Poradnik crowdfundingu udziałowego dla startupów (2)

Przeczytasz w 8 minut Crowdfunding
Autor 5 września 2016

Centralnym punktem każdej kampanii crowdfundingu udziałowego (ECF) jest strona z opisem spółki i jej działalności – zespół argumentów, które mają przekonać potencjalnych inwestorów. Taka prezentacja (pitch) daje szansę na ekspozycję i dotarcie za pośrednictwem jednego linka do osób posiadających fundusze. W tej części poradnika podpowiemy Ci do kogo powinieneś adresować swój pitch i jakiego nadać mu charakteru.

Poprzednią część tekstu o crowdfundingu udziałowym (kwestie prawne i formalne) znajdziecie tutaj.

Wybraliśmy cztery kampanie, na bazie których pokażemy specyfikę pitchu w ECF i różne podejścia do jego opracowania.

  1. Migam
  2. Inne Beczki
  3. Adzuna
  4. Revl

Bierzemy pod lupę spółki z kompletnie różnych branż. Wśród nich znajdują się dwie polskie i dwie zagraniczne oferujące produkty i usługi. Każda z nich ubiegała się o wsparcie inwestorów na innej platformie. Łączy je jedno – osiągnęły odpowiedni poziom finansowania, dowodząc słuszności swoich strategii dotarcia do inwestorów. To rezultat solidnie przygotowanego pitchu, który jest być może najważniejszym czynnikiem decydującym o sukcesie kampanii – choć oczywiście nie jedynym! Dlatego możesz mieć pewność, że omówione poniżej case studies będą Ci towarzyszyć jako przykłady również w kolejnych częściach poradnika.

Czterech wspaniałych

rece-tłumacz-MIGAM

Migam

Migam to polska spółka, która zajmuje się w sposób kompleksowy wszystkim, co związane ze światem Głuchych i językiem migowym. Oferując usługi z zakresu tłumaczeń on-line, szkoleń i materiałów edukacyjnych, Migam ma ambicję wejść ze swoimi rozwiązaniami na globalny rynek. Stąd kampania na platformie Beesfund, która pozwoliła pozyskać 302 tys. z planowanych 400 tys. zł przy zaangażowaniu 174 inwestorów.

Dlaczego wybraliśmy ich kampanię? Migam reprezentuje przedsiębiorstwo realizujące unikalną misję społeczną, a przy tym oferuje nowatorską usługę (Tłumacz Migam). Jest to też ciekawy przykład pitchu, w którym elementy finansowe ograniczono do minimum, a niektóre informacje inwestorskie wręcz pominięto (np. brak szczegółowego biznesplanu).

innebeczki

Inne Beczki

Inne Beczki to browar rzemieślniczy, warzący piwa (głównie lagery) dostępne w sprzedaży już w całym kraju, choć nadal najbardziej rozpoznawalny na rynku warszawskim. Spółka zorganizowała kampanię crowdfundingu udziałowego na platformie Beesfund, aby pozyskać środki na zwiększenie produkcji browaru, a z czasem – na uzyskanie pełnej niezależności. Efekt? Zgromadzenie zakładanych 400 tys. zł przy wkładzie 757 udziałowców.

Dlaczego wybraliśmy ich kampanię? Inne Beczki przygotowały znakomitą, w pełni spersonalizowaną stronę prezentacyjną, a do tego wprowadziły element nagród i doświadczeń typowych dla “klasycznego” crowdfundingu. Nie bez znaczenia było również zaakcentowanie autentyczności poprzez humor i ukłon w stronę społeczności.

fb_share

Adzuna

Adzuna to brytyjski serwis z ofertami pracy, który agreguje setki tysięcy ogłoszeń z różnych stron WWW (portali, stron Kariera pracodawców etc.) i udostępnia je w jednym miejscu. Z możliwości oferowanych przez ECF firma skorzystała dopiero w 2015 roku za pośrednictwem portalu CrowdCube, będąc już okrzepłym i rynkowo zweryfikowanym biznesem. Dzięki zaangażowaniu 481 inwestorów firma otrzymała ponad 2.2 mln funtów – ponad pół miliona więcej niż wynosił pierwotny cel.

Dlaczego wybraliśmy ich kampanię? Adzuna pokazuje, jak w pełni profesjonalna spółka o stabilnej sytuacji ekonomicznej i relatywnej łatwości w pozyskiwaniu funduszy może skorzystać ze wsparcia internetowych inwestorów.

AAEAAQAAAAAAAAfnAAAAJDI3NWQ1M2IyLWU0YTQtNDU3MS1iNzQ3LTg1NDcyYjE4ZjA4OA

Revl

Revl to zarówno nazwa firmy, jak i jej produktu – aparatu fotograficznego i kamery do zadań specjalnych. Jako pierwsze tego rodzaju urządzenie ma wbudowany stabilizator, jest też odporny na wodę i wstrząsy. Jego twórcy najpierw pozyskali fundusze na produkcję na IndieGoGo (322 tys. dolarów od 922 wspierających), a następnie otworzyli kampanię equity w serwisie CrowdFunder (zebrali już ponad 2.7 mln dol). Firmę wsparł także znany akcelerator Y Combinator, określany jako “najważniejszy na świecie inkubator startupów”.

Dlaczego wybraliśmy ich kampanię? Revl to dobry przykład na to, jak atrakcyjny i nowatorski produkt może wzbudzić zaufanie dużej grupy małych inwestorów i pozwolić startupowi pozyskać dodatkowe finansowanie na dalszy rozwój.

crowdfunding udziałowy WE the CROWD

Tak szeroki przekrój pozwoli Ci mieć wgląd w różne podejścia do aspektu prezentacji, a przy tym uchwycić specyficzne zabiegi typowe dla przedsięwzięć określonego typu.

Serce i rozum, czyli właściwy ton pitchu

W crowdfundingu “tradycyjnym”, tj. opartym na nagrodach, strona kampanii to główny punkt styku między organizatorem a wspierającymi. Ma zachęcać internautów do sfinansowania produktu, usługi, dzieła lub sprawy w zamian za świadczenie zwrotne. W tym przypadku największe znaczenie mają emocje – do wsparcia projektu skłaniają story, osoby pomysłodawców, nagrody, doświadczenia czy zwyczajnie atrakcyjny pomysł.

W crowdfundingu udziałowym sprawa jest bardziej złożona. Analogiczna strona internetowa ma skłonić do sfinansowania nie tylko produktu czy usługi, ale całej Twojej firmy, a więc bliżej jej do starożytnej sztuki walki, którą musi opanować każdy startup – pitchu przed profesjonalnym inwestorem. Internauci inwestują w Twoją działalność wyższe kwoty niż w modelu opartym na nagrodach, a ponadto długookresowo wiążą się z Twoją spółką za sprawą nabytych udziałów. Czy to oznacza, że w pitchu ECF największe znaczenie mają informacje o wymiarze racjonalnym? W dużej mierze tak, choć nie wyłącznie. Musisz bowiem pamiętać, że – w przeciwieństwie do tradycyjnego pitchu – nie zamykasz się w pokoju z  dyrektorem inwestycyjnym z funduszu VC, ale kierujesz swój przekaz do licznej grupy ludzi, spośród których zdecydowana większość nie będzie posiadać rozległej wiedzy w obszarze inwestycji kapitałowych.

Przyjmując pewne uproszczenie, spójrz na internetowych inwestorów jak na dwie różniące się od siebie grupy ludzi:

  • Nie-zawodowi inwestorzy – grono osób niezwiązanych profesjonalnie z rynkiem kapitałowym, podejmujące decyzje często na podstawie odczuć i emocji. Stanowią większość wśród wspierających.
  • Zawodowi Inwestorzy – grono osób rozumiejących specyfikę inwestowania, podejmujących decyzję na podstawie twardych danych finansowych. Liczą na atrakcyjną stopę zwrotu i bezpieczną strategię wyjścia. Stanowią mniejszość wśród wspierających

Sztuka dobrego pitchu polega na tym, aby za pomocą prezentacji przekonać do zainwestowania jak najwięcej osób z obydwu grup. Dlatego warto równocześnie pobudzać i serce i rozum inwestora.

crowdfunding udziałowy serce i rozum WE the CROWD

Nie wszystkie kampanie ECF dążą do zachowania równowagi między tymi dwoma biegunami, bo i nie każda spółka chce przekonać do wsparcia obydwie grupy jednocześnie. Proporcją serce vs rozum w pitchu można bawić się całkiem swobodnie.

Inne Beczki postawiły na emocje, a w szczególności na humor i wyraziste osobowości założycieli

…a także na atrakcyjny design i społeczność – poczucie kolektywu, bliskości, wpływu na markę i atrakcyjne doświadczenia. Świetnie uwydatnia to zestaw nagród, które spółka dołączała do sprzedawanych akcji, zupełnie jak w “klasycznym” modelu crowdfundingu.

Czy to znaczy, że Inne Beczki zgromadziły 400 tys. zł w zaledwie 11 dni (!) za sprawą zabawnego filmu, ładnej strony i atrakcyjnych nagród? Udział emocji w sukcesie był na pewno znaczny, ale w prezentacji nie zabrakło też informacji racjonalnych, takich jak wykres prezentujący potencjał wzrostu rynku browarów kraftowych czy dotychczasowe osiągnięcia spółki oraz jej bliższe i dalsze plany strategiczne. Takie proporcje były zamierzone i przyniosły pożądany efekt. Chodziło o dotarcie do drobnych inwestorów, którzy nabywają jedną bądź kilka akcji pod wpływem emocji. Takich osób znalazło się aż 757 (to ponad 600 więcej niż Migam!) i do zainwestowania bardziej motywowała ich historia i przyszłe sukcesy założycieli oraz nagrody. Można wręcz powiedzieć: swego rodzaju coolness factor działalności Innych Beczek i Akcji Browar. No bo kto nie chciałby wpisać sobie do CV “współwłaściciel browaru”?

Józek Czarnocki, współzałożyciel Innych Beczek i Cudów na Kiju

Myśląc o kampanii myśleliśmy raczej o zaangażowaniu grupy docelowej naszej marki, a nie profesjonalnych inwestorów. W efekcie wspierali nas nasi znajomi, klienci, społeczność – ludzie, którzy nas znają, lubią, kibicują nam. Nabywali jedną, dwie, pięć akcji i wspierali nas kwotami 40, 80, 200 zł, czerpiąc frajdę z uczestnictwa, a niekoniecznie myśląc o stopie zwrotu z inwestycji. To nie znaczy, że nie pojawiały się wpłaty w wysokości kilku czy kilkudziesięciu tysięcy złotych, ale dominowały drobne wpłaty. Dlatego w prezentacji staraliśmy się położyć jak największy akcent na film i przyjazną stronę, nie przeładowaną treścią. Widzieliśmy, że większości osób nie będzie chciało się czytać biznesplanu, sprawdzać liczb. Woleli widzieć nas i kilka klarownych faktów z naszej działalności.

Nieprzypadkowo też zaoferowaliśmy w naszej kampanii nagrody. Myśląc o odbiorcach, zanosiliśmy się z pomysłem wykorzystania „tradycyjnego” modelu crowdfundingu. Dopiero krok po kroku doszliśmy do formuły finansowania społecznościowego opartego na udziałach, jednak nie rezygnując z gadżetów. Uznaliśmy, że oddawanie udziałów w naszej spółce, to dawanie wspierającym poczucia – choćby symbolicznego – wpływu na Inne Beczki, bycia częścią naszej firmy. Dziś, rozmawiając z nimi, widzę, że mają autentyczną dużą frajdę z tego, że to także ich browar, że obserwują rozwój marki. A my pracujemy nad tym, aby mogli mieć na nią realny wpływ w przyszłości, jako jej faktyczni udziałowcy.

Kliknij i rozwiń

Dla kontrastu Adzuna swój pitch oparła na odwrotnych proporcjach. Koncentrując się w swojej strategii na mniejszych, bardziej profesjonalnych inwestorach, którzy nabywają jednostkowo duże pakiety akcji (wysoki próg wejścia), a w zamian oczekują solidnego zwrotu z inwestycji, położyli akcent na fakty, liczby, prognozy i szczegóły dot. funkcjonowania spółki.

O ile Inne Beczki w swoim filmie prezentowały ludzi, historię, fajny produkt i to wszystko podlały sporą dozą humoru, o tyle Adzuna natychmiast przechodzi do konkretów.

W trzech minutach, w sposób uporządkowany i profesjonalny, przedstawia swoją usługę, stojący za nią zespół, dotychczasowe osiągnięcia, opis rynku a nawet korzyści dla inwestorów.

W części opisowej prezentacji w oczy rzuca się dokładność – konkretne dane liczbowe, analiza otoczenia. Widać, że strategia spółki jest przemyślana i realna, a wiarygodności dodaje lista najważniejszych osiągnięć. Podobny efekt niesie za sobą wskazanie na dotychczasowych inwestorów – cenionych funduszy venture capital. Klarownie przedstawiona jest strona finansowa spółki, jak i strategia wyjścia. Udostępnione są również dokumenty do pobrania (biznesplan i prognoza finansowa).

2016-09-02_16h07_51

Można by rzec, że prezentacja Adzuny jest bardzo surowa, nie przełamują jej żadne zdjęcia zespołu, infografiki czy inne formy angażującego contentu. Ale spółka ma znakomitą usługę, eksponuje ją i wie dokładnie jakimi informacjami dzielić z ludźmi, którzy chcą w nią zainwestować. Czego najlepszym dowodem jest zebranie ponad 2 milionów funtów.

Migam postawiło na prostą (wręcz banalną) strukturę i język. Zaprezentowało konkretny problem i zaproponowało przekonujące rozwiązanie. Pokazało inwestorom, że od dłuższego czasu z powodzeniem funkcjonuje na rynku i szybko się rozwija. Revl w swoim wideo skoncentrował się wyłącznie na nowatorskim produkcie, równoważąc to bardzo dużą ilością racjonalnych informacji w części opisowej.

Jaki płynie z tego wniosek dla Ciebie?

Nie ma jednego właściwego tonu w przypadku pitchu ECF. Nie ma żadnej złotej proporcji, chociaż zachęcamy Cię do tego, aby próbować ją znaleźć. Ton pitchu to coś, co wypływa ze specyfiki działalności, produktu/usługi oraz “duszy” organizacji i ludzi, którzy ją tworzą. To charakter Twojego startupu, a nawet Twój własny, powinny wpłynąć na właściwe proporcje serce vs rozum w pitchu.

Snuj angażującą opowieść o Twojej firmie, jej ludziach i produkcie/usłudze. Podkreśl swoją pasję i zaangażowanie. Zobrazuj to atrakcyjnymi materiałami wizualnymi i wideo. Ale nie zaniedbaj takich elementów jak analiza rynku, dotychczasowe osiągnięcia, plan rozwoju spółki, czy przejrzysta prognoza finansowa (która, notabene, powinna być już przez Ciebie przygotowana na wcześniejszym etapie, jeżeli podpierasz się naszym poradnikiem). Sam fakt, że można pobrać solidnie przygotowany biznesplan oraz prognozy finansowe dodaje wiarygodności. Nawet nowicjusze będą przecież chcieli upewnić się, że wkładają swoje pieniądze w przedsięwzięcie, którym kierują ludzie z głową na karku. Dla bardziej wymagających inwestorów będzie to lektura obowiązkowa. Kto wie? Na koniec kampanii może okazać się, że to właśnie oni nabyli największą część udziałów w zamian za największy wkład finansowy. A do tego przecież dążysz, prawda?


W kolejnej części w szczegółach przedstawimy Ci elementy, które powinny złożyć się na Twoją prezentację oraz to w jaki sposób należy je przygotować i wykorzystać.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Cenzura nie pomoże Twitterowi

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 19 sierpnia 2016

    Wielu użytkowników Twittera może nie zdawać sobie sprawy z tego, że od kilku miesięcy granice wolności ich wypowiedzi określa Rada Zaufania i Bezpieczeństwa. Mam wątpliwości, czy komukolwiek ufam na tyle, żeby pozwolić mu wybierać, co wolno mi czytać oraz czy faktycznie czuję się bezpieczniej wiedząc, że także moje wpisy mogą być cenzurowane.

    Dobre intencje

    Budząca kontrowersje Rada ukonstytuowała się w lutym tego roku. Jej podstawowym zadaniem jest “przeciwdziałać zastraszaniu, znęcaniu się oraz posługiwaniu się groźbami w celu uciszania innych użytkowników”. Liczy ona przeszło 40 organizacji pozarządowych reprezentujących środowiska, które najczęściej padają ofiarą cyfrowej agresji. Zaliczają się do nich m.in. osoby LGBTQ, kobiety, Żydzi, Muzułmanie, nastolatkowie.

    Każdy, kto czytał naszą serię o “ciemnej stronie Tłumu”, albo “stoczył się” na sekcję komentarzy na dowolnym portalu podejmującym kwestie społeczno-politycznie wie, że Twitter szuka odpowiedzi na realny problem.

    Firma nie chce też podzielić losu Ask.fm, serwisu społecznościowego kojarzonego dziś głównie z nastolatkami, którzy popełnili samobójstwa nie mogąc znieść cyfrowej agresji rówieśników, której nikt nie umiał zapobiec. Naturalnie nasuwają się też porównania z Facebookiem, który od lat nakazuje swoim użytkownikom używać prawdziwych nazwisk, kasuje obraźliwe czy obsceniczne wpisy oraz bez mrugnięcia okiem banuje ludzi i instytucje naruszających regulamin serwisu. Czy Twitter także powinien wybrać politykę dokręcania śruby?

    Wyzwanie alt-right

    Na tym etapie dyskusji, zawsze znajdzie się ktoś, kto powoła się na dobrze znany argument mówiący, że “wolność słowa nie rozciąga się na krzyczenie: ‘pożar!’ w  zatłoczonym teatrze”. Mniej znany jest kontekst, w jakim te słowa padły po raz pierwszy. W ten sposób sędzia Oliver Wendell Holmes uzasadnił pozbawienie wolności kilku piszących w jidysz amerykańskich socjalistów, którzy rozdawali ulotki wyrażające protest przeciw przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do pierwszej wojny światowej. W tym przypadku więc mieliśmy do czynienia z ludźmi, którzy krzyczeli “pożar!”, kiedy kontynent europejski naprawdę płonął.

    Cenzura nie pomoże Twitterowi WE the CROWD MiloMuszę przyznać, że gdyby ktoś krzyknął “Milo Yiannopoulos” w zatłoczonym teatrze wyszedłbym jeszcze szybciej niż gdyby wołali “pożar”. Tym, którzy go nie kojarzą wyjaśniam: Milo uosabia wszystkie poglądy i postawy, które odbierają wiarę w człowieka. Wielu uważa go za najbardziej wpływowego trolla w cyberprzestrzeni. Jeszcze do niedawna, był on postacią kultową głównie w wąskich kręgach „alternatywnej prawicy” (alt-right). Dzisiaj jest gościem honorowym Donalda Trumpa na konwencji prezydenckiej Partii Republikańskiej, jego wypowiedzi są cytowane w CNN czy BBC, a o kontrowersjach z nim związanych pisze się już nawet w Polsce. Pojawił się nawet w DLC do gry Postal 2.

    Alt-right, które wykreowało Yiannopoulosa to swoisty dark web idei, skupiający rozliczne fora, blogi i grupy w mediach społecznościowych, gdzie głosi się hasła pod którymi nie podpisze się żadna telewizja czy gazeta, jakkolwiek konserwatywne. Przykładowo:

    Gamergate9-04-14GamerGate

    Społeczność graczy wyznająca skrajne antyfeministyczne poglądy, którym daje ujście poprzez skoordynowane ataki (wyzwiska, groźby) na kobiety związane z branżą gier, które „za dużo mówią”. Jej „prawie oficjalną” witryną jest kanał r/KotakuinAction na Reddit.

    file.d69da0026549755167de3d6e2ae13e32_400x400

    Pickup community

    Czyli „społeczność podrywaczy”, swoista grupa samopomocowa gromadząca tych, którzy chcą wymieniać się wiedzą o tym, jak wykorzystywać kobiety. Najbardziej wpływowy blog i forum w tym obszarze prowadzi Roosh V.

    2016-08-17_15h42_39

    Final Solution 2.0

    Jak ironicznie nazywa się całą internetową infrastrukturę neo-nazistów. Jednym z jej pomysłów jest stworzony przez wiodący w tej kategorii blog The Right Stuff mem, polegający na „oznaczaniu” trzema nawiasami z każdej strony (tzw. echo) nazwisk osób żydowskiego pochodzenia.

    alt-right gromadzi się na własnych serwisach, blogach i forach, ale ewangelizuje i atakuje przede wszystkim w mediach społecznościowych. Ich zachowanie wystawia Twittera na poważną próbę. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu jednego tylko miesiąca tweetów oznaczonych #GamerGate wysłano ponad milion. Nie był to wyłącznie efekt ożywionej debaty: jak wykazały logi z 4chan, akcja była koordynowana i zaplanowana. Kathy Sierra, jedna z ofiar agresji GamerGate, słusznie zauważyła, że nigdy droga od “troll ma pomysł” do “troll może realnie zrobić komuś krzywdę” nie była krótsza. Działa tutaj efekt skali. Gdy dręczy nas jedna osoba łatwiej wzruszyć ramionami, niż gdy znieważa nas dwa tysiące ludzi. Jak się okazuje, nienawiść da się potęgować technikami growth hackingu. O skuteczności #GameGate przesądziły trzy elementy:

    • astroturfing, czyli tworzenie fałszywego wrażenie zupełnej oddolności i spontaniczności działań użytkowników na Twitterze, podczas gdy całą akcją zawiadywała relatywnie mała grupa ludzi produkujących content i mnożących fikcyjne konta
    • sealioning, czyli wdawanie się w rozmowy z anty-GamerGate’owcami pod fałszywym pretekstem próby zrozumienia ich racji, a z faktyczną intencją wciągania ich w niekończące się debaty mnożące tweety
    • re-tweety użytkowników mających setki tysięcy obserwujących – tutaj brylował wspomniany Milo Yiannopolous. Alex Baldwin, dawny moderator r/KotakuinAction powiedział, że bez jego wsparcia (i zasięgu na Twitterze, wtedy: 85 tys. obserwujących) nie byłoby #GamerGate.
    main-qimg-0e72098c8f58bc215a597da6ba078af3
    Ten komiks dał początek pojęciu sealioningu

    Odpowiedź Twittera

    Wiemy już, jak działają trolle. Jak radzi sobie z nimi Twitter? Jack Dorsey i spółka stosują cztery odmienne sankcje, najczęściej w takiej kolejności jak poniżej:

    sankcje Twitter WE the CROWD

    1. Usunięcie statusu “verified”. Osoby publiczne dysponują sposobem odróżniania ich prawdziwych kont od profili zakładanych przez fanów, prześmiewców albo oszustów. Sprowadza się on umieszczenia znaczka “✓” przy nazwie konta. Usunięcie go zaciera różnicę między prawdziwym a fałszywym kontem, negatywnie odbijając się na zasięgu twitterowicza. Jak widać, jest to raczej szykana niż sankcja.
    2. Shadowbanning. Raz jeszcze pozaregulaminowa, ale zdecydowanie dotkliwa technika polegająca na tym, że nawet osoby, które nas obserwują nie zobaczą naszych tweetów (najczęściej: okresowo). Czasem przybiera formy zorganizowane, np. za pomocą algorytmu, który wychwytywał rasistowskie tweety o Baracku Obamie.
    3. Zawieszenia konta. Kara regulaminowa stanowiąca odpowiedź na: rozsyłanie spamu albo agresywny zachowanie. Zawieszenie może być czasowe (np. na tydzień) albo warunkowe (konto będzie przywrócone z chwilą usunięcia problematycznych tweetów).
    4. Permanentne zawieszenie konta. Jeśli żadna z powyższych kar nie dała nam do myślenia, Twitter może wykluczyć nas ze swojej społeczności na dobre. Serwis korzysta z tej możliwości bardzo ostrożnie. Trzy najgłośniejsze przypadki to: raperka Azelia Banks (za rasistowskie wpisy), znany alt-rightowy troll Chuck Johnson (za podjudzanie do zabicia czarnego aktywisty) oraz oczywiście: Milo Yiannopolous.

    Sprawa Milo jest zdecydowanie najgłośniejszym przypadkiem zawieszenia konta w dziejach Twittera. Donosiły o niej m.in. CNN, BBC, New York Times, TechCrunch, Business Insider, a nawet Krytyka Polityczna. Nigdy wcześniej Twitter nie zaangażował się tak mocno w pojedynczy przypadek rzekomego naruszenia regulaminu. Nigdy też nie usunięto konta za pośrednią przewinę w rodzaju “inspirowania” czy “ośmielania” innych.

    Między grudniem 2015 a czerwcem 2016 serwis zastosował wszystkie środki “ostrzegawcze” przed sięgnięciem po permanentne zawieszenie konta. Twitter wyraźnie obawiał się społeczności alt-right i starał się unikać zaognień. Odwołał nawet zawieszenie jego konta Yiannopolousa po tym, jak jego zwolennicy zorganizowali protest wyrażony hashtagiem #FreeMilo. Naczelny troll zdawał się jednak świadomie dążyć do tego, aby podbić stawkę. Dopiął swego, gdy kilka tygodni temu opublikował sarkastyczną recenzję filmu Ghostbusters, stanowiącego re-boot popularnej serii, tym razem jednak w żeńskiej obsadzie. Idąc śladem wpisów m.in. na r/KotakuinAction, tekst potępiał film jako przejaw feministycznych obsesji i złego smaku.

    Na jego artykuł zareagowała odtwórczyni jednej z głównych ról, Leslie Jones. Wydaje się, że nie tyle jej aktorstwo, ile płeć i czarny kolor skóry oraz fakt, że skrytykowała idola alt-right doprowadziły do istnego oblężenia jej profilu na Twitterze. W tej orgii rasizmu i mizoginii oprócz obelg, pojawiły się też groźby.

    Wtedy do akcji wkroczyli ludzie z przeciwnej strony barykady, którzy winnym całego zamieszania uznali Yiannopolousa. Wyróżnikiem akcji szybko stał się hashtag #BanMilo. Wielu z nich oznaczało w swoich wpisach szefa Twittera, Jacka Dorseya. Twitter wsłuchał się w vox populi i zablokował, raz jeszcze, konto Yiannopolousa.

    Bilans? Yiannopolus ma teraz 300 tys. obserwujących, jest bardziej rozpoznawalny niż kiedykolwiek, a wśród swoich zwolenników cieszy się opinią męczennika za wolność słowa.

    Skutek odwrotny do zamierzonego

    Jakby tego było mało, nawet w dziedzinie fundowania trollom męczeństwa na pluszowym krzyżu Twitter nie potrafi być konsekwentny. Gdy w czerwcu tego roku ofiarami rasistowskich i seksistowskich ataków padła dziennikarka New York Timesa japońskiego pochodzenia, serwis odmówił interwencji twierdząc, że „nie znajduje w zgłoszonych wpisach bezpośredniego naruszenia regulaminu”. Zacytuję pierwszy tweet z brzegu: „oby spadła na ciebie bomba atomowa, skośnooka kurwo”.

    W tym samym czasie, zatroskany o uczucia rosyjskich użytkowników Twitter banuje pięć profili ośmieszających Kreml i Władimira Putina. Najpopularniejszy z nich, @DarthPutinKGB obserwuje ponad 50 tys. ludzi. Trzeba była interwencji m.in. Radia Wolna Europa i prezydenta Estonii, aby Twitter dostrzegł problem. Równie problematyczna jest praktyka banowania dziennikarzy związanych z opozycją wobec reżimu prezydenta Erdogana. Nie chcąc konfliktować się z władzami w Ankarze, serwis w naprawdę kafkowski sposób zawiesza konta niepokornych dziennikarzy nie powiadamiając o tym samych zainteresowanych i odmawiając komentarzy prasie. Wystarczy jedno zgłoszenie od “urażonego użytkownika”. Co to oznacza?

    Selektywnie stosowana cenzura nie tylko, że nie jest w stanie rozwiązać problemu hejtu, ale zaczyna być wykorzystywana przez agresywne, autorytarne reżimy i ich rzeczników, którzy nie przywykli do znoszenia krytyki.

    Yiannopolous powiedział niedawno rozentuzjazmowanym republikanom “jedyne co im się udało, to uczynić mnie bardziej popularnym”. W tej jednej kwestii bohater Reddit, 4Chan i GamerGate ma pełną rację. Cenzurowanie social media czyni ofiary z tych, którzy tak naprawdę są oprawcami. Nie zapominajmy jednak, że są to oprawcy zza ekranu komputera. Nerwowe – i chwiejne reakcje Twittera dają im fałszywe poczucie siły, tak samo, jak grożenie kobiecie gwałtem daje im fałszywe poczucie męskości. Tego problemu nie rozwiąże żadna Rada Zaufania i Bezpieczeństwa, ani żaden uładzony komunikat napisany językiem CSR-owej akuratności. Twitter powinien rozstać się z utopijnym przekonaniem, że w ten sposób będzie w stanie skontrolować aktywności 310 mln użytkowników. Odpór mogą dać im tylko inni użytkownicy. Czasem powinien on polegać na tym, aby groźby karalne zgłosić do prokuratury, innym razem na tym, aby wyrazić głośno solidarność z osobą, która padnie ofiarę szykan. Ale często po prostu na tym, aby nauczyć się ignorować trolli.

    Źródła:


    Komentarze ekspertów

    Artur Kurasinski

    Artur Kurasińki | MUSE

    Podjęcie walki przez zarząd Twittera z trollami, przestępcami i terrorystami należy powitać z uznaniem – to, co wyprawia się w tym serwisie jest czasami mainstreamowym odbiciem 4chana.

    Czy uda się banować szkodliwych użytkowników? Tak, ale to wymaga bezwzględności i jasnych praw dla wszystkich. Cenzura jak i kontrola mediów społecznościowych nie powinna dziwić – to taki sam obszar wymiany poglądów, jak fora portali czy blogów.

    Sądzę, że powoli w niebyt odchodzi anarchistyczna wizja internetu z końcówki lat 90-tych, kiedy to akademicy marzyli o swoim kawałku “cyberprzestrzeni” pozostającym zupełnie bez kontroli rządów. Przy obecnym natężeniu komunikatów, kanałów i możliwości ekspresji, każdy operator serwisu pokroju Twittera powinien mieć zestaw twardo egzekwowanych żelaznych reguł użytkowania. Systemy Facebooka wyszukujące fragmenty nagich ciał w postowanych obrazkach mogą wydawać się absurdalne, ale dzięki temu serwis Zuckerberga jest raczej pozbawiony niestosownych treści. Liczenie na “samooczyszczanie” i “samokontrolę” społeczności to ułuda. Wśród miliarda użytkowników statystycznie musi znaleźć się kilka patologicznych jednostek, które trzeba izolować od reszty.

    m.nowak

    Mikołaj Nowak | specjalista ds. nowych mediów

    Czasy, w których niemal wszystko zależało od użytkowników – a administracja ograniczała się do aktualizowania serwisów o nowe opcje – bezpowrotnie minęły. Powód? Zawiedli ludzie. Zbyt duża kontrola została oddana użytkownikom, a gdy wolności jest zbyt wiele – ludzie zaczynają jej nadużywać i gubić się.

    Rok temu wybuchło społeczne oburzenie, kiedy to Facebook nie chciał usunąć strony “Dominik – dobrze, że zdechł” argumentując, że nie jest to to naruszenie standardów serwisu. Dopiero po zorganizowaniu ruchu społecznego administracja zaczęła kasować naruszenia, czyli pod presją ogromnej rzeszy użytkowników. Teraz polityka w tym serwisie jest zaostrzona, do tego odpowiedzi na naruszenia otrzymujemy maksymalnie do doby. Również zgłoszenia są bardzo dokładnie weryfikowane. Dlaczego tak się stało? Bo wcześniej było zbyt mało kontroli, czym Facebook narażał się na reperkusje ze strony państw.

    Problem w tym, że hejterzy, płatni trolle i całe armie podobnych błyskawicznie znajdują nowe rozwiązania. Można im wysyłać mocne sygnały i blokować, ale oni założą nowe konta – trzy w miejsce jednego – i zaatakują jeszcze silniej. Zatem, czy Facebook, Twitter, itp., powinny pełnić rolę „wirtualnej policji”? Absolutnie nie, ale gdy nie interweniują, gdy dostają zgłoszenia naruszenia prawa – przyczyniają się do promocji zachowań aspołecznych. Sektor Social Media to ogromny kawałek w internetowym torcie. Dlatego odpowiedzialność społeczna po stronie operatorów Social Media jest dziś nieporównywalnie bardziej istotna, niż jeszcze pięć lat temu.

    Obawiam się jednak, że jeżeli w najbliższym czasie nie powstanie sposób skuteczniejszy od kasowania wpisów łamiących społeczne standardy, to problem rozrośnie się do skali, nad którą nie da się zapanować. Kasowanie stymuluje hejterów; motywuje ich do zakładania kont kolejnych i kolejnych. To walka z wiatrakami. Potrzeba bardziej radykalnych środków – wpływu bezpośredniego, być może bardzo mocnego wyroku za hejt. Jeden przypadek może mieć bardzo wielką moc perswazji.

    a.roguski 2

    Artur Roguski | product manager FAKT24.PL, autor serwisu Whysosocial.pl

    O tym, że Twitter ma poważny problem z nienawiścią mówi się od przynajmniej roku. Wybory prezydenckie w USA, działania prezydenta Turcji czy konflikt polityczny w Polsce dodatkowo podsycają emocje związane z postami na tym serwisie. Najgorsze dla Twittera jest to, że coraz mniej firm będzie chciało się reklamować w takim kotle negatywnych emocji.

    Twitter nie potrafi radzić sobie z hejtem, nie jest też konsekwentny w swoich działaniach. Jak pokazuje przykład Facebooka, który musi radzić sobie z pięciokrotnie większą liczbą użytkowników, z problemem negatywnych treści można sobie poradzić. Trzeba do tego odpowiedniego, prostego narzędzia oraz sprawnego zaangażowania społeczności, którego skutkiem będzie samoregulacja.

    Twitter pozostanie serwisem, do którego nie powinny wchodzić firmy i osoby nie gotowe na poradzenie sobie z falami negatywnych emocji. Dodatkowo, Twitter jest nieprzewidywalny i ekstremalnie podatny na działania zorganizowanych grup użytkowników, którzy w ciągu kilku minut są w stanie „wykopać” temat/hashtag do roli trendującego. Nawet najlepsze systemy kurateli treści nie będą w stanie tego powstrzymać. Jeśli takim trendem będzie zniszczenia człowieka czy instytucji, to nie ma przed tym obrony. Na Twitterze można zniszczyć każdego.

    Czy Twitter powinien być cenzurowany? Nie. Jedyną słuszną drogą walki z hejtem i nieodpowiednimi treściami jest samoregulacja użytkowników serwisu. Żadne instytucje zewnętrzne nie powinny decydować co można, a czego nie można pisać w serwisie społecznościowym. Zawsze będzie to prowadziło do insynuacji, że ktoś, gdzieś realizuje swoje ukryte cele. To tylko niepotrzebnie napędzi spiralę negatywnych emocji. Ważną rolę powinny za to pełnić policja i prokuratura. Te instytucje bezwzględnie muszą ścigać wszelkie groźby, znieważenia czy naruszania dobrego imienia osób bądź instytucji, ponieważ z roku na rok rośnie liczba osób skrzywdzonych przez język nienawiści w sieci.

    DagmaraPakulska

    Dagmara Pakulska | Digital strategist, MJCC

    Pojawienie się Rady Zaufania i Bezpieczeństwa nie zwiastuje jeszcze zaistnienia cenzury – w pełnym tego słowa znaczeniu – na Twitterze. Musimy sobie jasno powiedzieć, że internet nie może być miejscem, w którym bezkarnie i bez powodu obraża się innych ludzi lub nawołuje się do agresji, czy nawet szerzej – do aktów terroryzmu.

    Twitter, podobnie zresztą jak Facebook, jest gospodarzem własnego medium społecznościowego. Oznacza to, że szanując wolność słowa i wypowiedzi, ma prawo „w swoim domu” wymagać zachowywania się zgodnego z jasno przez niego określonym zbiorem zasad. Jack Dorsey dobrze wie, że jego mikroblog jest miejscem, gdzie najczęściej spotyka się wykształconych 25-, 34-latków, przedstawicieli wolnych zawodów (prawników, dziennikarzy itd.) i w związku z tym musi zwracać baczną uwagę na treści, które pojawiają się w serwisie.

    Tam gdzie poziom dyskusji zaczyna drastycznie spadać i pojawiają się treści obraźliwe oraz negatywnie nacechowane, wartościowi użytkownicy odchodzą doprowadzając do powolnej śmierci medium społecznościowego. Nie ulega jednak wątpliwości, że z takim zbiorem zasad każdy użytkownik powinien zapoznać się szczegółowo już na etapie rejestrowania swojego konta w serwisie. Wprowadzanie nowych algorytmów czy też modyfikowanie regulaminu w odpowiedzi na sytuacje kryzysowe może prowokować, że w danym miejscu zaczyna pojawiać się cenzura. Wówczas odwracana jest uwaga od realnego problemu – negatywnego wpływu trolli i hejterów internetowych na pozostałych użytkowników portalu.

    Warto także podkreślić, że nie istnieje jeszcze algorytm doskonały, który perfekcyjnie filtrowałby treści nacechowane negatywnie. Należy więc przychylnym okiem spojrzeć na działania Twittera, który w przeciwieństwie do Facebooka, powołał obiektywną radę składającą się aż z ponad 40 różnorodnych organizacji i z którą konsultuje swoje decyzje w sprawie dezaktywacji szkodliwych kont w miejsce bezmyślnego i bezzasadnego banowania użytkowników.

      Szkolenia

      Skomentuj

      Poradnik crowdfundingu udziałowego dla startupów (1)

      Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
      Autor 3 sierpnia 2016

      Rozpoczynamy zapowiedziany w artykule wprowadzającym cykl poradnikowy o crowdfundingu udziałowym (ECF, tj. equity crowdfunding). Na początek absolutne podstawy. Jakie uwarunkowania należy wziąć pod uwagę przed wejściem w model udziałowy finansowania społecznościowego? Czy Twoja spółka jest gotowa na przyjęcie tej formy obcego kapitału? Jakie dokumenty są niezbędne, a jakie ułatwią Ci pozyskanie inwestorów?

      Pierwszym i najbardziej oczywistym pytaniem, które musisz sobie zadać, nim zdecydujesz się oddać internetowym inwestorom część udziałów w swojej spółce jest:

      Pytanie #1: co mój startup może zyskać dzięki crowdfundingowi udziałowemu?

      1. Zasięg i ekspozycję
      2. Społeczność
      3. Kapitał
      4. Walidację
      5. Promocję

      Odpowiadając na to pytanie, postanowiliśmy nie zaczynać w sposób oczywisty – od kapitału. Zamiast tego korzyści, które możesz czerpać z crowdfundingu udziałowego, ułożyliśmy w pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym.

      1. Zasięg i ekspozycja

      Decydując się na kampanię equity crowdfundingową musisz zawrzeć na jednej stronie internetowej wszystko to, co wpłynie na decyzję inwestorską – wideo demonstrujące Twój pomysł biznesowy, opis spółki, biznesplan, hiperłącza do innych dokumentów. Spójrz na to jak na szansę stworzenia wirtualnej prezentacji, która może dotrzeć do tysięcy potencjalnych inwestorów – w krótkim czasie i w zasadzie bez kosztów! Otrzymasz do swojej dyspozycji “magiczny link”, będący furtką do społeczności, a co za tymi idzie – do pozyskania niezbędnego finansowania, szansy na walidację pomysłu i wsparcia promocyjnego.

      2. Społeczność

      Wspomniany wyżej “magiczny link” może zostać otwarty przez wielu różnych odbiorców, znajdujących się w dowolnej lokalizacji. Twój projekt może zainteresować akredytowanego inwestora z Warszawy, który następnie zaprosi Cię na rozmowę z jego funduszem, jak i “domorosłego” mikroinwestora, który od razu powierzy Ci swoje pieniądze. I w drugą stronę – ECF daje inwestorom szansę na dostrzeżenie okazji inwestycyjnych, do których dotarcie w przeszłości wiązałoby się z przypadkiem albo dużym nakładem czasu i pieniędzy.

      Do społeczności nie muszą dołączyć wyłącznie osoby, które zdecydują się zainwestować w Twoją spółkę. Równie dobrze mogą to być sympatycy i entuzjaści Twojej działalności, w tym przyszli klienci. Mogą pełnić rolę ewangelistów marki, którzy chętnie podzielą się informacją o Twojej kampanii z innymi i wyrażą opinię na temat oferowanego przez Ciebie produktu lub usługi. Nawet jeśli nie zainwestują w Ciebie i w Twoją spółkę, wygenerują wartość przez polecenie i podanie “magicznego linka” dalej.

      Wszyscy ci, którzy otworzyli hiperłącze i uwierzyli w Twój projekt, stanowić będą Twoją społeczność. To ich zaangażowanie, rekomendacje, opinie i działania otworzą drogę do kapitału, walidacji oraz promocji.

      3. Kapitał

      Ekspozycja i budowanie zasięgu projektu ma ma jeden fundamentalny cel – pozwolić pozyskać od społeczności fundusze potrzebne do dalszego rozwoju Twojej spółki. Dlatego crowdfunding ma w nazwie i “crowd” i “funding”.

      Warto przy tym pamiętać, że:

      • Wpłaty w ramach ECF nie podlegają zwrotowi w przypadku, gdy przedsiębiorstwo upadnie. Ryzyko zostaje po stronie inwestora.
      • Oferowanie w zamian za wsparcie kapitałowe udziałów w przedsiębiorstwie nie musi oznaczać utraty nad nim kontroli. Z jednej strony, w przypadku crowdfundingu udziałowego zyskujesz wielu małych inwestorów dysponujących relatywnie małą częścią udziałów. Takie rozbicie inwestoriatu gwarantuje Ci mocniejszą pozycję. Z drugiej strony, niektóre platformy umożliwiają pozyskanie “Inwestorów typu B” – taki inwestor pozbawiony jest prawa głosu.

      4. Walidacja

      Czy wiesz ile startupów nie odnosi sukcesu w stosunku do tych, o których sukcesie możesz usłyszeć? Statystyki są dość przygnębiające. Crowdfunding udziałowy może pomóc Ci przetestować pomysł biznesowy, zanim zdecydujesz się zainwestować w niego więcej pieniędzy, czasu i zdrowia. Budując zasięg swojego projektu i gromadząc społeczność, z jednej strony tworzysz grupę fokusową, która powie Ci co myśli o Twoim produkcie/usłudze, z drugiej – badasz popyt na rynku (czy ludzie rzeczywiście będą chcieli kupić to, co mam do zaoferowania?).

      Potencjalny inwestor jest bardziej wymagający niż zwykły nabywca w crowdfundingu sprzedażowym, dlatego jego opinia powinna mieć dla Ciebie szczególne znaczenie.  Jeżeli ktoś inwestuje w Twój startup własne pieniądze, to znaczy, że wierzy w sukces oferowanego przez Ciebie produktu czy usługi.

      Jeśli udało Ci się przekonać do inwestycji nie jednego, ale całą grupę inwestorów, to sygnał dla innych, że to co oferuje Twoja firma jest dobre i ma potencjał. Twoje przedsiębiorstwo zyskuje na wiarygodności w oczach kolejnych przyszłych inwestorów. Jest to szczególnie ważne, jeżeli myślisz o dodatkowym wsparciu od VC, wzięciu pożyczki, czy wejściu na rynek NewConnect.

      5. Promocja

      Zgromadzona i zaangażowana społeczność sama będzie promować Twoją działalność, wykorzystując do tego efekt sieci i social media. Stanie się poniekąd Twoim społecznościowym departamentem marketingowym, który – poza robieniem szumu – może zechcieć podzielić się swoją wiedzą, networkiem, czy polecić Cię większemu inwestorowi.

      Promocja poszerza zasięg i wzmacnia ekspozycję. To w efekcie gromadzi większą społeczność. Ta daje dostęp do większego kapitału, pewniejszej walidacji i silniejszej promocji itd. W ten sposób koło się zamyka.

      crowdfunding udziałowy dla startupów korzyści

      Zadając sobie pytanie o to, co możesz zyskać dzięki equity crowdfundingowi, zadaj sobie też pytanie o to, jakie ponosisz ryzyko i koszty. Lista nie jest długa, ale warto mieć ją z tyłu głowy przed podjęciem decyzji:

      • kwestie finansowe i formalno-prawne są dość złożone (o czym poniżej) i mogą wymagać konsultacji z ekspertem i prawnikiem;
      • Twój startup musi być spółką… ale to chyba oczywiste?
      • pisaliśmy, że sprzedaż udziałów czy akcji w startupie nie musi jednoznacznie wiązać się z oddaniem nad nim kontroli, ale – co do zasady – formalnie, przynajmniej częściowo, tak się stanie;
      • zarządzanie przedsiębiorstwem, w którym niewielkie udziały posiada wielu inwestorów może być kłopotliwe (np. przy podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących działalności i wizji rozwoju firmy);
      • w przypadku innowacyjnych projektów warto zadbać o ich zabezpieczenie prawne dot. własności intelektualnej. Publikacja pomysłu w Internecie zawsze wiąże się z możliwością jego kradzieży;
      • internetowym inwestorem może zostać w zasadzie każdy. Nie każdy natomiast posiada fachową wiedzę i doświadczenie w finansowaniu przedsiębiorstw. Finansując projekt ze wsparciem aniołów biznesu lub funduszy VC wraz ze wsparciem kapitałowym możesz liczyć na wsparcie merytoryczne. Anioł czy inwestor branżowy to także kontakty, doświadczenie, wsparcie procesów sprzedażowych. Equity crowdfunding nie może Ci tego zagwarantować.

      Crowdfunding udziałowy daje duże możliwości rozwoju spółki, ale nie każde przedsiębiorstwo ma szansę korzystać w pełni z jego zalet. Dlatego w tym miejscu warto zadać sobie kolejne pytanie: czy Twój startup może i powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

      Zacznijmy od drugiej części tego pytania, czyli warunków formalno-prawnych, które Twoja firma musi spełnić, by otworzyć się na internetowych inwestorów.

      Pytanie #2: czy mój startup może skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

      Korzystanie z equity crowdfundingu wiąże się ze znajomością konkretnych przepisów prawa. A ponieważ na chwilę obecną polskie prawodawstwo reguluje crowdfunding w sposób szczątkowy (pojęcie crowdfundingu udziałowego nawet nie funkcjonuje w polskim prawie!), decydując się na model udziałowy musimy być przygotowani na korzystanie z przepisów Kodeksu Spółek Handlowych.

      Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

      Pojęcie „crowdfundingu” nie doczekało się jeszcze legalnej definicji w polskim systemie prawa. Analizując podstawowe cechy crowdfundingu udziałowego możemy wskazać, że jest to rodzaj finansowania społecznościowego, w którym wspierający inwestuje w określone przedsięwzięcie, w zamian za udziały (akcje) w kapitale zakładowym spółki beneficjenta, która to przedsięwzięcie będzie realizować.

      Sama definicja wskazuje na to, że warunkiem sine qua non crowdfundingu udziałowego jest istnienie spółki, która dopuszcza możliwość dystrybucji udziałów w kapitale zakładowym.

      Z przytoczonej powyżej definicji crowdfundingu udziałowego wynika, iż jednym z elementów tego mechanizmu jest transfer udziałów na rzecz osób wspierających dane przedsięwzięcie. W związku z tym, crowdfunding udziałowy znajdzie zastosowanie w przypadku prowadzenia działalności w formie spółki akcyjnej, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością oraz spółki komandytowo-akcyjnej.

      Wykorzystanie którejkolwiek z tych form prawnych w crowdfundingu udziałowym ma swoje wady i zalety. Wydaje się jednak, że do realiów crowdfundingu udziałowego bardziej przystosowana jest spółka komandytowo-akcyjna.

      Kliknij i rozwiń

      Co do zasady, decyzja o tym jaką formę prawną będzie miało nasze przedsiębiorstwo sprowadza się do wyboru pomiędzy:

      • spółką akcyjną,
      • spółką komandytowo-akcyjną,
      • spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (z.o.o.).

      Aby móc emitować akcje konieczne jest posiadanie spółki akcyjnej lub komandytowo-akcyjnej, której założenie wymaga od przedsiębiorcy więcej wysiłku i nakładów niż założenie spółki z o.o.

      Z drugiej strony, sprzedaż udziałów w spółce z.o.o. stanowi znaczący wysiłek logistyczny. Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, zbycie udziału powinno być dokonane w formie pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi. W praktyce oznacza to, że każda sprzedaż udziałów w spółce z o.o. powoduje konieczność wizyty u notariusza i poniesienia dodatkowych kosztów przez strony transakcji. To w zasadzie niemożliwe do zrealizowania w przypadku ECF.

      Tak wygląda to na papierze. Realia są jednak takie, że część polskich platform crowdfundingu udziałowego nie pozostawi Ci dużego wyboru w zakresie rodzaju spółki… lub ograniczy go do jednego ;)

      Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

      Z naszej platformy mogą korzystać spółki akcyjne i spółki komandytowo-akcyjne. Nie obsługujemy spółek z o.o., ponieważ sprzedaż udziałów w takiej spółce może mieć miejsce jedynie w obecności notariusza, co de facto stoi w sprzeczności z założeniem equity crowdfundingu. Jeżeli ktoś mieszka w Szczecinie i chce nabyć przez internet udziały firmy, która ma siedzibę w Warszawie za 200 zł, nie będzie podróżował do notariusza.

      Oczywiście, bardzo by się przydała jasna deklaracja organów kontrolujących rynek i przedstawicieli administracji w tym zakresie. Liczymy też na wprowadzenie w najbliższej przyszłości instytucji Prostej Spółki Akcyjnej (PSA), nad którą trwają intensywne prace w ministerstwie rozwoju.

      Kliknij i rozwiń

      Dla kontrastu, platforma CrowdAngels umożliwia realizację projektów wyłącznie spółkom z.o.o., co jednak oznacza wysiłek logistyczny pod kątem obowiązku notarialnego (lub wyznaczenie pełnomocnika ze strony platformy).

      Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

      Remedium na większość z wyżej wymienionych problemów ma stanowić nowy rodzaj spółki kapitałowej tj. Prosta Spółka Akcyjna (PSA). Prace nad projektem uregulowań prawnych trwają. Z przedstawionych przez Ministerstwo Rozwoju założeń wynika, iż PSA ma łączyć zalety spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjnej. Nowa spółka miałaby cechować się m. in.:

      – możliwością szybkiej rejestracji (w tym rejestracji przez Internet),
      – minimalnymi wymogami kapitałowymi dla założycieli i
      – możliwością elastycznego kształtowania struktury majątkowej spółki,
      – możliwością różnorodnych form inwestycji w przedsięwzięcie (w tym – finansowania crowdfundingowego),
      – możliwością wykorzystania mechanizmów chroniących założycieli spółek przed niekorzystnymi postanowieniami umów inwestycyjnych,
      – a do tego zwolnienia podatkowe oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek ZUS.

      Gdyby większość założeń udało się wcielić w życie, to istnieje realna szansa na to, że Prosta Spółka Akcyjna mogłaby pozytywnie wpłynąć na rozwój przedsiębiorczości w Polsce – tak jak miało to miejsce we Francji – i tym samym przyczynić się do zwiększenia popularności crowdfundingu udziałowego.

      Kliknij i rozwiń

      Pytanie #3: czy mój startup powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

      Technicznie rzecz ujmując – jeśli spełnisz wszystkie wymogi stawiane przez platformę i dostarczysz wymagane dokumenty (o czym więcej poniżej), nie ma przeszkód by Twoja oferta pojawiła się w sieci.

      Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

      Z crowdfundingu udziałowego korzyści mogą czerpać spółki na każdym etapie rozwoju: pre-seed, seed, ale również firmy działające na rynku od lat z dobrym modelem biznesowym, przynoszące zyski. Wierzymy, że equity crowdfunding jest także świetnym narzędziem dla małych rodzinnych firm, które mogą pozyskać kapitał na rozwój albo inne aktywności, nie tracąc kontroli nad biznesem. Jeżeli takie firmy zaczną pozyskiwać kapitał tą drogą, to z kolei drobni inwestorzy otrzymają dostęp do nowego, atrakcyjnego rynku inwestycyjnego.

      Warto też wspomnieć, że przeprowadzenie emisji na Beesfund, to doskonałe preludium do debiutu na New Connect albo GPW. Można powiedzieć, że spółka przeprowadza dzięki naszej platformie pre-IPO (IPO, ang. Initial Public Offering, czyli pierwsza oferta publiczna). To doświadczenie zmniejsza późniejsze koszty i przygotowuje do dalszego dynamicznego rozwoju na „tradycyjnych” rynkach kapitałowych.

      Kliknij i rozwiń

      Odpowiadając na postawione w nagłówku pytanie – equity crowdfunding to dobre rozwiązanie dla każdej spółki, ale może przynieść Ci więcej korzyści, jeżeli Twój startup spełnia kilka (lub wszystkie) poniższe warunki:

      • Twój startup dysponuje cyfrową infrastrukturą i społecznością. Strona internetowa, aplikacja mobilna, baza mailingowa, profile na portalach społecznościowych, proof of concept, przeprowadzone beta-testy lub wersja demo produktu lub usługi; do tego grupa osób zainteresowana Twoim przedsiębiorstwem, jego ofertą i rozwojem – to dobry punkt zaczepienia, aby zacząć przygodę z crowdfundingiem udziałowym i już na starcie zbudować tzw. trakcję projektu.
      • Twój startup to więcej niż jedna osoba… z zapasem wolnego czasu. Tylko dlatego, że pisaliśmy o “magicznym linku” nie znaczy, że gromadzenie kapitału przez internet jest proste, szybkie i nieangażujące. Przygotowanie kampanii i samej firmy, z jednej strony pod względem formalnym i prawnym, z drugiej marketingowym, może wymagać 2-3 miesięcy pracy jeszcze przed rozpoczęciem zbiórki.
      • Twój startup ma dobrze przygotowany i (najlepiej) zweryfikowany model biznesowy. Oczywiście, że inwestorzy powierzają Ci swoje fundusze po to, aby mieć z nich zwrot. Liczą na zysk, a ten jest bardziej prawdopodobny, jeżeli widzą, że Twój startup już na tym etapie generuje wartość dla klientów i dla właścicieli.
      • Twój startup ma trudność z pozyskaniem wsparcia od profesjonalnych inwestorów (np. aniołów biznesu) z powodu braku odpowiednich kontaktów LUB potrzebuje zyskać wiarygodność przed otrzymaniem inwestycji czy wejściem na rynek GPW albo New Connect. W tym wypadku equity crowdfunding powinieneś postrzegać jako “trampolinę” do większego kapitału dla Ciebie i Twojej firmy.

      Pytanie #4: jakie dokumenty przygotować pod kątem potencjalnych inwestorów?

      Jeżeli masz pewność, że crowdfunding udziałowy to właściwe rozwiązanie dla Twojego startupu, od strony formalnej masz do wykonania jeszcze jeden krok. Do pozyskania inwestorów będziesz potrzebować dokumentacji finansowej przedsiębiorstwa. Wymagania w zakresie dokumentów mogą różnić się w zależności od wybranej platformy, ale solidny biznesplan i prognoza finansowa to bezpieczne minimum.

      Biznesplan

      Czyli opis działalności Twojego startupu, plany jego rozwoju oraz kwestie finansowe.

      Budowa biznesplanu powinna składać się z kilku części:

      1. Streszczenia przedsiębiorstwa – wizytówki całego biznesplanu, zawierającej najważniejsze informacje (abstrakt) z poszczególnych części.
      2. Charakterystyki przedsiębiorstwa – zbioru podstawowych informacji, takich jak nazwa, przedmiot działalności, misja przedsiębiorstwa.
      3. Charakterystyki produktu (usługi) – przedstawienie oferowanego produktu/usługi. W tej sekcji należy uwzględnić politykę cenową i plan dystrybucji oraz informacje na temat przewagi konkurencyjnej, technologii wytwarzania, cyklu życia produktu.
      4. Personelu – struktury organizacyjnej, stan zatrudnienia, kwalifikacji i kompetencji pracowników, systemu płac.
      5. Analizy rynku i konkurencji – informacji na temat otoczenia przedsiębiorstwa (zarówno bliższego jak i dalszego). Ta część powinna zawierać także strategię marketingową, politykę promocji i reklamy.
      6. Harmonogramu działań – wyznaczenia celów i planów strategicznych, taktycznych i operacyjnych wraz z czynnikami wpływającymi na ich realizację.
      7. Analizy finansowej – bilansu przedsiębiorstwa, planowanych przychodów i kosztów, rachunku zysków i strat. W tej części warto zawrzeć także analizę opłacalności inwestycji.

      Najważniejsze, aby Twój biznesplan został przygotowany dokładnie, w oparciu o realistyczne założenia i podparty wnikliwą analizą. Podział na sekcje pozwoli zachować czytelność i estetykę.

      Poza funkcją informacyjną dla inwestorów, biznesplan jest niezwykle cennym dokumentem również dla Ciebie. Pozwala głębiej przyjrzeć się nie tylko Twojemu startupowi, ale także jego otoczeniu i możliwościom. Jeżeli przygotujesz go solidnie, pozwoli Ci:

      • skonfrontować Twoje wyobrażenie o firmie z rzeczywistością;
      • określić dokładnie, ile środków potrzebujesz;
      • poznać sytuację rynkową, wyzwania, jakie na Ciebie czekają i ograniczenia, które możesz napotkać;
      • określić grupę docelową, lepiej ją poznać i dopasować do niej swój produkt i markę;
      • wskazać obszary wydatkowania już zgromadzonych środków.

      Prognoza finansowa

      Czyli plan i założenia dotyczące finansów Twojego startupu – jego przewidywanych przychodówi wydatków.

      W prognozie finansowej uwzględnij informacje o:

      • planowanych przychodach przedsiębiorstwa i ich źródłach;
      • zakładanych kosztach i źródłach ich finansowania;
      • rentowności przedsiębiorstwa.

      Prognoza finansowa powinna obejmować perspektywę kilku lat i co najważniejsze powinna być – podobnie jak biznesplan – rzetelna i realistyczna.

      Przygotowanie obydwu dokumentów wymaga wnikliwej analizy i czasu. Platformy często oferują pomoc w ich tworzeniu, jednak większa część pracy spoczywać będzie na Tobie i Twoim startupie. To zestaw informacji kluczowych dla inwestora, który może przesądzić o tym, czy zdecyduje się on wesprzeć Twoją działalność.


      Kolejną część poradnika poświęcimy przygotowaniu do zbiórki ECF od strony marketingowej, a następnie – wyborze właściwej platformy i wprowadzeniu na nią projektu.

        Szkolenia

        Skomentuj