach funkcjonariusze policji mogą je rozwiązać. Treść aktów prawnych możecie sprawdzać:

    Lektura jest ważna, bo ważna jest wiedza. Wiele osób demonstrując nie ma pojęcia o treści prawa, przeciw któremu występują. Nie bądźcie tymi, którzy później nieskładnie dukają do mikrofonu reportera TVP1 (czy TVN24), bo wyrządzicie szkodę własnej sprawie. Po prostu… czytajcie!

    Sięgajcie też do publicznie dostępnych (jeszcze) list głosowań Sejmu i Senatu, aby wiedzieć po co i przeciw komu demonstrujecie ;)

    2. Miejcie świadomość, gdzie, z kim i jak będziecie protestować

    Większość protestów i demonstracji zaczyna się na Facebooku, a dokładniej – na stronie utworzonego w tym celu wydarzenia. To świetne rozwiązanie, bo dzięki temu możemy tworzyć dedykowaną “witrynę” z możliwością dyskusji, podstawowymi informacjami organizacyjnymi oraz deklaracją udziału.

    Jeżeli myślicie o dołączeniu do demonstracji, zacznijcie od… wpisania “demonstracja” w wyszukiwarkę Facebooka. Sprawdźcie wszystkie wyniki, nie tylko te pierwsze. Być może organizowane jest kilka demonstracji równolegle. Dowiedzcie się więcej o tym, przez kogo są one organizowane, czego możecie się spodziewać, o której i gdzie się spotykacie.

    Jeżeli demonstracja utożsamiana jest z jakimś #hasthagiem, warto sprawdzić także to, co ludzie mówią na Twitterze.

    3. Monitorujcie i bądźcie na bieżąco

    Zamiast szukać dorywczo informacji o demonstracjach, bądźcie stale poinformowani.

    1. Śledźcie aktywistów, dziennikarzy i polityków na Twitterze.
    2. Subskrybujcie newslettery ruchów i organizacji, które często organizują demonstracje. Najlepiej takie, z którymi się utożsamiacie.
    3. Lajkujcie też na Facebooku ich fanpages, aby mieć dodatkowy feed z aktualnościami.
    4. Sprawdzajcie grupy dyskusyjne, w których pojawiają się informacje o demonstracjach. Możecie używać kanału RSS i aplikacji Feedly, aby niczego nie przegapić.

    4. Zachęcajcie innych do dołączenia i postawy obywatelskiej

    Zgromadzenia publiczne leżą w naszym instrumentarium obywatelskiej, demokratycznej ekspresji. Jeżeli wiecie, że wybierzecie się na demonstrację, podzielcie się tą informacją. Udostępnijcie wydarzenie lub sami je utwórzcie. Poinformujcie znajomych na Facebooku i na Twitterze w jakim celu, kontekście oraz z kim demonstrujecie.

    Socjologowie od lat wskazują, że im więcej osób demonstruje, tym więcej osób skłonnych jest do nich dołączyć. Ale zawsze muszą pojawić się “ci pierwsi”, odważni.

    Kiedy jesteście na demonstracji

    1. Wyjmijcie smartfony i róbcie livestream

    Oczywiście, nie zapominajcie, po co tam jesteście, ani o ludziach wokół Was. Aplikacja Periscope (dziś należąca do Twittera) rozpoczęła livestreamingową rewolucję, a Facebook Live tylko ją przyspieszył.

    1. Jeżeli macie do tego warunki, komentujcie sytuację. Wejdźcie w rolę reporterów niczym poseł Sławomir Nitras ;)
    2. Reagujcie na komentarze osób śledzących Wasz livestream.
    3. Pytajcie o opinię inne zgromadzone osoby.
    4. Nie prowokujcie kontrdemonstrantów! Kamera nie zawsze łagodzi obyczaje. Bądźcie gotowi ją wyłączyć i zachęcić do tego innych, aby nie zaogniać sytuacji.
    5. W przypadku aktów agresji wykorzystajcie nagranie jako dowód. Agresorzy boją się ujawnienia… ale może to też doprowadzić do eskalacji.

    2. Tweetujcie, dokumentujcie, strzelajcie zdjęcia i selfies

    Macie do dyspozycji Facebook Messenger Day, jeżeli chcecie dotrzeć ze swoim komunikatem w formie wideo do wszystkich lub wybranych osób na Messengerze.

    Możecie relacjonować wydarzenia za pośrednictwem Snapchata oraz Instagram Stories, dzięki czemu zapiszecie wrzucane treści na dysku urządzenia w celu republikacji na Twitterze, Facebooku lub w postaci fotoreportaży na Medium. Pozwoli to na kilkukrotne wykorzystanie tej samej treści, szczególnie po demonstracji. Dzięki temu dotrzecie do większej ilości osób skupionych na różnych platformach.

    3. Miejcie szacunek do innych i duży zapas humoru

    I nie mamy tu na myśli wyłącznie towarzyszących demonstrantów.

    • Dbajcie o język i nie powielajcie bez refleksji obraźliwych kalk pokroju “lewak”, “prawak”, “kodziarstwo”, “komuchy”, “mohery”.
    • Unikajcie przepychanek i wszelkich zachowań niezgodnych z prawem. I wcale nie chodzi tu wyłącznie o to, że ktoś inny może Was sfilmować. Po prostu warto być przyzwoitym.
    • Złość starajcie się zastąpić, a przynajmniej wzbogacić humorem. Jest zdrowszy.

    Kiedy nie możecie być na demonstracji

    Nawet “uziemieni” możecie zrobić coś dobrego w kontekście trwającej demonstracji. Przede wszystkim używajcie social media do tego, aby wspierać tych, którzy są na miejscu.

    • Udostępniajcie ich livestream, zdjęcia, relacje.
    • Napiszcie w komentarzu kilka ciepłych słów, które motywują szczególnie wtedy, kiedy stoi się na zimnie. Np. “Dzięki, że tam jesteś w dobrej sprawie”. Nie dodawajcie nic o gorącej czekoladzie na Waszym biurku.

    Generujcie szum w dobrej sprawie, udzielając się w dyskusjach. Bądźcie również na bieżąco czytając relacje w profesjonalnych mediach.

    Po demonstracji

    1. Dzielcie się treściami i twórzcie nowe

    • Wykorzystajcie Facebooka, Twittera, Instagrama, YouTube do tego, aby dystrybuować własne oraz cudze treści z demonstracji.
    • Stwórzcie wpis, a nawet fotoreportaż na Medium lub na własnym blogu. To większa wartość dla obserwatorów i potencjalne źródło informacji dla dziennikarzy.
    • Zacznijcie tworzyć nowe treści. Możecie wykorzystać aplikacje Canva lub Piktochart do ilustrowania danych, tworzenia infografik, grafik z cytatami albo memów. Im bardziej przystępna forma, tym chętniej inni podadzą ją dalej.

    2. Monitorujcie i reagujcie

    Jeżeli byliście na miejscu, reagujcie na sytuacje, w których ktoś przeinacza fakty. Kiedy tylko możecie, załączajcie dowody w postaci nagrań lub zdjęć w sekcji komentarzy.

    3. Budujcie kulturę sprawdzonej informacji i zaangażowania obywatelskiego

    • Subskrybujcie i śledźcie treści przynajmniej jednego profesjonalnego medium, redagowanego przez profesjonalnych dziennikarzy. Polecamy OKO.press, POLITYKĘ i Press. Warsztat robi różnicę, dlatego doceń pracę profesjonalistów, dzieląc się ich twórczością i/lub wspierając ich działalność finansowo.
    • Bierzcie udział w innych demonstracjach w słusznej sprawie. Niech nie będzie to jednorazowy zryw.
    • Podpisujcie petycje, jeżeli stanowią uzupełnienie sprawy, w której demonstrowaliście. To pozwala się policzyć i utrwalić ducha, z którego zrodził się protest.
    • Wspierajcie organizacje pozarządowe (m.in takie, jak nasza), które mają realny wpływ na rzeczywistość. Najlepiej – stańcie się wolontariuszami, dołączcie do jakichś NGOs.

    Dla zaawansowanych

    Czujecie, że jesteście zaangażowanymi aktywistami? Mamy dla Was kilka dodatkowych propozycji.

    1. Napiszcie petycję i zbierajcie podpisy online

    Petycja to kolejny instrument, którym dysponujemy jako cyfrowi obywatele. Jeżeli ludzie chcą demonstrować, tym bardziej powinni chcieć podpisać petycję w tej samej sprawie. Możecie to zainicjować, wykorzystując takie narzędzia, jak:

    To bardzo intuicyjne rozwiązania, które w połączeniu z Waszymi sieciami kontaktów w social media i mechanizmem wirusowym może dawać świetny efekt.

    2. Wykorzystajcie crowdfunding i crowdsourcing

    Finansowanie społecznościowe staje się coraz popularniejsze w naszym kraju. KOD zebrał już 203 tys. zł za pośrednictwem platformy Zrzutka.pl.

    2016-12-20_19h56_51

    Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście Wy również zrobili kampanię crowdfundingową na własną demonstrację lub na inne obywatelskie działanie. Macie do dyspozycji wspomnianą Zrzutkę, Pomagam.im, Wspieram.to, PolakPotrafi i jeszcze kilka innych platform. W przypadku tych dwóch ostatnich musicie jednak zaoferować coś w zamian za wsparcie.

    Crowdsourcing to również wykorzystanie potencjału społeczności, choć w niefinansowym celu. Być może zbieracie zdjęcia do artykułu, aby zrobić fotorelację? Albo szukacie właściwej lokalizacji pod kątem demonstracji? Zwróćcie się do internautów. Czasem wystarczy po prostu Facebook, Twitter, czasem grupa dyskusyjna. Możecie podeprzeć się otwartymi dokumentami lub arkuszami Google.

    To przecinek, nie kropka

    Nie wyczerpaliśmy tematu. Staramy się go raczej otworzyć i ze wsparciem Waszym oraz środowisk dziennikarskich kontynuować w przyszłości. Zależy nam na budowaniu właściwych postaw na pierwszym miejscu. Narzędzia, metody i dobre praktyki stoją na drugim. Dlatego jeżeli mielibyście wynieść z tego tekstu tylko jedną myśl, to niech to nie będzie fajna appka, tylko to, że nikt jeszcze nie poszedł na barykady po przeczytaniu tweeta.

    Warto wyjść z domu i stać się częścią społeczeństwa obywatelskiego. Dać przykład innym. To wymaga odrobiny wysiłku. Potem jest już z górki.

      Szkolenia

      Skomentuj

      Facebook, Trump i fałszywe newsy. Jak nie dać się zmanipulować w świecie post-prawdy?

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 13 grudnia 2016

      Żyjemy w świecie post-prawdy. Gdyby internauci równie chętnie udostępniali na Facebooku prawdziwe newsy co fałszywe, być może prezydentem USA byłaby dziś Hillary Clinton, a Wielka Brytania nie wychodziła z UE. Skala problemu rośnie, dlatego najwyższa pora przyjrzeć mu się i poszukać rozwiązań.

      Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

      Wiecie, jakie jest słowo roku 2016? Post-truth. Według Słownika Oksfordzkiego to:

      pojęcie odnoszące się do sytuacji, w której fakty są mniej ważne w kształtowaniu opinii publicznej niż odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań

      Ma sens w kontekście turbulencji społeczno-politycznych ostatnich miesięcy, prawda? To znamienne, że wśród nominowanych do słowa roku kolegium Słownika Oxfordzkiego rozważało “alt-right” i Brexiteer. Alt-right to grupa ideologiczna, szerząca skrajnie konserwatywne i reakcjonistyczne przekonania z wykorzystaniem nowych mediów. To także jeden z najprężniej działających generatorów post-prawdy. Brexiteer zaś to Brytyjczyk opowiadający się za wyjściem z Unii Europejskiej, czyli najczęściej rezultat polityki post-prawdy, w której wygrały emocje i przekłamania nad chłodną kalkulacją.

      Post-prawda wygrała coś więcej niż tylko tytuł słowa roku. Ona przesiąkła do wielu sfer życia, z polityką na czele, a następnie zainfekowała różne zjawiska i rozpyliła nowe-stare problemy. Wśród nich jest problem fałszywych newsów, który nie jest nowym wynalazkiem, ale dziś rozpala serca i umysły na całym świecie.

      1

      Google Trends wskazuje, że zainteresowanie frazą fake news jest olbrzymie. Przebija nawet post-truth. I to akurat dobra wiadomość – ludzie dostrzegają, że próbuje się nimi manipulować. Zła wiadomość jest taka, że o fałszywych newsach jest głośno, bo skala ich produkcji, zasięg dotarcia i przede wszystkim realny wpływ na opinię publiczną i rzeczywistość polityczną jest zatrważający.

      Możemy przytoczyć dziesiątki przykładów, ale wystarczy ten krótki materiał.

      Dziennikarka CNN odbija się od ściany. Wyborcy Donalda Trumpa są święcie przekonani do czegoś, co nie mogło mieć miejsca, co stoi w jawnej sprzeczności z prawem stanowym Florydy.

      – Gdzie znaleźliście taką informację?

      – Wygugluj to sobie! Albo poszukaj na Facebooku.

      Nie ma lepszej ilustracji problemu. Ale żeby być precyzyjnym, fake news to nie wynalazek epoki internetu. Wiecie, kto pierwszy połączył rozrywkę z informacją tworząc infotainment, a z mediów uczynił czwartą władzę dokonując “drobnej” manipulacji?

      Chcesz wojny? Dam ci wojnę

      Nie jest tajemnicą, że uznawany za jeden z najważniejszych filmów w historii kina Obywatel Kane jest inspirowany życiem prawdziwej postaci. Niewiele osób wie jednak, że historyczny odpowiednik Charlesa Fostera Kane’a jest postacią o wiele bardziej barwną i kontrowersyjną niż ta z obrazu Orsona Wellesa.

      williamrandolphhearstWilliam Randolph Hearst urodził się w 1863 roku w bogatej kalifornijskiej rodzinie. Jego wychowanie i edukacja przebiegały zgodnie ze wzorem stworzonym dla delfinów amerykańskich imperiów przemysłowych: najlepsze szkoły, podróże po Europie, później Harvard. Syn nie chciał jednak fortuny swego ojca, chciał czegoś więcej – podupadającej gazety “San Francisco Examiner”. Wydawało się, że to tylko wybryk młodego bogacza. Hearst jednak doskonale rozumiał rynek, wiedział jak trafić ze swoim tytułem do ludzi, którzy nigdy wcześniej nie sięgali po prasę. I wziął sobie do serca jedną prostą prawdę: media to władza. Manipulując, fabrykując informacje, zbudował gazetę popularną, nastawioną na sensację i efekciarstwo. Potem nabył wiele innych tytułów, w tym wpływowy “New York Journal”, ale nie zmienił swojej filozofii. Mógł skutecznie prowadzić osobiste wojny. Nikt co prawda na nich nie przelewał krwi, ale do tego brakowało jedynie odpowiednich aktorów i scenografii.

      Pod koniec XIX wieku napięcia między USA i Hiszpanią sięgnęły zenitu, podobnie jak rywalizacja magnatów medialnych – wspomnianego Hearsta i Josepha Pulitzera. Punktem zapalnym była Kuba. Ta hiszpańska kolonia (i większość regionu) znalazła swoje miejsce w układance amerykańskich interesów ekonomicznych i strategicznych. Szczególnie Hearst liczył na wojnę. Czy jest cokolwiek, co sprzedaje się lepiej rozgrzanej do czerwoności opinii publicznej?

      Wojna jednak nie nadciągała. Dla ilustratora pracującego w “New York Journal”, Frederica Remingtona, który stacjonował na Kubie, wiało wręcz nudą. Kiedy już szykował się do wyjazdu, jego szef, Hearst, napisał w depeszy legendarne słowa: “Zostań. Ty daj mi ilustracje, ja dam ci wojnę” (oryg.: Please remain. You furnish the pictures and I’ll furnish the war).

      Trzy tygodnie później, w styczniu 1898 roku, do portu w Hawanie przybił pancernik USS Maine. Zadaniem okrętu była ochrona ludności i interesów amerykańskich w trakcie trwających na wyspie niepokojów. Wieczorem 15 lutego kadłub okrętu rozerwała potężna eksplozja, zatapiając jednostkę i zabijając 260 marynarzy. Współcześnie jako prawdopodobną przyczynę katastrofy wskazuje się samozapłon węgla bądź źle składowaną amunicję, co było ówcześnie powszechnych problemem w marynarkach państw anglosaskich (dowiodła tego dobitnie Bitwa Jutlandzka w 1916 roku).

      Takie są fakty. Ale te nie miały większej wartości dla opinii publicznej regularnie ogłupianej przez Hearsta i Pulitzera oraz ich yellow journalism. Dlatego Hearst wykorzystał incydent i spreparował jeden z najbardziej znanych fałszywych newsów w historii… a być może także najbardziej szkodliwych w skutkach. (Chociaż Donacja Konstantyna ma prawo uważać inaczej).

      Hearst zwalił winę za eksplozję USS Maine na Hiszpanów, a jego gazeta rozpoczęła kampanię agresji i chęci rewanżu u Amerykanów, którą najlepiej wyrażała fraza: Remember the Maine, to Hell with Spain!. Gdyby istniał wówczas internet, prawdopodobnie byłby to mem i viral. W końcu Hearst dostał to, czego chciał i to z nawiązką:

      • wybuchła wojna amerykańsko-hiszpańska,
      • on wzmocnił swoje medialne imperium…
      • …i udowodnił, że mass media mogą manipulować rzeczywistością przez kłamstwo.

      Czwarta władza faktycznie stała się pierwszą, bo mało kto wysilał się na tyle, żeby dojść do prawdy.

      3

      Memy, clickbaity, algorytmy i tweety

      Co zmieniło się od tamtego czasu? Sporo i niewiele jednocześnie. Tłumy ludzi nadal chętnie ulegają zmanipulowanym informacjom, chociaż w realiach Web 2.0 mają większy niż kiedykolwiek wcześniej dostęp do różnych źródeł, narzędzi i metod.

      Sięgając do myśli intelektualisty i dziennikarza Waltera Lippmanna:

      rozeznanie polityczne przeciętnego człowieka można porównać do osoby idącej do teatru, która wchodzi na przedstawienie w trakcie trzeciego aktu i wychodzi przed opuszczeniem kurtyny

      Zgoda. Nasza ignorancja robi swoje. Społeczeństwo pozostanie w takich sytuacjach “chłopcem do bicia”, bo najłatwiej uderzać w bezimienną, trudną do uchwycenia masę, w której każdy może być winny i niewinny jednocześnie – w zależności od zarzutu. Ale każde społeczeństwo kształtuje jakaś kultura i zespół instytucji. Za pchnięcie naszej rzeczywistości w objęcia post-prawdy i plagę fake news odpowiadają także politycy (władza), media mainstreamowe i nie-mainstreamowe oraz portale społecznościowe i stojące za nimi korporacje.

      • Przykład “idzie z góry”, czyli narasta radykalna, odwołująca się do niskich instynktów retoryka liderów politycznych, czasem połączona z ich autentyczną intelektualną ignorancją. Tak, patrzymy na Ciebie, Prezydencie Elekcie Trump.
      • Kwitną alternatywne, nie-mainstreamowe ekosystemy medialne, takie jak olbrzymi konglomerat ruchu alt-right czy środowisko “Gazety Polskiej” w naszym kraju.
      • Za komfort, jaki gwarantują nam social media, płacimy cenę. Często nieświadomie dajemy się zamykać w filter bubble (której poświęciliśmy cały tekst). Algorytmy personalizujące oraz to kogo obserwujemy i zapraszamy do kręgu znajomych, buduje wokół nas szczelną komorę światopoglądową.
      • Media podchwytują kulturę clickbaitu (tak chyba możemy to nazwać), czyli posługiwania się chwytliwymi nagłówkami, które zachęcają do udostępniania treści, a nie mają wiele wspólnego z właściwą zawartością artykułu.
      • Społeczeństwo cyfrowe kultywuje kulturę memu. Ignorujemy media, które podają je w bardziej złożonej formie, okraszonej kontekstem. Wystarczą nam proste, wymowne obrazki i sami zaczynamy rozumieć i opisywać rzeczywistość przez pryzmat memów.
      • Dorzućmy do tego konsekwentnie spadające zaufanie do dużych instytucji, z władzą i mediami głównego nurtu na czele.

      Efekt?

      Eric Tucker, współzałożyciel firmy marketingowej z Texasu, samozwańczy libertarianin z 40 followerami na Twitterze tweetuje następującą informację:

      4

      Ten news nie ma nic wspólnego z prawdą, tak jak przedstawione na zdjęciach autokary nie mają nic wspólnego z demonstrantami protestującymi przeciw prezydentowi-elektowi Trumpowi. Tucker popełnił błąd, ale jego “rewelację” retweetowano 16 tysięcy razy, a na Facebooku udostępniło ją 350 tysięcy osób. W ciągu kilkudziesięciu godzin fałszywy news trafił na Reddit i inne fora oraz na pierwsze strony wybranych konserwatywnych blogów. Gateway Pundit nie zmarnował okazji i nawet wrzucił wzmiankę o “pieniądzach od Sorosa”… brzmi znajomo? ;)

      Podobno to właśnie ta rewelacja skłoniła prezydenta-elekta Trumpa do złamania swojej postawy zen po wyborach i kolejnego kontrowersyjnego (czyt.: kłamliwego) tweeta.

      Eric Tucker zreflektował się kilka dni później. Przyznał, że news był fałszywy i przeprosił, ale mleko się rozlało. A on w bonusie zyskał ponad 900 nowych followerów.

      To tylko jeden przykładowy, stosunkowo niegroźny fake news. Trzymając się amerykańskich wyborów prezydenckich, można jeszcze wspomnieć o:

      Każdą z tych informacji łączą trzy rzeczy:

      1. Nie mają nic wspólnego z prawdą.
      2. Mogą pośrednio i realnie wpływać na decyzje polityczne ważące o losach świata.
      3. Rozeszły się w sieci znacznie szybciej niż udostępniony za darmo album U2.

      trumppeople

      Proste działanie.

      Fałszywa informacja podszywająca się pod prawdziwą + chwytliwy nagłówek + nasza bezrefleksyjność + mechanizmy social media + krąg znajomych = darmowy system dystrybucji bzdur (DSDB)

      Jesteśmy bardziej skłonni zwracać uwagę na informacje, które dotyczą naszych znajomych, nas samych, naszych emocji i przekonań. A jako, że mamy taką możliwość, najchętniej od razu dzielimy się tym z innymi. Tak rodzi się epidemia fake news, a my – cyfrowe społeczeństwo – pełnimy rolę rozproszonego systemu promocji.

      OK. Wiemy, że jesteśmy winni. Największym zagrożeniem dla naszej kolektywnej inteligencji jest nasza kolektywna głupota. Na tym moglibyśmy zamknąć ten wywód, ale skoro już wybraliśmy dla siebie nazwę WE the CROWD, wypada poszukać winy gdzie indziej.

      Przemysł fake news

      Tłum to istotne ogniwo w łańcuchu produkcji i dystrybucji fake news, ale nie jedyne. Istnieje cały ekosystem twórców, portali a nawet sponsorów (!), których jedynym celem jest tworzenie i rozpowszechnianie spreparowanych informacji.

      Obok “wolnych strzelców”, zwykłych trolli szukających egzotycznej formy ukojenia w dezinformacji oraz “użytecznych idiotów” pokroju wspomnianego Erica Tuckera, znajdują się tacy ludzie jak Jestin Coler.

      W toku dziennikarskiego śledztwa dotarło do niego National Public Radio… a następnie przeprowadziło z nim wywiad. Coler jest właścicielem firmy, której nazwa zawiera podpowiedź, co do profilu działalności – Disinformedia. Spółka jest z kolei właścicielem wielu małych portali fake newsowych, które mają na potęgę produkować i wciskać czytelnikom kit. Coler ma do swojej dyspozycji 20-25 autorów, a jeden z nich wyprodukował wyjątkowo paskudny fałszywy news o rzekomej śmierci agenta FBI, który doprowadził do wycieku emaili Hillary Clinton.

      6

      Informacja opublikowana na efemerycznym “Denver Guardian” została wyświetlona 1.6 miliona razy w ciągu 10 dni, perfekcyjnie przy tym wpisując się prawicowe teorie spiskowe.

      Jestin Coler przyznał, że wszystko w tym tekście było zmyślone: miasteczko, ludzie, szeryf, nawet gość z FBI. Ale jego ludzie z Disinformedia podrzucili to sympatykom Trumpa na forach i platformach społecznościowych. Zdaniem Colera rozeszło się jak pożar kalifornijskiego lasu letnią porą.

      Jaka jest właściwie motywacja kogoś, kto buduje manufakturę kłamstw? Znacie odpowiedź. Pieniądze. Coler zarabia na reklamach wyświetlanych na jego faux portalach. Im większy ruch na stronie, tym większy zysk z reklamy. A że kontrowersyjne kłamstwo ściąga masę użytkowników, biznes się kręci.

      Ciekawe jest też, że za dużą częścią portali produkujących fałszywe newsy, którymi karmią się zwolennicy Donalda Trumpa, stoją młodzi Macedończycy (16-18 lat), których motywacją także jest zarobek i to w identycznym modelu rozliczeniowym. Buzzfeed przygotował na ten temat ciekawy materiał.

      Wreszcie, pisząc o przemyśle kłamstw, nie możemy nie wspomnieć o Rosji. Jej złożony system cyfrowej propagandy, na który składa się armia botów, opłaconych trolli i fejkowe profile w social media działa dziś jak monstrualna maszyna generująca trzęsienia ziemi na drugim końcu świata.

      Kilka tygodni temu dwa niezależne od siebie zespoły naukowców dowiodły zaangażowania Rosji w manufakturę fałszywych newsów. Jak? Użyli narzędzi analitycznych, aby śledzić tweety i mapować ich połączenie między wieloma synchronicznie publikującymi kontami. Wgląd w kod stron dawał dodatkową informację o wspólnym właścicielu, tak jak identyczne zwroty i zdania.

      Minęło kilkanaście dni i temat przestał być wyłącznie ciekawostką. Raport amerykańskich służb wywiadowczych nie pozostawia złudzeń – Rosja, wykorzystując armię hakerów, głupotę WikiLeaks oraz propagandową maszynerię fake news, miała bezpośredni wpływ na przebieg wyborów prezydenckich w USA. Nie chcemy tego mówić na głos, ale… chyba jednak powiemy. Donald Trump mógł zostać prezydentem najpotężniejszego państwa świata dzięki wsparciu Rosji i skoordynowanej dezinformacji opartej na fałszywych historiach.

      Et tu, Facebook, contra me?

      I jeszcze reflektor na serwis Marka Zuckerberga. Ze względów humanitarnych, może nie w tym samym akapicie co rosyjska propaganda i intencjonalna dezinformacja.

      Może się to wydawać niewiarygodne, ale fałszywe informacje mają na Facebooku większą nośność niż prawdziwe. Rozpowszechniają się wirusowo, co nie powinno dziwić patrząc na połączenie emocjonalnego i sensacyjnego charakteru kłamliwej informacji z mechanizmami społecznościowymi. Problem pogłębia system priorytetyzacji i personalizacji treści, o którym pisaliśmy w tekście poświęconym zjawisku filter bubble. Algorytmy Facebooka dają pierwszeństwo zdarzeniom popularnym i trendującym, ale nie rozróżniają informacji prawdziwej od fałszywej. Jeżeli ludzie chętnie coś udostępniają, nawet jeśli jest to bzdura, szansa na to, że pojawi się to w Waszych aktualnościach jest wysoka.

      Mark Zuckerberg twierdzi, że fałszywe newsy stanowią stosunkowo niewielką porcję treści w jego serwisie (ok. 1%), ale jest świadom rosnącej skali problemu.

      20150207022843mark_zuckerberg

      „Celowe wprowadzanie w błąd traktujemy bardzo poważnie. Naszym celem jest łączyć ludzi ze zdarzeniami, które mają dla nich znaczenie, a te wiążą się z prawdziwą informacją. Pracowaliśmy nad tym problemem od dawna, ale pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

      (…) Dotąd polegaliśmy i nadal będziemy polegać na naszych użytkownikach w identyfikowaniu prawdziwych i fałszywych informacji. Każdy na Facebooku może zgłosić dowolną treść jako fałszywą (…) Clickbait i spam, podobnie jak fałszywe newsy, penalizujemy w News Feedzie, aby ograniczyć ich rozprzestrzenianie.”

      Zuckerberg wymienia również szereg działań i aktualizacji, które planuje zaimplementować, aby lepiej powstrzymywać rozpowszechnianie fałszywych informacji na Facebooku. Zwraca przy tym uwagę na pewien dylemat moralny: platforma nie może być samodzielnym arbitrem w rozstrzyganiu, czy dana informacja jest kłamliwa czy też nie.

      Nie chcemy oceniać tego stanowiska, ale być może warto rozważyć zatrudnienie redaktorów, zamiast zostawiać rozwiązanie problemu wyłącznie w rękach algorytmów i internautów. Czasem to się sprawdza. Czasem trzeba zrobić coś więcej.

      Jak możemy zatrzymać plagę fake news?

      Liczba mnoga w pierwszej osobie, którą zawarliśmy w nagłówku, to oczywiście nie przypadek. Celowo też mówimy o zatrzymaniu, osłabieniu wpływu tego zjawiska na nas – nie łudźmy się, że można je wykorzenić kompletnie. Musimy działać szybko, zdecydowanie i konsekwentnie. Indywidualnie i kolektywnie.

      Proponujemy pracę w czterech obszarach. Każdy kolejny to głębszy poziom zaangażowania. Wasza aktywność w którymkolwiek w nich ma znaczenie.

      1. Nabranie nawyku fact-checkingu
      2. Odwaga cywilna i kultura w dyskusji
      3. Zgłaszanie i partycypowanie
      4. Inicjowanie rozwiązań społecznościowych

      1. Nabranie nawyku fact-checkingu

      Fact-checking wydaje się czymś oczywistym, choć aby przyniósł długofalowy skutek (czyli uodpornił Was na zmanipulowane informacje), musi stać się nawykiem. I zaznaczamy, że na tym poziomie mowa wyłącznie o skuteczności w indywidualnym zakresie.

      Zanim klikniecie “udostępnij”:

      • Zweryfikujcie źródło i informację wspierając się Fake News Watch, Snopes i RedFlag.
      • Sprawdźcie, czy o zdarzeniu mówią inne, bardziej wiarygodne źródła. Jeżeli Google po wpisaniu hasła wskaże jedynie małe portale wątpliwej jakości, to najpewniej jest to fake news.
      • Unikajcie serwisów, których nazwy kończą się na “lo” i “.com.co”
      • …oraz zachowajcie ostrożność względem serwisów, które kłują w oczy wątpliwą estetyką, mają dziwną strukturę i/lub nadużywają WIELKICH LITER.
      • Zwracajcie uwagę na to autora wpisu. Czy został w ogóle podany? Czy można sprawdzić jego profil i historię tekstów?
      • Zwracajcie również uwagę na język i styl wpisu. Im więcej agresji i krzykliwości, tym większe prawdopodobieństwo podpuchy.

      2. Odwaga cywilna i kultura w dyskusji

      Osoby o scementowanych poglądach często odsuwają wszelkie fakty i dane niezgodne z ich przekonaniami. Społeczeństwa przyjmują też coraz bardziej plemienny charakter (także związany z sympatiami politycznymi). Judith Donath z CNN zauważa, że dzielenie się newsem w social media to już nie tylko chęć informowania czy perswazji – to deklaracja tożsamości i przynależności do określonej grupy społecznej.

      Co to znaczy? Że jeżeli fact-checking działa w przypadku jednej osoby, niekoniecznie da się zaszczepić u innej. Tutaj wchodzimy na wyższy poziom zaangażowania, który rekomenduje Donath jako formę produktywnej reakcji w interakcjach społecznościowych:

      • Po pierwsze samokontrola. W myśl starej jak internet zasady “nie dokarmiaj trolla”, jeśli podejrzewacie, że dana osoba podzieliła się daną informacją z pobudek ideowych, nie ma sensu komentować. Lepiej napisać prywatną wiadomość.
      • Z drugiej strony, gdy intencje są szczere i macie do czynienia z ofiarą fake news, warto jest przygotować źródło “rozbrajające” daną informację.
      • Promujcie kulturę wiarygodności. Podkreślajcie swój nawyk fact-checkingu, wspierajcie prasę oraz organizacje, które walczą z manipulacją.
      • Ważna jest oczywiście kultura, humor i dystans. Nikt nie lubi być poniżany publicznie.
      pobrany-plik-1
      Autor: Janek Koza

      Celowo użyliśmy pojęcia “odwaga cywilna” w nazwie tego obszaru. Uważamy, że to zbyt rzadko przywoływana cnota, a dziś szczególnie cenna. Może ona oznaczać mówienie czegoś, czego nie chcą na głos powiedzieć inni.

      3. Zgłaszanie i partycypowanie

      Możecie wykazać się większą aktywnością w walce z fake news, flagując i zgłaszając podejrzane materiały w social media i nie tylko.

      Od 2015 roku na Facebooku funkcjonuje opcja umożliwiająca Wam zgłaszanie postów zawierających fałszywą lub obraźliwą treść. Znajdziecie ją w panelu postu.

      1. Wystarczy kliknąć na rozwijane menu w prawym górnym rogu postu, następnie wybrać “Zgłoś post”…
      2. …zaznaczyć “Uważam, że to nie powinno znaleźć się na Facebooku” i “To fałszywe zdarzenie w aktualnościach”. W ten sposób algorytm Facebooka dowie się o fałszywej informacji i będzie ją obserwował,
      3. Opcjonalny krok to wyłączenie obserwowania danego źródła.

      1-wrzutka-algorytmy-postfacebook

      Możecie też podeprzeć się dedykowaną wtyczką do Chrome, która służy temu samemu celowi.

      Zgłaszajcie również podejrzane strony do odpowiednich instytucji i portali.

      4. Podejmowanie inicjatywy

      Do najwyższego poziomu zaangażowania zapraszamy aktywistów, blogerów, dziennikarzy i właścicieli mediów.

      • Wykorzystując swoją wiedzę, warsztat i często autorytet, możecie skuteczniej niż inni demaskować fałszywe informacje.
      • Robiąc to, reagujcie możliwie najszybciej. Obnażenie fake news chwilę po jego narodzinach może spowolnić lub całkowicie zatrzymać rozsiew.
      • Portale mogą wybrać ścieżkę PolitiFact, tworząc nową kategorię lub tag pod kątem fact-checkingu, a także umożliwić partycypację czytelników drogą crowdsourcingu (specjalny kontakt do zgłaszania przypadków fake news itd.).
      • Jeżeli jesteście aktywistami, również możecie podjąć inicjatywę wykorzystując crowdsourcing. Wystarczy, że stworzycie otwarty dokument/arkusz Google bądź dedykowany kanał na Slacku i zaprosicie społeczność do zgłaszania wątpliwych źródeł informacji.

      W tym obszarze na pewno można zrobić więcej niż to, co wymieniliśmy powyżej. Jeżeli macie inne pomysły – podzielcie się nimi z nami, a my podzielimy się z innymi.

      Dziennikarstwo. Nowa (stara) nadzieja

      Na koniec jeszcze konkluzja – dla części z Was może przewrotna, dla reszty wcale. Indywidualny fact-checking, właściwa postawa, partycypowanie i whistleblowing, inicjatywy crowdsourcingowe… to wszystko ma szansę zahamować wpływ fałszywych informacji na zupełnie prawdziwe sfery naszego życia. Ale jest jeszcze jedno rozwiązanie. Nie jest niezawodne, ale sprawdza się od wieków. Nazywa się “profesjonalne dziennikarstwo”.

      Rzetelna, obiektywna i etyczna robota dziennikarska bywa niedoskonała, ale w dzisiejszych czasach staje się bezcenna. To dziennikarze i redakcje, takie jak nasze polskie OKO.press (do którego wspierania zachęcamy), w pierwszej kolejności konfrontują fikcję z prawdą, patrzą na ręce decydentom i dają nam wgląd w rzeczywistość z perspektywy, której samodzielnie nie umielibyśmy przyjąć.

      Dziennikarstwo przez duże “d” nie umarło. Problem zmanipulowanych informacji pokazuje, że pora pomóc mu stanąć na nogi – dla naszego dobra.

      PS. Tytuł tekstu celowo skonstruowaliśmy jak clickbait. Ale mamy nadzieję, że w dobrej sprawie ;)

      Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

        Szkolenia

        Skomentuj