Poradnik crowdfundingu udziałowego dla startupów (1)

Przeczytasz w 11 minut Crowdfunding
Autor 3 sierpnia 2016

Rozpoczynamy zapowiedziany w artykule wprowadzającym cykl poradnikowy o crowdfundingu udziałowym (ECF, tj. equity crowdfunding). Na początek absolutne podstawy. Jakie uwarunkowania należy wziąć pod uwagę przed wejściem w model udziałowy finansowania społecznościowego? Czy Twoja spółka jest gotowa na przyjęcie tej formy obcego kapitału? Jakie dokumenty są niezbędne, a jakie ułatwią Ci pozyskanie inwestorów?

Pierwszym i najbardziej oczywistym pytaniem, które musisz sobie zadać, nim zdecydujesz się oddać internetowym inwestorom część udziałów w swojej spółce jest:

Pytanie #1: co mój startup może zyskać dzięki crowdfundingowi udziałowemu?

  1. Zasięg i ekspozycję
  2. Społeczność
  3. Kapitał
  4. Walidację
  5. Promocję

Odpowiadając na to pytanie, postanowiliśmy nie zaczynać w sposób oczywisty – od kapitału. Zamiast tego korzyści, które możesz czerpać z crowdfundingu udziałowego, ułożyliśmy w pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym.

1. Zasięg i ekspozycja

Decydując się na kampanię equity crowdfundingową musisz zawrzeć na jednej stronie internetowej wszystko to, co wpłynie na decyzję inwestorską – wideo demonstrujące Twój pomysł biznesowy, opis spółki, biznesplan, hiperłącza do innych dokumentów. Spójrz na to jak na szansę stworzenia wirtualnej prezentacji, która może dotrzeć do tysięcy potencjalnych inwestorów – w krótkim czasie i w zasadzie bez kosztów! Otrzymasz do swojej dyspozycji “magiczny link”, będący furtką do społeczności, a co za tymi idzie – do pozyskania niezbędnego finansowania, szansy na walidację pomysłu i wsparcia promocyjnego.

2. Społeczność

Wspomniany wyżej “magiczny link” może zostać otwarty przez wielu różnych odbiorców, znajdujących się w dowolnej lokalizacji. Twój projekt może zainteresować akredytowanego inwestora z Warszawy, który następnie zaprosi Cię na rozmowę z jego funduszem, jak i “domorosłego” mikroinwestora, który od razu powierzy Ci swoje pieniądze. I w drugą stronę – ECF daje inwestorom szansę na dostrzeżenie okazji inwestycyjnych, do których dotarcie w przeszłości wiązałoby się z przypadkiem albo dużym nakładem czasu i pieniędzy.

Do społeczności nie muszą dołączyć wyłącznie osoby, które zdecydują się zainwestować w Twoją spółkę. Równie dobrze mogą to być sympatycy i entuzjaści Twojej działalności, w tym przyszli klienci. Mogą pełnić rolę ewangelistów marki, którzy chętnie podzielą się informacją o Twojej kampanii z innymi i wyrażą opinię na temat oferowanego przez Ciebie produktu lub usługi. Nawet jeśli nie zainwestują w Ciebie i w Twoją spółkę, wygenerują wartość przez polecenie i podanie “magicznego linka” dalej.

Wszyscy ci, którzy otworzyli hiperłącze i uwierzyli w Twój projekt, stanowić będą Twoją społeczność. To ich zaangażowanie, rekomendacje, opinie i działania otworzą drogę do kapitału, walidacji oraz promocji.

3. Kapitał

Ekspozycja i budowanie zasięgu projektu ma ma jeden fundamentalny cel – pozwolić pozyskać od społeczności fundusze potrzebne do dalszego rozwoju Twojej spółki. Dlatego crowdfunding ma w nazwie i “crowd” i “funding”.

Warto przy tym pamiętać, że:

  • Wpłaty w ramach ECF nie podlegają zwrotowi w przypadku, gdy przedsiębiorstwo upadnie. Ryzyko zostaje po stronie inwestora.
  • Oferowanie w zamian za wsparcie kapitałowe udziałów w przedsiębiorstwie nie musi oznaczać utraty nad nim kontroli. Z jednej strony, w przypadku crowdfundingu udziałowego zyskujesz wielu małych inwestorów dysponujących relatywnie małą częścią udziałów. Takie rozbicie inwestoriatu gwarantuje Ci mocniejszą pozycję. Z drugiej strony, niektóre platformy umożliwiają pozyskanie “Inwestorów typu B” – taki inwestor pozbawiony jest prawa głosu.

4. Walidacja

Czy wiesz ile startupów nie odnosi sukcesu w stosunku do tych, o których sukcesie możesz usłyszeć? Statystyki są dość przygnębiające. Crowdfunding udziałowy może pomóc Ci przetestować pomysł biznesowy, zanim zdecydujesz się zainwestować w niego więcej pieniędzy, czasu i zdrowia. Budując zasięg swojego projektu i gromadząc społeczność, z jednej strony tworzysz grupę fokusową, która powie Ci co myśli o Twoim produkcie/usłudze, z drugiej – badasz popyt na rynku (czy ludzie rzeczywiście będą chcieli kupić to, co mam do zaoferowania?).

Potencjalny inwestor jest bardziej wymagający niż zwykły nabywca w crowdfundingu sprzedażowym, dlatego jego opinia powinna mieć dla Ciebie szczególne znaczenie.  Jeżeli ktoś inwestuje w Twój startup własne pieniądze, to znaczy, że wierzy w sukces oferowanego przez Ciebie produktu czy usługi.

Jeśli udało Ci się przekonać do inwestycji nie jednego, ale całą grupę inwestorów, to sygnał dla innych, że to co oferuje Twoja firma jest dobre i ma potencjał. Twoje przedsiębiorstwo zyskuje na wiarygodności w oczach kolejnych przyszłych inwestorów. Jest to szczególnie ważne, jeżeli myślisz o dodatkowym wsparciu od VC, wzięciu pożyczki, czy wejściu na rynek NewConnect.

5. Promocja

Zgromadzona i zaangażowana społeczność sama będzie promować Twoją działalność, wykorzystując do tego efekt sieci i social media. Stanie się poniekąd Twoim społecznościowym departamentem marketingowym, który – poza robieniem szumu – może zechcieć podzielić się swoją wiedzą, networkiem, czy polecić Cię większemu inwestorowi.

Promocja poszerza zasięg i wzmacnia ekspozycję. To w efekcie gromadzi większą społeczność. Ta daje dostęp do większego kapitału, pewniejszej walidacji i silniejszej promocji itd. W ten sposób koło się zamyka.

crowdfunding udziałowy dla startupów korzyści

Zadając sobie pytanie o to, co możesz zyskać dzięki equity crowdfundingowi, zadaj sobie też pytanie o to, jakie ponosisz ryzyko i koszty. Lista nie jest długa, ale warto mieć ją z tyłu głowy przed podjęciem decyzji:

  • kwestie finansowe i formalno-prawne są dość złożone (o czym poniżej) i mogą wymagać konsultacji z ekspertem i prawnikiem;
  • Twój startup musi być spółką… ale to chyba oczywiste?
  • pisaliśmy, że sprzedaż udziałów czy akcji w startupie nie musi jednoznacznie wiązać się z oddaniem nad nim kontroli, ale – co do zasady – formalnie, przynajmniej częściowo, tak się stanie;
  • zarządzanie przedsiębiorstwem, w którym niewielkie udziały posiada wielu inwestorów może być kłopotliwe (np. przy podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących działalności i wizji rozwoju firmy);
  • w przypadku innowacyjnych projektów warto zadbać o ich zabezpieczenie prawne dot. własności intelektualnej. Publikacja pomysłu w Internecie zawsze wiąże się z możliwością jego kradzieży;
  • internetowym inwestorem może zostać w zasadzie każdy. Nie każdy natomiast posiada fachową wiedzę i doświadczenie w finansowaniu przedsiębiorstw. Finansując projekt ze wsparciem aniołów biznesu lub funduszy VC wraz ze wsparciem kapitałowym możesz liczyć na wsparcie merytoryczne. Anioł czy inwestor branżowy to także kontakty, doświadczenie, wsparcie procesów sprzedażowych. Equity crowdfunding nie może Ci tego zagwarantować.

Crowdfunding udziałowy daje duże możliwości rozwoju spółki, ale nie każde przedsiębiorstwo ma szansę korzystać w pełni z jego zalet. Dlatego w tym miejscu warto zadać sobie kolejne pytanie: czy Twój startup może i powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

Zacznijmy od drugiej części tego pytania, czyli warunków formalno-prawnych, które Twoja firma musi spełnić, by otworzyć się na internetowych inwestorów.

Pytanie #2: czy mój startup może skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

Korzystanie z equity crowdfundingu wiąże się ze znajomością konkretnych przepisów prawa. A ponieważ na chwilę obecną polskie prawodawstwo reguluje crowdfunding w sposób szczątkowy (pojęcie crowdfundingu udziałowego nawet nie funkcjonuje w polskim prawie!), decydując się na model udziałowy musimy być przygotowani na korzystanie z przepisów Kodeksu Spółek Handlowych.

Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

Pojęcie „crowdfundingu” nie doczekało się jeszcze legalnej definicji w polskim systemie prawa. Analizując podstawowe cechy crowdfundingu udziałowego możemy wskazać, że jest to rodzaj finansowania społecznościowego, w którym wspierający inwestuje w określone przedsięwzięcie, w zamian za udziały (akcje) w kapitale zakładowym spółki beneficjenta, która to przedsięwzięcie będzie realizować.

Sama definicja wskazuje na to, że warunkiem sine qua non crowdfundingu udziałowego jest istnienie spółki, która dopuszcza możliwość dystrybucji udziałów w kapitale zakładowym.

Z przytoczonej powyżej definicji crowdfundingu udziałowego wynika, iż jednym z elementów tego mechanizmu jest transfer udziałów na rzecz osób wspierających dane przedsięwzięcie. W związku z tym, crowdfunding udziałowy znajdzie zastosowanie w przypadku prowadzenia działalności w formie spółki akcyjnej, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością oraz spółki komandytowo-akcyjnej.

Wykorzystanie którejkolwiek z tych form prawnych w crowdfundingu udziałowym ma swoje wady i zalety. Wydaje się jednak, że do realiów crowdfundingu udziałowego bardziej przystosowana jest spółka komandytowo-akcyjna.

Kliknij i rozwiń

Co do zasady, decyzja o tym jaką formę prawną będzie miało nasze przedsiębiorstwo sprowadza się do wyboru pomiędzy:

  • spółką akcyjną,
  • spółką komandytowo-akcyjną,
  • spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (z.o.o.).

Aby móc emitować akcje konieczne jest posiadanie spółki akcyjnej lub komandytowo-akcyjnej, której założenie wymaga od przedsiębiorcy więcej wysiłku i nakładów niż założenie spółki z o.o.

Z drugiej strony, sprzedaż udziałów w spółce z.o.o. stanowi znaczący wysiłek logistyczny. Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, zbycie udziału powinno być dokonane w formie pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi. W praktyce oznacza to, że każda sprzedaż udziałów w spółce z o.o. powoduje konieczność wizyty u notariusza i poniesienia dodatkowych kosztów przez strony transakcji. To w zasadzie niemożliwe do zrealizowania w przypadku ECF.

Tak wygląda to na papierze. Realia są jednak takie, że część polskich platform crowdfundingu udziałowego nie pozostawi Ci dużego wyboru w zakresie rodzaju spółki… lub ograniczy go do jednego ;)

Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

Z naszej platformy mogą korzystać spółki akcyjne i spółki komandytowo-akcyjne. Nie obsługujemy spółek z o.o., ponieważ sprzedaż udziałów w takiej spółce może mieć miejsce jedynie w obecności notariusza, co de facto stoi w sprzeczności z założeniem equity crowdfundingu. Jeżeli ktoś mieszka w Szczecinie i chce nabyć przez internet udziały firmy, która ma siedzibę w Warszawie za 200 zł, nie będzie podróżował do notariusza.

Oczywiście, bardzo by się przydała jasna deklaracja organów kontrolujących rynek i przedstawicieli administracji w tym zakresie. Liczymy też na wprowadzenie w najbliższej przyszłości instytucji Prostej Spółki Akcyjnej (PSA), nad którą trwają intensywne prace w ministerstwie rozwoju.

Kliknij i rozwiń

Dla kontrastu, platforma CrowdAngels umożliwia realizację projektów wyłącznie spółkom z.o.o., co jednak oznacza wysiłek logistyczny pod kątem obowiązku notarialnego (lub wyznaczenie pełnomocnika ze strony platformy).

Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

Remedium na większość z wyżej wymienionych problemów ma stanowić nowy rodzaj spółki kapitałowej tj. Prosta Spółka Akcyjna (PSA). Prace nad projektem uregulowań prawnych trwają. Z przedstawionych przez Ministerstwo Rozwoju założeń wynika, iż PSA ma łączyć zalety spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjnej. Nowa spółka miałaby cechować się m. in.:

– możliwością szybkiej rejestracji (w tym rejestracji przez Internet),
– minimalnymi wymogami kapitałowymi dla założycieli i
– możliwością elastycznego kształtowania struktury majątkowej spółki,
– możliwością różnorodnych form inwestycji w przedsięwzięcie (w tym – finansowania crowdfundingowego),
– możliwością wykorzystania mechanizmów chroniących założycieli spółek przed niekorzystnymi postanowieniami umów inwestycyjnych,
– a do tego zwolnienia podatkowe oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek ZUS.

Gdyby większość założeń udało się wcielić w życie, to istnieje realna szansa na to, że Prosta Spółka Akcyjna mogłaby pozytywnie wpłynąć na rozwój przedsiębiorczości w Polsce – tak jak miało to miejsce we Francji – i tym samym przyczynić się do zwiększenia popularności crowdfundingu udziałowego.

Kliknij i rozwiń

Pytanie #3: czy mój startup powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

Technicznie rzecz ujmując – jeśli spełnisz wszystkie wymogi stawiane przez platformę i dostarczysz wymagane dokumenty (o czym więcej poniżej), nie ma przeszkód by Twoja oferta pojawiła się w sieci.

Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

Z crowdfundingu udziałowego korzyści mogą czerpać spółki na każdym etapie rozwoju: pre-seed, seed, ale również firmy działające na rynku od lat z dobrym modelem biznesowym, przynoszące zyski. Wierzymy, że equity crowdfunding jest także świetnym narzędziem dla małych rodzinnych firm, które mogą pozyskać kapitał na rozwój albo inne aktywności, nie tracąc kontroli nad biznesem. Jeżeli takie firmy zaczną pozyskiwać kapitał tą drogą, to z kolei drobni inwestorzy otrzymają dostęp do nowego, atrakcyjnego rynku inwestycyjnego.

Warto też wspomnieć, że przeprowadzenie emisji na Beesfund, to doskonałe preludium do debiutu na New Connect albo GPW. Można powiedzieć, że spółka przeprowadza dzięki naszej platformie pre-IPO (IPO, ang. Initial Public Offering, czyli pierwsza oferta publiczna). To doświadczenie zmniejsza późniejsze koszty i przygotowuje do dalszego dynamicznego rozwoju na „tradycyjnych” rynkach kapitałowych.

Kliknij i rozwiń

Odpowiadając na postawione w nagłówku pytanie – equity crowdfunding to dobre rozwiązanie dla każdej spółki, ale może przynieść Ci więcej korzyści, jeżeli Twój startup spełnia kilka (lub wszystkie) poniższe warunki:

  • Twój startup dysponuje cyfrową infrastrukturą i społecznością. Strona internetowa, aplikacja mobilna, baza mailingowa, profile na portalach społecznościowych, proof of concept, przeprowadzone beta-testy lub wersja demo produktu lub usługi; do tego grupa osób zainteresowana Twoim przedsiębiorstwem, jego ofertą i rozwojem – to dobry punkt zaczepienia, aby zacząć przygodę z crowdfundingiem udziałowym i już na starcie zbudować tzw. trakcję projektu.
  • Twój startup to więcej niż jedna osoba… z zapasem wolnego czasu. Tylko dlatego, że pisaliśmy o “magicznym linku” nie znaczy, że gromadzenie kapitału przez internet jest proste, szybkie i nieangażujące. Przygotowanie kampanii i samej firmy, z jednej strony pod względem formalnym i prawnym, z drugiej marketingowym, może wymagać 2-3 miesięcy pracy jeszcze przed rozpoczęciem zbiórki.
  • Twój startup ma dobrze przygotowany i (najlepiej) zweryfikowany model biznesowy. Oczywiście, że inwestorzy powierzają Ci swoje fundusze po to, aby mieć z nich zwrot. Liczą na zysk, a ten jest bardziej prawdopodobny, jeżeli widzą, że Twój startup już na tym etapie generuje wartość dla klientów i dla właścicieli.
  • Twój startup ma trudność z pozyskaniem wsparcia od profesjonalnych inwestorów (np. aniołów biznesu) z powodu braku odpowiednich kontaktów LUB potrzebuje zyskać wiarygodność przed otrzymaniem inwestycji czy wejściem na rynek GPW albo New Connect. W tym wypadku equity crowdfunding powinieneś postrzegać jako “trampolinę” do większego kapitału dla Ciebie i Twojej firmy.

Pytanie #4: jakie dokumenty przygotować pod kątem potencjalnych inwestorów?

Jeżeli masz pewność, że crowdfunding udziałowy to właściwe rozwiązanie dla Twojego startupu, od strony formalnej masz do wykonania jeszcze jeden krok. Do pozyskania inwestorów będziesz potrzebować dokumentacji finansowej przedsiębiorstwa. Wymagania w zakresie dokumentów mogą różnić się w zależności od wybranej platformy, ale solidny biznesplan i prognoza finansowa to bezpieczne minimum.

Biznesplan

Czyli opis działalności Twojego startupu, plany jego rozwoju oraz kwestie finansowe.

Budowa biznesplanu powinna składać się z kilku części:

  1. Streszczenia przedsiębiorstwa – wizytówki całego biznesplanu, zawierającej najważniejsze informacje (abstrakt) z poszczególnych części.
  2. Charakterystyki przedsiębiorstwa – zbioru podstawowych informacji, takich jak nazwa, przedmiot działalności, misja przedsiębiorstwa.
  3. Charakterystyki produktu (usługi) – przedstawienie oferowanego produktu/usługi. W tej sekcji należy uwzględnić politykę cenową i plan dystrybucji oraz informacje na temat przewagi konkurencyjnej, technologii wytwarzania, cyklu życia produktu.
  4. Personelu – struktury organizacyjnej, stan zatrudnienia, kwalifikacji i kompetencji pracowników, systemu płac.
  5. Analizy rynku i konkurencji – informacji na temat otoczenia przedsiębiorstwa (zarówno bliższego jak i dalszego). Ta część powinna zawierać także strategię marketingową, politykę promocji i reklamy.
  6. Harmonogramu działań – wyznaczenia celów i planów strategicznych, taktycznych i operacyjnych wraz z czynnikami wpływającymi na ich realizację.
  7. Analizy finansowej – bilansu przedsiębiorstwa, planowanych przychodów i kosztów, rachunku zysków i strat. W tej części warto zawrzeć także analizę opłacalności inwestycji.

Najważniejsze, aby Twój biznesplan został przygotowany dokładnie, w oparciu o realistyczne założenia i podparty wnikliwą analizą. Podział na sekcje pozwoli zachować czytelność i estetykę.

Poza funkcją informacyjną dla inwestorów, biznesplan jest niezwykle cennym dokumentem również dla Ciebie. Pozwala głębiej przyjrzeć się nie tylko Twojemu startupowi, ale także jego otoczeniu i możliwościom. Jeżeli przygotujesz go solidnie, pozwoli Ci:

  • skonfrontować Twoje wyobrażenie o firmie z rzeczywistością;
  • określić dokładnie, ile środków potrzebujesz;
  • poznać sytuację rynkową, wyzwania, jakie na Ciebie czekają i ograniczenia, które możesz napotkać;
  • określić grupę docelową, lepiej ją poznać i dopasować do niej swój produkt i markę;
  • wskazać obszary wydatkowania już zgromadzonych środków.

Prognoza finansowa

Czyli plan i założenia dotyczące finansów Twojego startupu – jego przewidywanych przychodówi wydatków.

W prognozie finansowej uwzględnij informacje o:

  • planowanych przychodach przedsiębiorstwa i ich źródłach;
  • zakładanych kosztach i źródłach ich finansowania;
  • rentowności przedsiębiorstwa.

Prognoza finansowa powinna obejmować perspektywę kilku lat i co najważniejsze powinna być – podobnie jak biznesplan – rzetelna i realistyczna.

Przygotowanie obydwu dokumentów wymaga wnikliwej analizy i czasu. Platformy często oferują pomoc w ich tworzeniu, jednak większa część pracy spoczywać będzie na Tobie i Twoim startupie. To zestaw informacji kluczowych dla inwestora, który może przesądzić o tym, czy zdecyduje się on wesprzeć Twoją działalność.


Kolejną część poradnika poświęcimy przygotowaniu do zbiórki ECF od strony marketingowej, a następnie – wyborze właściwej platformy i wprowadzeniu na nią projektu.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Ridesharing, carsharing i transport w czasach sharing economy

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 19 lipca 2016

    Nadszedł czas, kiedy o samochodach zaczynamy myśleć w kategoriach usług, nie zaś produktów. Już niedługo na pytanie “czym jeździsz?” przeciętny człowiek będzie odpowiadał: Uberem, Lyftem, BlaBlaCarem. To, którą markę wskaże, będzie wiele mówiło o jego stylu życia, wartościach i potrzebach.

    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

    Ridesourcing

    Zacznijmy od najprostszych potrzeb. Budzik nie zadzwonił, autobus nie przyjechał (i tej wersji będziemy się trzymać). Za chwilę spóźnimy się do pracy. Możemy wezwać taksówkę… albo Ubera. Za tym drugim będzie przemawiać cena. Obecnie Uber pobiera opłatę 4 zł za “trzaśnięcie drzwiami” oraz 1,40 zł za przejechany kilometr. Sprawdzam cenniki najpopularniejszych korporacji taksówkarskich w stolicy: standardem jest 6 zł za wejście do pojazdu i 1,80 – 1,90 za kilometr; łapiąc kurs pod Dworcem Centralnym zapłacimy nawet 8 zł na start i 3 zł na kilometr. Strategia Ubera jest więc czytelna i można ją zamknąć w haśle znanego dyskontu spożywczego: “codziennie niskie ceny”. Potwierdza to w rozmowie z WE the CROWD General Manager Uber Polska, Kacper Winiarczyk:

    Kacper Winiarczyk, General Manager Uber Polska

    Chcemy być najtańszą alternatywą transportu miejskiego, która umożliwi każdemu zainteresowanemu przejazd z punktu A do punktu B. Chcemy, żeby ludzie nie korzystali z aplikacji tylko od czasu do czasu, ale traktowali Ubera jako regularną alternatywę dla innych rozwiązań komunikacyjnych, jak metro, autobus czy pociąg podmiejski.

    Kliknij i rozwiń

    uber-logo-redesign

    Według danych przedstawionych nam przez Ubera, aż ⅓ przejazdów zaczyna się lub kończy w promieniu 400 metrów od stacji metra.

    Winiarczyk podkreśla też, że samochód przywołać można “jednym kliknięciem” i nie jest to dalekie od prawdy. Obsługa aplikacji jest bardzo intuicyjna.

    1. Zaczynamy od założenia konta. Możemy to zrobić zarówno na stronie internetowej Ubera, jak i w ramach aplikacji, z której korzystamy na telefonie.
    2. Rejestracja wymaga od nas podania numeru konta bankowego, które będzie obciążane kosztami przejazdów.
    3. Aby upewnić się, że wszystko się zgadza, system poprosi nas o weryfikację danych poprzez SMS-owy kod zabezpieczający.

    Samo zamawianie przejazdów przypomina nieco korzystanie z Google Maps.

    1. Podajemy lokalizację początkową i docelową, a następnie czekamy na przybycie Ubera. Aplikacja umożliwia nam sprawdzenie prognozowanej ceny przejazdu, z tym jednak zastrzeżeniem, że w godzinach szczytu może ona ulec zwiększeniu.
    2. Kiedy wsiadamy do środka, kierowca już wie, gdzie ma jechać.
    3. Gdyby się spóźnił albo jeśli my zmienilibyśmy zdanie w ciągu 5 minut od wezwania samochodu, przejazd możemy bezpłatnie odwołać.

    Ridesharing

    Raz jeszcze wychodząc od potrzeby użytkownika, przemyślmy inny scenariusz. Tym razem chodzi nie o podróżowanie po mieście, ale udanie się w dłuższą trasę. Przykładowo: wybieramy się na Open’er Festival, ale chcielibyśmy zaoszczędzić na biletach. W dodatku przyjemnie byłoby zabrać się razem z innymi fanami muzyki, którzy akurat jadą  na to samo wydarzenie. To naprowadza nas na najważniejsze korzyści ridesharingu:

    Dzieląc się miejscem w samochodzie dzielimy się kosztami, ale jednocześnie poznajemy ludzi, z którymi możemy współdzielić podróż.

    0-blablacar-general_data-unkown-property-1399564328

    Kierowca i tak tam jedzie, i tak musi ponieść koszt. Decydując się na ridesharing, może go jednak znacząco zmniejszyć. Zestawmy wydatek, jakie ponieślibyśmy wybierając pociąg vis-a-vis BlaBlaCar.

    Oferty wspólnego przejazdu 11.07 na trasie Warszawa-Gdynia znajdują się w przedziale od 48 do 83 zł. Na cenę wpływa m.in.:

    • klasa samochodu (od Toyoty Avensis przez Volvo XC po Alfa Romeo GT),
    • wiarygodność i doświadczenie kierowcy poświadczone społecznościowym systemem reputacyjnym (prościej: dajemy gwiazdki i komentarze),
    • oraz dodatkowe udogodnienia lub ich brak (czy kierowca akceptuje zwierzęta w aucie, czy słucha muzyki, takiej jak my, czy przeszkadza mu palenie, etc.).

    Alternatywnie możemy wybrać pociąg. Tutaj koszty rozciągają się od 64 do 150 zł (2-ga klasa) oraz od 84 do 229 zł (1-sza klasa). Na to, z kim będziemy podróżować w przedziale wpływu nie mamy. Najczęstsza stawka za przejazd Blablacarem z Łodzi do Warszawy to 18 zł. Za bilet PKP zapłacimy o 10 zł więcej.

    Ridesharing to jednak nie tylko korzyści finansowe. Społecznościowy charakter usługi pozwala nam dodatkowo ją personalizować. Powiedzmy, że poznamy kogoś, kto regularnie jeździ do pracy przy ul. Domaniewskiej, gdzie i my pracujemy. W takim wypadku możemy zabezpieczyć sobie dojazdy z pominięciem dworca i jechać prosto do celu, ze sprawdzonym kierowcą – i towarzyszem podróży.

    Po stronie zalet należy też zapisać prostotę i przejrzystość samego modelu. Rozważmy go na przykładzie najpopularniejszego dostawcy – BlaBlaCar. Wchodząc na ich stronę internetową, czujemy, że mamy do czynienia z serwisem społecznościowym.

    • Po podaniu lokalizacji startowej i docelowej wyświetla nam się lista osób gotowych zawieźć nas gdzie potrzeba.
    • W związku z tym, że BlaBlaCar bazuje na systemach reputacyjnych, każdy kierowca podlega ocenie pasażerów. Wyraża się ona w komentarzach oraz w systemie “gwiazdek”, stanowiących średnią ze wszystkim not wystawionych przez użytkowników.
    • Kierowcy muszą użyczać przejazdom swojej twarzy i wizerunku, tak abyśmy wiedzieli z kim zabieramy się w podróż. Nie jest tajemnicą, że podnosi to szanse osób atrakcyjnych na zgarnianie przejazdów. Podobno były już pierwsze BlaBlaCarowe małżeństwa ;)
    Michał Pawelec, polski Country Manager BlaBlaCar

    Należy wyraźnie rozróżniać platformy peer-to-peer oparte na dzieleniu się kosztami, od tych, w których celem jest zarabianie na udostępnianych innym zasobach. Kierowca, jako osoba prywatna bez celu zarobkowego, dzieli się kosztami swojego wcześniej zaplanowanego przejazdu z zabranymi w podróż pasażerami. Nie ma tu mowy o dochodzie, czyli zysku. Dlatego w naszym przypadku mówienie o dzieleniu się (sharing) jest jak najbardziej uzasadnione i celne.

    Kliknij i rozwiń

    Carsharing

    W tym miejscu, warto dodać, że ridesharing należy wyraźnie odróżnić od carsharingu. Ten pierwszy sprowadza się do dzielenia się miejscem w samochodzie, w ramach przejazdu, który zamierza odbyć kierowca. Ten drugi polega zaś na dzieleniu się samochodem jako takim. Może to odbywać się w taki sposób, że wiele osób korzysta z jednej floty powszechnie dostępnych aut, rozliczając się tylko w zakresie realnego użycia. Wystarczy, że:

    1. założymy konto,
    2. podamy numery: prawa jazdy oraz karty kredytowej,
    3. zarezerwujemy auto,
    4. i możemy jechać.

    220px-CityCarShare_Logo

    Dobrym przykładem takiej usługi jest City CarShare, non-profit z San Francisco, którego celem jest zapewnienie wszystkim łatwego dostępu do taniego transportu, przy jednoczesnym ograniczeniu emisji CO2. Użytkownicy nie muszą interesować się paliwem, ubezpieczeniem czy naprawami. Nieco inaczej jest z czystością: jeśli oddamy samochód w gorszym stanie niż go zastaliśmy, będziemy zobowiązani zapłacić karę regulaminową. Aby lepiej realizować swoją misję, City CarShare posiada więcej niż jeden plan zakupowy, oferując dedykowane oferty m.in. dla małych firm, rodzin, szpitali, a nawet specjalne taryfy dla osób o niskich dochodach.

    Carma-BR1X-1
    samochody należące do floty City CarShare

    P2P Car Rentals

    Raz jeszcze zmieniając wektor ze społecznościowego sharing economy na bardziej biznesowy access economy, przejdźmy do modelu bliskiego City CarShare, ale tym razem w pełni for profit. Peer-to-peer Car Rentals to usługa bazująca na tzw. “wirtualnej flocie” samochodów. Składają się na nią pojazdy będące własnością nie usługodawcy, ale indywidualnych kierowców, którzy są gotowi wynajmować swoje auta.

    turo_logo_detail

    W tym obszarze najbardziej znanym dostawcą jest Turo, do listopada 2015 roku występujący pod marką RelayRides. Jest to cyfrowe targowisko, na którym właściciele samochodów oferują je osobom zainteresowanym wypożyczeniem. Aby wejść w taką transakcję, użytkownik musi mieć przynajmniej 21 lat, ważne prawo jazdy oraz zarejestrowane konto w systemie. Właściciel musi poświadczyć, że oferowane przez niego auto jest wyprodukowane najpóźniej w 1990 roku, cechuje się dobrym stanem technicznym, a jego wartość przekracza 50 tys. dolarów. Co ważne, decyzja o wypożyczeniu ostatecznie spoczywa w rękach posiadacza samochodu i to on ma ostatnie słowo. Aby ułatwić mu decyzję, Turo gwarantuje ubezpieczenia zarówno pojazdów, jak i kierowców. W przeciwieństwie do usług carsharingowych, w modelu P2P Car Rental, usługodawca nie oferuje paliwa, czyszczenia, ani napraw – wszystko to spada na wynajmujących i użytkujących.

    Z punktu widzenia użytkownika procedura jest następująca:

    1. Wybieramy samochód, który nas interesuje i potwierdzamy czas i miejsce jego odbioru.
    2. Odkąd zamkniemy drzwi, zaczyna bić licznik.
    3. Jeśli zadeklarowaliśmy, że wynajmujemy samochód na dwie godziny, za tyle właśnie zapłacimy, bez względu na realne użycie.

    Z opłaty użytkownika, 25% kwoty przypada Turo, resztę zgarnia wynajmujący. Może on swobodnie kształtować stawkę godzinową (albo: dniową czy tygodniową) albo kierować się wskazówkami Turo. Realne ceny wahają się od 5 dolarów za godzinę do 125 za tydzień użytkowania pojazdu.

    turo-mini-cooper

    ekran zamawiania samochodu przez Turo

    Car…?

    Samochód, przez wiele dekad, był wyznacznikiem statusu. Jedni odkładali na własne cztery kółka całe życie, inni wymienili je co kilka miesięcy. Ale jedno było pewne: trzeba zbudować dom, zasadzić drzewo i kupić samochód. Dlaczego piszę to w czasie przeszłym? Bo wszystko to mocno straciło na aktualności, odkąd eksplodowało sharing economy.

    Zdaję sobie sprawę, że w obszarze nowoczesnych technologii i rozwiązań społecznościowych eksperci zapowiadają rewolucję częściej niż kawiarniani politycy w Ameryce Łacińskiej. W tym przypadku niczego jednak nie musimy brać na słowo. Ta rewolucja już trwa i dzieje się na naszych oczach. A raczej: w naszych telefonach.

    Transport w sharing economyPartnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

      Szkolenia

      Skomentuj

      Memy polityczne – śmiać się czy płakać?

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 15 lipca 2016

      Przeglądając wysyp memów z Jarosławem Kaczyńskim zastanawialiśmy się, na co właściwie patrzymy. To wiec czy karnawał? Polityka czy rozrywka? A może jedno i drugie?

      Współautorami tekstu są Marcin Giełzak i Adam Bęczkowski.

      Zbyt wiele miejsca i czasu poświęciliśmy badaniu tych gorszych aspektów cyfrowego Tłumu, żeby nie poznać linczu internetowego, gdy go widzimy. Jesteśmy bardzo czuli na stadne odruchy, które wyzwalają media społecznościowe i bardzo świadomi tego, jak bardzo destruktywne potrafią być. Tym razem jednak można chyba mówić o starej, dobrej satyrze politycznej, niż o kolejnym masowym zrywie bezmyślnego hejterstwa. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy – dwa słowa wstępu, które pokażą, że krytyczni jesteśmy nie tylko wobec polityków.

      Cyfrowi pamfleciści

      W niedawnym wywiadzie dla “Press” Edwin Bendyk powiedział, że w dobie Rewolucji Francuskiej też byli hejterzy – po prostu wtedy nazywano ich pamflecistami. Jego zdaniem było to coś na kształt blogosfery epoki druku: pierwszy raz w dziejach ludzie całkiem przypadkowi dostali do ręki potężne narzędzie kształtowania opinii publicznej. Z jednej strony mieliśmy więc oświeceniową “Republikę Listów” Woltera, Rousseau i Franklina, z drugiej – tysiące anonimowych pamflecistów odurzających się drwiną i nienawiścią. Nie musimy chyba mówić, które dzieła były bardziej poczytne.

      Trzeba przyznać, że pamfleciści, po dziś dzień, trzymają się mocno. Pod wieloma względami są bardziej wpływowi nie tylko od filozofów, ale i od dziennikarzy. Są też znacznie liczniejsi, bo niczego nie muszą drukować. Ten, kto powiedział, że papier wszystko przyjmie, najwyraźniej nie miał okazji zapoznać się z blogosferą czy przejrzeć paru wpisów na Salon24. Wyścig na dno trwa jednak dalej, bo teraz każdy może być publicystą dzięki swojej facebookowej czy twitterowej tablicy. Nie musi nawet nic pisać. Wystarczy, że  widząc zabawny obrazek, kliknie “udostępnij”. To, co rzuca się w oczy w przypadku politycznych memów, to nie tylko tempo z jakim się rozprzestrzeniają, ale też automatyzm z jakim to się dzieje. Zabawne? Podajemy dalej. Memy nie zyskują na popularności, bo są prawdziwe. Wirusowość nie jest miarą autentyczności. Mem trafia do tysięcy ludzi, bo jest śmieszny.

      Trzymając się analogii Bendyka, spróbujmy sobie wyobrazić, że jest rok 1789. Jeśli pójść jego tropem myślenia do końca, musielibyśmy założyć, że większość poddanych Ludwika XVI śledziłaby zajścia w Bastylii opierając się wyłącznie na karykaturach, satyrach i dowcipach. Każdy by wiedział komu przekrzywiła się peruka, nikt nie kojarzyłby, czego domaga się stan trzeci. Dziesięć lat temu Jon Stewart mówił, że przeraża go, że programy rozrywkowe, takie jak jego własny czy Billa Mahera, zastępują ludziom wiadomości. Dzisiaj nawet Comedy Central wydaje się zbyt poważne – i nudne. Godne uwagi staje się tylko to, co da się obrócić w żart.

      Jaki to ma związek z niedawną karierą Kaczyńskiego w social media? Proponujemy zakład. Weźmy tych, którzy udostępniają memy, o których mowa (opcja contra) oraz tych, którzy wymyślają je w sekcji komentarzy (opcja pro) i wyślijmy im krótką ankietę. Zapytajmy, kiedy Polska weszła do NATO, z jakich etapów składał się proces akcesyjny i kto je nadzorował. I wreszcie: o co chodziło w warszawskim szczycie Paktu i co na nim ustalono? Gwarantujemy, że większość – po obydwu stronach – nie będzie mieć o tym pojęcia. Jedni, bo uwierzyli w fałszywą wersję historii, drudzy – bo nie znają tej historii. Ale wszyscy mają swoje memy, które wystarczą im za wiedzę i argumenty.

      636038327102591206

      Tyle lamentowania. Wróćmy do faktów. Wszystko zaczyna się od głównego wydania wiadomości TVP z 7 lipca. W materiale poświęconym drodze Polski do NATO pojawia się wzmianka, że twórcami tej koncepcji są Krzysztof Czabański i ówczesny redaktor naczelny tygodnika Solidarność Jarosław Kaczyński. Równocześnie w tym samym materiale wskazuje się, że przeciwnikami akcesu do struktur północnoatlantyckich byli między innymi minister Krzysztof Skubiszewski, środowiska Unii Demokratycznej bądź dziennikarze Gazety Wyborczej. Pierwszym rządem, który działał na rzecz członkostwa Polski w NATO dziennikarze wiadomości uznali gabinet Jana Olszewskiego, pomijając rządy Tadeusza Mazowieckiego i Krzysztofa Bieleckiego. Pominięty został również wkład Bronisława Geremka czy polityków lewicy działających na rzecz członkostwa w NATO. Równocześnie na Stadionie Narodowym w trakcie szczytu można było zapoznać się z wystawą pokazująca drogę do NATO i podsumowującą dotychczasowe lata członkostwa Polski. Była to zmodyfikowana wersja prezentacji sprzed dwóch lat – “Polska w NATO”. Usunięto z niej zdjęcia pokazujące Bronisława Geremka podpisującego protokół o przystąpieniu do struktur NATO czy Bronisława Komorowskiego i Tomasza Siemoniaka. W ich miejsce pojawili się m.in. Jan Olszewski, Lech Kaczyński czy Andrzej Duda.

      8 lipca Radosław Sikorski publikuje tweet, który od tej pory stanie się wzorem dla wszystkich pozostałych memów:

      Znaczna część opinii publicznej uznała, że rząd i będąca wyrazicielem jego opinii publiczna telewizja poszły o krok za daleko i spotkały się z zasłużoną krytyką. To, że przybrała ona zabawną i rozrywkową formę, nie świadczy samo w sobie o tym, że była ona niezasłużona. Gorliwość w wyśmiewaniu była funkcją nadgorliwości w komplementowaniu prezesa. Tak, wszystko zaczął były polityk, ale internauci szybko wzięli sprawy w swoje ręce. Nie wydaje się też, aby wielu z nich zdawało sobie sprawę, jak to się zaczęło. Ustalenie źródła memu wymagało wielu godzin poszukiwań w sieci.

      636038332702371575

      Nie mamy większych wątpliwości, że ci sami internauci chętnie wypomną Sikorskiemu jego wpadki – tak, jak to robili w przypadku ośmiorniczek. Wtedy też chętnie napiszemy relację. A tym, którzy zarzucą nam stronniczość, możemy powiedzieć jedno: nadal uważamy, że najlepsze są memy z Aleksandrem Kwaśniewskim.

      13606514_1048825595199028_4396545182394769513_n

      Współautorami tekstu są Marcin Giełzak i Adam Bęczkowski.

        Szkolenia

        Skomentuj