Czytelnicy jak mecenasi. Dziennikarstwo finansowane przez społeczność

Przeczytasz w 8 minut Crowdfunding
Autor 5 czerwca 2017

Crowdfunding pozwala na społecznościowe finansowanie projektów charytatywnych, artystycznych, a nawet startupów. A co gdyby tak wykorzystać tę metodę do finansowania dziennikarstwa i niezależnych mediów? To już się dzieje. Pora zacząć uczyć się od najlepszych.

Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

Przez dekady głównym źródłem finansowania prasy byli czytelnicy. Obok zakupu wydań papierowych gazety czy tygodnika, duże znaczenie miała prenumerata. Pomijając wygodę wynikającą z otrzymywania swojego ulubionego tytułu “pod drzwi” i często drobną oszczędność, była to swoista deklaracja. Demonstrowała określoną przynależność światopoglądową czytelnika. Stanowiła wyraz zaufania i poparcia dla jakości prezentowanych przez redakcję treści, poziomu dziennikarstwa. Później model oparty na prenumeracie zaczęła wypierać bardziej dochodowa reklama. Wrosła w ekosystem mediów na trwałe, a wraz z nią nowe formy wpływu i zależności.

Rozwój technologii cyfrowych zmienił reguły gry dla prasy. Chociaż reklama nadal pozostaje dominującym źródłem finansowym, to prenumerata zaczyna wyraźnie (od)zyskiwać na znaczeniu – czy to w postaci artykułów płatnych, subskrypcji treści, czy… crowdfundingu.

“N” jak Niezależny

Wyobraźmy sobie taką sytuację. W 1972 roku redakcja The Washington Post wstrzymuje tekst Woodwarda i Bernsteina o aferze Watergate. Wygrywają interesy ekonomiczne i lęk przed decydentami, prezydent Nixon naruszając podstawowe reguły prawa utrzymuje swój urząd.

Albo pomyślmy, ile osób więcej zginęłoby w Azji Południowo-Wschodniej, gdyby nagle przerwano wypowiedź Waltera Cronkite’a o wojnie w Wietnamie, która ostatecznie pogrzebała poparcie dla tego konfliktu w oczach amerykańskiej opinii publicznej.

Niezależne i rzetelne dziennikarstwo nie jest tylko sloganem, ale wartością, która potrafi kształtować historię.

Przenieśmy się na Słowację do roku 2014. Wówczas to SME, jeden z najpopularniejszych dzienników w kraju, został kupiony przez potężna grupę finansową Penta. Jej powiązania i działania mające na celu wywieranie wpływu na lokalną politykę od lat stanowiły źródło kontrowersji. Reakcja redakcji była natychmiastowa. Niemal połowa pracowników odeszła z pisma, z wicenaczelnym Tomášem Bellą na czele. Założyli oni nową gazetę – Dennik N. Jak pozyskali na to środki? Poprzez crowdfunding, ze wsparciem społeczności.

Podobne sytuacje powtarzały i powtarzają się w innych europejskich krajach. W 2014 roku redakcję El Mundo (uznawanego za jeden z najlepszych europejskich dzienników) zmuszony był opuścić jego założyciel Pedro J. Ramírez. Podejrzewa się, że za decyzją wydawcy stała presja wywierana przez rządzącą Partię Ludową, o której skandalach korupcyjnych pisano na łamach dziennika.

Podobnie jak Tomáš Bella, Ramirez szybko zdecydował się założyć nowy dziennik El Español.

Pedro J. Ramírez, założyciel i redaktor naczelny El Español

Kiedy na początku ubiegłego roku zostałem zwolniony ze stanowiska redaktora naczelnego El Mundo – kiedy stałem się ofiarą tej epidemii, która “zabiła” redaktorów w trzech innych gazetach – wtedy zdecydowałem, że nadszedł czas pokazać, że moje teorie były słuszne.

Kliknij i rozwiń

Jak Ramirez sfinansował swoją nową gazetę? Ponownie: crowdfunding, w tym przypadku w modelu udziałowym.

Warto wymienić jeszcze dwa tytuły, które wybrały drogę finansowania społecznościowego: niemiecki Krautreporter oraz chyba najsłynniejszy w tym towarzystwie holenderski De Correspondent. Założyciele tego ostatniego, czyli Ernst-Jan Pfauth i Rob Wijnberg, którzy wcześniej pracowali w NRC Handelsblad uważane za holenderski odpowiednik The New York Times, byli przede wszystkim rozczarowani stanem współczesnego dziennikarstwa. Chcieli stworzyć własne medium – odporne na spłycanie rzeczywistości i okrajanie z kontekstu. Medium bez kompromisów, do których zmuszona jest prasa uzależniona od masowego (uśrednionego!) czytelnika i od reklamodawców.

W każdej z tych historii niczym mantra powracają motywy ucieczki przed tanim newsem, słabym dziennikarstwem oraz zależnością od grup wpływu. Niezależność i chęć uprawiania poważnego dziennikarstwa – to tak naprawdę dwa najważniejsze powody, dla których prasa zwraca się bezpośrednio do społeczności czytelników. Warto zaznaczyć, że mowa tu o niezależności w dwóch wymiarach:

  • Niezależności od struktury własności i struktury korporacyjnej. Dobrzy dziennikarze chcą realizować swoją misję bez ograniczeń wynikających z własności pisma oraz sieci powiązań politycznych i finansowych. Chcą odpowiadać przed czytelnikami, nie podlegać autocenzurze.
  • Niezależności od reklamodawców idącej w parze z wolnością od tabloidyzacji i kultury clickbaitu. Redakcje, których głównym źródłem utrzymania jest reklama, obarczone są presją wyświetleń i kliknięć. De Correspondent kompletnie zrezygnował w swoim serwisie z reklam na rzecz finansowania przez społeczność, co gwarantuje utrzymanie wysokiego poziomu publikowanych treści.

Nie bez znaczenia jest też to, jak negatywnie odbił się na rynku mediów kryzys finansowy 2008 roku. Niższe wpływy z reklamy, która stanowiła lwią część wpływów, doprowadziły do sytuacji, w której redakcje musiały obniżać koszty – najczęściej szukając oszczędności wśród pracowników. W samej Hiszpanii od 2008 roku zwolniono aż 11 000 dziennikarzy i pracowników mediów. Dziennikarze coraz chętniej wybierają crowdfunding, bo finansowanie ze wsparciem czytelników staje się po prostu ekonomicznie zasadne.

Sfinansuj redakcję… albo podcast

Największe sukcesy crowdfundowanych startupów dziennikarskich, jak El Español ($3.1 mln), Krautreporter ($1.38 mln) i De Correspondent ($1.3 mln) to wierzchołek góry lodowej. Przyglądając się statystykom Kickstartera, najpopularniejszej platformy finansowania na świecie, która w połowie 2014 r. wprowadziła specjalną kategorię projektów dziennikarskich, można spojrzeć na rozwój tego trendu jak przez soczewkę.

  • W latach 2009-2015, 658 inicjatyw powiązanych z dziennikarstwem zgromadziło blisko $6,3 mln.
  • Taka kwota nie imponuje w porównaniu z innymi kategoriami kampanii realizowanych na platformie. Jednak wzrost jest wyraźny: z roku na rok społeczność coraz chętniej finansowała projekty dziennikarskie.
  • Rokrocznie rośnie także “tłum” mecenasów, czyli liczba osób w społeczności chętnych wspierać dziennikarzy. Na początki drogi Kickstartera w 2009 r. były to zaledwie 792 osoby, w 2015 r. – 25 651 wspierających.
  • Projekty zakładane przez organizacje (np. ProPublica czy Boston Review) stanowią mniejszość – 22%. W większości po finansowanie społecznościowe sięgały pojedyncze osoby bądź małe grupy (łącznie 62% wszystkich projektów).
  • Równocześnie można zaobserwować dużą różnorodność formatów dziennikarskich, które były finansowane – filmy dokumentalne, przez fotoreportaże, aż po serwisy WWW bądź blogi.

Wśród najchętniej finansowanych przez społeczność projektów dziennikarskich i około dziennikarskich na Kickstarterze były m.in.:

  • Matter, magazyn o technologii, nauce i środowisku, skupiony na długich formach dziennikarskich;
  • czy bellingcat, czyli inicjatywa obywatelskiego dziennikarstwa śledczego (!) oparta na modelu i danych open source.

Jednak gros tego typu projektów to nie zbiórki na całe serwisy czy redakcje, a raczej serie radiowe, podcasty, fotoreportaże, filmy dokumentalne – długi ogon (50-70% ogółu) mniejszych, często indywidualnych przedsięwzięć. Podkreślmy, że mowa tu wyłącznie o Kickstarterze, który udostępnia swoje statystyki. Jest jeszcze cały krajobraz inicjatyw realizowanych na mniejszych platformach regionalnych lub całkowicie z pominięciem pośredników, tak jak zrobili to najwięksi, czyli De Correspondent czy Dennik N. Na horyzoncie pojawiają się także rozwiązania mikropłatnościowe (Blendle i Tipsy) oraz crowdfunding w modelu udziałowym.

Sukces, czyli początek

Sfinansowanie projektu to zaledwie początek długiej drogi. De Correspondent stale rozwija się, zdobywając miesięcznie około 800 nowych czytelników. Holenderski dziennik opiera swój model biznesowy na płatnym dostępie do treści (miesięcznym bądź rocznym). Roczna subskrypcja wynosi 60 euro. Z tej opcji korzysta 37 tys. użytkowników, z których 82% decyduje się na odnowienie dostępu. Podobnie jak społeczność portalu, rozwija się jego redakcja – w początkach istnienia liczyła 13 członków, obecnie jest to 40 osób plus około 30-40 freelancerów stale współpracujących z gazetą.

De Correspondent udało się sfinansować pozyskując opłatę subskrypcyjną od 15 tys. czytelników, podobnie jak Dennik N i Krautreporter. Inaczej zrobił El Español sprzedając czytelnikom nie prenumeratę a… udziały w gazecie, czyniąc ich w praktyce jej współwłaścicielami. Dziś stawiają na mieszany model biznesowy. Oprócz subskrypcji, które dają użytkownikom dostęp do pewnych przywilejów, takich jak udział w wydarzeniach czy możliwość tworzenia tekstów publikowanych w serwisie (po analizie merytorycznej redakcji), serwis utrzymuje się też z reklam i treści sponsorowanych. Ta mieszanka ma doprowadzić portal do zysków rzędu 100 mln euro w 2020. Obecnie El Español może poszczycić się 13,5 milionami unikalnych użytkowników.

Dennik N jako jedyny w tym towarzystwie ukazuje się w formie fizycznej w nakładzie 5 tysięcy egzemplarzy (i to w dodatku 5 razy w tygodniu!). Mimo to większość zysków stanowi wydanie cyfrowe. Głównym źródłem utrzymania Dennika są subskrypcje (które stanowią 85% jego dochodów). Pismo Tomáša Belli posiada bardzo złożoną ofertę prenumeraty – aż 35 rodzajów! Waha się ona od 70 eurocentów aż do 15 euro i jest dopasowana dokładnie do potrzeb indywidualnych użytkowników. By precyzyjnie spersonalizować prenumeraty gazeta współpracuje ze startupem Exponea, który zapewnia rozwiązania umożliwiające dokładne dopasowanie oferty do zachowań i zwyczajów użytkowników.

Zanim spróbujesz (a warto)

Czy crowdfunding w dziennikarstwie ma szanse na polskim rynku? Już teraz możemy powiedzieć, że tak. Wystarczy spojrzeć na przykłady takie jak Secret Service / Pixel, Nowe Nowe Peryferie, Nowy Obywatel, Liberte! czy Miasto Ł. Nie zapominajmy też o Oko.press. Może zatem pora sięgnąć po wsparcie społeczności?

Spróbujemy przedstawić Ci kilka wskazówek dzięki którym kampania ma szansę zakończyć się sukcesem. Opieramy je na podstawie największych w historii crowdfundowanego dziennikarstwa sukcesach:

  1. Eksponuj swoje wartości i idee a nie końcowy produkt. Wszystkie redakcje budowały wokół siebie określony ruch o wspólnym mianowniku ideowym i światopoglądowym. Oprócz zbierania funduszy gromadziły przecież grono swoich przyszłych czytelników.
  2. Zaoferuj odbiorcom alternatywę. Wszystkie redakcje stały w kontrze do klasycznych mediów, oferując to, czego odbiorcy nie znajdą u konkurencji na rynku. El Español nie spuszcza oka z rządzących. De Correspondent i Krautreporter mówią “nie” jakiejkolwiek formie reklamy.
  3. Wykorzystaj swój autorytet. Dokonania i wizerunek dziennikarzy stojących za projektami na pewno nie przeszkodziły w sukcesie El Español (Pedro J. Rámirez), De Correspondent (Rob Wijnberg i Ernst-Jan Pfauth) czy Krautreporter (Sebastian Esser).
  4. Zaoferuj ciekawe nagrody i doświadczenia. Prenumerata i wsparcie idei to nie wszystko. Możesz zaprosić hojnych darczyńców na wspólny lunch, zaoferować przemówienie, zorganizować ekskluzywny warsztat, wysłać zdjęcie redakcji z autografami itd.
  5. Rozważ crowdfunding samodzielny. De Correspondent i Krautreporter finansowały się poza tradycyjnymi platformami, wykorzystywały swoją infrastrukturę (np. stronę internetową) w celu zbierania funduszy. Oczywiście, założyciele tych tytułów mieli już rozpoznawalne nazwiska i renomę w środowisku oraz wśród czytelników.

Czytelnik, mecenas, współtwórca, uczestnik

Zaangażowanie odbiorców nie musi kończyć się (i naszym zdaniem nie powinno!) na wspieraniu finansowym ulubionej redakcji. Społeczność finansuje projekty dziennikarskie, bo chce wspierać coś, co uznaje za ważne i potrzebne. Po prostu oczekuje dobrego dziennikarstwa.

Ernst-Jan Pfauth, założyciel De Correspondent

Nie uważam, żeby nasi wspierający, mecenasi, kupili od nas produkt. Oni dołączyli do ruchu – takiego, który nie podlega regułom tradycyjnej prasy.

Kliknij i rozwiń

Crowdfunding to część szerszego zjawiska w ramach kultury partycypacji i prosumpcji, w tym angażowania odbiorców we współtworzenie treści medialnych. Technologia Web 2.0, social media, otworzyły możliwość głębszego udziału użytkowników, np. poprzez komentarze, pomysły na teksty, czy dzielenie się zdjęciami, wideo. Dziś to nie prowadzenie bloga jest objawem obywatelskiego dziennikarstwa, ale livestream. To powinno skłaniać redakcje – szczególnie te, które zbudowały wokół siebie społeczności – do pójścia krok dalej od crowdfundingu, czyli crowdsourcingu i otwartego dziennikarstwa. Wykorzystania wkładu od czytelników, współtworzenia treści, zbierania sugestii dot. tematów artykułów.

Dobrym przykładem jest niemiecki Merkurist umożliwiający swoim czytelnikom dobór tematów redakcyjnych. Proces opiera się o tzw. snipy – propozycje tematów artykułów mieszczących się w długości tweeta (120 znaków). Podobnie, jak w większości projektów opartych na crowdsourcingu, o dalszym losie danego artykułu decydują czytelnicy poprzez głosowanie. Merkurist utrzymuje się głównie z reklam, posiada obecnie bazę przeszło 200 tys. użytkowników. Możliwość tworzenia tekstów publikowanych w serwisie przewiduje także dla swoich członków El Español (o tym pisaliśmy wyżej).

Myślenie społecznościowe, nie tylko crowdfundingowe, może być renesansem profesjonalnego dziennikarstwa, które od dekad ma pod górkę. Odwaga i chęć współpracy z czytelnikami to pierwszy krok. Każdy kolejny być może zbliży nas do wizji, którą De Correspondent nosi na sztandarach:

Bez politycznej ideologii, ale z dziennikarskimi ideami. Stawiający rzemiosło dziennikarskie nad przychodami. Od czytelników do uczestników. Bez reklam, bez partnerów. Bez grup docelowych, za to z pokrewnymi duszami. Ambitny w ideach, skromny. W całości cyfrowy.

Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Internet dla wykluczonych (3) Outernet

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration

    Syed Karim zakładając swój startup postawił sobie śmiały cel: dostarczyć internet wszystkim – za darmo i w najbardziej podstawowej formie. Jak? Tworząc “publiczną bibliotekę w kosmosie”.

    Poprzednią część serii możesz przeczytać tutaj

    Brzmi jak przesada? Może odrobinę, ale w gruncie rzeczy to istota projektu. Outernet działa jak radio cyfrowej epoki – transmituje treści przez satelitę, z wykorzystaniem fal radiowych i działa tylko w jedną stronę. To gwarantuje dostęp do informacji dla jak największej ilości ludzi, na czym najbardziej zależy twórcy projektu. Kiedy mówimy o internecie, mamy na myśli dwie jego podstawowe funkcje – komunikację i dostęp do informacji. To ta pierwsza stanowi największe wyzwanie. Dlatego Karim zdecydował, że jego firma w pierwszej kolejności zapewni podstawowy dostęp do newsów, informacji i edukacji każdemu, bez względu na dochód czy geografię, jednak bez możliwości uploadu danych, wysyłki e-maili, czy czatu. To radykalnie zwiększyłoby koszty i ograniczyło skalę. Przynajmniej na ten moment.

    Misja Outernetu to dać dostęp do informacji bez cenzury, w celach edukacyjnych i ratowniczych

    Jak działa Outernet?

    Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: podobnie jak radio.

    1. Transmisja. Plik w dowolnym formacie (np. wideo czy strona internetowa) konwertowany jest na sygnał radiowy i transmitowany za pośrednictwem satelit na cały świat.
    2. Demodulacja. Odbiornik “łapie” sygnał radiowy i dekoduje go, “rozpakowując” oryginalny plik. Dane zostają automatycznie zapisane na dysku wewnętrznym odbiornika.
    3. Dostęp. Odbiornik działa trochę jak lokalny serwer. Zmienia się w hotspot Wi-Fi i umożliwia innym użytkownikom połączenie z dowolnego urządzenia, a w rezultacie korzystanie z pobranych treści.

    Outernet produkuje i sprzedaje niedrogi, zasilany energią słoneczną odbiornik Lantern, który łączy się z satelitą i pozwala pobierać (jednak nie wysyłać) dane. Mogą to być wpisy z Wikipedii, newsy z CNN czy BBC, wideo streamy z TEDa, mapy, ebooki itd. W doborze treści dużą rolę odgrywa crowdsourcing, a Lantern trafił na rynek dzięki crowdfundingowi, ale o tym za moment. W tym punkcie warto zaznaczyć jeszcze, że startup wychodzi naprzeciw potrzebom mieszkańców krajów rozwijających się, dlatego stawia na rozwiązania open source i DIY (Do it yourself). Każdy może zbudować własny odbiornik wykorzystując udostępniony software i instrukcje.

    Outernet w akcji, czyli co to zmienia?

    Wiele, pozostając przy prostych odpowiedziach na trudne pytania. Lantern czy inny odbiornik nadający na falach Outernetu może:

    • pomóc ratować życie w sytuacjach kryzysowych i katastrof naturalnych, kiedy zniszczeniu uległa infrastruktura na ziemi. Lantern można dostarczyć drogą powietrzną i natychmiast wykorzystać do przekazu informacji (mapy, instrukcje, komunikaty ratunkowe).
    • ułatwiać dostęp do wolnej informacji i prawdy w krajach autorytarnych i totalitarnych, w których dominuje cenzura. Porównania z (Cyfrowym) Radiem Wolna Europa nie są w tym wypadku bezpodstawne.
    • wesprzeć wysiłki edukacyjne w krajach rozwijających się. Jeden odbiornik na szkołę to cała biblioteka – co dzień zestaw nowych książek, obrazów, filmów, wpisów w Wikipedii dla kilkuset głodnych multimedialnej wiedzy uczniów.

    To ostatnie już się dzieje, m.in. w Kenii, Ugandzie i Malawi.

    Zastosowań jest i będzie oczywiście więcej. W końcu to namiastka internetu, która zawsze okaże się lepsza niż brak internetu. Jest tylko jedno “ale”: skala. Aby rozwiązanie stało się powszechne, potrzebne jest finansowanie i zaangażowanie odbiorców.

    Rozwój przez crowdfunding i crowdsourcing

    Outernet może stanowić wzór dla innych startupów w kontekście tzw. growth hackingu, czyli technik błyskawicznego wzrostu. Założyciel Syed Karim ciągle wpada na nowe, ciekawe pomysły i tak się składa, że najczęściej uwzględniają one mechanizmy społecznościowe. To akurat miód na nasze serca.

    Crowdsourcing

    Outernet na obecną chwilę jest w stanie transmitować do 100 gigabajtów danych dziennie. To oznacza, że trzeba dokonać selekcji i tu do gry wkracza crowdsourcing. Startup pozostawia tę kwestię w rękach Tłumu, oddając w jego ręce specjalny system, który umożliwia:

    1. Sugerowanie (a właściwie uploadowanie) treści.
    2. Głosowanie, w wyniku którego wybierane są te, które trafią do transmisji.

    Każdy ma możliwość przedstawić swoją propozycję i oddać głos, współtworząc Outernet. Mając jednak na uwadze różnice w potrzebach informacyjnych kompletnie odmiennych regionów, twórcy chcą dodatkowo współpracować z lokalnymi stacjami radiowymi, prasą i bibliotekami, aby zapewnić dostęp do przydatnego contentu. W planach jest nawet wykorzystanie WhatsApp i Messengera do zbierania sugestii dot. treści.

    Ponadto, firma stawia na rozwiązania open source, udostępniając instrukcje i software potrzebny do budowy własnych odbiorników, zachęcając przy tym do dzielenia się rezultatami z innymi. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej obniżyć bariery użytkowania i przyspieszyć popularyzację Outernetu.

    Nie zapominajmy, że crowdsourcing stanowi nieodłączny element samego mechanizmu funkcjonowania Outernetu. Pobierając dane za pośrednictwem odbiornika, jednocześnie tworzymy hotspot dla innych użytkowników, czyli… także sharing economy i wspólna konsumpcja, bo jeden Lantern to zasób współdzielony przez kilka osób jednocześnie. Namacalny przykład na to, jak na wielu poziomach zastosować crowdsourcing w jednym tylko przedsięwzięciu, obniżając przy tym koszty i budując zasięg wykładniczo.

    Crowdfunding

    Wiecie jak Outernet sfinansował swój niedrogi, wytrzymały, zasilany słonecznie odbiornik Lantern? Bądźmy poważni, pewnie, że wiecie – ten crowdfunding nie stoi tu bez powodu. Na początku 2015 r. startup wystartował z kampanią na Indiegogo, którą zakończył dużym sukcesem (235% docelowej kwoty, tj. 689 tys. dol.). Sfinansowanie urządzenia i wypuszczenie go na rynek stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą było wypromowanie samej idei i kolejna fala wzmianek w mediach, mających do dyspozycji niezły catchphrase: biblioteka na każdą kieszeń.

    Co dalej?

    Dzięki inwestycji ze strony MDIF (Media Development Investment Fund), Outernet uruchomił swój pierwszy sygnał satelitarny 11 sierpnia 2014 r., obejmując zasięgiem Amerykę Płn., Europę i częściowo Bliski Wschód oraz Afrykę Płn. Niedługo później firma weszła w partnerstwo z Bankiem Światowym operującym w Sudanie Południowym, gdzie rozpoczęto testowanie projektu. To jednak za mało. Konstelacja małych satelit mogłaby stworzyć infrastrukturę, która otworzy “parasol” nad głowami użytkowników – również tych, którzy jeszcze nie słyszeli o Outernecie.

    A grupa odbiorców musi stale rosnąć, żeby startup mógł zarabiać. Jest wiele marek i organizacji, które pragną dotrzeć do wykluczonych ze swoim komunikatem. Im więcej osób pod “parasolem” Outernetu, tym wyższa prowizja za transmisję treści sponsorowanej. Są też oczywiście zyski ze sprzedaży Lantern.

    Najważniejszy cel długoterminowy założyciela Syeda Karima to otwarcie Outernetu również w drugą stronę, tak, aby dane mogły płynąć nie tylko do, ale i od użytkowników. Za moment może okazać się, że to to warunek konieczny, bo po piętach startupowi depczą podobne projekty Facebooka i Google. O nich już niebawem.

      Szkolenia

      Skomentuj

      Miej auto bez auta. O co chodzi w miejskim carsharingu?

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration

      Od kilku lat w największych polskich miastach możemy wypożyczać i współdzielić z innymi „miejskie” rowery. Wystarczy podejść do stanowiska, wykonać kilka kliknięć w swoim smartfonie i odjechać, a po skończonej przejażdżce odstawić na dowolnej stacji. A gdyby tak zrobić to samo z autami?

      Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

      W naszym tekście poświęconym podróżowaniu w czasach sharing economy pokrótce opisaliśmy zjawisko carsharingu, czyli możliwości współdzielenia samochodu przez więcej niż jednego użytkownika. W tym miejscu od razu rozróżnijmy dwa modele:

      • carsharing P2P (bądź B2B), w ramach którego użytkownicy użyczają innym użytkownikom swoich aut, czyli de facto współdzielą je “w sądziedztwie”. Łączą ich marketplaces – platformy i aplikacje sharing economy rodzaju Turo czy Getaround.
      • carsharing B2C, działający jak miejska wypożyczalnia samochodów, dysponująca własną flotą. Użytkownicy także mogą swobodnie i według własnego uznania korzystać z aut, jednak użycza im ich miasto albo usługodawca, taki jak Zipcar, Car2Go, czy polski Traficar.

      W naszym tekście weźmiemy pod lupę wyłącznie ten drugi model – B2C – dlatego pisząc “miejski carsharing” lub po prostu “carsharing” będziemy mówić o współdzieleniu przez użytkowników (Consumers) samochodów, które są własnością podmiotu komercyjnego (Business).

      O co chodzi w miejskim carsharingu?

      Wspólne użytkowanie samochodu nie różni się specjalnie od wspomnianych wcześniej rowerów miejskich i sprowadza się do:

      • możliwości wynajęcia zaparkowanego w określonym punkcie pojazdu z wykorzystaniem dedykowanej do tego aplikacji,
      • odbycia podróży (jej długość zależy od potrzeb użytkownika),
      • pozostawieniu samochodu w określonym punkcie,
      • zapłacenia za podróż (w zależności od jej długości i czasu).

      Codzienne wykorzystanie możliwości carsharingu na przykładzie Traficar


      To, co wyróżnia carsharing na tle innych rozwiązań związanych z transportem współdzielonym to przede wszystkim większa swoboda. Dlaczego? Możemy korzystać z wynajętego pojazdu przez tyle czasu ile potrzebujemy, nie będąc ograniczonym określoną trasą (jak w przypadku ridesharingu, czyli np. BlaBlaCar) a także możemy zostawić na chwilę zaparkowany pojazd nie musząc ponownie zamawiać transportu (tak byłoby w przypadku ridesourcingu, np. Uber i Lyft).

      W odróżnieniu od tradycyjnych form wynajmu pojazdów, takich jak wypożyczalnie samochodów bądź leasing, carsharing drastycznie obniża koszty. Płacimy za faktyczny dystans, który przejeżdżamy (większość wypożyczalni wykorzystuje stawkę dobową), nie ponosimy też kosztów paliwa czy ubezpieczenia.

      Czy to się sprawdza?

      Zalety

      Według raportu Frost & Sullivan 2015 roku z usług carsharingowych korzystało około 7,9 mln osób na całym świecie. Ilość dostępnych pojazdów wynosiła 112 tys. Jak pokazują szacunki do roku 2025 nastąpi gwałtowny wzrost popularności tego trendu z 36 mln użytkowników korzystających z 427 tys. pojazdów. Dlatego najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Dłuższa: że wynika to bezpośrednio z licznych zalet korzystania z auta bez jego posiadania.

      • Oszczędność – ze względu na krótkoterminowość korzystania z auta, ceny mogą wynosić nawet kilka złotych (opłaty minutowe, godzinowe). Kusi też możliwość korzystania z buspasa oraz z niskiej (lub zerowej) opłaty parkingowej.
      • Niski stopień formalizacji i komplikacji – proces wynajęcia samochodu odbywa się za pośrednictwem aplikacji i jest w większości zautomatyzowany.
      • “Odkorkowanie” miasta i przestrzeni parkingowych – w miastach, w których funkcjonują usługi carsharingowe maleje ilość pojazdów poruszających się po drogach. Wpływa to także bezpośrednio na zwiększenie ilości (bezcennej) wolnej przestrzeni parkingowej w centrach miast.
      • Obniżenie poziomu zanieczyszczeń – mniej pojazdów to mniej spalin i hałasu (także traktowanego jako zanieczyszczenie). Na korzyść carsharingu przemawia również to, że w polskich flotach dostępne są auta spalinowe spełniające europejski standard emisji spalin (Euro 6) lub auta elektryczne.

      Wady

      Nie oznacza to jednak, że carsharing to święty Graal transportu, który nie ma wad. Tych jest kilka, choć zdecydowanie nie przeważają nad zaletami.

      • Ograniczenie geograficzne – większość operatorów carsharingowych jest dostępnych jedynie na terenie jednego miasta. Utrudnia to niestety odbycie dłuższej podróży poza jego granice (samochód musimy zostawić na terenie miasta, w którym działa dany operator). Dodatkowym problemem może być ograniczony zasięg pojazdów elektrycznych, które w krajach o infrastrukturze niedostosowanej do ich potrzeb (jak Polska) mogą mieć trudności w przejechaniem długich dystansów.
      • Znalezienie i dotarcie do pojazdu – carsharing to nie taksówka czy Uber. Po zarezerwowaniu samochodu musimy przejść w miejsce, w którym będzie on zaparkowany. Czasem może prowadzić to do sytuacji, w której poświęcamy tyle samo czasu na dotarcie do pojazdu, ile na samą jazdę (co w deszczową pogodę nie jest przyjemną perspektywą). Wzrost dostępności aut z pewnością stopniowo będzie redukować ten problem.
      • (Nie)dostępność aut w godzinach szczytu – rosnąca popularność carsharingu może prowadzić do sytuacji, w której flota samochodów nie wystarcza do obsługi wszystkich użytkowników. Jest to jednak uciążliwość, która dotyka także inne formy podróżowania w dużych miastach. Tutaj, podobnie, problem może rozwiązać poszerzenie floty usługodawców carsharingowych.

      Kto i gdzie? Miejski carsharing w Polsce i na świecie

      Na świecie

      Początki carsharingu w modelu B2C sięgają lat 80. i 90. To wówczas w państwach takich jak Szwajcaria, Niemcy, Szwecja, Holandia, Kanada i USA zaczęły powstawać (często współfinansowane ze środków publicznych) małe firmy oferujące dostęp do floty samochodów “na godzinę”. Rozkwit przypada jednak na początek XXI wieku. W 2000 roku w USA powstają firmy takie jak Zipcar, Flexcar czy CarClub. Ich szybki rozwój przyczynia się do coraz większej popularyzacji zjawiska. W 2012 roku usługi carsharingowe są już dostępne w 27 krajach, przy liczbie około 1,7 mln użytkowników. Obecnie jednymi z najpopularniejszych dostawców usług tego typu na świecie są marki Zipcar oraz Autolib.

      Rozwój popularności carsharingu nie umknął także uwadze innych graczy działających na rynku transportu. Jednymi z pierwszych marek, które zareagowały na to zjawisko były wypożyczalnie samochodów. Już w 2008 roku zaczęły tworzyć one swoje usługi carsharingowe. Wśród nich można wymienić Hertz on Demand, WeCar, Uhaul Car Share, Avis On Location.

      Za trendem zaczęły podążać także duże koncerny motoryzacyjne. Wynika to między innymi z obawy przed utratą młodych klientów (którzy chętnie sięgają po carsharing), jak i chęci utrzymania zainteresowania branżą motoryzacyjną. W 2008 roku Daimler stworzył własną markę Car2Go. Usługa jest dostępna w 30 miastach świata i dysponuje flotą przeszło 14 tys. samochodów. Przy liczbie 2 milionów klientów jest ona obecnie największą usługą carsharingową na świecie. Oprócz Daimlera serwisy carsharingowe w swoim portfolio mają także:

      • BMW – założona wraz z siecią wypożyczalni Sixt spółka DriveNow.
      • Volkswagen – zamknięty w 2016 roku serwis Quicar. Użytkownicy, jak i flota samochodów zostali przejęci przez Greenwheels, w którym VW ma 60% udziałów.
      • General Motors – być może najciekawiej rozwijana spośród wymienionych usługa Maven, która od niedawna umożliwia nie tylko carsharing, ale także przyjmowanie drobnych zleceń (gigs) we współpracy z Lyft i Uberem lub samodzielnie.
      • Citroën – usługa Multicity,
      • Mercedes – wprowadzona pod koniec zeszłego roku usługa Croove.

      Maven należący do General Motors


      W Polsce

      Rynek polski szybko dogania Zachodni. Usługi carsharingowe są już dostępne w kilku największych polskich miastach, m.in.:

      Polskie usługi carsharingowe swoim działaniem nie odbiegają od wzorców zagranicznych i różnią się między sobą jedynie szczegółami (dostępne typy samochodów, sposób naliczania opłat i ich stawki itp.).

      Magdalena Hibner, Marketing Manager, Traficar

      Chyba możemy już śmiało powiedzieć, że od chwili startu Traficara w 2016 r. krakowianie pokochali szybkie wynajmowanie samochodów na minuty. Ze statystyk wynika, że najczęściej podróżują nimi na zakupy oraz uczelniane wydziały. W ciągu pół roku od uruchomienia usługi z naszej floty skorzystało 8000 użytkowników. Wszystkie samochody przejechały w tym czasie 400 tys. kilometrów.

      Średni czas trwania kursu wynosi około 30 minut, choć z miesiąca na miesiąc się dynamicznie się zmienia. Obserwujemy też, że z coraz większym entuzjazmem klienci korzystają z tzw. opłaty postojowej, której koszt to 0,10 za minutę (łatwe przeliczenie: 6 zł za godzinę).

      Kliknij i rozwiń

      Perspektywy rozwoju

      Według wspomnianych już przez nas szacunków Frost & Sullivan do roku 2025 z carsharingu będzie korzystało 36 mln osób na całym świecie. Z kolei BCG szacuje, że do roku 2021 liczba sprzedanych samochodów zmniejszy się o 792 tysiące! Ma to wynikać z rosnącej popularności zjawiska w Ameryce i w Europie, a także coraz większej penetracji rynku przez rozwiązania współdzielenia w regionie Azji i Pacyfiku.

      Zwiększająca się gęstość zaludnienia w miastach, rosnące zanieczyszczenie powietrza i zmiana podejścia do własności wśród przedstawicieli młodego pokolenia prowadzą do sytuacji, w której carsharing wraz z innymi rozwiązaniami z obszaru sharing economy wydaje się przyszłością transportu. Już dziś coraz więcej miast w długofalowych strategiach rozwoju uwzględnia wprowadzenie tego typu usług na swoim terenie. Idzie to w parze z decyzjami władz, które mają zniechęcać mieszkańców do wykorzystywania swoich samochodów w centrach miast (wysokie opłaty parkingowe, duży stopień sformalizowania bądź koszty rejestracji nowego pojazdu).

      Pamiętajmy też, że carsharing ma wpływ na zmniejszenie natężenia ruchu, hałasu i obniżenie zanieczyszczenia spalinami. To sprawia, że władze lokalne coraz chętniej sięgają po rozwiązania, które tworzą przyjazny klimat wokół tego modelu współdzielenia zasobów. Spośród nich można wyróżnić:

      • zlecanie badań służących sprawdzeniu wykonalności i prawdopodobieństwa sukcesu usługi carsharingowej na terenie danego miasta.
      • włączenie carsharingu w długofalową strategię komunikacyjną miasta, np. wyodrębnienie specjalnych stref parkowania dla wynajmowanych pojazdów, umożliwienie poruszania się po bus pasach itp.
      • obniżenie kosztów operatorów, np poprzez zmniejszenie bądź oferowanie darmowej możliwości parkowania w strefach miejskich.
      • współpraca i konsultacje ze społecznością, organizacjami i miastami, które promują bądź korzystają z carsharingu.
      • prowadzenie programów carsharingowych dostępnych dla pracowników magistratu, (np. współpraca Houston z Zipcar).

      W Polsce taka forma współpracy między dostawcami usług, a władzami dopiero przed nami.

      Piotr Groński, Prezes Zarządu, Traficar

      Obecnie brakuje regulacji prawnych dla dostawców usług carsharingowych. Miasta posługują się obecnie narzędziem przetargu, w efekcie którego jedna zwycięska firma ma otrzymać uprzywilejowaną pozycję np. dostęp do buspasów. W naszej ocenie optymalnym rozwiązaniem byłoby stworzenie przepisów na poziomie ogólnopolskiej ustawy czy w ramach kompetencji samorządów oferujących wsparcie całej kategorii, a więc wszystkim firmom, które oferują usługi carsharingowe. Dofinansowanie jest zdecydowanie bardziej uzasadnione w przypadku komunikacji publicznej (także rowerów) niż wynajmie samochodów.

      Kliknij i rozwiń

      Carsharing miejski rozwija się w Polsce szybciej niż jego brat, czyli model P2P, dzięki czemu najpewniej zajmie silną pozycję w rodzimym krajobrazie sharing economy. W Warszawie, Krakowie, czy Wrocławiu swobodne podróżowanie do pracy wynajętym samochodem przestało już być czymś niezwykłym. Na rynku pojawia coraz więcej nowych usługodawców, a te firmy, które już na nim są, jak Traficar czy GoGet, planują rozszerzyć swoje usługi poza jedno miasto, równocześnie rozbudowując floty. Wszystko wskazuje na to, że Polacy naprawdę polubili carsharing. Czekamy, aż będziemy mogli powiedzieć to samo jako łodzianie :)

      Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

        Szkolenia

        Skomentuj