Dlaczego warto pamiętać o Aaronie Swartzu

Przeczytasz w 10 minut Collaboration
Autor 29 września 2014

Nie było korporacji, która by go nie zatrudniła. Nie była uczelni, na której nie mógłby wykładać. Dla niego samego, skonfliktowanego ze wszystkimi wokół i samym sobą, nie było innego wyjścia, jak odebrać sobie życie. Przypominamy sylwetkę Aarona Swartza, genialnego informatyka, współtwórcy Reddit, Creative Commons i RSS, blogera, modelowego haktywisty.

Szary kapelusz

Haker, hacker (wym. haker): “osoba włamująca się do sieci i systemów komputerowych”. Tak brzmi nie tylko obiegowa, ale i słownikowa definicja stylu życia jaki wybrał Aaron Swartz. Jak każde uproszczenie, zachowuje ono już tylko pozór prawdziwości. Prawdziwy haker to entuzjasta i znawca, człowiek znający Internet jak miasto w którym mieszka, języki programowania jak ojczystą mowę. Na ogół hakerzy nie wykorzystują tej wiedzy i umiejętności by komukolwiek szkodzić. Często robią dokładnie odwrotnie. Security hackeroznacza w języku angielskim nie włamywacza, ale eksperta od zabezpieczeń. Ale równie dobrze może być nim jeden z tych Paganinich lutownicy umiejących przerobić toster w odtwarzacz DVD. Ci natomiast, którzy łamią hasła dla sportu lub zysku i krążą po Sieci jak trolle na sterydach to crackerzy; rozróżnienie do zapamiętania.

Życie, w przeciwieństwie do języka, nie znosi jednak ostrych granic. Są różni hakerzy. Niektórzy mówią o “białych kapeluszach”, czyli tych, którzy zawsze stają po stronie prawa, porządku i spokojnego etatu. Po drugiej stronie lokują się “czarne kapelusze”, czyli ci, co do których nie chcielibyście, aby dorwali się do Waszego internetowego konta bankowego (lub zdjęć na smartfonie, jeśli jesteście na bieżąco z tabloidami). Są też wreszcie tak zwane “szare kapelusze”, czyli hakerzy przekraczający granicę prawa gdy czują, że robią to w imię wyższej wartości. Jak w każdym dobrym westernie: mamy antybohatera, którego publiczność kocha, a szeryf nienawidzi. Kimś takim był właśnie Aaron Swartz.

Wunderkind

Jeśli macie przed oczyma hakera rodem z hollywoodzkich filmów, będziecie oczywiście rozczarowani. Swartz to nie Hugh Jackman z filmu “Swordfish”. Był to raczej nieśmiały samotnik, obdarzony swoistym urokiem, może nawet pewną charyzmą, ale ponad wszystko niepodważalnym geniuszem matematycznym i informatycznym.

Już w dzieciństwie Aaron przejawiał wybitne talenty. Można powiedzieć, że był dzieckiem o inteligencji i dojrzałości dorosłego człowieka. Płynnie czytał w wieku 3 lat. Nim skończył 4 rok życia, umiał posługiwać się komputerem. Niedługo później już programował. Mając 12 lat stworzył serwis The Info Network, opartą na mechanizmie crowdsourcingowym witrynę służącą kolektywnemu zbieraniu i promocji wiedzy. Ja zaczynam artykuł, Ty go kończysz, a inżynier z Kuala Lumpur dorzuca coś od siebie. Brzmi znajomo? Jeden z nauczycieli starał się wyperswadować Aaronowi dalszy rozwój tej idei, twierdząc, że “nie każdy może być współautorem encyklopedii”. Miało to miejsce całe 5 lat przed tym, jak Jimmy Wales stworzył Wikipedię.

Szczęśliwie, reszta belfrów oraz hojni sponsorzy z firmy IT Ars Digita byli bardziej liberalni. Dostrzegając w Aaronie i jego projekcie ogromny potencjał, wyróżnili go nagrodą i stypendium w ramach lokalnego konkursu dla “młodych i zdolnych”. Wtedy świat po raz pierwszy usłyszał o genialnym nastolatku. Swartz myślami był już jednak gdzie indziej. Fascynowała go rodzina języków znacznikowych RSS, umożliwiających kompilowanie nagłówków wiadomości i nowości na wybranych przez użytkownika stronach internetowych. Ten, swego rodzaju informacyjny “system wczesnego ostrzegania” rozpalił wyobraźnię niejednego informatyka. Wtajemniczeni pracowali głównie zdalnie, po godzinach, komunikując się przez listę mailingową. Jedną z jej gwiazd szybko stał się (niejaki) Aaron Swartz. Ekipa zaangażowana w tworzenie RSS szybko zapragnęła go poznać i ustabilizować współpracę. Ku swojemu zdziwieniu otrzymali wiadomość, że niczego nie może obiecać, bo nie jest pewien czy matka pozwoli mu pojechać z Chicago do Kalifornii.Okazało się, że najzdolniejszy z programistów pracujących nad nowym językiem nie miał skończonych 14 lat.

Dwóch wybitnych: Lawrence Lessig i młodziutki Swartz
Dwóch wybitnych: Lawrence Lessig i młodziutki Swartz

Jak większość przedwcześnie dojrzałych i przesadnie uzdolnionych, Aaron był samotnym dzieckiem. Fetowano go na wydarzeniach branżowych, zapraszano na prestiżowe uczelnie, aby prowadził wykłady, proponowano współpracę przy ogromnych projektach. Gdy przemawiał w salach konferencyjnych ledwie było widać go znad pulpitu. Wyobraźcie sobie, że po tym wszystkim musiał wrócić do szkolnej ławki i być “normalnym” dzieciakiem. Nie umiał znaleźć wspólnego języka ani z uczniami, ani z nauczycielami. Większość czasu spędzał w bibliotekach. Aż do końca życia będzie czytał kilkanaście książek miesięcznie. W tym czasie krystalizowały się też jego wyraźnie lewicowe, czy jak on wolał to nazywać:“postępowe”, poglądy. Fascynowali go Susan Sontag, Ernst Bloch. Jeśli napotkał na zdanie w książce, które go poruszyło, umiał zbudzić swoją dziewczynę o 3 w nocy, aby poznać jej zdanie na ten temat. Ani na chwilę nie słabła jednak jego pasja do informatyki.

Ojciec Aarona również był informatykiem. Komputery były w jego domu od zawsze. Były jak kolejne zabawka, z tym, że szybko stały się najciekawszą z zabawek. “Są granice tego, co można zbudować z klocków” – wspominał w jednym z wywiadów – “dzięki komputerowi możesz budować całe światy, a wraz z nadejściem internetu, to nie są już tylko twoje światy”.

Fascynowała go nie blog, a bloger, nie forum, a społeczność, nie linijka kodu, ale umysł, który ją stworzył. Dobrą ilustrację tego zainteresowania stanowi jego tekst poświęcony wikipedystom, “Who Writes Wikipedia” opublikowany w 2006 roku.

Cyfrowa proza Swartza to nie były wpisy, ale eseje. W jego narracji mikroprocesory, obwody i serwery mieszają się z poezją, filozofią, polityką. Recenzja “Mrocznego Rycerza” sąsiadowała u niego z tekstem o Edmundzie Burke’u. Bez cienia przesady można powiedzieć, że był on tym za kogo miliony mylnie uważały Steve’a Jobsa: człowiekiem, który nadał intelektualną głębię informatyce.

Wielu zachwyca się big data, nie wiedząc czym do końca jest. Jeśli macie zapamiętać jeden przykład użycia tego terminu, spróbujcie przyswoić sobie ten: Aaron Swartz wykazał na próbie 40 tys. artykułów z prestiżowych  periodyków prawniczych, że profesorowie prawa pisali swoje opinie na zlecenie i pod dyktando największych korporacji. Działał na granicy prawa, ale wierzył, że działa w dobrej sprawie. Zdemaskował korupcję. “Sprawiedliwość to prawda w działaniu”, jak powiedział lubiany przez niego filozof.

Równolegle z zainteresowaniami naukowymi i humanistycznymi, Swartz stawiał pierwsze kroki w biznesie. Mając 17 lat odszedł z liceum, aby założyć Reddit, protoplastę naszego Wykop.pl. Serwis był ogromnym sukcesem, liczba użytkowników wzrastała geometrycznie. Nieuchronnie paść musiała propozycja nie do odrzucenia: Condé Nast, medialny moloch, zaproponował bandzie nastolatków z Illinois ciężkie pieniądze za serwis, gwarantując jednocześnie, że zachowują oni kontrolę nad dziełem swoich rąk. Brawo chłopcy, ale od teraz sprawy wezmą w swoje ręce dorośli. Swartz mógł na tym etapie wybierać między rolą Marka Zuckerberga i Seana Parkera. Wydawało się, że wybrał to pierwsze, bo przyjął ofertę, podpisał umowę i w poniedziałek rano stawił się w pracy.

Nie cierpiał jednak kultury korporacyjnej i nie miał wiele lepszego zdania o startupowej. W Dolinie Krzemowej szukał entuzjastów, wizjonerów, pokrewnych dusz, a znalazł zaledwie przedsiębiorców. Po sprzedaży Reddit i podjęciu pracy dla Conde Nast, 19-letni Swartz był na najlepszej drodze do zostania milionerem, może nawet miliarderem. We wtorek jego biurko był już jednak puste. Nigdy więcej nie pojawił się w pracy.

Rewolucjonista

Z odpowiedzialnych decyzji nie rodzą się dobre opowieści. Szczęśliwie dla tej opowieści, Swartz rzucił posadę o której wielu by marzyło, aby zaangażować się w kolejny obłąkańczy projekt. Wraz z podobnie myślącymi zapaleńcami stworzył organizację stawiającą sobie za cel pogodzenie praw autorskich z pełnią otwartego dostępu. Biorąc na sztandary hasło “pewne prawa zastrzeżone” opracowali oni zbiór licencji pozwalających dzielić się dziełami swoich rąk i umysłu z innymi, zachowując intelektualną własność, zręcznie obchodząc wszystko co najbardziej restrykcyjne w prawie autorskim. Tak, w największym skrócie rysuje się idea Creative Commons. Dzisiaj, na samym tylko serwisie Flickr, w ten sposób licencjonowane jest przeszło 200 mln zdjęć.

W 2009 roku Swartz był wśród członków-założycieli Progressive Change Campaign Committee, think tanku i lobby mającego wspierać w pra-wyborach i wyborach kandydatów przywiązanych do idei swobód obywatelskich, demokracji i społecznej sprawiedliwości. W tym czasie Aaron zapraszany był często do studiów telewizyjnych. Staje się rzecznikiem tych, których wcześniej słuchani jedynie na forach i listach mailingowych.

WE the CROWD_Aaron Swartz3

Czy sam Swartz chciał być politykiem? Być może bardziej kimś takim jak Gore Vidal, William F. Buckley czy John K. Galbraith epoki cyfrowej. Intelektualnym i moralnym autorytetem, animatorem, aktywistą. Listę “100 najbogatszych” z przyjemnością zamieniłby na “100 najbardziej wpływowych”. Nie wydaje się, aby stała za tym jedynie ambicja i wybujałe poczucie własnej wyjątkowości. Nie zależało mu nie prestiżu, gardził pieniędzmi. Po sprzedaniu Reddit mieszkał nadal w kawalerce, nosił te same jeansy i t-shirty. “Nie potrzebuję dużo miejsca i noszę to, w czym jest mi wygodnie” – wyjaśnił bratu. Miewał oczywiście swoje ekstrawagancje. W pewnym sensie. Podobnie jak założyciel Apple uwielbiał starannie dopracowane liternictwo. Jako typowy abnegat w kwestiach materialnych, restauracje i puby dobierał pod kątem kroju liter w menu. To jakie podają tam jedzenie nie wydawało mu się istotne.

Swartz o demokracji, prawach obywatelskich i społecznej sprawiedliwości mówił z religijnym namaszczaniem. Lubił atmosferę wiecu i poetykę manifestu politycznego. Należał do tego nielicznego grona ludzi, którzy czują, że życie powinno być służbą. Znał przy tym potencjał Sieci i rozwiązań społecznościowych i wiedział, że odpowiednio użyte, mogą być katalizatorami wielkich przemian. Tak jak nie byłoby Reformacji bez druku, tak i nie byłoby kolejnych obywatelskich krucjat Swartza bez Internetu.

Pierwszą z nich był ruch oporu względem ustawodawstwa regulującego i cenzurującego wolność słowa w Internecie (SOPA).

Nowe prawo, zgodnie z argumentami kongresmenów, miało chronić własność intelektualną przed piratami, a cały naród – przed cyberterrorem. Swartz & Co twierdzili jednak, że konsekwencje przyjęcia SOPA byłby o wiele bardziej ponure. Ustawa nad wyraz szeroko traktowała choćby pojęcie własności intelektualnej. Idąc po linii, jaką wytyczył tok myślenia jej twórców (i/lub sponsorów) nie sposób byłoby odróżnić nawiązanie, hołd czy inspirację do plagiatu. Co więcej, wedle nowych rozwiązań penalizowane miałoby być także linkowanie do treści, które rzekomo naruszały prawo autorskie. Więcej: nagranie coveru lub parodii i wrzucenie tego na YouTube byłoby nielegalne. Firma lub osoba, która uznałaby się za pokrzywdzoną miałaby też prawo skontaktować się z przedsiębiorstwami świadczącymi usługi finansowe stronie (potencjalnie) zawierającej spiratowany materiał i zażądać odcięcia jej dostępu do tych usług. Słowem: jeśli ma Twojej stronie można było płacić kartą kredytową, bank musiałby odmówić Ci dalszych transakcji. Bez decyzji sądu.

Aaron Swartz był wśród pierwszych, którzy się sprzeciwili. Miał po swojej stronie paru znajomych, żadnych pieniędzy i brak jasnego planu działania. Naprzeciw nich znajdowały się kolosalne lobbies finansowane przez ogromne korporacje oraz zdecydowana większość Senatu i Izby Reprezentantów. Media ledwie zauważały problem lub podpisywały się obydwie rękami pod proponowaną legislacją.

Sieć rządzi się jednak swoimi prawami. Grupy dyskusyjne i media społecznościowe, memy i infografiki, wykłady, wywiady i artykuły, wszystko to w iście wirusowym tempie rozprzestrzeniało się najpierw po Stanach, później po całym świecie. Do akcji protestacyjnej przyłączali się kolejni ludzie, fundacje, stowarzyszenia, firmy. U szczytu popularności tego sieciowego powstania, Google, Wikipedia, Komisja Europejska i włoski parlamentwyraziły solidarność ze Swartzem i jego zwolennikami. Wybrane strony, w tym właśnie Wikipedia na znak sprzeciwu wobec SOPA przestały funkcjonować na 24 godziny.

WE the CROWD_Aaron Swartz4

Wszystko to nie mogło pozostać bez wpływu na decyzje parlamentu. Wbrew pozorom jest ktoś z kim senatorowie liczyli się bardziej niż z lobbystami  – wyborcy. Stosunek będących “za” do będących “przeciw” odwrócił się niemal idealnie i mimo potężnych nacisków ze strony korporacji, środowisk prawniczych, Hollywood i konserwatywnej prasy, ustawa upadła.

Czasem mylnie utożsamia się Swartza ze sloganem “Information Wants to be Free”. Nie był on ani autorem, ani zwolennikiem tego hasła. Jego celem nie było ujawnianie danych w imię samej tylko jawności, ani udostępnianie plików w duchu “komunizm oznacza wspólne żony”. Jego ideałem była cyfrowa demokracja, nie anarchia czy komuna. Cory Doctorow, pisarz i aktywista, człowiek który znał Swartza odkąd tamten skończył 14 lat potwierdził to. “Informacje nie chcą być wolne. To ludzie chcą być wolni. W jaki sposób można ich w tym wspomóc? Zaprzestając nadzoru i cenzury w Internecie w imię zwalczania kopiowania plików, co i tak nie zostanie zwalczone. Dając możliwość swobodnej interakcji i samoorganizacji w Sieci. Oferując dostęp do tego, co i tak powinno być własnością publiczną – aktów prawnych, decyzji urzędowych, badań naukowych”.

Być może podobna ambicja przyświecała Swartzowi, gdy zdecydował się na swoje najbardziej kontrowersyjne posunięcie. W Styczniu 2011 roku obszedł zabezpieczenia baz JSTOR, tak aby pobrać tysiące artykułów naukowych. Do dziś nie wiemy dlaczego to zrobił. Jedni uważają, że chciał je opublikować w wolnym dostępie, tak aby każdy miał dostęp do dorobku naukowego. Inni twierdzą, że chciał powtórzyć to, co zrobił z analizą artykułów prawniczych na znacznie większą skalę. Wymiaru sprawiedliwości nie interesowały jednak jego motywacje. Uznano go za winnego “włamania” do baz danych JSTOR.

Prokuratura była gotowa posłużyć się wszystkimi narzędziami dostępnymi władzy państwowej, aby złamać człowieka, którego zbrodnią było to, że ściągnąć więcej artykułów z serwisu naukowego niż miał prawo. To jakby wsadzić kogoś do więzienia, za to, że wypożyczył z biblioteki więcej książek niż dopuszcza regulamin. I to na 35 lat.

Swartz podjął się walki w sądzie, mimo, że szantażowano jego samego oraz jego dziewczynę i rodzinę bezpodstawnymi zarzutami o pomocnictwo. Policja przesłuchiwała brutalnie jego partnerkę, groziła jej, że straci prawo do opieki nad dzieckiem.

Zmagania sądowe trwały prawie 2 lata. Przez ten czas Aaron wydawał wszystkie swoje pieniądze i większość pieniędzy swoich rodziców na pomoc prawną. W tym samym czasie administracja Baracka Obamy bardzo starała się tworzyć obraz Swartza jako niebezpiecznego szaleńca, niemal terrorysty. Zarówno jej funkcjonariusze, jak i media, często wymieniały go po przecinku z faktycznie groźnymi crackerami. Kilku z nich skazano na wysokie kary więzienia, od 10 do 105 lat.

Aaronowi kończyły się pieniądze i chęć do dalszej walki. Aby opuścić areszt musiał zapłacićmilion dolarów kaucji. Padł ofiarą nagonki i nadgorliwości wymiaru sprawiedliwości. W prywatnych rozmowach, główny oskarżyciel miał ponoć potwierdzić, że zarzuty były absurdalne, ale gdyby je wycofać, reputacja zarówno jego, jak i prokuratury byłby silnie nadwyrężona. Nie da się też zaprzeczyć, że wielu wpływowych ludzi chciało wyrównać rachunki za SOPA. Sprawa “Stany Zjednoczone kontra Aaron Swartz” znalazła swój tragiczny finał 11 stycznia 2013 roku. Dokładnie w drugą rocznicę “włamania” do bazy JSTOR, Swartz powiesił się w swoim mieszkaniu.

“Nie wierzyłam, że to prawda, dopóki nie zobaczyłam strony na wikipedii z dopisaną datą śmierci” – powiedziała później jego dziewczyna. W jednym z wywiadów wspomniała, że tuż przed aresztowaniem wyznał jej, że chciałby się pobrać.

Aaron Swartz był buntownikiem z generacji Y. Kimś w rodzaju Willa Huntinga z netbookiem. Nie zmarnował swojego daru. Gdyby spędził kolejne dekady starając się nakłonić nas wszystkich, aby kliknąć w okienko z reklamą, byłby równie przydatny dla społeczeństwa jakby spędził 35 w więzieniu. Zamiast tego, chciał, aby bardziej nam zależało. Wielu twierdzi, że wyrwał ich z właściwej dla tego pokolenia hedonistycznej apatii. Chciał, abyśmy zrozumieli jak to jest żyć w demokracji w erze cyberprzestrzeni, jednocześnie nie zapominając o pradawnych fundamentach na których została ona zbudowana.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Czas na interwencyjne platformy civic crowdsourcingowe

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration Crowdsourcing
    Autor 2 września 2014

    Od Kanady po Gruzję, obywatele dostrzegają, że do współdecydowania o własnym mieście zaczyna wystarczać smartfon i odrobina wysiłku. Wszystko zamyka się w dwóch słowach: civic crowdsourcing (albo nawet jednym: civicsourcing). Podobnego rodzaju narzędzia obywatelskiego zaangażowania 2.0 pojawiają się teraz także w Polsce.

    Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

    Naprawcie mi ulicę

    Angielski pisarz Martin Amis powiedział kiedyś, że Zjednoczone Królestwo przewodzi światu we wszystkim – włącznie z dekadencją i rozkładem. Faktycznie, wyspiarski krajobraz to nie tylko Westminster, Big Ben i kredowe wzgórza nieopodal Dorset. To także prozaiczne dziury w drogach, nie działające parkometry, przepełnione śmietniki, graffiti szpecące fasady budynków.  Przez lata władze zwracały uwagę mieszkańców na te problemy, a inni mieszkańcy zwracali uwagę władz – nie odnosiło to żadnego skutku. Nie pomagało ani nacjonalizowanie, ani prywatyzowanie przestrzeni publicznej.

    Tam gdzie państwo i rynek zawiodły, rozwiązanie wypracował Trzeci Sektor we współpracy z Tłumem 2.0. Fundacja UK Citizens Online Democracy zdecydowała się odwołać do samych mieszkańców i w porozumieniu z władzami samorządowymi utworzyłainterwencyjną platformę civisourcingu (czy też civic engagement) Fix My Street. Jej zadaniem jest zbierać przypadki zniszczeń, nadużyć lub innych niepożądanych w przestrzeni miejskiej zjawisk,  udokumentowane zdjęciami i ulokowane na mapie. Każde zgłoszenie jest moderowane przez zespół webmasterów, następnie poddawane publicznej dyskusji online i wreszcie kierowane do stosownej jednostki samorządu terytorialnego, której obowiązkiem jest uporać się z problemem. Na koniec obywatele zostają powiadomieni o sposobie, w jaki sprawa została rozstrzygnięta.

    Korzyści widać jak na dłoni. Obywatele dostają do rąk narzędzie, które pozwala im zgłaszać problemy przy użyciu smartfona. Nie muszą odwiedzać urzędów, składać pism, w nieskończoność oczekiwać na decyzję administracyjną. Urzędnicy zyskują ogromną, tworzoną oddolnie bazę danych, która pozawala im reagować na bieżąco oraz chwalić się osiągnięciami. W realiach pełnej transparentności, jaką oferuje Fix My Street, władzom opieszałość zwyczajnie się nie opłaca.

    WE the CROWD_civicsourcing 3

    Teraz Polska?

    Czytając o tego rodzaju inicjatywach zwyczajowo pytamy: kiedy w Polsce? Tym razem nie musimy. Szlaki przetarły władze Rudy Śląskiej, które zdecydowały się stworzyć platformę opartą na formacie tożsamym z brytyjskim Fix My Street.Rudzki Geoportal, podobnie jak w przypadku pierwowzoru, umożliwia zgłaszanie problemów poprzez zaznaczenie miejsca na mapie symbolem wykrzyknika. Następnie należy opisać istotę zjawiska i przypisać je do właściwej kategorii. Ten ostatni element jest szczególnie ważny, ponieważ to właśnie dzięki odpowiedniemu otagowanie zgłoszenia możemy mieć pewność, że np. informacja o dziurze w drodze trafi właśnie tam gdzie powinna, czyli do Wydziału Dróg i Mostów.

    Rudzianie nie poprzestali jednak na prostej imitacji rozwiązań brytyjskich. W przeciwieństwie do Fix My Street, na ich Geoportalu zgłaszać można także informacje dotyczące aktów wandalizmu czy zakłócania porządku publicznego. Problemy nieskategoryzowane trafiają do Sztabu Zarządzania Kryzysowego. Kolejną innowacją jest ambitny plan zintegrowania platformy z danymi z państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego oraz Systemu Elektronicznej Komunikacji Administracji Publicznej.

    WE the CROWD_civicsourcing 2

    Jeszcze o krok dalej poszedł serwis Naprawmyto.pl (czy i Wam się wydaje, że ta domena aż prosi się o zmianę na Naprawmy.to?). Już na pierwszy rzut oka widać, że jego twórcy zacznie więcej uwagi poświęcili designowi i wygodzie użytkownika. Możliwość rejestracji i posiadania własnego konta to również oczywista, ale mile widziana poprawka. Dzięki niej skorzystać można z uproszczonej procedury dodawania zgłoszeń, a także z notyfikacji powiadamiających nas o komentarzach, zmianach i rozstrzygnięciach dotyczących interesującej nas sprawy.

    Zamiast wstawiać zdjęcia dziur w drogach na Facebooka i oddawać się jałowym narzekaniom, można przesłać je komuś, kto naprawdę coś z tym zrobi. Naprawmyto.pl nadal działa jedynie w jedenastu gminach. Geoportal organicza się do jednego miasta. Brakuje im też promocyjnej oprawy, jaką cieszył się oryginalny Fix My Street. Niemniej jednak, pierwszy krok w budowaniu interwencyjnego civic engagement nad Wisłą został wykonany. (Ten bardziej rozbudowany civic engagement fajnie realizuje Otwarta Warszawa). Mamy więc opracowany i wypróbowany, także na polskim gruncie, przełomowy model, który daje nam mniej biurokracji, a więcej państwa, mniej wymówek rządzącym i więcej władzy rządzonym. Nie pozostaje nic innego jak wdrażać go w kolejnych miastach.

    Współautorem tekstu jest Marcin Giełzak.

      Szkolenia

      Skomentuj

      Netflix: internetowa telewizja Tłumu

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 29 lipca 2014

      Współautorką tekstu jest Agnieszka Smoręda.

      Kocham telewizję. Uwielbiam oglądać seriale, śledzić wydarzenia w serwisach informacyjnych… nawet reklamy mnie nie nudzą, a wręcz przeciwnie: fascynują. Jednak z biegiem lat podstawowym źródłem rozrywki dla mnie, jak i dla milionów ludzi na świecie, stał się Internet. Trzeba przyznać, że w dużej mierze uwarunkowane jest to dostępnością zagranicznych treści w mniej lub bardziej legalny sposób właśnie za pomocą tego medium. Co więcej, coraz częściej telewidzowie-internauci wolą skorzystać z Internetu, zamiast dopasowywać się do harmonogramu emisji w tradycyjnych mediach. W Stanach problem ten dostrzeżono już lata temu; stąd powstanie serwisu Hulu (ale o tym więcej w kolejnym tekście ? ). Dziś skupię się jednak, podobnie jak cały amerykański przemysł filmowo-telewizyjny, na serwisie Netflix.

      Początki serwisu. Początki rewolucji.

      Czym właściwie jest Netflix? Powstał w 1997 jako wysyłkowa wypożyczalnia wideo. Nawet dziś można na Netfliksie zamówić film, odczekać kilka dni, w domowym zaciszu obejrzeć go na DVD, a potem odesłać na wskazany adres… kto o zdrowych zmysłach wybrałby dziś tę formę zamiast streamingu, czyli flagowej usługi oferowanej przez serwis – nie mam pojęcia. Nie mnie osądzać małe dziwactwa, które każdy z nas ma ;-). Tradycyjny model rozrywki ustępuje obecnie następnemu “stadium ewolucji” telewidza, który korzysta z rozrywki gdzie chce i kiedy chce. Nie ma już tłumu, który zasiada przed telewizorem by “na żywo” obejrzeć najnowszy odcinek ulubionego serialu. Nowy Tłum sam narzuca sobie tempo odbioru rozrywki, a jego ndywidualizacja nie stoi w sprzeczności z kreowaniem społeczności i fandomów, czego dawniej się obawiano. Bo Internet to narzędzie jednoczenia Tłumu dzielącego pasje bez względu na dzielące go odległości.

      Netflix 1_WE the CROWD

      Faktem jest, że obecnie Netflix opiera swoją działalność właśnie na streamingu – głównie filmów, ale również seriali. Model biznesowy jest prosty: w zamian za koszt miesięcznej subskrypcji internauta zyskuje dostęp do pełnej biblioteki multimedialnej serwisu. Z pozyskanych w ten sposób pieniędzy Netflix kupuje prawa do udostępniania filmów i seriali tak, aby zachęcić dotychczasowych subskrybentów do dalszego opłacania abonamentu i jednocześnie skłonić nowych „widzów” do wykupywania subskrypcji. Tak to przynajmniej wyglądało do niedawna. Jeszcze kilka lat temu Netflix był zaledwie dostawcą treści; pośrednikiem między twórcami a odbiorcami. Zasadniczo służył jako jeszcze jedno źródło zysku dla wielkich wytwórni filmowych, odpowiedzialnych za dystrybucję filmów i seriali.

      Rozwiązanie było logiczne i dochodowe dla wszystkich: za niewielką cenę internauci otrzymywali dostęp do filmów, które jeszcze przed chwilą dostępne były w kinach, oraz seriali, które właśnie zakończyły swoją emisję w telewizji. Wytwórnie zarabiały kolejne pieniądze z opłat licencyjnych, a Netflix wykrawał kawałek tego tortu dla siebie jako pośrednik. Jednak z czasem każdy dobry układ zaczyna rdzewieć, a powodem tradycyjnie są pieniądze. Dla wytwórni Netflix zaczął być konkurentem: ludzie woleli poczekać i obejrzeć film w streamingu niż w kinie czy na DVD. Problem dotyczył także telewizji, która w Stanach od lat traci na oglądalności. Utratę zysków gdzie indziej, wytwórnie postanowiły sobie powetować podnosząc ceny licencji dla serwisów takich jak Netflix. Te rosnące koszty sprawiły, że Netflix postanowił w 2011 rozszerzyć swoją działalność także na produkcję treści.

      W marcu 2011 roku ogłoszono, że serwis będzie udostępniać dla swoich subskrybentów oryginalnie produkowane seriale, a już niespełna dwa lata później, w lutym 2013 roku, premierę miał pierwszy sezon House of Cards.

      Netflix2_WE the CROWD

      Było to wydarzenie o wymiarze historycznym z kilku powodów. Przede wszystkim Netflix postanowił kontynuować dotychczasowy model udostępniania seriali i wbrew wszelkim telewizyjnym świętościom wypuścił od razu cały sezon, umożliwiając swoim abonentom tak zwany binge watching, czyli obejrzenie odcinków jeden po drugim, za jednym posiedzeniem. W ten sposób Netflix dostosował sposób udostępniania swojej oferty do preferencji Tłumu: nie chcemy czekać, gdy w grę wchodzi ulubiony serial. Co więcej, za powstaniem House of Cards stoją naprawdę wielkie nazwiska: nie tylko środowiska telewizyjnego, jak John Mankiewicz, lecz także Hollywood: Kevin Spacey, David Fincher, Joel Schumacher. Była to zupełnie nowa jakość w świecie mediów. Wcześniej, owszem, można było w Internecie obejrzeć niskobudżetowe seriale realizowane przez grupki zapaleńców, ale od czasu House of Cards ci zapaleńcy to hollywoodzki establishment, a budżet dorównuje produkcjom czołowych nadawców.

      Netflix wypływa na szerokie wody

      Już kilka miesięcy później nastąpiło kolejne historyczne wydarzenie, precedens, którego reperkusje możemy sobie jedynie zacząć wyobrażać: House of Cards zdobył aż 14 nominacji w najbardziej prestiżowych kategoriach Primetime Emmy — nagród Akademii Sztuki i Nauki Telewizyjnej, m.in. za:

      • serial dramatyczny,
      • główną rolę męską,
      • główną rolę kobiecą,
      • reżyserię.

      Frank Underwood i spółka zgarnęli statuetki we wszystkich wyżej wymienionych kategoriach. Najważniejszych kategoriach. Serial udostępniony w internetowym streamingu zdobywa więc kluczowe nagrody amerykańskiego przemysłu telewizyjnego: rozpoczyna się rewolucja. Można dodać: a imię jej — algorytm, albowiem właśnie na zaawansowanych statystykach i kalkulacjach Netflix opiera swój rozbudowany system rekomendacji (serwis posiada 72,000 kategorii katalogowania) i na nim opiera nie tylko strukturę sugestii kolejnych programów, które subskrybent mógłby obejrzeć, ale i wybór następnych projektów, w jakie zamierza się zaangażować. Gust użytkowników serwisu ma bezpośrednie przełożenie na jego ofertę programową.

      To właśnie wokół tego, czym interesują się subskrybenci, kręci się cały Netfliksowy biznes.To CROWD, jego gusta i uznanie napędzają streamingową machinę. Co ciekawe, doceniając rolę użytkowników, Netflix postawił na “prawdomówność” statystyk. Nie liczy się więc, kto krzyczy najgłośniej, choć uznanie krytyków i internetowych społeczności jest dziś bardzo istotne, ale kto krzyczy najliczniej. W Tłumie siła.

      Netflix poszedł rzecz jasna za ciosem i po sukcesie House of Cards i zlecił produkcję kolejnych seriali, między innymi Lilyhammer, Hemlock Grove i — uznawanego przez wielu za serial lepszy nawet od flagowego House of CardsOrange is the New Black, stworzony przez, znaną miłośnikom Trawki Jenji Kohan.

      Netflix3_WE the CROWD

      To właśnie OISNB ugruntował pozycję Netfliksa, który od lipca ubiegłego roku może się pochwalić nie jednym, a dwoma hitami, o których Sieć huczy, a krytycy kochają. Ale Netflix staje się też domem dla zdjętych z anteny seriali produkowanych przez media tradycyjne. Pierwszym takim przedsięwzięciem był czwarty sezon Arrested Development, udostępniony w całości pod koniec maja 2013 roku. Serial oryginalnie emitowała stacja FOX w latach 2003–06 i, mimo że zszedł z anteny, cieszył się niemalejącą popularnością i statusem serialu kultowego (jeśli nie znacie Bogatych bankrutów, koniecznie musicie te braki jak najszybciej nadrobić, żeby wiedzieć, że „There’s always money in the banana stand„).

      Kolejny raz na działania giganta wpływa opinia Tłumu — kultowy status serialu i niemalejąca popularność pierwszych trzech sezonów w serwisach streamingowych.

      “Być HBO, zanim HBO stanie się Netfliksem”

      Właśnie popularność serialu wśród jego zagorzałych fanów sprawiła, że przez lata co i rusz wypływały na powierzchnię plotki o potencjalnym wznowieniu produkcji — Tłum domagał się swego. Dlatego wieści o tym, że serial znajdzie swój dom w Internecie przyjęto wręcz ekstatycznie. Netflix, niezrażony mieszanym recenzjami, nie tylko podpisał w kwietniu tego roku wieloletnią umowę z Hurwitzem na tworzenie nowych, oryginalnych projektów, ale również wyciągnął z niebytu The Killing, emitowany wcześniej przez kanał kablówkowy AMC (i przez tę stację zdjęty z anteny po drugim sezonie, a potem wskrzeszony na trzeci). Czwarty sezon Netflix zamierza udostępnić na początku sierpnia, dając temu serialowi trzecie życie. Nowa młodość czeka także The Magic School Bus… animowany serial dla dzieci z lat 90, co pokazuje wszechstronność z jaką do ekspansji w świecie telewizji przymierza się Netflix. Nie spoczywa na laurach, tylko idzie za ciosem i zamawia kolejne seriale:

      • Marco Polo – produkcja przejęta po tym jak kanał Starz porzucił projekt, budżet to, mimo wszystko oszałamiające, $90mln,
      • Narcos – opowiadający o życiu i śmierci Pablo Escobara,
      • BoJack Horseman – animowana komedia dla dorosłych, gdzie głos podkładają między innymi Aaron Paul i Will Arnett,
      • Sense8 – realizowany przez rodzeństwo Wachowskich we współpracy z Michaelem Straczynskim (tych nazwisk żadnemu miłośnikowi science fiction nie trzeba przedstawiać).

      Netflix4_WE the CROWD

      Jest też oczywiście deal z Marvel Comics, dzięki któremu na przestrzeni kilku najbliższych lat, poczynając od 2015 roku, będziemy mieć stały napływ seriali z superbohaterami Marvela w roli głównej. Ma powstać po 13 odcinków poświęconych odpowiednio Daredevilowi, Jessice Jones, Iron Fist i Luke’owi Cage, zakończonych 6-odcinkową miniserią, w której wystąpią wszyscy wyżej wymienieni. A to zapewne dopiero początek ekspansji. Netflix rośnie w siłę, a jego celem jest, jak mówi CEO firmy, Reed Hastings, „być HBO, zanim HBO stanie się Netfliksem”.

      Cena rewolucji

      Tylko za jaką cenę? Głównym powodem, dla którego lata temu wytwórnie filmowe odpuściły sobie rodzaj działalności, od którym przecież zaczynały wiek wcześniej, czyli produkcję, są jej wysokie koszty. Dużo bardziej opłacalnym modelem biznesowym jest czerpanie korzyści z dystrybucji. Już wcześniej Netflix borykał się z ryzykownym schematem działania, wydając ogromne pieniądze na opłaty licencyjne by zwabić nowych subskrybentów, których abonamenty sfinansują kolejne opłaty zachęcające następnych subskrybentów… jeśli przypomina Wam to piramidę finansową, nie jesteście w tym wrażeniu odosobnieni. Netflix może się pochwalić oszałamiającymi obrotami w wysokości ponad 4 miliardów dolarów, z czego zysk to marne 200 milionów. W jaki sposób serwis próbuje niwelować ryzyko utraty płynności? Podnosząc ceny, oczywiście. Na razie jedynie dla nowych subskrybentów; z dotychczasowych $7.99 do $8.99, przy dwuletniej gwarancji niezmiennej ceny dla dotychczasowych subskrybentów. Jaki wpływ ta zmiana będzie mieć na tempo wzrostu liczby abonentów i zyski, dowiemy się dopiero za kilka miesięcy.

      Netflix5_WE the CROWD

      Na ten moment Netflix ma bardziej palący problem: dostęp do Internetu. Jeśli myśleliście, że w Polsce pod względem monopolu sieci kablowych jest źle, nie macie pojęcia, jak źle sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych. Istnieją tam de facto dwie sieci: Time Warner i Comcast. Obie jawnie podpisały pakt o nieagresji, czyli podzieliły kraj między siebie; każde z nich w swoim rejonie ma faktyczny monopol na kablówkę, ale również Internet — to sieci kablowe są podstawowym dostawcą Internetu w USA. I pewnie nie zdziwi Was, że nie podoba im się rosnąca pozycja Netfliksu. Jak jej przeciwdziałać? Zwalniając transmisję danych i Sieci oraz wymuszając haracze od serwisu streamingowego za jej przyspieszenie. Można też działać bardziej długofalowo, czyli lobbować w Waszyngtonie tak by Kongres przyjął ustawę zezwalającą na uruchomienie Internetu dwóch prędkości i żądanie dalszych dodatkowych opłat. Od niedawna Netflix walczy z nieuczciwymi praktykami, informując internautów, z jakiego powodu film czy serial im się bufforuje dłużej niż zwykle – wina leży po stronie dostawcy Sieci, o czym informują komunikaty serwisu dla użytkowników.

      Netflix6_WE the CROWD

      Zatem rozwijając swój model biznesowy i budując medialne imperium Netflix otoczony jest z każdej strony przez rywali i konkurencję. Po jego stronie murem stoją za to widzowie, czyli coraz liczniejsza grupa subskrybentów, albowiem interes Tłumu i medialnych potentatów nie zawsze idą ze sobą w parze. Widzowie wiedzą, jak temu zaradzić; Tłum potrafi nie tylko zakomunikować, czego żąda, ale i postawić na swoim, jest aktywny, przedsiębiorczy i wymaga dla siebie tylko tego, co najlepsze. Netflix zdaje się to rozumieć i wykorzystywać. Walcząc o utrzymanie się powyżej linii opłacalności i dążąc do uzyskania poklasku krytyków telewizyjnych i widzów, ten pionierski serwis streamingowy czuje oddech konkurencji na swoich plecach: Amazon, Hulu, Yahoo, czy HBO nie śpią. Także tradycyjna telewizja zmienia się pod wpływem internetowej rewolucji. Ale o tym więcej w kolejnych tekstach. Tymczasem: miłego oglądania!

      Współautorką tekstu jest Agnieszka Smoręda.

        Szkolenia

        Skomentuj