Czego nauczyły mnie ostatnie kampanie crowdfundingowe (i jakich błędów ty możesz uniknąć)

Przeczytasz w 7 minut Crowdfunding
Autor 7 grudnia 2017

Crowdfunding to bardzo plastyczna materia. Podczas zbiórki zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów, ale to także szansa na naukę. Patrząc na to w ten sposób, przy dwóch ostatnich kampaniach finansowania społecznościowego proces uczenia się kosztował mnie kilka siwych włosów.

W 2017 r., niemal w jednym czasie, pomagałem w przygotowaniu i realizacji dwóch całkiem różnych zbiórek crowdfundingowych.

Pierwsza kampania to HandyShower (HS), czyli przenośny, wielofunkcyjny system sanitarny, prawdziwie nowatorskie urządzenie inżyniera Zdzisława Iwanejki. Za sprawą crowdfundingu chcieliśmy przetestować rynek, zebrać środki na produkcję serii testowej produktu, a także pomysły od użytkowników na to, jak jeszcze możemy go usprawnić.

Druga kampania to zbiórka na film dokumentalny “Siostry”, realizowana przez Stowarzyszenie Aktywne Kobiety (SAK). Obraz opowiada historię trzech afgańskich sióstr, prawdziwych kobiecych liderek, a my chcieliśmy dotrzeć z ich historią do jak najszerszego grona ludzi, a przy tym zebrać środki na dystrybucję i promocję filmu.

bledy-kampanie-crowdfundingowe-wethecrowd

Zanim podzielę się z Tobą błędami, które popełniłem podczas ich realizacji i lekcjami, które możesz z tego wynieść dla siebie, zaznaczę:

  • obydwie zbiórki realizowane były w okresie wakacyjnym
  • dla obydwu przygotowaliśmy solidne strategie…
  • … chociaż w obu przypadkach nie mieliśmy za wiele czasu na przygotowania.
  • pomimo pewnych turbulencji, obydwie kampanie zakończyły się sukcesem;)

No dobrze, a teraz do rzeczy!

1. Nie zaczynaj i nie kończ swojej zbiórki w wakacje

To chyba najbardziej bolesna lekcja, którą odebrałem i najprostsza rada, jaką mogę Ci dać już na początek. Kampanię HS zaczynaliśmy w czerwcu i kończyliśmy w środku wakacji i w tym samym momencie startowaliśmy ze zbiórką SAK. W efekcie o każdy grosz trzeba było walczyć dwa, jeśli nie trzy razy ciężej niż o dowolnej innej porze roku. Nie wspominam już o utrudnionej dostępności influencerów, którzy byli podstawą naszej strategii w kampanii “Sióstr”.

Niestety, w obu przypadkach nie miałem na to wpływu, ale dziś, postawiony przed taką sytuacją, nie ustąpiłbym – crowdfunding? tak, ale nigdy w okresie wakacyjnym. Dlaczego? To chyba oczywiste, ale żeby być precyzyjnym:

  • w wakacje ludzie są fizycznie i mentalnie w innym miejscu; pozostają często poza zasięgiem sieci…
  • …a już z pewnością nie myślą o odwiedzaniu platform crowdfundingowych,
  • a nawet jeśli to robią, zaglądają częściej do portfela, bo w lipcu i sierpniu masę wydatków związanych z wyjazdami.

Efekt? Niski ruch na Twojej stronie zbiórki oraz stosunkowo rzadkie wpłaty o względnie niskiej wartości.

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

Serio. Jeśli tylko masz taką możliwość, to nigdy nie startuj i nie kończ zbiórki w okresie wakacyjnym.

2. Uzyskaj dowód słuszności od społeczności

Komu ufasz bardziej? Twórcom urządzenia, którzy ubiegają się o Twoje fundusze? Czy użytkownikom, którzy to urządzenie przetestowali i dzielą się swoimi opiniami w social media?

Zasadniczy błąd, który popełniliśmy w przypadku HS (powiązany też z presją czasu) to to, że mając fizyczne urządzenie w wersji prototypowej, nie przekazaliśmy go wystarczająco wcześnie grupie użytkowników do testów.

Gdybyśmy zrobili to przed startem zbiórki, to już na platformie crowdfundingowej moglibyśmy chwalić się tak fajnymi, autentycznymi recenzjami vlogerów:

Te materiały powstały pod koniec zbiórki. Wystarczyło wysłać urządzenia do testów blogerom odpowiednio wcześnie, a zasięg ich contentu oraz przekaz na pewno skierowałyby do nas więcej wspierających i wpłat. Być może także odbiór urządzenia byłby lepszy.

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

Jeżeli tylko posiadasz prototyp fizycznego urządzenia, zorganizuj możliwość przetestowania go przez użytkowników przed zbiórką lub na początku zbiórką. Jeżeli Twój produkt nie jest fizyczny (wydarzenie, akcja społeczna), przynajmniej zbierz rekomendacje, przygotuj koncepty – daj społeczności poczucie, że to, na co potrzebujesz od niej pieniędzy, da się zrealizować. I że to zadziała.

3. Dokonuj korekt w oparciu o feedback

Jak postrzegasz swój produkt? Wiesz jak, prawda? (Z pewnością nie jesteś obiektywny ;) ). A jak widzi go potencjalny nabywca i wspierający? Tu zaczynają się schody. Pozycjonowanie to zespół aktywności marketingowych, które mają służyć budowaniu pewnego wyobrażenia Twojej marki, produktu, usługi w umyśle odbiorcy.

Przez to, że nie HandyShower nie znalazł się w rękach użytkowników przed startem kampanii, niewiele wiedzieliśmy o tym, jakie widzą w nim cechy, wady, zalety. Dopiero po starcie okazało się, że większość osób nie widzi tej innowacji, którą widzimy my. I natychmiast porównuje HandyShower ze zwykłym prysznicem kempingowym. Jaka była nasza reakcja? Błyskawicznie przygotowaliśmy prostą grafikę:

Zadbaliśmy też o film, który prezentuje mnogość możliwości wykorzystania urządzenia:

Jednak gdybyśmy już na początku zadbali o te materiały, z pewnością osłabilibyśmy falę sceptycyzmu, z którą spotykaliśmy się w komentarzach pod tekstami w mediach (m.in. Spider’s Web. MamStartup i kilka innych).

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

Musisz działać zwinnie i reagować na uwagi społeczności. Nawet jeśli się z nią nie zgadzasz, zawsze oferuje Ci chociaż szczyptę kolektywnej mądrości. Pozostawić margines na korektę w swojej strategii i elastycznie usprawniać sposób w jaki pozycjonujesz swój produkt lub usługę. Znaczenie ma:

  • dobór słów,
  • ich kolejność,
  • każde wideo i zdjęcie.

To w ten sposób pokazujesz ludziom co finansujesz, nawet jeśli nie mieli tego w rękach. (a jeśli spełnisz także pkt. ?, będzie jeszcze łatwiej).

4. Zadbaj o wystarczająco duży rozbieg

Mówi się: trenuj ciężko, wygrywaj lekko. To jedna z kluczowych zasad, które zawarliśmy w naszym podręczniku crowdfundingu.

W przypadku obu kampanii wiedziałem, że mamy zbyt mało czasu na zbudowanie masy krytycznej potrzebnej do czegoś, co nazywam “miękkim startem”. Stało się to odczuwalne, kiedy tylko licznik zaczął odmierzać czas. Brak silnej społeczności w połączeniu z okresem wakacyjnym nie pozwolił nam na uzyskanie znaczącej ilości wpłat w ciągu pierwszych 48h. To z kolei:

  • obniżyło morale zespołu,
  • nie pozwoliło na zbudowanie “success story” w oczach mediów w pierwszym tygodniu,
  • dało potencjalnym wspierającym poczucie, że zbiórka nie cieszy się powodzeniem.

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

Zawsze daj sobie czas na “rozbieg” (1-3 msc), tj. na start dopiero w momencie, w którym wiesz, że stoi za Tobą społeczność ludzi gotowych wpłacić pieniądze pierwszego dnia zbiórki. Jak to zmierzyć? Ilością adresów e-mail, ilością fanów Twojej strony na FB, ilością interakcji pod postami… ten pierwszy wskaźnik jest najważniejszy i najbardziej miarodajny. Bardziej miarodajne mogą być jedynie otwarte deklaracje chęci wpłacenia na Twój projekt.

5. Zorganizuj zespół i komunikację wewnętrzną

Zbiórka współorganizowana przez nas z SAK cierpiała w pewnym momencie na chaos wynikający z komunikacji wewnętrznej. Nie ma takiej strategii, której nie da się położyć przez złe jej wykonanie. A to najczęściej ma swoje źródło w komunikacji i podziale obowiązków.

Mieliśmy problem ze znalezieniem ważnych dokumentów, nie wiedzieliśmy, kto ma kontaktować się z celebrytami i influencerami, nie było jasności, kto odpowiada za przygotowanie mailingu, a kto za reklamę AdWords… można było tego uniknąć, przyjmując jasne dla wszystkich ustalenia i system komunikacji.

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

Jeszcze przed startem, bez względu na to czy dysponujesz zespołem ludzi czy współpracujesz z taką agencją jak WeTheCrowd, zadbaj o:

  • przemyślany i wyraźnie zakomunikowany zakres ról i funkcji;
  • płynny przepływ informacji w zespole (przydadzą się współdzielone dokumenty na Google Drive, Slack czy inne narzędzie szybkiej komunikacji);
  • system raportowania, który pozwoli na wspólne wyciąganie wniosków i korekty w strategii.

6. Działaj w zgodzie z Prawem Murphy’ego

Pisałem o tym, że dobrą strategię może zaprzepaścić złe jej wykonanie. Może być też tak, że problem leży w samej strategii, dlatego nie powinno się jej traktować jak “świętej księgi”. To po prostu zespół założeń, hipotez i plan działań, który ma prowadzić do konkretnego, pożądanego efektu. Jeżeli praktyka pokazuje, że się nie sprawdza, trzeba zmienić założenia i/lub przetestować nowe hipotezy.

Chcesz przykładów? Całą naszą strategię marketingową kampanii dla “Sióstr” oparliśmy na 4 solidnych (zdawałoby się) filarach:

  1. rekomendacji i zaangażowaniu influencerów (znani polscy aktorzy i aktorki)
  2. rozległej bazie mailowej (kilka tysięcy adresów)
  3. kontaktach z zagranicznymi aktywistami i ośrodkami
  4. relacjach z mediami

Wszystko potoczyło się jednak w zgodzie z tzw. “prawem Murphy’ego”. Wiesz, co to znaczy, prawda?

  1. Influencerzy okazali się całkowicie niedostępni i niemrawi w okresie wakacyjnym. Nie podawali dalej naszych treści, a jeśli je podawali, to bez wezwania do działania dla fanów.
  2. Baza mailowa była przepełniona nieaktualnymi i przypadkowymi adresami, o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie (czytaj: po dokonaniu rozsyłki po starcie).
  3. Zagraniczni aktywiści nie mogli wpłacać datków na film ze względu na problemy z systemem płatności.
  4. Mediów nie obchodziła nasza zbiórka, bo nie radziliśmy sobie dobrze (patrz pkt. 1-3).

Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

My musieliśmy w pośpiechu przebudować strategię i rozwiązać nieprzewidziane problemy. Ale byłoby nam łatwiej, gdybyśmy pamiętali o prawie Murphy’ego ;) i mieli w zanadrzu kilka alternatywnych rozwiązań. Prośba: Ty tego błędu nie popełniaj, zgoda?

Pamiętaj…

…że zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów. Ale nie wierz mitowi, że uczymy się wyłącznie na swoich błędach. Czasem po prostu możesz uczyć się na cudzych, np. moich ;)

A może już popełniłeś/-aś w przeszłości swoją porcję błędów podczas realizacji crowdfundingu i chcesz, aby znalazły się w kolejnym tekście? To dołącz do naszej ekskluzywnej grupy i podziel się nimi!

>>>> KLIKNIJ, ŻEBY PRZEJŚĆ DO GRUPY <<<<

    Szkolenia

    Skomentuj

    Dzień z Traficarem. Recenzja carsharingu

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 26 października 2017

    Rosnąca popularność carsharingu skłoniła mnie do przetestowania auta na minuty. Czy rzeczywiście rozwój trendu współdzielenia samochodów będzie oznaczał zmierzch posiadania ich na własność?

    Od pewnego czasu w różnych częściach Warszawy (i nie tylko) można zauważyć charakterystyczne srebrne auta z niebiesko-fioletowym logo. Kojarząca się z futurystycznymi pojazdami flota należy do platformy Traficar, której główną propozycją wartości jest możliwość łatwego wypożyczenia auta w dowolnym miejscu i momencie. O usłudze miałem szansę usłyszeć już z różnych źródeł, szczególnie ze strony młodych pracowników biurowych, których zdaniem carsharing to alternatywa dla pustoszących portfel taksówek i perspektywy życia z kredytem na auto.

    Korzystając z uprzejmości firmy Traficar, spędziłem typowy dzień roboczy poruszając się po mieście autem na minuty.

    Ruszamy

    Po krótkim i dość standardowym dla takich aplikacji założeniu konta (trzeba docenić, że nie przepisujemy nic z prawa jazdy – wystarczy zdjęcie!) uruchomiłem mapę. Wszystkie dostępne auta w Warszawie to Renault Clio. Czasem nie ma żadnego auta w pobliżu, więc musimy nastawić się na kilka minut pieszej wędrówki. Rezerwacja auta przez aplikację daje 15 minut na dotarcie i to dość rozsądnie oszacowany czas, chociaż nie zawsze carsharing będzie najlepszym wyborem jeśli wyjątkowo się spieszymy. Tym razem samochód znajdował się dokładnie po drugiej stronie ulicy.

    traficar-wethecrowd

    Mając styczność z miejskimi rowerami, od razu rozpoznałem kod QR na drzwiach kierowcy. Skanujemy go aplikacją i voila, drzwi otwarte. Zanim zacznie się naliczać opłata za czas wynajmu i przejechane kilometry dostajemy 2 minuty gratis na przygotowanie się do jazdy.

    traficar-wethecrowd

    Aplikacja od razu pyta o czystość wnętrza i zewnętrza samochodu. Sami oceńcie – ja wybrałem “najszersze uśmiechy” i mam wrażenie, że jest to w miarę spójnie utrzymywany standard.

    traficar-wethecrowd

    W drzwiach kierowcy znalazłem dwustronną kartę z szalenie cenną dla nowicjusza instrukcją obsługi/postępowania i FAQ. To nie tylko podstawowe informacje jak odpalić samochód, ale i m.in. instrukcja krok po kroku parowania smartfona ze sprzętem audio.

    traficar-wethecrowd

    Największą siła carsharingu jest autentyczna wygoda z jego korzystania. Bak nalany do pełna lub przynajmniej do połowy i banalna procedura w razie kolizji (jeden telefon i Traficar przejmuje problem) to gwarancja, że od momentu zamknięcia drzwi jedynym naszym zmartwieniem są warunki na drodze. Instrukcja rozwiewa wątpliwości jak działa wypożyczenie.

    Kluczyki w formie płaskiej karty znajdują się w schowku, tuż obok dowodu rejestracyjnego. Ważne, żeby kończąc wypożyczenie odłożyć je z powrotem tak, żeby okrągły magnes zaskoczył na swoje miejsce.

    traficar-wethecrowd

    Pierwszą trudnością może być znalezienie miejsca, gdzie należy umieścić kluczyki żeby uruchomić auto. Próby przyczepienia okrągłego magnesu za kierownicą spełzły na niczym. Przy dokładnym przejrzeniu tablicy i innych urządzeń w końcu znalazłem odpowiednią szczelinę – oznaczoną, ale położoną na tyle nisko, że z czystej chęci ułatwienia tego etapu czytelnikom załączam kolejne zdjęcie.

    traficar-wethecrowd

    Jazda

    Uruchomiłem silnik guzikiem, włączyłem światła (nie steruje tym automat) i wyjechałem na szerszą drogę. Renault Clio okazało się zgrabnym i dynamiczny autem, świetnie pasującym do niejednokrotnie chaotycznej szarady zmienianych pasów i przeciskania się przez zastawione (posiadanymi na własność autami) alejki. Bardzo pozytywnie odnotowałem też, że subtelny dźwięk ponaglał mnie do wskakiwania na wyższe biegi, co działa jak prowadzenie za rękę przy zaznajamianiu z mechaniką pojazdu. Dla osób przyzwyczajonych do większych aut wejście na czwórkę nastąpi w oka mgnieniu, co akurat dość dobrze pasuje do miejskich warunków jazdy.

    Trochę problemów sprawił mi wbudowany system wyznaczania trasy. Dwukrotnie pozwoliłem sobie zjechać nieco ze ściśle wyznaczonej trasy, co skończyło się natychmiastowym porzuceniem celu i totalnym zapomnieniem o lokalizowaniu. Czy GPS ma już sztuczną inteligencję, która lubi się obrażać? Wielka szkoda, że w autach nie ma (lub ja nie znalazłem w swoim) uchwytów na telefon, bo postawiłbym na własną, mniej kapryśną aplikację.

    Warto dodać, że można bezproblemowo zmienić język systemu – i ustawienie nie obejmuje tylko jednego przejazdu. Bardzo przydatne byłoby połaczenie tej funkcjonalności bezpośrednio z aplikacją, bo nie wyobrażam sobie porannych zmagań z mapą, która odpowiadałaby mi cyrylicą – a słyszałem o takich przypadkach.

    Podczas pierwszej próby parkowania ponownie doceniłem wymiary auta. Darmowy parking na terenie prawie całej Warszawy nie znaczy przecież, że spokojnie znajdziemy miejsce. Traficar specjalną naklejką przypomina o wyłączeniu świateł, zresztą zupełnie słusznie. Współdzielenie auta jest tak łatwe, że równie łatwo można zapomnieć o szczegółach.

    traficar-wethecrowd

    Absolutnie nie trzeba obawiać się krótkich postojów. Mając do załatwienia szybki odbiór na poczcie stanąłem na kilkanaście minut przechodząc na tryb opłaty postojowej,  kosztowało mnie dosłownie półtora złotego.

    Kończąc całe wypożyczenie koniecznie trzeba odłożyć kartę na miejsce i przede wszystkim po wyjściu z auta zakończyć operację za pomocą aplikacji.

    traficar-wethecrowd

    Ocena

    Auta Traficar są zdecydowanie czyste i nowe, a dynamiką wpasowują się w poruszanie po mieście. Ogromnym plusem jest zdjęcie z kierowcy głównych zmartwień – kosztów paliwa, ubezpieczenia, opłaty za parkowanie. To w świecie sharing economy absolutny wymóg dobrej platformy. Drobne usprawnienia w przyszłości powinny umożliwiać większą interakcję na linii auto-aplikacja. To może też ułatwić wprowadzanie nowych aut, o innych systemach i ustawieniach, do floty (wiem, że w Krakowie we współpracy z IKEA wprowadzono już np. dopasowane do przewozu mebli). Pewnym utrudnieniem jest wciąż ilość aut. Nie zawsze mogłem znaleźć samochód w zasięgu pieszych 5 minut, szczególnie poza Śródmieściem, Mokotowem, Żoliborzem i Pragą.

    Jak carsharing wypada cenowo? Naprawdę różnie, ale z taksówkami wygrywa bez większych problemów. Niemal identyczne czasowo i dystansowo przejazdy wypadły w zależności od pory dnia z mocnym, kilkuzłotowym rozstrzałem. Generalnie typowe przejazdy w stolicy – szacowane przeze mnie na 20-40 minut i 5-15 kilometrów – mieszczą się w widełkach 10-30 złotych. Opłaty są każdorazowo podawane przy wypożyczaniu, więc nieprzyjemnych zaskoczeń nie będzie.

    Jeśli zadajesz sobie pytanie, czy warto skorzystać ze współdzielenia aut, to odpowiedź jest dość jasna. Być może kiedyś warto było posiadać auto, był to pewien status społeczny i chluba. Dzisiaj doceniamy ponownie koncepcję wolności rozumianą jako wolność od zmartwień, własności, problemów. Poruszanie się autem w Warszawie ustępuje komunikacji publicznej, ale są przypadki, gdy samochód jest niezbędny i Traficar jest odpowiedzią, w pewnym sensie, “bez zobowiązań”.

    Nie ma lepszego zastosowania dla carsharingu niż wyjechanie w piątkową noc i powrót bez martwienia się tym, jak wrócić po auto zaparkowane w innej dzielnicy…

      Szkolenia

      Skomentuj

      Współdzielmy ubrania. Sharing economy transformuje świat mody

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 17 października 2017

      O diable wiemy, że ubiera się u Prady. Podobnie szafa każdego śmiertelnika i śmiertelniczki ograniczona była do tej pory możliwościami zakupowymi kolejnych kolekcji wybranych marek. Gospodarka współdzielenia zmienia jednak i ten model, kreśląc nowy horyzont dla zabawy stylem.

      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

      Sharing economy wciąż zmienia kolejne modele biznesowe i branże, pokazując jak technologia pozwala uczynić dostęp wygodniejszym i przyjemniejszym doświadczeniem niż posiadanie. Ale to, co sprawdza się dla stosunkowo uniwersalnych dóbr, jak auta czy mieszkania, nie musi działać tak łatwo dla ubrań i akcesoriów. Każdy, kto chociaż raz skorzystał ze sklepu internetowego na pewno zna ten problem: rozmiar, jakość wykonania, faktura i kolor potrafią czasem zaskoczyć na żywo. Dla niektórych kolekcjonowanie ubrań w szafie to hobby, inni powiedzą, że garderoba jest zbyt prywatna, żeby regularnie przechodziła z rąk do rąk. Czy można przeskoczyć te ograniczenia?

      Najnowsze badania konsumenckie mówią, że nawet 1/5 millenialsów w UK jest zainteresowana współdzieleniem ubrań, sprzętu sportowego i produktów DIY, a nieco mniej niż 10% podobnie postąpiłoby z biżuterią. Doceniają możliwość ograniczenia wydatków na przedmioty, a luksus wolą pożyczyć od czasu do czasu, niż trzymać w szafie za bajońską sumę. Model collaborative consumption staje się zatem częścią zmiany we wszystkich dziedzinach życia.

      Te trendy znajdują odbicie w nowych inicjatywach. Na przestrzeni ostatnich lat powstały pierwsze innowacyjne platformy dla fashionistek i miłośników mody, które dzięki internetowi i smartfonom dają nowe narzędzia do wymiany informacji, wypożyczania i wymieniania się ubraniami oraz akcesoriami.

      Tydzień z Saint Laurent za garść dolarów

      Pierwszy sposób na współdzielenie mody to skorzystanie z serwisów, które oferują wypożyczenie ubrań. Jedziesz na tydzień wakacji i przydałyby Ci się nowe sukienki letnie, a w sklepach króluje cieplutka wełna? Chcesz śmiało wyjść poza kilka zestawów dżinsów i tiszertów, ale nie masz czasu ani chęci rozbijać się po galeriach handlowych? A może masz ochotę co tydzień zaskakiwać nowymi kolczykami i torebką, ale nie chcesz przy okazji zbankrutować?

       

      W kręgach projektantów mówi się już, że Netflixem haute couture jest portal Rent The Runway, założony w 2009 roku przez Jennifer Hyman i Jennifer Fleiss, absolwentki i przyjaciółki z Harvard Business School. Ich propozycja to kilkudniowe doświadczenie noszenia sukienek od projektantów znanych ze światowych wybiegów za 10-30% ceny. Zasady są proste:

      1. wchodzisz na stronę/aplikację i tworzysz konto
      2. wybierasz sukienkę i/lub dodatki (w ofercie są również torby, biżuteria, okulary przeciwsłoneczne) za pomocą filtrów – dokładnie jak w sklepie internetowym
      3. wybierasz dwa rozmiary – drugi to gratis na wypadek, gdybyś nie była pewna rozmiarówki – i 4 lub 8-dniowy okres wypożyczenia
      4. płacisz za długość wypożyczenia i dodatkowe 5$ ubezpieczenia, zwrot jest darmowy.

      Rent The Runway (RTR) ma szereg ciekawych mechanizmów, które ułatwiają przekonanie się, czy dane ubranie „jest na Ciebie”. Istnieje rozwinięty system ocen, galeria zdjęć innych użytkowniczek strojów, a także komentarze, przy których wyświetlają się informacje o wzroście, sylwetce i innych szczegółach, które mogą być przydatne w podejmowaniu ostatecznej decyzji.

      Na zainteresowanie nie trzeba było długo czekać. Serwis stał się mostem między światem wielkiej mody a przeciętnymi możliwościami finansowymi młodych kobiet. Sama Jennifer Hyman podkreśla, jak współcześnie rośnie zapotrzebowanie na podobne usługi:

      Kiedyś można było nosić jeden strój do pracy, a potem znowu założyć go w weekend ze znajomymi. Ale dziś potrzebujemy więcej różnorodności, bo przecież już zrobiłyśmy sobie zdjęcie i wrzuciłyśmy na Instagrama”

      O popularności Rent The Runway niech świadczy fakt, że firma zarządza też największą w USA… pralnią, czyszcząc około 3200 sukienek w każdej godzinie! W ciągu ostatnich paru lat otworzyła flagowe salony doradztwa stylu w kilku amerykańskich miastach i cieszy się już ponad 6 milionową bazą klientek. Z racji na uzależnienie od sieci dostaw i prania, serwis na razie oferuje swoje usługi tylko w Stanach.

      W podobnym modelu otwierają się jednak kolejne serwisy – The Black Tux to nieco bardziej minimalistyczny odpowiednik RTR dla mężczyzn, skupiony na dostarczaniu wszystkich elementów stroju wokół wiodącego motywu smokingu, a Chic by Choice stanowi dokładną kopię RTR na rynku brytyjskim. Ciekawą drogę przebył indyjski portal The Duffl, który zaczynał jako bazar online (zbliżony do Szafa.pl), by obecnie pracować nad usługą wynajmu ekskluzywnych strojów.

      the-black-tux-wethecrowd

      Z kolei dla ekipy stojącej za Bag Borrow or Steal najważniejsze jest umożliwienie każdej kobiecie dostępu do torebek z najwyższej półki. Mowa tu o naprawdę gorących nazwiskach – projekty McQueena, Chanel, czy D&G na terenie USA można wynająć na miesiąc za kilkaset dolarów. To wciąż droga zabawa, ale nie takie poświęcenia znosimy czasem dla odrobiny luksusu.

      Czy Polki są skazane na czekanie, aż ktoś skopiuje ten udany model? Niekoniecznie. Włoski start-up Drexcode, oparty oczywiście o domy mody z Mediolanu, już teraz gwarantuje dostawy w całej Europie. Oferta portalu pozostawia wiele do życzenia, ale pierwsze kroki zostały postawione.

      Poranna dostawa świeżego stylu

      Inną drogą poszły z kolei platformy, które zainspirowały się modelem abonamentu. Znając niepowtarzalne poczucie stylu i preferencje każdej osoby, regularne podsuwanie jej nowych ubrań może zarówno pomóc w uzupełnieniu kreacji kompletowanych z opatrzonej już szafy, jak i czasem wesprzeć w „wychodzeniu ze strefy komfortu”, jak mawiają guru coachingu.

      Wcześniej podobny model testował Stitch Fix, jednak wysyłka ubrań miała na celu przymiarki w domu i decyzję o kupnie lub odesłaniu. Amerykański Le Tote dodał do tego element współdzielenia. Regularnie przysyłane boxy w dowolnym momencie można odesłać w zamian za dostawę kolejnej paczki.

      Taki plan subskrypcji można porównać do Spotify, w którym za opłatą moglibyśmy słuchać tylko jednego gatunku muzyki – a w dowolnym momencie zmienić go na inny, wszystko w ramach stałej opłaty. Dla ubrań okazuje się to znacznie lepsze, niż ciągłe kupowanie i przerost szafy. Branża modowa już zauważyła, że sharing economy pozwala uniknąć nadmiaru przy ciągłym eksperymentowaniu ze stylem.

      W ten trend wpisuje się już wiele serwisów. W Japonii króluje AirCloset, a w Indiach stabilnie rozwijają się paczkowane męskie koszule od OhLook. Dla pań w większych rozmiarach ciekawą propozycję ma Gwynnie Bee. Nowojorski FreshNeck regularnymi dostawami najwyższej klasy krawatów, poszetek i spinek do mankietów łamie rutynę męskiego garnituru. Wspomniany już Rent The Runway wyczuł, że subskrypcja to przyszłość i uruchomił alternatywną usługę pod nazwą Unlimited.

      Chociaż biżuteria jest oceniana jako bardziej prywatna, założycielki RocksBox postanowiły zmierzyć się z tym rynkiem. Płacąc zaledwie 21$ miesięcznie, użytkowniczki platformy otrzymują paczkę z 3 luksusowymi akcesoriami wybranymi przez stylistki serwisu na bazie lajkowanych wcześniej przykładowych dodatków. Praca stylistek jest tu kluczowa – starają się dobierać naszyjniki, kolczyki, bransoletki i pierścionki w jedną, spójną z gustem użytkowniczek stylizację.

      Społeczności otwartych szaf

      Współdzielenie mody to nie tylko, a nawet przede wszystkim, rentowne firmy i odgórna oferta. Przecież podstawą tego trendu jest udostępnianie innym tego, co już mamy i co pozostaje niewykorzystane. Airbnb czy BlaBlaCar przyciągają też dlatego, że pozwalają łatwo realizować współdzielenie od drugiej strony, przynosząc drobne zyski z uwolnienia nieużywanej wartości. Wokół portali fashion sharing, które mają na to odpowiedź, gromadzi się coraz więcej miłośniczek i miłośników mody.

      Francuski start-up Rentez-Vous zorganizował całą sieć społecznościową, która obecnie obejmuje już Francję i Wielką Brytanię. Dodawane przez użytkowników i użytkowniczki (portal zachęca obie płcie do wymiany) darmowe ogłoszenia są opatrzone ceną za dobowy wynajem. Dzięki temu osoby mające imponujące kolekcje chętnie wystawiają swoje ubrania. Taka opłata to szansa na dorobienie na boku, niejako w nagrodę za długie godziny spędzone na polowaniach na naprawdę ciekawe stroje.

      Hasłem „zamień swoją szafę w inwestycję” promuje się Covet, uruchomiona niedawno australijska aplikacja społecznościowego współdzielenia ubrań skierowana wyłącznie na iPhone’a.  Z kolei StyleLend próbuje połączyć społeczność i motyw zarobkowy z doświadczeniem ekskluzywnego butiku – kreacje muszą wpisywać się w pewien wspólny poziom luksusu, a całość usługi jest pośredniczona przez portal w anonimowy sposób. Niestety, kosztem jakości usługi pada element poczucia przynależności do „ludzkiej”, żywej grupy fashionistek.

      Na aktywną społeczność pełną nowych więzi stawiają twórczynie Tumnus, platformy łączącej panie o podobnym poczuciu mody i figurze. Ten serwis porzuca zupełnie względy finansowe, stawiając raczej na bliską integrację – stąd na razie działanie ogranicza się do Melbourne, gdzie kilka dni temu uruchomiono aplikację. Użytkowniczki oceniają Tumnus jako Instagrama dla modowych przyjaciółek, ponieważ silny nacisk położono na mechanizm dobierania konkretnych osób, z którymi chcemy dzielić się ubraniami.

      Polskie mamy w awangardzie współdzielenia

      Bardzo popularny okazał się amerykański portal mody ciążowej Borrow For Your Bump, który połączył usługi wynajmu eleganckich sukienek czy żakietów z abonamentem na krążące boxy z ubraniami. W tym przypadku nisza jest zarówno zbawieniem, bo lepiej współdzielić ubrania 9 miesięcy niż je kupować, jak i ograniczeniem dalszego rozwoju.

      Pod koniec ubiegłego roku młoda mama, Katarzyna Bielazik, postanowiła stworzyć portal, który pomaga Polkom właśnie w tej niszy – ale zamiast wejść w model korporacyjny, oparła go o siłę społeczności i drobnych opłat dobowych. MamaPożycza to zresztą znacznie więcej niż tylko ubrania ciążowe ze wspólnej szafy, na portalu znajdziemy także wózki dziecięce, nosidełka, a nawet zabawki. Całość dopełniają spotkania kawowe, blog i atmosfera wspólnoty, która wyłania się nawet z prostej lektury wystawianych komentarzy.

      Katarzyna Bielazik, założycielka MamaPożycza

      Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Poznaniem i pamiętam czasy, kiedy nie cierpieliśmy na nadmiar rzeczy tak jak dziś. Jeden rower, rolki, sanki, narty na trzy rodziny i nie było problemu, aby korzystać z tych rzeczy. Dzielenie się rzeczami praktykuje praktycznie od zawsze. Pamiętam czasy, gdy ubrania przychodziły w darach kościelnych, potem hitem były lumpeksy z markową odzieżą. Pożyczałam i pożyczam zarówno swoje rzeczy innym, jak pożyczałam od innych i tak już zostało. Tak właśnie zaczęła się historia z MAMA pożycza – zaczęłam od siebie.

      Kliknij i rozwiń

      Niestety – poza sukcesem portalu MamaPożycza, Polska wciąż nie może pochwalić się świeżymi inicjatywami wnoszącymi współdzielenie do naszych codziennych stylizacji. Miejmy nadzieję, że ten artykuł będzie pewną inspiracją do zakładania nowych platform, również przez duże firmy, doceniające zmiany w podejściu do posiadania przedmiotów.

      Świat mody współdzielonej

      Powiew świeżości jaki oferuje gospodarka współdzielenia dla mody jest dla mnie kapitalny. Głównym problemem jest wciąż raczkująca oferta w różnych krajach, niż pomysł sam w sobie. Dlaczego tak sądzę? Ostatecznie za otwartym podejściem do tego trendu przemawia kilka mocnych argumentów:

      • oszczędność – wzbogacenie zestawów dzięki rozwiązaniom sharing economy chroni przed drogimi wyprawami w poszukiwaniu czegoś, co odświeży styl gdy nadchodzi nowy sezon;
      • niepowtarzalne kreacje – współdzielenie mody to solidna alternatywa dla kupowania ubrań na wyjątkowe okazje (czasem z góry przyjętą intencją zwrócenia na drugi dzień, co okresla się jako wardrobing);
      • ochrona środowiska – ubrania i akcesoria są drogie, ale stosunkowo rzadko noszone. W dodatku nudzą nam się średnio po 7 użyciach – a dla wielu osób ten czas jest znacznie krótszy. Większe wykorzystanie garderoby gwarantuje, że jej część nie trafi za chwilę na śmietnik, a produkcja kolejnego przedmiotu zużyje ograniczone zasoby planety;
      • dodatkowy przychód – niektóre modele wspólnej konsumpcji pozwalają pobierać drobne opłaty za wypożyczanie swojej szafy. Z odpowiednim nastawieniem zakupy to nie tylko guilty pleasure, ale mała inwestycja!

      Ostatecznie zatrzymuje nas już tylko twarde ograniczenie – dzielenie się ubraniami działa tylko, jeśli ktoś je kupuje w pierwszej kolejności. Mimo wszystko, w granicach rozsądku warto ograniczać konsumpcję nowych ubrań, dla stanu własnego portfela i zdrowia środowiska.

      Współdzielenie mody to wciąż młody, rozwijający się rynek. Próby wniesienia nowego podejścia do naszego postrzegania ubrań nie zawsze kończą się sukcesami. Australijsko-amerykański startup 99Dresses zakończył prestiżowy program YCombinator w zimie 2012 roku jako najlepiej oceniany pomysł, ale już 2 lata później nie był w stanie przeskoczyć problemów, które trapią wiele inicjatyw na początku rozwoju. Założycielka Nikki Durkin była zmuszona zamknąć projekt.

      Podsumowując modele biznesowe i rodzaje projektów, jakie powstały w tym sektorze przez ostatnie kilka lat, podzieliłem fashion sharing zgodnie z poniższą typologią:

       

      modele-biznesowe-wethecrowd

      Serwisy typu fashion rental chcąc osiągnąć sukces muszą przede wszystkim zdjąć większą część problemu z głowy użytkowników i użytkowniczek – decydując jasno, jak wygląda sprawa ubezpieczenia i pokrywania kosztów w przypadkach losowych, co więcej, organizując bazę logistyczną transportu i czyszczenia w taki sposób, żeby słynne już doświadczenie frictionless z aplikacji mobilnej przenieść na ciągłą cyrkulację przedmiotów. Dla biznesu P2P oczywiście najważniejsze jest przekonanie społeczności, żeby wciąż angażowała się bardziej. Prawdziwa pasja do ciuchów, czego nie można kupić.

      Musimy przywyknąć do tego, że nie da się przesłać biżuterii i stosu ubrań kablem internetowym. Ale wszystkie te przykłady dowodzą, że współdzielenie mody może działać w praktyce. I będzie tylko popularniejsze – w końcu dziś „access is the new ownership”.

      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

        Szkolenia

        Skomentuj