Ćwierka się o zmianach na Twitterze

Przeczytasz w 5 minut Collaboration
Autor 9 lutego 2016

140 znaków i chronologia. To, co tak charakterystyczne dla Twittera, niedługo może stać się przeszłością. Od miesięcy mówi się, że serwis czekają duże zmiany. Zmiany, mogące przyciągnąć do niego nowych użytkowników lub doprowadzić do zmierzchu społeczności.

Zawsze tłoczno, zawsze na bieżąco

Twitter żyje w ekstremalnym tempie. To właśnie tam rozmawia się o wypowiedzi polityka, strzelonym golu, czy zapowiedziach kulturalnych w czasie rzeczywistym. To sprawia, że Twitter jest zawsze w centrum wydarzeń. Miesięcznie serwis odwiedza 320 milionów użytkowników, w tym ponad 3 miliony z Polski. Nie każdy jednak staje się miłośnikiem Twittera od razu. Inne serwisy społecznościowe skłaniają nas do utrzymywania kontaktu z ludźmi, których już znamy. Twitter umożliwia obracanie się w kręgu osób i informacji, które nas interesują, a nie tych, z którymi, z jakichś powodów, musimy utrzymywać kontakt.

Aktualność, dynamika i bezpośredniość interakcji tworzy w użytkownikach poczucie związania ze społecznością, dzięki której im więcej spędzamy czasu na Twitterze, tym bardziej chcemy na nim być. Tworzyć społeczność, która jednocześnie chce mówić i słuchać milionów innych użytkowników. Tak działa nasz mózg i zostało to udowodnione naukowo.

Wierzchołek góry lodowej

Problemy finansowe, z którymi zmaga się Twitter, nie są żadną tajemnicą. Lata na rynku sprawiły, że – z punktu widzenia użytkownika – serwis wzmacnia swoją rolę jako medium, staje się narzędziem komunikacji coraz większej liczby osób, a mimo to nadal nie potrafi sam siebie finansować. Od kwietnia 2015 wartość Twittera na giełdzie drastycznie spada, a w styczniu bieżącego roku z rady nadzorczej odeszło aż czterech członków. Z każdej strony docierają głosy, że serwis chyli się ku ostatecznemu upadkowi. Szczerość, jaka wypływa z raportów serwisu pokazuje, że Twitter zdaje sobie sprawę, że jeśli nie zmieni swojej polityki, nie utrzyma się. Paradoksalnie, nawet na minutę nie staje się martwym miejscem, a liczba użytkowników, i pisanych przez nich Tweetów, wzrasta. Tylko nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, jak na tym zarobić.

W którą stronę?

Jednym z pierwszych kroków, jakie podjął Twitter, było zniesienie limitu znaków w wiadomościach prywatnych i możliwość tworzenia konwersacji. Miało to uczynić serwis miejscem przyjaźniejszym do prywatnych rozmów i zatrzymać użytkowników, którzy przenosili się na inny kanał komunikacji. Teraz swobodna rozmowa jest możliwa, jednak nadal niezbyt wygodna. W międzyczasie gwiazdki, oznaczające dodanie Tweeta do ulubionych, zostały zastąpione przez serduszka, dodano możliwość tworzenia ankiet, a w testach jest opcja dodawania GIFów. Powszechne stały się reklamy.

To właśnie na nich ostatnio skupia się Twitter. Kiedyś serwis był całkowicie wolny od reklam, teraz korzystając z oficjalnych aplikacji użytkownicy co chwilę spotykają się z wpisami promowanymi, które pojawiają się na timelinie i po wejściu w szczegóły Tweeta. Reklamy mogą niedługo zagościć również na profilach użytkowników. Funkcja ta jest obecnie w fazie testów, a jej pojawienie się ma przynieść zyski z osób niemających konta, klikających w profile z wyszukiwarki Google. Nieoficjalnie mówi się też o ostrożności działań Twittera, który nie wyświetla reklam wpływowym użytkownikom po to, aby nie zniechęcać ich do korzystania z serwisu. Jednak to nie wszystkie zmiany, jakie Twitter planuje.

Zamach na wizerunek

Groźba pojawienia się anachronicznego timeline’u wisiała w powietrzu od dawna, jednak dopiero grudzień przyniósł potwierdzenie tej informacji. Takie sortowanie treści znamy z Facebooka, który wyświetla posty według swojego własnego algorytmu. Do tej pory chronologiczne sortowanie wpisów jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech Twittera, to właśnie ona sprawia, że serwis jest ciągle żywy i angażuje swoich użytkowników.

Dear @Twitter. You are not Facebook. You are a real time news and communication platform. Emphasis on time. Time is chronological.

— Tim V (@sirencio) 8 grudnia 2015

Wszyscy wiemy, jak działa algorytm Facebooka, który za nas decyduje, które treści chcemy oglądać. W praktyce ilekroć nie wejdziemy na Facebooka, widzimy te same wpisy. Dla osób, które przywykły do dynamiki dostarczanych informacji, statyczny timeline jest po prostu… nudny.

Dziesięcioma tysiącami znaków w Tweecie straszono chyba z każdej strony. Ponad 70-krotne zwiększenie limitu znaków przez kilka dni spędzało sen z powiek społeczności Twittera i blogom technologicznym, a echo okrzyków nienawiści, oburzenia i strachu do tej pory wisi w wirtualnej przestrzeni. Informacja obiegła świat na początku stycznia, jednak Twitter do tej pory nie odniósł się do niej oficjalnie. Z technicznego punktu widzenia na timeline wpis miałby nadal zawierać 140 znaków i dopiero po kliknięciu na szczegóły pokazałyby się pozostałe 9860. Więc o co tyle krzyku?

Mikroblog

Serwis może wiele stracić na tych zmianach, ale może też wiele zyskać. Wszystko zależy od tego, jak podejdą i jak je wykorzystają sami użytkownicy. Większa ilość znaków w Tweecie to ukłon w stronę blogerów i publicystów, którzy będą mogli wykorzystywać Twittera jako platformy do publikacji własnych treści. Dzięki temu użytkownicy przestaną klikać w linki prowadzące na zewnątrz, a jeszcze więcej czasu oddadzą Twitterowi. To ma szanse przełożyć się na realne zyski z reklam i przyciągnąć tych, którzy serwis już znają, a ograniczenie znaków traktowali jak ograniczenie ich wolności do wypowiedzi. Nikt też nie jest w stanie nikogo zmusić zarówno do tworzenia, jak i czytania dłuższych treści. Każdy użytkownik wykorzysta swoje konto jak tylko będzie chciał. Sam Twitter nie straci swojej unikalności, a otworzy się na świat, na który do tej pory patrzył stuczterdziesto znakowym ograniczeniem.

Społeczność nie lubi zmian. Wieloletnia obserwacja różnych środowisk w Internecie utwierdziła mnie w przekonaniu, że ludziom ciężko dogodzić, ale najciężej dogodzić Internautom, bo ci, pozostając anonimowi krzyczą najgłośniej. We wprowadzaniu zmian we własnym produkcie ważna jest komunikacja z klientem. Nie tyle samo pytanie, czy mu się to spodoba, ale informacja i dialog mający na celu wyjaśnienie, dlaczego może na tym skorzystać. Niestety Twitter ma problemy z komunikacją ze swoimi użytkownikami. Brak oficjalnych komunikatów i duża ilość znaków zapytania nie sprzyja wizerunkowi. A szkoda, bo ta zmiana ma w sobie duży potencjał, a użytkownicy, nawet na początku zdenerwowani i sceptyczni, w końcu zapomną o urazach i realizując plan serwisu, tweetną. Nawet i w dziesięciu tysiącach znaków.

Istnieje jednak spora obawa, że pokolenie tl;dr (too long; didn’t read) nigdy nie dotrze do końca. Ale z tym już raczej nic nie zrobimy.

Światełko w tunelu Twittera

Zawsze zostaje nadzieja, że mimo zmian, które wprowadza Twitter, to właśnie użytkownik będzie miał decydujące zdanie w kwestii tego, jak będzie wyglądał jego timeline. Wystarczy kilka opcji w ustawieniach, by mieć jednocześnie z tych zmian wielkie korzyści i nadto nie irytować zakochanych w obecnej formie serwisu użytkowników. Na miejscu Twittera, i tak mającego niemałe problemy, tak właśnie bym postąpiła.

    Szkolenia

    Skomentuj

    David Bowie. Geniusz, artysta, pionier crowdsourcingu

    Przeczytasz w 20 minut Co-creation Crowdsourcing
    Autor 11 stycznia 2016

    David Bowie zdecydowanie wyróżniał się z tłumu, ale nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż przyciąganie tłumów na stadiony, przed telewizory i… ekrany komputerów. Brytyjski muzyk bardzo szybko odkrył potencjał Sieci i internetowych społeczności.

    Artysta 2.0

    Sławny “muzyczny kameleon” niejedno miał imię: przyszedł na świat jako David Jones, zasłynął jako David Bowie, po drodze przymierzając kolejne maski: Majora Toma, Ziggy’ego Stardusta, Chudego Białego Księcia, Nathana Adlera. Jego skłonność do eksperymentowania wyrażała się nie tylko w częstych zmianach scenicznej persony. Współpracując z ludźmi takimi jak Tony Visconti, Brian Eno czy Iggy Pop, Bowie stale wymyślał na nowo swoje brzmienie i płynnie przechodził od gładkiego popu do brudnego industrialu, od jazzu do funku, od elektroniki do ciepłych akustycznych brzmień.

    Najbliższe dni pewnie przyniosą nam wysyp tekstów, audycji i wpisów o muzyce Bowiego. Nie chcąc dołączać się do sporów o to, która płytę była najlepsza, a okres twórczości najciekawszy, chciałbym skupić się na wątku mniej oczywistym, za to bardzo typowym dla śmiałego eksperymentatorstwa Bowiego. Na jego obecności w Sieci. Dla twórcy “Heroes” Internet był kolejnym medium, z którego korzystał, by docierać do swojej publiczności i wyrażać siebie. Nie był marketingowym dodatkiem do albumu, teledysku, wiersza czy wystawy obrazów (tak, David miał niejeden talent).

    BowieNet

    Każdy, kto interesuje się fenomenami takimi jak crowdsourcing czy otwarta innowacja wie, że współczesne marki muszą budować wokół siebie społeczność. Lojalność i zaangażowanie internautów daje im dostęp do świeżego contentu, ułatwia badanie rynku, pozwala budować wizerunek firmy przyjaznej, nowoczesnej i otwartej. Starbucks ma swój My Starbucks Idea, Dell uruchomił Idea Storm, Ergo Hestia wdrożyła Forum Idei. David Bowie, będąc jedną z najpotężniejszych “marek” muzycznych ostatnich kilku dekad, też postanowił sięgnąć po siłę społeczności. W tym celu stworzył platformę BowieNet – nowatorskie social medium.

    Każdy liczący się artysta ma swoją witrynę w Sieci, którą wykorzystuje do informowania o nowościach wydawniczych czy planowanych trasach koncertowych. David Bowie chciał jednak czego więcej. 1 września 1999 roku zamieścił na swojej stronie domowej komunikat powiadamiający o starcie platformy BowieNet:

    Chcę powitać Was wszystkich, sieciowi podróżnicy, na pierwszej w dziejach społecznościowej platformie poświęconej muzyce, filmowi, literaturze, malarstwie i wielu innym formom ekspresji, którą Wy możecie współtworzyć (…) Istotą BowieNet jest interakcja i społeczność. Tutaj – mówiąc najprościej – każdy ma głos.

    Jak to działało w praktyce? Każdy, kto zalogował się do serwisu w pierwszej kolejności napotykał trzy główne sekcje:

    1. Bowie, zawierającą biografie i dyskografię artysty, wieści i nowości, a także bloga, ponoć osobiście redagowanego przez Davida.
    2. Discourse, odnoszącą się do interaktywnej strony serwisu, obejmującą: fora, czat oraz bazę kreacji fanowskich, takich jak grafiki, wiersze, opowiadania, eseje, remixy, itp. Sam artysta pojawiał się okresowo na czacie lub forum odpowiadając na pytania fanów. Co ciekawe, występował naprzemiennie pod własnym nazwiskiem oraz używając różnych pseudonimów.
    3. Outside, czyli podstronę dobrze oddającą powiedzenie, iż link is the esssence of the web, zatem zbiór odnośników do innych stron poświęconych muzykowi. Bowie dawał tym samym znać, że dostrzega i docenia fansites oraz chce budować z nimi relacje. Dodatkowo, sekcja ta zawierała tzw. BodyLinks czyli gościnne wpisy osób związanych z Bowiem (najczęściej rodziny i współpracowników), służące do zwracania fanom uwagi na ciekawe miejsca w Internecie. Wśród gości znalazł się m.in. Lou Reed.

    David_Bowie crowdsourcing 2

    BowieNet nie stanowił spektakularnego sukcesu. Po kilku latach projekt został porzucony, a artysta przeniósł się z powrotem na davidbowie.com. Być może zawinił system subskrypcji odstraszający ceną ($20 miesięcznie to niemało). Możliwe też, że w ostatniej dekadzie XX wieku świat nie był jeszcze gotów na takie cyfrowe doświadczenie. Nie byłby to pierwszy raz kiedy Bowie wyprzedził swoją epokę. Platforma pozostawiła po sobie jednak trwałe osiągnięcie w postaci bardzo udanej kampanii crowdsourcingowej, jednej z pierwszych w branży muzycznej.

    Bowie otwiera się na crowdsourcing

    Jako element zabiegów promocyjnych towarzyszących wydaniu albumu Hours, artysta zdecydował się zwrócić do swoich fanów z następującą propozycją: ja umieszczę w Sieci wcześniej niepublikowany, instrumentalny utwór, a Wy napiszcie do niego tekst. Zwycięska propozycja miała trafić na płytę. Aby skuteczniej zachęcić swoją społeczność Bowie zobowiązał się dodatkowo, że jej autor (z osobą towarzyszącą) dołączy do niego w studiu w trakcie nagrywania utworu. Wybór ostatecznie padł na tekst nadesłany przez Alexa Granta, który nagrał też dodatkowe ścieżki wokalne do utworu. Nadał muł tytuł What’s Really Happening.

    Mniej szczęśliwszy okazał się pomysł crowdsourcowania setlisty trasy koncertowej. W 1990 roku w przededniu trasy Sound+Vision Bowie poprosił fanów o wytypowanie utworów, jakie chcieliby usłyszeć na żywo w toku tournee. W dobie internetowej pre-historii najskuteczniejszym medium do zbierania głosów okazał się telefon. Mimo technicznych niedogodności, być może wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie sabotaż pisma NME. Redakcja popularnego miesięcznika wezwała fanów do głosowania na mało znany, pastiszowy utwór The Laughing Gnome z 1967 roku. Ku zniesmaczeniu artysty utwór zajął pierwsze miejsce, co sprawiło, że Bowie odwołał całą zabawę. Ostatni uśmiech, jak widać, faktycznie należał do gnoma.

    Śmierć Davida Bowiego oznacza pożegnanie nie tylko z artystą, który dał nam dzieła takie jak trylogia berlińska, 1. Outside czy niedawny Blackstar, ale także jednego z wielkich muzycznych innowatorów ostatnich dekad. Mariaż sztuki i technologii, indywidualności i społeczności, będzie stanowić trwałe dziedzictwo Ziggy’ego. Proroczo brzmią dziś jego słowa sprzed 20 lat, o tym, że w przyszłości “muzyka będzie docierać do ludzi jak strumień elektryczności”, bez potrzeby kupowania płyt czy dawania zarobić wytwórniom płytowym. Swoją drogą, pewnie niejedna osoba słuchając teraz jedynej crowdsourcowanej piosenki Davida Bowiego zwróci uwagę, że druga zwrotka zaczyna się od słów:

    Now it’s time to close our eyes
    Now it’s time to say goodbye

    Kliknij i rozwiń

      Szkolenia

      Skomentuj

      Skilltrade. Ja uczę ciebie, ty uczysz mnie

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 7 stycznia 2016

      Jeśli perła w koronie sharing economy, Khan Academy, to cyfrowa uczelnia, Skilltrade byłby raczej internetowym akademikiem. Jest to miejsce spotkań, w którym możemy poznać ludzi i wymienić się umiejętnościami, ale także umówić się z nimi na wspólne bieganie, czy wyjście na koncert. To także ogromna tablica ogłoszeń, dająca  łatwy dostęp do całego szeregu usług. O tym, jak działa Skilltrade i dlaczego warto z niego korzystać, rozmawialiśmy z jego założycielem Maćkiem Glińskim.

      Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

      WtC: Na początek małe wyzwanie. Przekonaj nas do założenia konta na Skilltrade.

      Maciej Gliński (MG): Zacząłbym od tego, że możecie poznać ciekawych ludzi, dzieląc się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi. Możecie znaleźć odpowiedź na pytania z dziedzin, które was interesują. I możecie aktywnie i ciekawie spędzać czas, nie musząc nic za to płacić.

      WtC: Jak to działa w praktyce?  

      MG: Każdy nasz użytkownik może zaangażować się w wymianę wiedzy i umiejętności na trzy sposoby: wymiany (np. język za język), odpłatnie (za określoną cenę) i za darmo, na zasadzie przysługi. Powiedzmy, że uczysz się hiszpańskiego. Możesz znaleźć u nas osobę, która ci w tym pomoże w zamian za inną umiejętność, którą ty jej przekażesz lub, jeśli się tak umówicie, odpłatnie. Sporo jest też takich użytkowników , którzy zakładają na Skilltrade kontopo to, aby promować siebie – zwrócić uwagę innych na to, co mają do zaoferowania. Dla przykładu: grafik pomagając innym, odpowiadając na ich pytania, może budować swój wizerunek eksperta. To zwiększa jego szanse na to, że w przyszłości wpadnie mu dobre zlecenie.

      WtC: To są najczęstsze powody, dla których ludzie do Was dołączają. A czy zdarzają się zainteresowania naprawdę niszowe, niecodzienne, takie, które nawet Was zaskakują?

      MG: Bardzo często. Biorąc pierwszy przykład z brzegu, mieliśmy osoby, które umawiały się na Skilltrade na wspólne chodzenie po dachach. Pamiętam też, że ktoś uczył innych połykania ognia. Całkiem popularna jest ostatnio też… nauka esperanto. Na pewno zaskoczyło nas, ile osób korzysta z serwisu, żeby umawiać się na wspólne aktywności. Proste rzeczy: bieganie, granie w koszykówkę, wyjście na miasto. Chodzi po prostu o to, aby robić to wszystko razem.

      WtC:  Nie budzi w Was obaw to, że skilltrading może z czasem zejść na dalszy plan? Robiąc research do tej rozmowy, zauważyliśmy, że ludzie czasem zarzucają Wam, że stajecie się serwisem randkowym. Innymi słowy, że użytkownicy zaczną zwracać uwagę głównie na to, czy ktoś im się podoba na zdjęciu. Nie na to, co umie i ma do zaoferowania. Macie takie obawy? Czy jakoś temu przeciwdziałacie?

      MG: Nie, zupełnie nie mamy takich obaw. Oczywiście, że po części tak jest, że najprościej jest umówić się na spacer, koncert czy kino. I nie ma też co zaprzeczać, że ludzie sugerują się zdjęciem drugiej osoby. Ale jak patrzymy na rozwój Skilltrade, to usługą, która obecnie przyciąga najwięcej ludzi, są pytania i odpowiedzi – wymiana wiedzy. Muzycy rozmawiają o tym, czym się kierować przy kupowaniu nowej gitary. Inni pytają jak się przygotowywać do pierwszych treningów na siłowni. Jeszcze inni rozmawiają o grach RPG. Najważniejsze rzeczą, jaka przyciąga do nas ludzi, jest ich pasja. Coraz więcej osób widzi też, że warto założyć swój profil, aby zbierać “łapki w górę” i pokazać, że są dobrymi grafikami, trenerami personalnymi, czy lektorami.

      WtC: Czy śledzicie w jakiś sposób dalsze losy osób, które poznały się przez Skilltrade? Znacie historie zespołów, startupów, czy małżeństw, które nie powstałyby bez założenia u Was konta?

      MG: Dosłownie wczoraj dowiedziałem się, że znajomy jednego z naszych programistów niebawem się żeni a swoją partnerkę poznał na Skilltrade. Na pewno mamy co najmniej jedno małżeństwo (śmiech).

      WtC: Skoro o Waszej społeczności mowa. To, co zrobiło na nas wrażenie, to jej masa. Jak się buduje społeczność – liczącą 200 tys. ludzi?

      MG: Zaczęliśmy od grupy na Facebooku. Dla nas był to sposób na weryfikację pomysłu. Na początek testowaliśmy tylko Warszawę, z czasem założyliśmy grupy w kolejnych miastach, a nawet za granicą. Pierwszymi użytkownikami byli nasi znajomi, ale po niecałym pół roku mieliśmy tam ponad 30 tys. osób. Dało nam to okazję do podpatrzenia zachowań ludzi, zobaczenia tego, co ich interesuje. Dopiero wówczas podjęliśmy decyzję, że będziemy budować portal.

      WtC: Czy to wszystko działało na zasadzie “znajomi znajomym”, poczty pantoflowej, czy też stosowaliście jakieś zabiegi promocyjne?

      MG: Od początku staraliśmy się na różne sposoby promować założone przez nas grupy na Facebooku. Pierwsze z nich założyliśmy w 2013 roku. Wchodziliśmy we współpracę z innymi fanpage’ami, robiliśmy eventy, wykupowaliśmy reklamy. Wtedy zresztą grupy facebookowe działały inaczej niż dzisiaj. Gdy ktoś zamieszczał posta na grupie, widzieli to jego znajomi niebędący w grupie. Bardzo ułatwiało to promocję. Niestety, od tego czasu Facebook zmienił algorytmy (śmiech). Jednak wówczas my nie skupialiśmy się już na rozwoju grup i pozyskiwaniu nowych członków, ale na rozwoju portalu.

      WtC: Jak wyglądają Wasze relacje ze społecznością dzisiaj? Czy ma ona wpływ na kształt Skilltrade. Czy konsultujecie z nią kolejne swoje kroki?

      MG: Tak. Nasza koleżanka z firmy, Agata, pisze do paruset osób tygodniowo, pyta ich o to, czy może w czymś pomóc, jak idzie umawianie kolejnych spotkań, czy mają dla nas jakieś swoje sugestie. To stała część naszej pracy. Coś, co robimy regularnie.

      WtC: Jesteśmy serwisem w dużej mierze branżowym, crowdingowym, więc nie możemy nie zapytać: jaki jest model biznesowy Skilltrade? Na czym zarabiacie?

      MG: Zarabiamy na reklamach, ale ich ilość jest bardzo ograniczona, żeby nie zniechęcać użytkowników. Mamy też konta premium, które wiążą się z lepszą widocznością na portalu. Oferujemy również konta dla firm, które poprzez Skilltrade mogą docierać do swoich grup docelowych, tworząc ciekawy content. My pomagamy im przygotowywać w profesjonalny sposób pytania i odpowiedzi właściwe dla ich dziedziny, widoczne także w wyszukiwarkach internetowych.

      WtC: Możesz dać przykłady firm, które z Wami współpracują?

      MG: Mamy u siebie na przykład sklep rowerowy, internetowy sklep z ubraniami, dość szeroki przekrój marek, które szukają nowych sposobów na dotarcie do swoich społeczności.

      WtC: Gdyby ktoś chciał poznać Was lepiej, czy można Was gdzieś spotkać? Gdzie się promujecie? Czy są wydarzenia, na które chciałbyś zaprosić naszych czytelników?

      MG: Od nowego roku będziemy przynajmniej raz w miesiącu organizować wydarzenia we współpracy z kilkoma innymi przedsięwzięciami internetowymi pod szyldem Startup Party. Kierujemy je do młodych ludzi, dwudziesto- i trzydziestolatków, i do wszystkich startupowców. Każdy będzie mógł przyjść, więc serdecznie wszystkich zapraszam.

      Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

        Szkolenia

        Skomentuj