Cenzura nie pomoże Twitterowi

Przeczytasz w 11 minut Collaboration
Autor 19 sierpnia 2016

Wielu użytkowników Twittera może nie zdawać sobie sprawy z tego, że od kilku miesięcy granice wolności ich wypowiedzi określa Rada Zaufania i Bezpieczeństwa. Mam wątpliwości, czy komukolwiek ufam na tyle, żeby pozwolić mu wybierać, co wolno mi czytać oraz czy faktycznie czuję się bezpieczniej wiedząc, że także moje wpisy mogą być cenzurowane.

Dobre intencje

Budząca kontrowersje Rada ukonstytuowała się w lutym tego roku. Jej podstawowym zadaniem jest “przeciwdziałać zastraszaniu, znęcaniu się oraz posługiwaniu się groźbami w celu uciszania innych użytkowników”. Liczy ona przeszło 40 organizacji pozarządowych reprezentujących środowiska, które najczęściej padają ofiarą cyfrowej agresji. Zaliczają się do nich m.in. osoby LGBTQ, kobiety, Żydzi, Muzułmanie, nastolatkowie.

Każdy, kto czytał naszą serię o “ciemnej stronie Tłumu”, albo “stoczył się” na sekcję komentarzy na dowolnym portalu podejmującym kwestie społeczno-politycznie wie, że Twitter szuka odpowiedzi na realny problem.

Firma nie chce też podzielić losu Ask.fm, serwisu społecznościowego kojarzonego dziś głównie z nastolatkami, którzy popełnili samobójstwa nie mogąc znieść cyfrowej agresji rówieśników, której nikt nie umiał zapobiec. Naturalnie nasuwają się też porównania z Facebookiem, który od lat nakazuje swoim użytkownikom używać prawdziwych nazwisk, kasuje obraźliwe czy obsceniczne wpisy oraz bez mrugnięcia okiem banuje ludzi i instytucje naruszających regulamin serwisu. Czy Twitter także powinien wybrać politykę dokręcania śruby?

Wyzwanie alt-right

Na tym etapie dyskusji, zawsze znajdzie się ktoś, kto powoła się na dobrze znany argument mówiący, że “wolność słowa nie rozciąga się na krzyczenie: ‘pożar!’ w  zatłoczonym teatrze”. Mniej znany jest kontekst, w jakim te słowa padły po raz pierwszy. W ten sposób sędzia Oliver Wendell Holmes uzasadnił pozbawienie wolności kilku piszących w jidysz amerykańskich socjalistów, którzy rozdawali ulotki wyrażające protest przeciw przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do pierwszej wojny światowej. W tym przypadku więc mieliśmy do czynienia z ludźmi, którzy krzyczeli “pożar!”, kiedy kontynent europejski naprawdę płonął.

Cenzura nie pomoże Twitterowi WE the CROWD MiloMuszę przyznać, że gdyby ktoś krzyknął “Milo Yiannopoulos” w zatłoczonym teatrze wyszedłbym jeszcze szybciej niż gdyby wołali “pożar”. Tym, którzy go nie kojarzą wyjaśniam: Milo uosabia wszystkie poglądy i postawy, które odbierają wiarę w człowieka. Wielu uważa go za najbardziej wpływowego trolla w cyberprzestrzeni. Jeszcze do niedawna, był on postacią kultową głównie w wąskich kręgach „alternatywnej prawicy” (alt-right). Dzisiaj jest gościem honorowym Donalda Trumpa na konwencji prezydenckiej Partii Republikańskiej, jego wypowiedzi są cytowane w CNN czy BBC, a o kontrowersjach z nim związanych pisze się już nawet w Polsce. Pojawił się nawet w DLC do gry Postal 2.

Alt-right, które wykreowało Yiannopoulosa to swoisty dark web idei, skupiający rozliczne fora, blogi i grupy w mediach społecznościowych, gdzie głosi się hasła pod którymi nie podpisze się żadna telewizja czy gazeta, jakkolwiek konserwatywne. Przykładowo:

Gamergate9-04-14GamerGate

Społeczność graczy wyznająca skrajne antyfeministyczne poglądy, którym daje ujście poprzez skoordynowane ataki (wyzwiska, groźby) na kobiety związane z branżą gier, które „za dużo mówią”. Jej „prawie oficjalną” witryną jest kanał r/KotakuinAction na Reddit.

file.d69da0026549755167de3d6e2ae13e32_400x400

Pickup community

Czyli „społeczność podrywaczy”, swoista grupa samopomocowa gromadząca tych, którzy chcą wymieniać się wiedzą o tym, jak wykorzystywać kobiety. Najbardziej wpływowy blog i forum w tym obszarze prowadzi Roosh V.

2016-08-17_15h42_39

Final Solution 2.0

Jak ironicznie nazywa się całą internetową infrastrukturę neo-nazistów. Jednym z jej pomysłów jest stworzony przez wiodący w tej kategorii blog The Right Stuff mem, polegający na „oznaczaniu” trzema nawiasami z każdej strony (tzw. echo) nazwisk osób żydowskiego pochodzenia.

alt-right gromadzi się na własnych serwisach, blogach i forach, ale ewangelizuje i atakuje przede wszystkim w mediach społecznościowych. Ich zachowanie wystawia Twittera na poważną próbę. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu jednego tylko miesiąca tweetów oznaczonych #GamerGate wysłano ponad milion. Nie był to wyłącznie efekt ożywionej debaty: jak wykazały logi z 4chan, akcja była koordynowana i zaplanowana. Kathy Sierra, jedna z ofiar agresji GamerGate, słusznie zauważyła, że nigdy droga od “troll ma pomysł” do “troll może realnie zrobić komuś krzywdę” nie była krótsza. Działa tutaj efekt skali. Gdy dręczy nas jedna osoba łatwiej wzruszyć ramionami, niż gdy znieważa nas dwa tysiące ludzi. Jak się okazuje, nienawiść da się potęgować technikami growth hackingu. O skuteczności #GameGate przesądziły trzy elementy:

  • astroturfing, czyli tworzenie fałszywego wrażenie zupełnej oddolności i spontaniczności działań użytkowników na Twitterze, podczas gdy całą akcją zawiadywała relatywnie mała grupa ludzi produkujących content i mnożących fikcyjne konta
  • sealioning, czyli wdawanie się w rozmowy z anty-GamerGate’owcami pod fałszywym pretekstem próby zrozumienia ich racji, a z faktyczną intencją wciągania ich w niekończące się debaty mnożące tweety
  • re-tweety użytkowników mających setki tysięcy obserwujących – tutaj brylował wspomniany Milo Yiannopolous. Alex Baldwin, dawny moderator r/KotakuinAction powiedział, że bez jego wsparcia (i zasięgu na Twitterze, wtedy: 85 tys. obserwujących) nie byłoby #GamerGate.
main-qimg-0e72098c8f58bc215a597da6ba078af3
Ten komiks dał początek pojęciu sealioningu

Odpowiedź Twittera

Wiemy już, jak działają trolle. Jak radzi sobie z nimi Twitter? Jack Dorsey i spółka stosują cztery odmienne sankcje, najczęściej w takiej kolejności jak poniżej:

sankcje Twitter WE the CROWD

  1. Usunięcie statusu “verified”. Osoby publiczne dysponują sposobem odróżniania ich prawdziwych kont od profili zakładanych przez fanów, prześmiewców albo oszustów. Sprowadza się on umieszczenia znaczka “✓” przy nazwie konta. Usunięcie go zaciera różnicę między prawdziwym a fałszywym kontem, negatywnie odbijając się na zasięgu twitterowicza. Jak widać, jest to raczej szykana niż sankcja.
  2. Shadowbanning. Raz jeszcze pozaregulaminowa, ale zdecydowanie dotkliwa technika polegająca na tym, że nawet osoby, które nas obserwują nie zobaczą naszych tweetów (najczęściej: okresowo). Czasem przybiera formy zorganizowane, np. za pomocą algorytmu, który wychwytywał rasistowskie tweety o Baracku Obamie.
  3. Zawieszenia konta. Kara regulaminowa stanowiąca odpowiedź na: rozsyłanie spamu albo agresywny zachowanie. Zawieszenie może być czasowe (np. na tydzień) albo warunkowe (konto będzie przywrócone z chwilą usunięcia problematycznych tweetów).
  4. Permanentne zawieszenie konta. Jeśli żadna z powyższych kar nie dała nam do myślenia, Twitter może wykluczyć nas ze swojej społeczności na dobre. Serwis korzysta z tej możliwości bardzo ostrożnie. Trzy najgłośniejsze przypadki to: raperka Azelia Banks (za rasistowskie wpisy), znany alt-rightowy troll Chuck Johnson (za podjudzanie do zabicia czarnego aktywisty) oraz oczywiście: Milo Yiannopolous.

Sprawa Milo jest zdecydowanie najgłośniejszym przypadkiem zawieszenia konta w dziejach Twittera. Donosiły o niej m.in. CNN, BBC, New York Times, TechCrunch, Business Insider, a nawet Krytyka Polityczna. Nigdy wcześniej Twitter nie zaangażował się tak mocno w pojedynczy przypadek rzekomego naruszenia regulaminu. Nigdy też nie usunięto konta za pośrednią przewinę w rodzaju “inspirowania” czy “ośmielania” innych.

Między grudniem 2015 a czerwcem 2016 serwis zastosował wszystkie środki “ostrzegawcze” przed sięgnięciem po permanentne zawieszenie konta. Twitter wyraźnie obawiał się społeczności alt-right i starał się unikać zaognień. Odwołał nawet zawieszenie jego konta Yiannopolousa po tym, jak jego zwolennicy zorganizowali protest wyrażony hashtagiem #FreeMilo. Naczelny troll zdawał się jednak świadomie dążyć do tego, aby podbić stawkę. Dopiął swego, gdy kilka tygodni temu opublikował sarkastyczną recenzję filmu Ghostbusters, stanowiącego re-boot popularnej serii, tym razem jednak w żeńskiej obsadzie. Idąc śladem wpisów m.in. na r/KotakuinAction, tekst potępiał film jako przejaw feministycznych obsesji i złego smaku.

Na jego artykuł zareagowała odtwórczyni jednej z głównych ról, Leslie Jones. Wydaje się, że nie tyle jej aktorstwo, ile płeć i czarny kolor skóry oraz fakt, że skrytykowała idola alt-right doprowadziły do istnego oblężenia jej profilu na Twitterze. W tej orgii rasizmu i mizoginii oprócz obelg, pojawiły się też groźby.

Wtedy do akcji wkroczyli ludzie z przeciwnej strony barykady, którzy winnym całego zamieszania uznali Yiannopolousa. Wyróżnikiem akcji szybko stał się hashtag #BanMilo. Wielu z nich oznaczało w swoich wpisach szefa Twittera, Jacka Dorseya. Twitter wsłuchał się w vox populi i zablokował, raz jeszcze, konto Yiannopolousa.

Bilans? Yiannopolus ma teraz 300 tys. obserwujących, jest bardziej rozpoznawalny niż kiedykolwiek, a wśród swoich zwolenników cieszy się opinią męczennika za wolność słowa.

Skutek odwrotny do zamierzonego

Jakby tego było mało, nawet w dziedzinie fundowania trollom męczeństwa na pluszowym krzyżu Twitter nie potrafi być konsekwentny. Gdy w czerwcu tego roku ofiarami rasistowskich i seksistowskich ataków padła dziennikarka New York Timesa japońskiego pochodzenia, serwis odmówił interwencji twierdząc, że „nie znajduje w zgłoszonych wpisach bezpośredniego naruszenia regulaminu”. Zacytuję pierwszy tweet z brzegu: „oby spadła na ciebie bomba atomowa, skośnooka kurwo”.

W tym samym czasie, zatroskany o uczucia rosyjskich użytkowników Twitter banuje pięć profili ośmieszających Kreml i Władimira Putina. Najpopularniejszy z nich, @DarthPutinKGB obserwuje ponad 50 tys. ludzi. Trzeba była interwencji m.in. Radia Wolna Europa i prezydenta Estonii, aby Twitter dostrzegł problem. Równie problematyczna jest praktyka banowania dziennikarzy związanych z opozycją wobec reżimu prezydenta Erdogana. Nie chcąc konfliktować się z władzami w Ankarze, serwis w naprawdę kafkowski sposób zawiesza konta niepokornych dziennikarzy nie powiadamiając o tym samych zainteresowanych i odmawiając komentarzy prasie. Wystarczy jedno zgłoszenie od “urażonego użytkownika”. Co to oznacza?

Selektywnie stosowana cenzura nie tylko, że nie jest w stanie rozwiązać problemu hejtu, ale zaczyna być wykorzystywana przez agresywne, autorytarne reżimy i ich rzeczników, którzy nie przywykli do znoszenia krytyki.

Yiannopolous powiedział niedawno rozentuzjazmowanym republikanom “jedyne co im się udało, to uczynić mnie bardziej popularnym”. W tej jednej kwestii bohater Reddit, 4Chan i GamerGate ma pełną rację. Cenzurowanie social media czyni ofiary z tych, którzy tak naprawdę są oprawcami. Nie zapominajmy jednak, że są to oprawcy zza ekranu komputera. Nerwowe – i chwiejne reakcje Twittera dają im fałszywe poczucie siły, tak samo, jak grożenie kobiecie gwałtem daje im fałszywe poczucie męskości. Tego problemu nie rozwiąże żadna Rada Zaufania i Bezpieczeństwa, ani żaden uładzony komunikat napisany językiem CSR-owej akuratności. Twitter powinien rozstać się z utopijnym przekonaniem, że w ten sposób będzie w stanie skontrolować aktywności 310 mln użytkowników. Odpór mogą dać im tylko inni użytkownicy. Czasem powinien on polegać na tym, aby groźby karalne zgłosić do prokuratury, innym razem na tym, aby wyrazić głośno solidarność z osobą, która padnie ofiarę szykan. Ale często po prostu na tym, aby nauczyć się ignorować trolli.

Źródła:


Komentarze ekspertów

Artur Kurasinski

Artur Kurasińki | MUSE

Podjęcie walki przez zarząd Twittera z trollami, przestępcami i terrorystami należy powitać z uznaniem – to, co wyprawia się w tym serwisie jest czasami mainstreamowym odbiciem 4chana.

Czy uda się banować szkodliwych użytkowników? Tak, ale to wymaga bezwzględności i jasnych praw dla wszystkich. Cenzura jak i kontrola mediów społecznościowych nie powinna dziwić – to taki sam obszar wymiany poglądów, jak fora portali czy blogów.

Sądzę, że powoli w niebyt odchodzi anarchistyczna wizja internetu z końcówki lat 90-tych, kiedy to akademicy marzyli o swoim kawałku “cyberprzestrzeni” pozostającym zupełnie bez kontroli rządów. Przy obecnym natężeniu komunikatów, kanałów i możliwości ekspresji, każdy operator serwisu pokroju Twittera powinien mieć zestaw twardo egzekwowanych żelaznych reguł użytkowania. Systemy Facebooka wyszukujące fragmenty nagich ciał w postowanych obrazkach mogą wydawać się absurdalne, ale dzięki temu serwis Zuckerberga jest raczej pozbawiony niestosownych treści. Liczenie na “samooczyszczanie” i “samokontrolę” społeczności to ułuda. Wśród miliarda użytkowników statystycznie musi znaleźć się kilka patologicznych jednostek, które trzeba izolować od reszty.

m.nowak

Mikołaj Nowak | specjalista ds. nowych mediów

Czasy, w których niemal wszystko zależało od użytkowników – a administracja ograniczała się do aktualizowania serwisów o nowe opcje – bezpowrotnie minęły. Powód? Zawiedli ludzie. Zbyt duża kontrola została oddana użytkownikom, a gdy wolności jest zbyt wiele – ludzie zaczynają jej nadużywać i gubić się.

Rok temu wybuchło społeczne oburzenie, kiedy to Facebook nie chciał usunąć strony “Dominik – dobrze, że zdechł” argumentując, że nie jest to to naruszenie standardów serwisu. Dopiero po zorganizowaniu ruchu społecznego administracja zaczęła kasować naruszenia, czyli pod presją ogromnej rzeszy użytkowników. Teraz polityka w tym serwisie jest zaostrzona, do tego odpowiedzi na naruszenia otrzymujemy maksymalnie do doby. Również zgłoszenia są bardzo dokładnie weryfikowane. Dlaczego tak się stało? Bo wcześniej było zbyt mało kontroli, czym Facebook narażał się na reperkusje ze strony państw.

Problem w tym, że hejterzy, płatni trolle i całe armie podobnych błyskawicznie znajdują nowe rozwiązania. Można im wysyłać mocne sygnały i blokować, ale oni założą nowe konta – trzy w miejsce jednego – i zaatakują jeszcze silniej. Zatem, czy Facebook, Twitter, itp., powinny pełnić rolę „wirtualnej policji”? Absolutnie nie, ale gdy nie interweniują, gdy dostają zgłoszenia naruszenia prawa – przyczyniają się do promocji zachowań aspołecznych. Sektor Social Media to ogromny kawałek w internetowym torcie. Dlatego odpowiedzialność społeczna po stronie operatorów Social Media jest dziś nieporównywalnie bardziej istotna, niż jeszcze pięć lat temu.

Obawiam się jednak, że jeżeli w najbliższym czasie nie powstanie sposób skuteczniejszy od kasowania wpisów łamiących społeczne standardy, to problem rozrośnie się do skali, nad którą nie da się zapanować. Kasowanie stymuluje hejterów; motywuje ich do zakładania kont kolejnych i kolejnych. To walka z wiatrakami. Potrzeba bardziej radykalnych środków – wpływu bezpośredniego, być może bardzo mocnego wyroku za hejt. Jeden przypadek może mieć bardzo wielką moc perswazji.

a.roguski 2

Artur Roguski | product manager FAKT24.PL, autor serwisu Whysosocial.pl

O tym, że Twitter ma poważny problem z nienawiścią mówi się od przynajmniej roku. Wybory prezydenckie w USA, działania prezydenta Turcji czy konflikt polityczny w Polsce dodatkowo podsycają emocje związane z postami na tym serwisie. Najgorsze dla Twittera jest to, że coraz mniej firm będzie chciało się reklamować w takim kotle negatywnych emocji.

Twitter nie potrafi radzić sobie z hejtem, nie jest też konsekwentny w swoich działaniach. Jak pokazuje przykład Facebooka, który musi radzić sobie z pięciokrotnie większą liczbą użytkowników, z problemem negatywnych treści można sobie poradzić. Trzeba do tego odpowiedniego, prostego narzędzia oraz sprawnego zaangażowania społeczności, którego skutkiem będzie samoregulacja.

Twitter pozostanie serwisem, do którego nie powinny wchodzić firmy i osoby nie gotowe na poradzenie sobie z falami negatywnych emocji. Dodatkowo, Twitter jest nieprzewidywalny i ekstremalnie podatny na działania zorganizowanych grup użytkowników, którzy w ciągu kilku minut są w stanie „wykopać” temat/hashtag do roli trendującego. Nawet najlepsze systemy kurateli treści nie będą w stanie tego powstrzymać. Jeśli takim trendem będzie zniszczenia człowieka czy instytucji, to nie ma przed tym obrony. Na Twitterze można zniszczyć każdego.

Czy Twitter powinien być cenzurowany? Nie. Jedyną słuszną drogą walki z hejtem i nieodpowiednimi treściami jest samoregulacja użytkowników serwisu. Żadne instytucje zewnętrzne nie powinny decydować co można, a czego nie można pisać w serwisie społecznościowym. Zawsze będzie to prowadziło do insynuacji, że ktoś, gdzieś realizuje swoje ukryte cele. To tylko niepotrzebnie napędzi spiralę negatywnych emocji. Ważną rolę powinny za to pełnić policja i prokuratura. Te instytucje bezwzględnie muszą ścigać wszelkie groźby, znieważenia czy naruszania dobrego imienia osób bądź instytucji, ponieważ z roku na rok rośnie liczba osób skrzywdzonych przez język nienawiści w sieci.

DagmaraPakulska

Dagmara Pakulska | Digital strategist, MJCC

Pojawienie się Rady Zaufania i Bezpieczeństwa nie zwiastuje jeszcze zaistnienia cenzury – w pełnym tego słowa znaczeniu – na Twitterze. Musimy sobie jasno powiedzieć, że internet nie może być miejscem, w którym bezkarnie i bez powodu obraża się innych ludzi lub nawołuje się do agresji, czy nawet szerzej – do aktów terroryzmu.

Twitter, podobnie zresztą jak Facebook, jest gospodarzem własnego medium społecznościowego. Oznacza to, że szanując wolność słowa i wypowiedzi, ma prawo „w swoim domu” wymagać zachowywania się zgodnego z jasno przez niego określonym zbiorem zasad. Jack Dorsey dobrze wie, że jego mikroblog jest miejscem, gdzie najczęściej spotyka się wykształconych 25-, 34-latków, przedstawicieli wolnych zawodów (prawników, dziennikarzy itd.) i w związku z tym musi zwracać baczną uwagę na treści, które pojawiają się w serwisie.

Tam gdzie poziom dyskusji zaczyna drastycznie spadać i pojawiają się treści obraźliwe oraz negatywnie nacechowane, wartościowi użytkownicy odchodzą doprowadzając do powolnej śmierci medium społecznościowego. Nie ulega jednak wątpliwości, że z takim zbiorem zasad każdy użytkownik powinien zapoznać się szczegółowo już na etapie rejestrowania swojego konta w serwisie. Wprowadzanie nowych algorytmów czy też modyfikowanie regulaminu w odpowiedzi na sytuacje kryzysowe może prowokować, że w danym miejscu zaczyna pojawiać się cenzura. Wówczas odwracana jest uwaga od realnego problemu – negatywnego wpływu trolli i hejterów internetowych na pozostałych użytkowników portalu.

Warto także podkreślić, że nie istnieje jeszcze algorytm doskonały, który perfekcyjnie filtrowałby treści nacechowane negatywnie. Należy więc przychylnym okiem spojrzeć na działania Twittera, który w przeciwieństwie do Facebooka, powołał obiektywną radę składającą się aż z ponad 40 różnorodnych organizacji i z którą konsultuje swoje decyzje w sprawie dezaktywacji szkodliwych kont w miejsce bezmyślnego i bezzasadnego banowania użytkowników.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Poradnik crowdfundingu udziałowego dla startupów (1)

    Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
    Autor 3 sierpnia 2016

    Rozpoczynamy zapowiedziany w artykule wprowadzającym cykl poradnikowy o crowdfundingu udziałowym (ECF, tj. equity crowdfunding). Na początek absolutne podstawy. Jakie uwarunkowania należy wziąć pod uwagę przed wejściem w model udziałowy finansowania społecznościowego? Czy Twoja spółka jest gotowa na przyjęcie tej formy obcego kapitału? Jakie dokumenty są niezbędne, a jakie ułatwią Ci pozyskanie inwestorów?

    Pierwszym i najbardziej oczywistym pytaniem, które musisz sobie zadać, nim zdecydujesz się oddać internetowym inwestorom część udziałów w swojej spółce jest:

    Pytanie #1: co mój startup może zyskać dzięki crowdfundingowi udziałowemu?

    1. Zasięg i ekspozycję
    2. Społeczność
    3. Kapitał
    4. Walidację
    5. Promocję

    Odpowiadając na to pytanie, postanowiliśmy nie zaczynać w sposób oczywisty – od kapitału. Zamiast tego korzyści, które możesz czerpać z crowdfundingu udziałowego, ułożyliśmy w pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym.

    1. Zasięg i ekspozycja

    Decydując się na kampanię equity crowdfundingową musisz zawrzeć na jednej stronie internetowej wszystko to, co wpłynie na decyzję inwestorską – wideo demonstrujące Twój pomysł biznesowy, opis spółki, biznesplan, hiperłącza do innych dokumentów. Spójrz na to jak na szansę stworzenia wirtualnej prezentacji, która może dotrzeć do tysięcy potencjalnych inwestorów – w krótkim czasie i w zasadzie bez kosztów! Otrzymasz do swojej dyspozycji “magiczny link”, będący furtką do społeczności, a co za tymi idzie – do pozyskania niezbędnego finansowania, szansy na walidację pomysłu i wsparcia promocyjnego.

    2. Społeczność

    Wspomniany wyżej “magiczny link” może zostać otwarty przez wielu różnych odbiorców, znajdujących się w dowolnej lokalizacji. Twój projekt może zainteresować akredytowanego inwestora z Warszawy, który następnie zaprosi Cię na rozmowę z jego funduszem, jak i “domorosłego” mikroinwestora, który od razu powierzy Ci swoje pieniądze. I w drugą stronę – ECF daje inwestorom szansę na dostrzeżenie okazji inwestycyjnych, do których dotarcie w przeszłości wiązałoby się z przypadkiem albo dużym nakładem czasu i pieniędzy.

    Do społeczności nie muszą dołączyć wyłącznie osoby, które zdecydują się zainwestować w Twoją spółkę. Równie dobrze mogą to być sympatycy i entuzjaści Twojej działalności, w tym przyszli klienci. Mogą pełnić rolę ewangelistów marki, którzy chętnie podzielą się informacją o Twojej kampanii z innymi i wyrażą opinię na temat oferowanego przez Ciebie produktu lub usługi. Nawet jeśli nie zainwestują w Ciebie i w Twoją spółkę, wygenerują wartość przez polecenie i podanie “magicznego linka” dalej.

    Wszyscy ci, którzy otworzyli hiperłącze i uwierzyli w Twój projekt, stanowić będą Twoją społeczność. To ich zaangażowanie, rekomendacje, opinie i działania otworzą drogę do kapitału, walidacji oraz promocji.

    3. Kapitał

    Ekspozycja i budowanie zasięgu projektu ma ma jeden fundamentalny cel – pozwolić pozyskać od społeczności fundusze potrzebne do dalszego rozwoju Twojej spółki. Dlatego crowdfunding ma w nazwie i “crowd” i “funding”.

    Warto przy tym pamiętać, że:

    • Wpłaty w ramach ECF nie podlegają zwrotowi w przypadku, gdy przedsiębiorstwo upadnie. Ryzyko zostaje po stronie inwestora.
    • Oferowanie w zamian za wsparcie kapitałowe udziałów w przedsiębiorstwie nie musi oznaczać utraty nad nim kontroli. Z jednej strony, w przypadku crowdfundingu udziałowego zyskujesz wielu małych inwestorów dysponujących relatywnie małą częścią udziałów. Takie rozbicie inwestoriatu gwarantuje Ci mocniejszą pozycję. Z drugiej strony, niektóre platformy umożliwiają pozyskanie “Inwestorów typu B” – taki inwestor pozbawiony jest prawa głosu.

    4. Walidacja

    Czy wiesz ile startupów nie odnosi sukcesu w stosunku do tych, o których sukcesie możesz usłyszeć? Statystyki są dość przygnębiające. Crowdfunding udziałowy może pomóc Ci przetestować pomysł biznesowy, zanim zdecydujesz się zainwestować w niego więcej pieniędzy, czasu i zdrowia. Budując zasięg swojego projektu i gromadząc społeczność, z jednej strony tworzysz grupę fokusową, która powie Ci co myśli o Twoim produkcie/usłudze, z drugiej – badasz popyt na rynku (czy ludzie rzeczywiście będą chcieli kupić to, co mam do zaoferowania?).

    Potencjalny inwestor jest bardziej wymagający niż zwykły nabywca w crowdfundingu sprzedażowym, dlatego jego opinia powinna mieć dla Ciebie szczególne znaczenie.  Jeżeli ktoś inwestuje w Twój startup własne pieniądze, to znaczy, że wierzy w sukces oferowanego przez Ciebie produktu czy usługi.

    Jeśli udało Ci się przekonać do inwestycji nie jednego, ale całą grupę inwestorów, to sygnał dla innych, że to co oferuje Twoja firma jest dobre i ma potencjał. Twoje przedsiębiorstwo zyskuje na wiarygodności w oczach kolejnych przyszłych inwestorów. Jest to szczególnie ważne, jeżeli myślisz o dodatkowym wsparciu od VC, wzięciu pożyczki, czy wejściu na rynek NewConnect.

    5. Promocja

    Zgromadzona i zaangażowana społeczność sama będzie promować Twoją działalność, wykorzystując do tego efekt sieci i social media. Stanie się poniekąd Twoim społecznościowym departamentem marketingowym, który – poza robieniem szumu – może zechcieć podzielić się swoją wiedzą, networkiem, czy polecić Cię większemu inwestorowi.

    Promocja poszerza zasięg i wzmacnia ekspozycję. To w efekcie gromadzi większą społeczność. Ta daje dostęp do większego kapitału, pewniejszej walidacji i silniejszej promocji itd. W ten sposób koło się zamyka.

    crowdfunding udziałowy dla startupów korzyści

    Zadając sobie pytanie o to, co możesz zyskać dzięki equity crowdfundingowi, zadaj sobie też pytanie o to, jakie ponosisz ryzyko i koszty. Lista nie jest długa, ale warto mieć ją z tyłu głowy przed podjęciem decyzji:

    • kwestie finansowe i formalno-prawne są dość złożone (o czym poniżej) i mogą wymagać konsultacji z ekspertem i prawnikiem;
    • Twój startup musi być spółką… ale to chyba oczywiste?
    • pisaliśmy, że sprzedaż udziałów czy akcji w startupie nie musi jednoznacznie wiązać się z oddaniem nad nim kontroli, ale – co do zasady – formalnie, przynajmniej częściowo, tak się stanie;
    • zarządzanie przedsiębiorstwem, w którym niewielkie udziały posiada wielu inwestorów może być kłopotliwe (np. przy podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących działalności i wizji rozwoju firmy);
    • w przypadku innowacyjnych projektów warto zadbać o ich zabezpieczenie prawne dot. własności intelektualnej. Publikacja pomysłu w Internecie zawsze wiąże się z możliwością jego kradzieży;
    • internetowym inwestorem może zostać w zasadzie każdy. Nie każdy natomiast posiada fachową wiedzę i doświadczenie w finansowaniu przedsiębiorstw. Finansując projekt ze wsparciem aniołów biznesu lub funduszy VC wraz ze wsparciem kapitałowym możesz liczyć na wsparcie merytoryczne. Anioł czy inwestor branżowy to także kontakty, doświadczenie, wsparcie procesów sprzedażowych. Equity crowdfunding nie może Ci tego zagwarantować.

    Crowdfunding udziałowy daje duże możliwości rozwoju spółki, ale nie każde przedsiębiorstwo ma szansę korzystać w pełni z jego zalet. Dlatego w tym miejscu warto zadać sobie kolejne pytanie: czy Twój startup może i powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

    Zacznijmy od drugiej części tego pytania, czyli warunków formalno-prawnych, które Twoja firma musi spełnić, by otworzyć się na internetowych inwestorów.

    Pytanie #2: czy mój startup może skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

    Korzystanie z equity crowdfundingu wiąże się ze znajomością konkretnych przepisów prawa. A ponieważ na chwilę obecną polskie prawodawstwo reguluje crowdfunding w sposób szczątkowy (pojęcie crowdfundingu udziałowego nawet nie funkcjonuje w polskim prawie!), decydując się na model udziałowy musimy być przygotowani na korzystanie z przepisów Kodeksu Spółek Handlowych.

    Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

    Pojęcie „crowdfundingu” nie doczekało się jeszcze legalnej definicji w polskim systemie prawa. Analizując podstawowe cechy crowdfundingu udziałowego możemy wskazać, że jest to rodzaj finansowania społecznościowego, w którym wspierający inwestuje w określone przedsięwzięcie, w zamian za udziały (akcje) w kapitale zakładowym spółki beneficjenta, która to przedsięwzięcie będzie realizować.

    Sama definicja wskazuje na to, że warunkiem sine qua non crowdfundingu udziałowego jest istnienie spółki, która dopuszcza możliwość dystrybucji udziałów w kapitale zakładowym.

    Z przytoczonej powyżej definicji crowdfundingu udziałowego wynika, iż jednym z elementów tego mechanizmu jest transfer udziałów na rzecz osób wspierających dane przedsięwzięcie. W związku z tym, crowdfunding udziałowy znajdzie zastosowanie w przypadku prowadzenia działalności w formie spółki akcyjnej, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością oraz spółki komandytowo-akcyjnej.

    Wykorzystanie którejkolwiek z tych form prawnych w crowdfundingu udziałowym ma swoje wady i zalety. Wydaje się jednak, że do realiów crowdfundingu udziałowego bardziej przystosowana jest spółka komandytowo-akcyjna.

    Kliknij i rozwiń

    Co do zasady, decyzja o tym jaką formę prawną będzie miało nasze przedsiębiorstwo sprowadza się do wyboru pomiędzy:

    • spółką akcyjną,
    • spółką komandytowo-akcyjną,
    • spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (z.o.o.).

    Aby móc emitować akcje konieczne jest posiadanie spółki akcyjnej lub komandytowo-akcyjnej, której założenie wymaga od przedsiębiorcy więcej wysiłku i nakładów niż założenie spółki z o.o.

    Z drugiej strony, sprzedaż udziałów w spółce z.o.o. stanowi znaczący wysiłek logistyczny. Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, zbycie udziału powinno być dokonane w formie pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi. W praktyce oznacza to, że każda sprzedaż udziałów w spółce z o.o. powoduje konieczność wizyty u notariusza i poniesienia dodatkowych kosztów przez strony transakcji. To w zasadzie niemożliwe do zrealizowania w przypadku ECF.

    Tak wygląda to na papierze. Realia są jednak takie, że część polskich platform crowdfundingu udziałowego nie pozostawi Ci dużego wyboru w zakresie rodzaju spółki… lub ograniczy go do jednego ;)

    Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

    Z naszej platformy mogą korzystać spółki akcyjne i spółki komandytowo-akcyjne. Nie obsługujemy spółek z o.o., ponieważ sprzedaż udziałów w takiej spółce może mieć miejsce jedynie w obecności notariusza, co de facto stoi w sprzeczności z założeniem equity crowdfundingu. Jeżeli ktoś mieszka w Szczecinie i chce nabyć przez internet udziały firmy, która ma siedzibę w Warszawie za 200 zł, nie będzie podróżował do notariusza.

    Oczywiście, bardzo by się przydała jasna deklaracja organów kontrolujących rynek i przedstawicieli administracji w tym zakresie. Liczymy też na wprowadzenie w najbliższej przyszłości instytucji Prostej Spółki Akcyjnej (PSA), nad którą trwają intensywne prace w ministerstwie rozwoju.

    Kliknij i rozwiń

    Dla kontrastu, platforma CrowdAngels umożliwia realizację projektów wyłącznie spółkom z.o.o., co jednak oznacza wysiłek logistyczny pod kątem obowiązku notarialnego (lub wyznaczenie pełnomocnika ze strony platformy).

    Mateusz Czyżykowski, prawnik w Kancelarii Wolski i Partnerzy, członek Rady Fundacji WE the CROWD

    Remedium na większość z wyżej wymienionych problemów ma stanowić nowy rodzaj spółki kapitałowej tj. Prosta Spółka Akcyjna (PSA). Prace nad projektem uregulowań prawnych trwają. Z przedstawionych przez Ministerstwo Rozwoju założeń wynika, iż PSA ma łączyć zalety spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjnej. Nowa spółka miałaby cechować się m. in.:

    – możliwością szybkiej rejestracji (w tym rejestracji przez Internet),
    – minimalnymi wymogami kapitałowymi dla założycieli i
    – możliwością elastycznego kształtowania struktury majątkowej spółki,
    – możliwością różnorodnych form inwestycji w przedsięwzięcie (w tym – finansowania crowdfundingowego),
    – możliwością wykorzystania mechanizmów chroniących założycieli spółek przed niekorzystnymi postanowieniami umów inwestycyjnych,
    – a do tego zwolnienia podatkowe oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek ZUS.

    Gdyby większość założeń udało się wcielić w życie, to istnieje realna szansa na to, że Prosta Spółka Akcyjna mogłaby pozytywnie wpłynąć na rozwój przedsiębiorczości w Polsce – tak jak miało to miejsce we Francji – i tym samym przyczynić się do zwiększenia popularności crowdfundingu udziałowego.

    Kliknij i rozwiń

    Pytanie #3: czy mój startup powinien skorzystać z crowdfundingu udziałowego?

    Technicznie rzecz ujmując – jeśli spełnisz wszystkie wymogi stawiane przez platformę i dostarczysz wymagane dokumenty (o czym więcej poniżej), nie ma przeszkód by Twoja oferta pojawiła się w sieci.

    Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

    Z crowdfundingu udziałowego korzyści mogą czerpać spółki na każdym etapie rozwoju: pre-seed, seed, ale również firmy działające na rynku od lat z dobrym modelem biznesowym, przynoszące zyski. Wierzymy, że equity crowdfunding jest także świetnym narzędziem dla małych rodzinnych firm, które mogą pozyskać kapitał na rozwój albo inne aktywności, nie tracąc kontroli nad biznesem. Jeżeli takie firmy zaczną pozyskiwać kapitał tą drogą, to z kolei drobni inwestorzy otrzymają dostęp do nowego, atrakcyjnego rynku inwestycyjnego.

    Warto też wspomnieć, że przeprowadzenie emisji na Beesfund, to doskonałe preludium do debiutu na New Connect albo GPW. Można powiedzieć, że spółka przeprowadza dzięki naszej platformie pre-IPO (IPO, ang. Initial Public Offering, czyli pierwsza oferta publiczna). To doświadczenie zmniejsza późniejsze koszty i przygotowuje do dalszego dynamicznego rozwoju na „tradycyjnych” rynkach kapitałowych.

    Kliknij i rozwiń

    Odpowiadając na postawione w nagłówku pytanie – equity crowdfunding to dobre rozwiązanie dla każdej spółki, ale może przynieść Ci więcej korzyści, jeżeli Twój startup spełnia kilka (lub wszystkie) poniższe warunki:

    • Twój startup dysponuje cyfrową infrastrukturą i społecznością. Strona internetowa, aplikacja mobilna, baza mailingowa, profile na portalach społecznościowych, proof of concept, przeprowadzone beta-testy lub wersja demo produktu lub usługi; do tego grupa osób zainteresowana Twoim przedsiębiorstwem, jego ofertą i rozwojem – to dobry punkt zaczepienia, aby zacząć przygodę z crowdfundingiem udziałowym i już na starcie zbudować tzw. trakcję projektu.
    • Twój startup to więcej niż jedna osoba… z zapasem wolnego czasu. Tylko dlatego, że pisaliśmy o “magicznym linku” nie znaczy, że gromadzenie kapitału przez internet jest proste, szybkie i nieangażujące. Przygotowanie kampanii i samej firmy, z jednej strony pod względem formalnym i prawnym, z drugiej marketingowym, może wymagać 2-3 miesięcy pracy jeszcze przed rozpoczęciem zbiórki.
    • Twój startup ma dobrze przygotowany i (najlepiej) zweryfikowany model biznesowy. Oczywiście, że inwestorzy powierzają Ci swoje fundusze po to, aby mieć z nich zwrot. Liczą na zysk, a ten jest bardziej prawdopodobny, jeżeli widzą, że Twój startup już na tym etapie generuje wartość dla klientów i dla właścicieli.
    • Twój startup ma trudność z pozyskaniem wsparcia od profesjonalnych inwestorów (np. aniołów biznesu) z powodu braku odpowiednich kontaktów LUB potrzebuje zyskać wiarygodność przed otrzymaniem inwestycji czy wejściem na rynek GPW albo New Connect. W tym wypadku equity crowdfunding powinieneś postrzegać jako “trampolinę” do większego kapitału dla Ciebie i Twojej firmy.

    Pytanie #4: jakie dokumenty przygotować pod kątem potencjalnych inwestorów?

    Jeżeli masz pewność, że crowdfunding udziałowy to właściwe rozwiązanie dla Twojego startupu, od strony formalnej masz do wykonania jeszcze jeden krok. Do pozyskania inwestorów będziesz potrzebować dokumentacji finansowej przedsiębiorstwa. Wymagania w zakresie dokumentów mogą różnić się w zależności od wybranej platformy, ale solidny biznesplan i prognoza finansowa to bezpieczne minimum.

    Biznesplan

    Czyli opis działalności Twojego startupu, plany jego rozwoju oraz kwestie finansowe.

    Budowa biznesplanu powinna składać się z kilku części:

    1. Streszczenia przedsiębiorstwa – wizytówki całego biznesplanu, zawierającej najważniejsze informacje (abstrakt) z poszczególnych części.
    2. Charakterystyki przedsiębiorstwa – zbioru podstawowych informacji, takich jak nazwa, przedmiot działalności, misja przedsiębiorstwa.
    3. Charakterystyki produktu (usługi) – przedstawienie oferowanego produktu/usługi. W tej sekcji należy uwzględnić politykę cenową i plan dystrybucji oraz informacje na temat przewagi konkurencyjnej, technologii wytwarzania, cyklu życia produktu.
    4. Personelu – struktury organizacyjnej, stan zatrudnienia, kwalifikacji i kompetencji pracowników, systemu płac.
    5. Analizy rynku i konkurencji – informacji na temat otoczenia przedsiębiorstwa (zarówno bliższego jak i dalszego). Ta część powinna zawierać także strategię marketingową, politykę promocji i reklamy.
    6. Harmonogramu działań – wyznaczenia celów i planów strategicznych, taktycznych i operacyjnych wraz z czynnikami wpływającymi na ich realizację.
    7. Analizy finansowej – bilansu przedsiębiorstwa, planowanych przychodów i kosztów, rachunku zysków i strat. W tej części warto zawrzeć także analizę opłacalności inwestycji.

    Najważniejsze, aby Twój biznesplan został przygotowany dokładnie, w oparciu o realistyczne założenia i podparty wnikliwą analizą. Podział na sekcje pozwoli zachować czytelność i estetykę.

    Poza funkcją informacyjną dla inwestorów, biznesplan jest niezwykle cennym dokumentem również dla Ciebie. Pozwala głębiej przyjrzeć się nie tylko Twojemu startupowi, ale także jego otoczeniu i możliwościom. Jeżeli przygotujesz go solidnie, pozwoli Ci:

    • skonfrontować Twoje wyobrażenie o firmie z rzeczywistością;
    • określić dokładnie, ile środków potrzebujesz;
    • poznać sytuację rynkową, wyzwania, jakie na Ciebie czekają i ograniczenia, które możesz napotkać;
    • określić grupę docelową, lepiej ją poznać i dopasować do niej swój produkt i markę;
    • wskazać obszary wydatkowania już zgromadzonych środków.

    Prognoza finansowa

    Czyli plan i założenia dotyczące finansów Twojego startupu – jego przewidywanych przychodówi wydatków.

    W prognozie finansowej uwzględnij informacje o:

    • planowanych przychodach przedsiębiorstwa i ich źródłach;
    • zakładanych kosztach i źródłach ich finansowania;
    • rentowności przedsiębiorstwa.

    Prognoza finansowa powinna obejmować perspektywę kilku lat i co najważniejsze powinna być – podobnie jak biznesplan – rzetelna i realistyczna.

    Przygotowanie obydwu dokumentów wymaga wnikliwej analizy i czasu. Platformy często oferują pomoc w ich tworzeniu, jednak większa część pracy spoczywać będzie na Tobie i Twoim startupie. To zestaw informacji kluczowych dla inwestora, który może przesądzić o tym, czy zdecyduje się on wesprzeć Twoją działalność.


    Kolejną część poradnika poświęcimy przygotowaniu do zbiórki ECF od strony marketingowej, a następnie – wyborze właściwej platformy i wprowadzeniu na nią projektu.

      Szkolenia

      Skomentuj

      Ridesharing, carsharing i transport w czasach sharing economy

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 19 lipca 2016

      Nadszedł czas, kiedy o samochodach zaczynamy myśleć w kategoriach usług, nie zaś produktów. Już niedługo na pytanie “czym jeździsz?” przeciętny człowiek będzie odpowiadał: Uberem, Lyftem, BlaBlaCarem. To, którą markę wskaże, będzie wiele mówiło o jego stylu życia, wartościach i potrzebach.

      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

      Ridesourcing

      Zacznijmy od najprostszych potrzeb. Budzik nie zadzwonił, autobus nie przyjechał (i tej wersji będziemy się trzymać). Za chwilę spóźnimy się do pracy. Możemy wezwać taksówkę… albo Ubera. Za tym drugim będzie przemawiać cena. Obecnie Uber pobiera opłatę 4 zł za “trzaśnięcie drzwiami” oraz 1,40 zł za przejechany kilometr. Sprawdzam cenniki najpopularniejszych korporacji taksówkarskich w stolicy: standardem jest 6 zł za wejście do pojazdu i 1,80 – 1,90 za kilometr; łapiąc kurs pod Dworcem Centralnym zapłacimy nawet 8 zł na start i 3 zł na kilometr. Strategia Ubera jest więc czytelna i można ją zamknąć w haśle znanego dyskontu spożywczego: “codziennie niskie ceny”. Potwierdza to w rozmowie z WE the CROWD General Manager Uber Polska, Kacper Winiarczyk:

      Kacper Winiarczyk, General Manager Uber Polska

      Chcemy być najtańszą alternatywą transportu miejskiego, która umożliwi każdemu zainteresowanemu przejazd z punktu A do punktu B. Chcemy, żeby ludzie nie korzystali z aplikacji tylko od czasu do czasu, ale traktowali Ubera jako regularną alternatywę dla innych rozwiązań komunikacyjnych, jak metro, autobus czy pociąg podmiejski.

      Kliknij i rozwiń

      uber-logo-redesign

      Według danych przedstawionych nam przez Ubera, aż ⅓ przejazdów zaczyna się lub kończy w promieniu 400 metrów od stacji metra.

      Winiarczyk podkreśla też, że samochód przywołać można “jednym kliknięciem” i nie jest to dalekie od prawdy. Obsługa aplikacji jest bardzo intuicyjna.

      1. Zaczynamy od założenia konta. Możemy to zrobić zarówno na stronie internetowej Ubera, jak i w ramach aplikacji, z której korzystamy na telefonie.
      2. Rejestracja wymaga od nas podania numeru konta bankowego, które będzie obciążane kosztami przejazdów.
      3. Aby upewnić się, że wszystko się zgadza, system poprosi nas o weryfikację danych poprzez SMS-owy kod zabezpieczający.

      Samo zamawianie przejazdów przypomina nieco korzystanie z Google Maps.

      1. Podajemy lokalizację początkową i docelową, a następnie czekamy na przybycie Ubera. Aplikacja umożliwia nam sprawdzenie prognozowanej ceny przejazdu, z tym jednak zastrzeżeniem, że w godzinach szczytu może ona ulec zwiększeniu.
      2. Kiedy wsiadamy do środka, kierowca już wie, gdzie ma jechać.
      3. Gdyby się spóźnił albo jeśli my zmienilibyśmy zdanie w ciągu 5 minut od wezwania samochodu, przejazd możemy bezpłatnie odwołać.

      Ridesharing

      Raz jeszcze wychodząc od potrzeby użytkownika, przemyślmy inny scenariusz. Tym razem chodzi nie o podróżowanie po mieście, ale udanie się w dłuższą trasę. Przykładowo: wybieramy się na Open’er Festival, ale chcielibyśmy zaoszczędzić na biletach. W dodatku przyjemnie byłoby zabrać się razem z innymi fanami muzyki, którzy akurat jadą  na to samo wydarzenie. To naprowadza nas na najważniejsze korzyści ridesharingu:

      Dzieląc się miejscem w samochodzie dzielimy się kosztami, ale jednocześnie poznajemy ludzi, z którymi możemy współdzielić podróż.

      0-blablacar-general_data-unkown-property-1399564328

      Kierowca i tak tam jedzie, i tak musi ponieść koszt. Decydując się na ridesharing, może go jednak znacząco zmniejszyć. Zestawmy wydatek, jakie ponieślibyśmy wybierając pociąg vis-a-vis BlaBlaCar.

      Oferty wspólnego przejazdu 11.07 na trasie Warszawa-Gdynia znajdują się w przedziale od 48 do 83 zł. Na cenę wpływa m.in.:

      • klasa samochodu (od Toyoty Avensis przez Volvo XC po Alfa Romeo GT),
      • wiarygodność i doświadczenie kierowcy poświadczone społecznościowym systemem reputacyjnym (prościej: dajemy gwiazdki i komentarze),
      • oraz dodatkowe udogodnienia lub ich brak (czy kierowca akceptuje zwierzęta w aucie, czy słucha muzyki, takiej jak my, czy przeszkadza mu palenie, etc.).

      Alternatywnie możemy wybrać pociąg. Tutaj koszty rozciągają się od 64 do 150 zł (2-ga klasa) oraz od 84 do 229 zł (1-sza klasa). Na to, z kim będziemy podróżować w przedziale wpływu nie mamy. Najczęstsza stawka za przejazd Blablacarem z Łodzi do Warszawy to 18 zł. Za bilet PKP zapłacimy o 10 zł więcej.

      Ridesharing to jednak nie tylko korzyści finansowe. Społecznościowy charakter usługi pozwala nam dodatkowo ją personalizować. Powiedzmy, że poznamy kogoś, kto regularnie jeździ do pracy przy ul. Domaniewskiej, gdzie i my pracujemy. W takim wypadku możemy zabezpieczyć sobie dojazdy z pominięciem dworca i jechać prosto do celu, ze sprawdzonym kierowcą – i towarzyszem podróży.

      Po stronie zalet należy też zapisać prostotę i przejrzystość samego modelu. Rozważmy go na przykładzie najpopularniejszego dostawcy – BlaBlaCar. Wchodząc na ich stronę internetową, czujemy, że mamy do czynienia z serwisem społecznościowym.

      • Po podaniu lokalizacji startowej i docelowej wyświetla nam się lista osób gotowych zawieźć nas gdzie potrzeba.
      • W związku z tym, że BlaBlaCar bazuje na systemach reputacyjnych, każdy kierowca podlega ocenie pasażerów. Wyraża się ona w komentarzach oraz w systemie “gwiazdek”, stanowiących średnią ze wszystkim not wystawionych przez użytkowników.
      • Kierowcy muszą użyczać przejazdom swojej twarzy i wizerunku, tak abyśmy wiedzieli z kim zabieramy się w podróż. Nie jest tajemnicą, że podnosi to szanse osób atrakcyjnych na zgarnianie przejazdów. Podobno były już pierwsze BlaBlaCarowe małżeństwa ;)
      Michał Pawelec, polski Country Manager BlaBlaCar

      Należy wyraźnie rozróżniać platformy peer-to-peer oparte na dzieleniu się kosztami, od tych, w których celem jest zarabianie na udostępnianych innym zasobach. Kierowca, jako osoba prywatna bez celu zarobkowego, dzieli się kosztami swojego wcześniej zaplanowanego przejazdu z zabranymi w podróż pasażerami. Nie ma tu mowy o dochodzie, czyli zysku. Dlatego w naszym przypadku mówienie o dzieleniu się (sharing) jest jak najbardziej uzasadnione i celne.

      Kliknij i rozwiń

      Carsharing

      W tym miejscu, warto dodać, że ridesharing należy wyraźnie odróżnić od carsharingu. Ten pierwszy sprowadza się do dzielenia się miejscem w samochodzie, w ramach przejazdu, który zamierza odbyć kierowca. Ten drugi polega zaś na dzieleniu się samochodem jako takim. Może to odbywać się w taki sposób, że wiele osób korzysta z jednej floty powszechnie dostępnych aut, rozliczając się tylko w zakresie realnego użycia. Wystarczy, że:

      1. założymy konto,
      2. podamy numery: prawa jazdy oraz karty kredytowej,
      3. zarezerwujemy auto,
      4. i możemy jechać.

      220px-CityCarShare_Logo

      Dobrym przykładem takiej usługi jest City CarShare, non-profit z San Francisco, którego celem jest zapewnienie wszystkim łatwego dostępu do taniego transportu, przy jednoczesnym ograniczeniu emisji CO2. Użytkownicy nie muszą interesować się paliwem, ubezpieczeniem czy naprawami. Nieco inaczej jest z czystością: jeśli oddamy samochód w gorszym stanie niż go zastaliśmy, będziemy zobowiązani zapłacić karę regulaminową. Aby lepiej realizować swoją misję, City CarShare posiada więcej niż jeden plan zakupowy, oferując dedykowane oferty m.in. dla małych firm, rodzin, szpitali, a nawet specjalne taryfy dla osób o niskich dochodach.

      Carma-BR1X-1
      samochody należące do floty City CarShare

      P2P Car Rentals

      Raz jeszcze zmieniając wektor ze społecznościowego sharing economy na bardziej biznesowy access economy, przejdźmy do modelu bliskiego City CarShare, ale tym razem w pełni for profit. Peer-to-peer Car Rentals to usługa bazująca na tzw. “wirtualnej flocie” samochodów. Składają się na nią pojazdy będące własnością nie usługodawcy, ale indywidualnych kierowców, którzy są gotowi wynajmować swoje auta.

      turo_logo_detail

      W tym obszarze najbardziej znanym dostawcą jest Turo, do listopada 2015 roku występujący pod marką RelayRides. Jest to cyfrowe targowisko, na którym właściciele samochodów oferują je osobom zainteresowanym wypożyczeniem. Aby wejść w taką transakcję, użytkownik musi mieć przynajmniej 21 lat, ważne prawo jazdy oraz zarejestrowane konto w systemie. Właściciel musi poświadczyć, że oferowane przez niego auto jest wyprodukowane najpóźniej w 1990 roku, cechuje się dobrym stanem technicznym, a jego wartość przekracza 50 tys. dolarów. Co ważne, decyzja o wypożyczeniu ostatecznie spoczywa w rękach posiadacza samochodu i to on ma ostatnie słowo. Aby ułatwić mu decyzję, Turo gwarantuje ubezpieczenia zarówno pojazdów, jak i kierowców. W przeciwieństwie do usług carsharingowych, w modelu P2P Car Rental, usługodawca nie oferuje paliwa, czyszczenia, ani napraw – wszystko to spada na wynajmujących i użytkujących.

      Z punktu widzenia użytkownika procedura jest następująca:

      1. Wybieramy samochód, który nas interesuje i potwierdzamy czas i miejsce jego odbioru.
      2. Odkąd zamkniemy drzwi, zaczyna bić licznik.
      3. Jeśli zadeklarowaliśmy, że wynajmujemy samochód na dwie godziny, za tyle właśnie zapłacimy, bez względu na realne użycie.

      Z opłaty użytkownika, 25% kwoty przypada Turo, resztę zgarnia wynajmujący. Może on swobodnie kształtować stawkę godzinową (albo: dniową czy tygodniową) albo kierować się wskazówkami Turo. Realne ceny wahają się od 5 dolarów za godzinę do 125 za tydzień użytkowania pojazdu.

      turo-mini-cooper

      ekran zamawiania samochodu przez Turo

      Car…?

      Samochód, przez wiele dekad, był wyznacznikiem statusu. Jedni odkładali na własne cztery kółka całe życie, inni wymienili je co kilka miesięcy. Ale jedno było pewne: trzeba zbudować dom, zasadzić drzewo i kupić samochód. Dlaczego piszę to w czasie przeszłym? Bo wszystko to mocno straciło na aktualności, odkąd eksplodowało sharing economy.

      Zdaję sobie sprawę, że w obszarze nowoczesnych technologii i rozwiązań społecznościowych eksperci zapowiadają rewolucję częściej niż kawiarniani politycy w Ameryce Łacińskiej. W tym przypadku niczego jednak nie musimy brać na słowo. Ta rewolucja już trwa i dzieje się na naszych oczach. A raczej: w naszych telefonach.

      Transport w sharing economyPartnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

        Szkolenia

        Skomentuj