Astroturfing, czyli jak cyfrowo sterować masami i prowadzić wojny hybrydowe

Przeczytasz w 9 minut Collaboration
Autor 27 lipca 2017

Ostatnie wydarzenia polityczne ponownie pokazały siłę mobilizacji w mediach społecznościowych. Szereg komentatorów zauważył jednak, że aktywnym graczem w polskiej sieci jest nieznana siła, której sztuczne kreowanie ruchu określono mianem astroturfingu. Jak głęboko sięga cyfrowa królicza nora?

Do wieczora 22 lipca 2017 roku termin astroturfing był dla Polaków równie kosmiczny, co jego brzmienie. Znane już były określenia takie jak trolling, inżynieria społeczna, socjotechnika – wszystkie oddające w pewnym sensie to samo zjawisko sterowanego z ukrycia ruchu, niegdyś w kontekście manipulacji opinią publiczną przy użyciu tradycyjnych mediów, dziś częściej w ramach aktywności użytkowników w mediach społecznościowych. Autorstwo pojęcia przypisuje się demokratycznemu senatorowi z USA, który w 1985 roku porównał “oddolnie” wysyłane pocztówki i listy poparcia w obronie koncernów ubezpieczeniowych do znanej marki sztucznej trawy “AstroTurf”. Ale czasy, gdy szczytem osiągnięć socjotechniki były masowe przesyłki pocztowe, bezpowrotnie minęły.

Spin doktorzy w erze Tłumu 2.0

Edward Bernays, 1891-1995

Spacer kobiet palących papierosy podczas parady w Niedzielę Wielkonocną to podręcznikowy przykład pionierskiej aktywności w dziedzinie inżynierii społecznej. Chociaż dziś ten obraz ocenilibyśmy jako zdecydowanie normalny, w 1929 roku wciąż szokował jako akt śmiałości przesuwania granic przez sufrażystki i szeroki ruch na rzecz emancypacji kobiet. Wydarzenie jednak nie miało spontanicznego charakterujego autorem był Edward Bernays, a zleceniodawcą American Tobacco Company. Bernays, uważany dziś za twórcę branży public relations, wykorzystał cenne uwagi psychonalityka A. A. Brilla o papierosach jako “pochodniach wolności” kobiet i zatrudniając znane działaczki społeczne zorganizował marsz oraz kampanię społeczną. W ten sposób cynicznie połączył interes korporacji tytoniowej z dobrymi intencjami ruchów społecznych.

Pojawienie się sieci społecznościowych wywróciło ten standardowy model do góry nogami. Co prawda trendsetterzy i tytuły medialne dalej tu są, ale możliwość generowania fałszywego ruchu, lansowania hasztagów i trendów dyskusyjnych, obsługi tysięcy komentujących kont i czarowania niezliczonych stron poparcia czy wydarzeń otworzyła nowe możliwości skalowania działań. Szczególnie niebezpieczna okazuje się jedna z kluczowych zalet sieci – jej anonimowość, pozwalająca na przybieranie fałszywych tożsamości. Konieczność opłacania statystów do uczestniczenia w marszach czy stawiania fałszywych stron WWW instytucji naukowych, jak robiło to m.in. Monsanto rękami firm PR, odeszła na drugi plan.

Czy jest bowiem coś lepszego niż autentyczne tłumy protestujących – ale skrzyknięte przez fałszywy ruch w sieci?

Jedną z pierwszych namierzonych inicjatyw cyfrowego astroturfingu zaprezentował American Petroleum Institute, gdy w sierpniu 2011 roku prawdopodobnie użył około 15 próbnych kont-botów do rozpoczęcia operacji kreowania poparcia dla Keystone XL, projektu rurociągu łączącego Amerykę z ropą z piasków bitumicznych w Kanadzie. Inwestycja wzbudzała powszechny opór ze strony okolicznych mieszkańców i osób zaangażowanych w ochronę środowiska, ale wydawało się, że znaleźli się także jej zwolennicy. Dostrzeżono jednak, że konta utworzono i zapełniono uwiarygadniającymi zdjęciami w tym samym czasie, zaś rzekomo chaotyczne posty były wzajemnie retweetowane w ramach grupy w równie skoordynowany sposób i dotyczyły wyłącznie jednego tematu.

Ruch w sieci jest tak “gęsty”, że rozpoznanie mistyfikacji osiąga nowy poziom trudności w stosunku do starszych cywilizacyjnie i technologicznie form komunikacji. Oznaczanie rozpoznawalnych polityków i postaci świata opinii, podpinanie się pod hasztagi i wrzucanie własnego przekazu, a nawet wkraczanie w cyfrową bańkę innych osób w oparciu o rzekomą znajomość ze świata rzeczywistego to banalne strategie. Nawet autor tego tekstu zetknął się z nimi osobiście.

Historia astroturfingu w wersji cyfrowej – inaczej cyberturfingu – toczy się jednak dalej podobnie do życiowych losów Edwarda Bernaysa. Mistrz PRu zaczynał lansując bekon w menu śniadaniowym, natomiast szybko przeszedł do obsługi kandydatów prezydenckich i wreszcie oczerniania rządów państw nieprzychylnych administracji USA. Dla Guatemali skończyło się to w 1954 roku przewrotem wojskowym sterowanym przez CIA przy wsparciu przychylnie uformowanej opinii publicznej.

Cyfrowa propaganda, wojny botów

Cyberturfing od kilku lat jest obiektem zainteresowania różnych rządów, wojskowych i służb specjalnych, szczególnie najsilniejszych światowych mocarstw. Nowe narzędzia tworzą możliwość jeszcze bardziej nieuchwytną niż same fake news i wojna informacyjna – pozwalają zmieniać społeczne nastawienie do problemów krajowych i geopolitycznych. Dzięki nim możliwe jest tworzenie i rozniecanie “ognisk zapalnych”, tematów dzielących populację, niszczących więzi społeczne, zaufanie, ostatecznie nawet destabilizujących kraje.

W swoim filmie z 2010 roku Taki Oldham ukazał pierwszy zarys strategii cyberturfingu służący do politycznego manipulowania opinią publiczną. Udało mu się wejść w szeregi libertariańskiego centrum American Majority i nagrać jak trenowano zespoły do masowego wystawiania recenzji książkom i propagowania przygotowanych argumentów w różnych serwisach. Głównym donatorem organizacji był Eric O’Keef, polityk i lider organizacji lobbystycznych.

Koncepcja sięga już głębiej. W 2011 roku HB Gary, firma zajmująca się cyberbezpieczeństwem, została w odwecie za próby infiltracji środowiska Anonymous zhakowana. Wśród danych i wymian e-maili znaleziono dokumenty wskazujące na współpracę spółki z US Air Force w zakresie dostarczenia oprogramowania pozwalającego na automatyczną obsługę 10 kont z wygenerowaną “legendą” pełną zdjęć i postów. Narzędzie miało także generować zmienne IP, aby ukryć lokalizację operacji, a nawet przypisywać stałe dla większej wiarygodności. Przypadek został opisany przez różne media, jednak z racji na wagę sprawy dalsze śledztwo może być niemal niemożliwe na lata. Nie jest trudno jednak zauważyć, że mniej więcej w tym samym okresie z sieci społecznościowych na ulice wytoczyła się rewolucyjna fala Arabskiej Wiosny.

Personel Cyber Command Departamentu Obrony USA

Takie praktyki z całą pewnością nie ograniczają się do świata Zachodu. Dobrze opisany jest przypadek działań rządu chińskiego, który zatrudnia nawet do 2 milionów osób w celu dezinformacji, rozpraszania komunikacji aktywistów i generowania prorządowego contentu. Jak wynika z badań, ta “partia 50 centów” (50 Cent Party) składa się w większości z oddelegowanych do tego zadania pracowników biurokracji państwowej.

Dochodzimy także do przypadku, o tyle wywołującego silne emocje, że dotyczy także sytuacji Polski. Rosja od lat jest znana z niezwykłego połączenia polityki zagranicznej i cyfrowej wojny informacyjnej. W 2014 roku analitycy portalu War on the Rocks odkryli, że krytyka syryjskiego prezydenta Asada spotyka się w mediach społecznościowych z falą odpowiedzi ze strony… kont atrakcyjnych kobiet zainteresowanych polityką. Podążając za siecią powiązań, trafili na nieznany, ale oceniany na bardzo dużej wielkości amalgamat prokremlowskich botnetów, przejętych kont i amplifierów agregujących “przekaz dnia”.

Grupa watchdogów z PropOrNot w specjalnym raporcie ocenia, że w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 roku kombinacja rosyjskiego pochodzenia fake news oraz cyberturfingu w istocie z powodzeniem docierała do blisko 15 milionów Amerykanów. W ten sposób sztucznie budowano gorące tematy, takie jak oszustwa wyborcze, czy też najbardziej udany – i całkowicie wykreowany – przekaz o chorobie Hillary Clinton. Przeprowadzono także udane ataki na giełdowe spółki, m.in. Walt Disney Co, wzbudzając panikę w związku z fikcyjnym atakiem terrorystycznym w parku rozrywki.

Warto jednak podkreślić, że celem rosyjskich służb nie było raczej wsparcie Trumpa, ale wzbudzenie atmosfery niepokoju i uderzenie w poparcie dla mandatu zwycięzcy lub zwyciężczyni. Główne wektory cyberturfingu Rosji wobec innych krajów można scharakteryzować tak:

  • podminowywanie zaufania obywateli do instytucji demokratycznych,
  • tworzenie i podsycanie problemów dzielących społeczeństwo,
  • budowanie niechęci do wybieranych przedstawicieli i aparatu państwowego,
  • popularyzacja prorosyjskiej optyki na bieżące problemy (np. wojny na Ukrainie),
  • rozsiewanie dezinformacji i zacieranie różnic między prawdą i fikcją.

22 lipca 2017

Wróćmy jednak do wyjątkowego sobotniego wieczora w historii Polski ery cyfrowej. W przestrzeni Twittera pojawił się nowy trend, forsujący hasztagi #StopAstroTurfing oraz #StopNGOSoros, oceniający masowe protesty przeciw zmianom w sądownictwie jako skoordynowaną kampanią marketingu politycznego. Użycie nowego hasła – astroturfing – miało zapewne wywołać zaciekawienie odbiorcy i nadać szerzej nieznanemu pojęciu nowe, zgodne z intencjami autora znaczenie. Co najbardziej absurdalne, wszystko wskazuje na to, że to właśnie te tweety były same w sobie astroturfingiem (cyberturfingiem)!

Przykładowy zrzut ekranu z analizy DFR Lab

Digital Forensic Research Lab, grupa monitoringu cyberprzestrzeni należąca do waszyngtońskiego think-tanku Atlantic Council, przeprowadziła maszynowy skan dwóch tagów i opublikowała rezultaty w viralowo rozchodzącym się już artykule. Popularność haseł eksplodowała dokładnie o godzinie 21:00, gdy 2,5 tysiąca kont publikowało wpisy z prędkością nawet do 200 twittów na minutę. Po godzinie aktywność spadła do 100 na minutę i stopniowo wygasała. Taki cykl życia hasztaga jest sztuczny, co łatwo zauważyć porównując go z organicznie rosnącym i rozchodzącym się po sieci.

Poniżej porównanie przygotowane przez portal Neuropa:

Jako zespół WeTheCrowd podkreślamy, że sama analiza częstotliwości wpisów nie jest wystarczającym dowodem na sztuczność ruchu, ponieważ w polskiej sieci równie intensywny i krótki jest czas trwania np. hasztaga programu #WTyleWizji. Dokładne rozbicie grupy publikujących wpisy w pełni jednak dowodzi, że akcja nie była spontanicznym zrywem obywatelskości. DFR Lab zauważył, że 10 najbardziej aktywnych użytkowników przez dwie godziny wysyłało tweeta średnio co 4 sekundy. Górne 50 kont wykreowało ⅓ całego ruchu. Przytłaczająca większość postów ma identyczną treść, dołączone zdjęcia i tagi. Bliska inspekcja kont wykazała, że większość powstała na przełomie 2016 i 2017 roku, a ich legendy są raczej marnymi fasadami, łatwymi do przejrzenia.

Co prawda #StopAstroTurfing i #StopNGOSoros nie chwyciły, ale inny tag generowany w tym samym czasie – #MuremZaPJK – na przestrzeni kolejnych dni powracał już organicznie z częstotliwością do 100 twettów na godzinę. Z analizy Neuropy wynika, że powiązane z protestami hasztagi, takie jak #WolneSądy, #ŁańcuchŚwiatła czy #3xVeto, cechowały się organicznym wzrostem, zaś pośród prorządowych można znaleźć zarówno naturalne, jak #3xTak, jak i przejęte przez boty czy zupełnie sztucznie wykreowane.

To jednak nie jedyna budząca podejrzenia aktywność w stylu cyberturfingu. Tego samego 22 lipca 2017 roku o 11:47 miało bowiem miejsce równie intrygujące zjawisko.

Pod porannym postem na fanpage’u TVN24 nagle pojawiło się kilkadziesiąt identycznych komentarzy o treści “Precz z kaczorem – dyktatorem!”. Jak zauważył serwis “Polityka w sieci”, konta są autentyczne i aktywne. Nasza analiza wskazuje, że wszystkie należą do osób mieszkających w Brazylii. Co prawda sprzedaż lajków czy komentarzy od botów we wszystkich typach mediów społecznościowych jest w dość standardowej ofercie firm marketingu cyfrowego, to wykorzystanie kont nieświadomych użytkowników wskazuje raczej na aktywację dokonaną przez hakerów. Czy jest możliwe, że prawdziwe konta wielu naszych polskich znajomych również są takimi uśpionymi botami?

Kamil Basaj,
Kierownik Projektu INFO OPS,
Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

W krajowym internecie występują aktywne i nieaktywne zespoły wirtualnych użytkowników, boty oraz zindywidualizowane konta społecznościowe pełniące role liderów opinii. Umiejscowienia obiektów w sieciach społecznościowych, ich zdolność do prowadzenia działań w precyzyjnie wybranych obszarach informacyjnych, daje jednoznaczną odpowiedź że takie zagrożenie istnieje.

Kliknij i rozwiń

Hipotezy i porady

Szczęśliwie w dobie big data teorie spiskowe można weryfikować. W Internecie nic nie ginie powiedzenie, które zazwyczaj odnosiło się do naszych kompromitujących zdjęć i godnych pożałowania wpisów z całonocnych imprez równie dobrze możemy obrócić na naszą korzyść. Zagregowane liczby dotyczące ilości kont, częstotliwości umieszczania wpisów, ich zasięgu czy głównych medialnych wzmacniaczy przekazu są dostępne dla każdego, kto wie jak posługiwać się właściwymi narzędziami.

Większość narzędzi do analityki danych z mediów społecznościowych to zaawansowane oprogramowanie analityczne tworzone jako rozwiązanie do optymalizacji strategii marketingowych dla firm. Co za tym idzie, takie programy są płatne, więc jeśli chcemy z nich korzystać do monitoringu obywatelskiego, najlepiej uzyskać dostęp dla szerszej grupy, np. w ramach działalności i budżetu organizacji pozarządowej. Ale są też minimalistyczne aplikacje czy darmowe dema, takie jak wyszukiwarka udostępniana przez platformę Talkwalker.

Prawdziwość danych niestety nie tłumaczy, kto stał za kampanią. Czy oba wydarzenia z 22 lipca są ze sobą powiązane? Czy leniwy menedżer marketingu z TVN24 w istocie zamówił tanie komentarze, a może był to atak ośmieszający stację? Skoro tak, to czy wymierzone w protestujących hasztagi nie były nawet bardziej nachalne i odstraszające a może nie ma to znaczenia, bo miały uruchomić i schować się w większym, już organicznym ruchu? Jaka jest szansa, że był to false flag po to, by rozsierdzić protestujących? Czy można tłumaczyć media takie jak wPolityce czy Niezależna, które dalej ciągną temat nakręcany przez boty?

Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji jednoznacznie wskazuje na Rosję jako źródło działań mających na celu przede wszystkim destabilizację życia społecznego i wpłynięcie na proces podejmowania decyzji, co jest wpisane w szersze cele wojny informacyjnej z naszym regionem. Szczególnie podjęcie wątku George’a Sorosa może wskazywać na podobieństwo do operacji prowadzonych wcześniej przez rosyjskie boty na Węgrzech i w USA. Wstrzymam się się jednak od jednoznacznej oceny z racji na poważne braki informacyjne.

Kamil Basaj,
Kierownik Projektu INFO OPS,
Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

Wspominany atak informacyjny nosi cechy nieprofesjonalnego, łatwo identyfikowalnego działania które nie musi być działaniem właściwym przeciwnika informacyjnego. Obecnie prowadzone prace analityczne są skierowane na identyfikację działań skrytych, dla których wspomniana kampania mogła być wyłącznie elementem maskowania operacji właściwej. Określenie powodzenia lub fiaska kampanii jest możliwe po dokładnym określeniu celu jaki obrał ośrodek inicjujący.

Kliknij i rozwiń

Dlatego główny przekaz tego artykułu ma być ostrzeżeniem i wskazówką co do przyszłości. Polskie społeczeństwo jest już niezwykle spolaryzowane i dalszy postęp tego procesu grozi załamaniem porządku społecznego. Na świecie coraz liczniejsze są głosy, że czas podjąć działania, w tym regulacyjne, by zatrzymać cyberturfing. Stąd chcemy zwrócić uwagę opinii publicznej i decydentów na kroki, jakie mogą zapobiegać kolejnym takim sytuacjom:

  • Wszystkie osoby aktywne w sieci powinny korzystać z narzędzi monitoringu oraz każdorazowo weryfikować podejrzane konta przez np. sprawdzenie daty utworzenia, wyszukanie zdjęć danej osoby w Google Images oraz szybkie prześledzenie historii publikowania,
  • Sugerujemy, by portale informacyjne i medialne oraz organizacje pozarządowe tworzyły własne narzędzia alertowe, prywatne lub publiczne, które mogą wyłapywać i wysyłać powiadomienia na bieżąco o podejrzanej aktywności w sieci,
  • Współpraca międzyresortowa ds. cyberbezpieczeństwa musi aktywnie wejść w obszar mediów społecznościowych i zwalczać cyberturferów przy użyciu krajowych narzędzi technicznych i prawnych, a także we współpracy z administracjami krytycznej infrastruktury cyfrowo-społecznej (jak elegancko można nazwać Facebooka).

Dalszy rozwój sieci i jej powszechne używanie przez młodsze pokolenia z pewnością tylko nasili aktywność cyberturfingu. Co gorsza, machine learning i najnowsze inicjatywy z zakresu sztucznej inteligencji sugerują, że już wkrótce roje botów mogą stawać się nieodróżnialne od prawdziwych użytkowników. Będą uczestniczyć z nami w lokalnych eventach, bawić codziennymi perypetiami we wpisach i sączyć zaprogramowany przekaz we wciągających prywatnych rozmowach. Ile zostało nam czasu, zanim zatęsknimy za opłaconymi spacerowiczkami Bernaysa?

 

    Szkolenia

    Skomentuj

    Garden sharing – duch natury i wspólnoty w mieście

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 25 lipca 2017

    Zielone miasta przestają być fanaberią. W czasach gdy miasta pokrywa betonowa pustynia, każdy skrawek zieleni jest na wagę złota. Jak za pomocą nowych technologii, społeczności i idei współdzielenia przywrócić równowagę w przyrodzie?

    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

    W miejskiej przestrzeni jest ograniczona ilość miejsca, która pozwola na uprawę roślin, zwłaszcza jadalnych. W świecie o kurczących się zasobach remedium może być odwołanie się do sharing economy. W tym przypadku garden sharingu.

    Czym jest garden sharing?

    Garden sharing  to współdzielenie umiejętności i zasobów ogrodowych, narzędzi i nasion w celu wspólnego, lokalnego uprawiania owoców i warzyw. Osoby z przestrzenią ogrodową udostępniają ją osobom mającym wiedzę oraz narzędzia.

    Garden sharing (w Ameryce Północnej znany także jako yardsharing) to dzielenie się np. trawnikami czy pasami zieleni z sąsiadami lub ochotnikami do roli ogrodnika. Jest to idealnie rozwiązanie dla tych, którzy mają do dyspozycji przestrzeń, ale nie mają czasu na jej pielęgnację oraz tych, którym marzy się ogród z prawdziwego zdarzenia. Garden sharing łączy obie grupy dając obopólne korzyści. Właściciel trawnika zyskuje w zamian płody roli, a ogrodnik przestrzeń do relaksu. Co ważne, na styku tych dwóch grup korzysta nie tylko mikro-gospodarka, ale także lokalna społeczność.

    Ponadto:

    • dzięki lokalnej uprawie warzyw i owoców zmniejsza się zanieczyszczenie powietrza poprzez redukcję transportu roślin na talerz;
    • garden sharing pełni funkcję edukacyjną odnośnie zdrowego żywienia i odpowiedzialności przemysłu żywieniowego;
    • takie rozwiązanie pozwala także na łatwy i niedrogi dostęp do świeżych warzyw i owoców, które stają się rarytasem;
    • może być doskonałym uzupełnieniem domowego budżetu starszych ludzi poprzez sprzedaż zieleniny;
    • poprzez samodzielną uprawę roślin mamy pewność co do ich jakości i bezpieczeństwa od pestycydów;
    • garden sharing wspiera rozwój lokalnej przedsiębiorczości opartej na rolnictwie;
    • daje także większą niezależność od rosnących cen żywności.

    Taka współpraca może polegać na bezpośrednim kontakcie lub poprzez dedykowane platformy. Większość tego rodzaju stron jest darmowa i niekomercyjna. Choć dziś funkcjonują w okrojonym zakresie, warte wspomnienia są dwie.  Pierwszą z nich jest Yardsharing.org. To nie tylko narzędzie łączące ogrodników z właścicielami, ale także kompendium wiedzy. Na portal jednak trzeba brać poprawkę – ostatnie ogłoszenia są z 2014 r., a jego zakres obejmuje jedynie Stany Zjednoczone.

    Na podobnej zasadzie co Yardsharing.org działało HyperLocavore. Po zostaniu członkiem (pea), tworzyło się grupy chętnych dla każdego nieużytku. Cała komunikacja odbywała się poprzez forum i tam też znajdowało się swoiste centrum zarządzania ogródkiem. Dziś prężnie HyperLocavore działa jako strona na Facebooku. Można tam znaleźć także inspiracje z całego świata nt. urban i guerilla gardeningu.

    Inaczej ma się sprawa z MyCityGardens. To Tinder dla ogrodników! Za pomocą listy znajdziesz ogródek lub chętne do pobrudzenia ziemią ręce. Ograniczeniem jest jedynie lokalizacja, platforma bazuje bowiem na Bostonie. Na identycznych zasadach funkcjonują Shared Earth i Urban Garden Share:

    1. Na podstawie adresu wybierasz najbliższy, ale też najlepszy Twoim zdaniem teren.
    2. Kontaktujesz się z właścicielem, który zgłosił wcześniej przestrzeń na stronie…
    3. …i omawiasz szczegóły współpracy.

    Garden sharing nieco inaczej

    Modele współpracy w garden sharingu mogą się od siebie różnić. Wypisane wcześniej platformy mają charakter czysto niekomercyjny. LandShare w przeciwieństwie do nich, łączy w ramach Land Share Partnership mniej doświadczonych rolników z tymi bardziej. To tworzenie biznesowych partnerstw na podstawie dostępu do niezagospodarowanej ziemi. Z racji biznesowej natury tej współpracy, proces jest bardziej formalny niż inne inicjatywy garden sharingu.

    Samo Land Share działa jako przedsiębiorstwo społeczne, które chce być katalizatorem zmian w zarządzaniu ziemią jako zasobem.

    Równie nieco inną formę garden sharingu reprezentuje Edinburgh Garden Partners. To piękna charytatywna inicjatywa bowiem tu wolontariusze-ogrodnicy dbają o działki lub ogródki osób starszych i z niepełnosprawnościami. W ubiegłych latach w ramach EGP współpracowało ponad 70 wolontariuszy – ogrodników.

    Ogrody społeczne (lub społecznościowe)

    Rozmawiając o garden sharingu, karygodnym byłoby pominięcie idei ogrodów społecznych (lub społecznościowych). O ile garden sharing opierał się na relacji dwóch stron, tj. właściciela ziemi z ochotnikiem-ogrodnikiem, o tyle ogrody społeczne tworzy zbudowana wokół miejskiego nieużytku społeczność. Oprócz współdzielenia przestrzeni jak przystało na sharing economy, korzeni ogrodów należy także upatrywać w ogrodnictwie miejskim (urban farming).

    Ogrody społeczne/społecznościowe to zieleńce uprawiane przez lokalną społeczność. Niektóre mogą się specjalizować, ale zazwyczaj zawierają zarówno owoce, warzywa, kwiaty jak i zioła.

    Miejsce nie ma znaczenia. W Brukseli warzywa uprawia się na tarasie Biblioteki Królewskiej. W Sztokholmie zielone ogrody powstały na nieużywanej bocznicy kolejowej.

    Pomysł na ogród społeczny w większości pojawia się oddolnie, są jednak i takie miejsca, jak np. Gdynia, gdzie zieleńce powstają przy udziale urzędu miasta. Wbrew pozorom ogród społeczny nie jest rzadkością w Polsce, na lokalną uprawę zdecydowali się mieszkańcy Słupska, Gdańska, Poznania, Krakowa, Wrocławia, Cieszyna, Zielonej Góry, Częstochowy, Żar i wiele innych.

    Jak pisze Patryk Białas takie rozwiązanie wpływa bardzo pozytywnie nie tylko na przestrzeń, ale i mieszkańców:

    Spotykają się, rozmawiają i plotkują. Odpoczywają. Poprawiają się relacje sąsiedzkie. Zwiększa się duma i zaangażowanie społeczności lokalnej. Wartość nieruchomości wzrasta. (…) Mieszczanie stają się prosumentami – zarówno konsumentami, jak i producentami nie tylko energii, ale i żywności.

    Ogród społeczny po polsku

    Wybrałam 3 polskie platformy, które pomogą Ci w tworzeniu współdzielonego ogrodu. Pierwszą z nich jest Nasz Ogród Społeczny. To kopalnia wiedzy z zakresu miejskiego ogrodnictwa, planowania przestrzeni oraz partycypacji. Wszyscy zainteresowani znajdą tu m.in. słownik pojęć, porady – jak zacząć i jak pozyskać finansowanie, mają możliwość zadania pytania ekspertowi, a także bibliotekę inspirujących przykładów ogrodnictwa miejskiego ze świata i z Polski.

    Inspirację i wiedzę można także śmiało czerpać od trójmiejskiej Fundacji MY i ich projektu Ogrody społeczne. Na swojej stronie poświęcają dużo uwagi temu jak i po co tworzyć ogrody społeczne. Ostatnia to Społecznik 2.0 czyli analiza ogrodów społecznych. Do & Don’t tworzenia takiej przestrzeni dla lokalnej społeczności.

    Tyle teorii, co na to praktyka? Zapytałam Agatę Półtorak z wrocławskiego Warzywnego Ogrodu Społecznego.

    Agata Półtorak,
    Warzywny Ogród Społeczny

    Przestrzeń zdecydowaliśmy się stworzyć z kilku powodów. Przede wszystkim niesie to za sobą wiele pozytywnych wartości i zbliża ludzi do natury. Dzieciaki są zachwycone, gdy mogą zobaczyć jak rosną ogórki czy cukinie. My sami mamy olbrzymią pasję i frajdę z tworzenia miejsc, które w jakiś sposób mogą integrować lokalną społeczność.

    Nasz ogródek warzywny nie jest typowy, jest to bardziej miejsce spotkań niż prawdziwy ogród nastawiony na uprawę. Przemycamy w nim trochę wartości edukacyjnych i estetycznych jakie dają nam rośliny użytkowe.

    Myślę, że rozwijające się społeczeństwo coraz bardziej docenia takie inicjatywy, więc przyszłość widzę optymistycznie. Nie wiadomo tylko w jakim czasie stanie się to bardziej popularne.

    Kliknij i rozwiń

    Zielona ewolucja

    Już dziś Green Cross Poland przekonuje że modernizacja terenów zieleni pozwoli uczynić polskie miasta nie tylko mniej uciążliwymi dla środowiska, ale przede wszystkim zdrowszymi i bardziej przyjemnymi miejscami do życia. Efekty pracy miejskich ogrodników-ochotników przekładają się na dziedziny życia nie tylko związane z jedzeniem, ale także zdrowiem psychicznym, dobrobytem, przedsiębiorczością, edukacją, estetyką miasta i transportem.

    Obserwując ideę garden sharing i ogrodów społecznych, odnosi się wrażenie, że przyszłość nowoczesnych miast zależy od sharing economy. Współdzielenie przestrzeni i miejskie ogrodnictwo z nim związane to rozwiązanie wielu przestrzennych, ekonomicznych oraz społecznych bolączek. Dzięki tym ideom widać także, jak bardzo dziś tęsknimy za kontaktem z drugim człowiekiem i naturą.

    Do tej pory garden sharing i ogrody społeczne działały głównie jako oddolne inicjatywy. Czy nowe technologie będą wsparciem w zielonych inicjatywach? Moim zdaniem tak, choć podobnie jak w foodsharingu, wciąż brakuje dobrych polskich aplikacji. Czy ich stworzenie to porywanie się z motyką na słońce?

    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

      Szkolenia

      Skomentuj

      Jedz, dziel się i kochaj. Fenomen jadłodzielni i foodsharingu

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 19 lipca 2017

      W sprawie marnowanie żywności mówi się wiele, ale to wciąż za mało. Na szczęście coraz prężniej działają ruchy społeczne w obszarze foodsharingu. Może to właśnie jadłodzielnie, poprzez swoje oddolne działanie, mają szansę rozwiązać ten problem a jednocześnie spopularyzować sharing economy?

      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

      Światowe organizacje i rządy państw biją na alarm. Marnujemy stanowczo za dużo żywności! W UE gospodarstwa domowe wyrzucają rocznie ponad 98 milionów euro do kosza. W przeliczeniu na każdego mieszkańca Unii Europejskiej marnowane jest średnio 173 kg żywności. Rynek przyzwyczaił nas do rozpasanej konsumpcji. Kupujemy za dużo, o małej wartości, krótkim terminie ważności. Pełnowartościowego jedzenia nie wystarczy dla wszystkich, przy takim tempie liczba niedożywionych będzie rosła w zastraszającym tempie. Badania przeprowadzone przez Polską Fundację Pomocy Dzieciom pokazują natomiast, że aż 800 tys. dzieci w naszym kraju cierpi głód albo jest niedożywionych. Przy szeregu działań, które już teraz trzeba podjąć, jest także gros ruchów społecznych, którym na sercu leży zdrowe i zrównoważone odżywianie. Foodsharing to efekt ich pracy.

      Jadłodzielnia czyli co?

      Foodsharing w formie jadłodzielni ma być rozwiązaniem na wyrzucanie żywności i jednocześnie wsparciem osób potrzebujących. To tam bezpłatnie można zostawić jedzenie i je zabrać, jeśli tylko potrzebujemy. To nie jest wymiana coś za coś, to zwykłe dzielenie się.

      Pierwsze jadłodzielnie powstały w Niemczech i stamtąd właśnie przyszła idea do Polski, ale nie tylko. Foodsharing funkcjonuje na pełnych obrotach także m.in w Holandii, Austrii, Szwajcarii i Włoszech. Główna myśl jest wszędzie taka sama: zebrać niewykorzystane jedzenie i podzielić się nim z innymi.

      Zasada funkcjonowania jadłodzielni jest prosta:

      1. Przynosimy żywność zdatną do spożycia, której nie potrzebujemy. Powinna być dokładnie opisana, włącznie z terminem przygotowania, jeśli takie wcześniej było.
      2. Nie przynosimy alkoholu ani surowego mięsa.
      3. Wolontariusz dba o czystość miejsca, świeżość produktów i potraw oraz transport, jeśli jest potrzebny.
      4. Można odbierać żywność w godzinach otwarcia jadłodzielni.

      Nie ma ograniczeń kto i co może zabrać, ani też kto może oddać produkty spożywcze. Jeśli więc herbata, ciasto lub pomidory mają się zepsuć pod Twoją nieobecność, oddaj je do najbliższej jadłodzielni. Do oddawania zachęcane są nie tylko osoby prywatne, darczyńcami mogą zostać lokale gastronomiczne, producenci żywności czy sklepy, które nie sprzedadzą towaru.

      Jadłodzielnie w Polsce

      Pierwsza w Polsce była jadłodzielnia na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Stawki 5/7. Kolejne wyrastały jak grzyby po deszczu. Wraz z ich rozwojem pojawiały się zarzuty, że stanowią konkurencję dla działań np. Banku Żywności. Jest wprost przeciwnie. Jadłodzielnie wspierają działania innych organizacji oraz uzupełniają akcje ratowania żywności i dzielenia jej wśród potrzebujących.

      Dziś w Polsce jadłodzielnie można znaleźć w:

      1. Warszawie,
      2. Wrocławiu,
      3. Poznaniu,
      4. Toruniu,
      5. Szczecinie,
      6. Zielonej Górze,
      7. Jastrzębie Zdroju,
      8. Bydgoszczy,
      9. Lesznie,
      10. Łodzi,
      11. Grudziądzu,
      12. Krakowie,
      13. Lublinie.

      Chcesz jadłodzielni w swoim mieście?

      1. Zbierz zespół tzw. fudsejwerów (ratowników żywności), np. skrzykując ich przez Facebooka.
      2. Znajdź miejsce, gdzie będzie funkcjonować jadłodzielnia.
      3. Zorganizuj lodówkę i załóż stronę internetową lub profil w mediach społecznościowych. Voila! Właśnie stworzyłeś/-aś platformę sharing economy :)

      Kto wie, może wystarczy lodówka i szafka z półkami, by zmienić świat na lepsze.

      Beata, Zespół Jadłodzielnia Szczecin
      Dlaczego zdecydowaliśmy się otworzyć Jadłodzielnię? Żyjemy w czasach kiedy marnuje się i wyrzuca wszystko: jedzenie, ubrania, sprzęt… Eksploatuje się do maksimum Ziemię. Chcemy pokazać, że można inaczej, że można podzielić się z każdym i można poczęstować się samemu zamiast iść do sklepu i wydać pieniądze. Jak to powiedział Gandhi „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie

      Kliknij i rozwiń

      Sylwia Kowalska,
      Jadłodzielnia Toruń

      Od dłuższego czasu  interesuję się ograniczonymi zasobami Ziemi, marnotrawstwem z tym związanym, szczególnie jedzeniem, które jest niezbędne do życia. Zastanawiałam się w jaki sposób każdy z nas może przyczynić się do zmniejszenia marnowania żywności. Okazało się, że więcej osób w Polsce i na świecie zauważa ten sam problem i tak powstał ruch foodsharingowy. W Toruniu przyłączyliśmy się do niego otwierając kolejne jadłodzielnie,

      Aktualnie w Toruniu działają aż trzy, co bardzo nas cieszy, bo każdego dnia wspólnie z grupą ratowników i wolontariuszy ratujemy kilka kilogramów jedzenia. To sukces i powód do dumy.

      Kliknij i rozwiń

      Czy foodsharing ma przyszłość w Polsce?

      Jak to tak brać jedzenie za darmo? Niewiadomo od kogo? Polacy generalnie nie są ufni. Jeśli chodzi o zaufanie, w rankingu Europejskiego sondażu społecznego 2014 zajmujemy 4 od końca miejsce, a za nami jest już tylko Bułgaria, Cypr i Słowacja. Młodsze pokolenie Polaków bardziej ufnie reaguje na nieznajomych i to najczęściej oni podejmują się inicjatyw w ramach sharing economy takich jak chociażby wspomniany foodsharing. Gdyby szukać złotego środka, to jadłodzielnie powinny pojawiać się w małych wspólnotach bliskich sobie osób (np. sąsiadów). Jednocześnie powinny one dawać poczucie anonimowości, bo wciąż jeszcze wyciągnie dłoni po pomoc lub korzystanie z darmowych zasobów jest traktowane lekceważąco. By jednak nie wróżyć kart, zapytałam przedstawicieli Jadłodzielni Szczecin i Toruń, jak widzą przyszłość jadłodzielni w Polsce.

      Beata,
      Zespół Jadłodzielnia Szczecin

      Jadłodzielnie będą wyrastały jak grzyby po deszczu. Nas zainspirowała Jadłodzielnia w Toruniu, my zainspirowaliśmy kolejne miasta. I wszystko to w przeciągu 3 miesięcy. Zmienia się świadomość ludzi, którzy dochodzą do wniosku, że nie można tylko brać.  Ludzie uczą się wymiany, uczą się szacunku do jedzenia, nawiązują się nowe relacje

      Kliknij i rozwiń

      Sylwia Kowalska,
      Jadłodzielnia Toruń

      Według mnie idea w najbliższym czasie będzie się rozrastać, w ciągu ostatnich miesięcy powstały kolejne jadłodzielnie na terenie naszego kraju. To dobrze. Mam nadzieje, że uda zmienić się przepisy i obciążać sklepy karami za wyrzucanie żywności.

      Mam także nadzieję, że świadomość ludzi poprzez otwieranie jadłodzielni, mówienie o tym w jakim celu one powstają, pozwoli na lepsze zrozumienie problemu z jakim się borykamy a co za tym idzie – wpłynie na indywidualne decyzje każdego konsumenta.

      Kliknij i rozwiń

      Foodsharing a nowe technologie

      Czy technologia wspiera działania jadłodzielni? Osobiście nie spotkałam się z polską aplikacją foodsharingową, na którą bez wątpienia jest zapotrzebowanie.

      Olio Local Sharing Revolution jest appką, która mogłaby stanowić wzór. W idei i działaniu podobna do opisanej w poprzednim tekście LeftoverSwap.

      Po zalogowaniu i ustawieniu lokalizacji, będziesz miał/-a dostęp do darczyńców w promieniu maksymalnie pięciu kilometrów. Clou aplikacji to połączenie sąsiadów i sklepów w bliskiej odległości. W ramach wytworzonej sieci łatwo znaleźć informację kto i co oferuje, czy to marchewki z własnej działki czy pozostałości po świątecznym obiedzie dla całej rodziny. Wystarczy zrobić zdjęcie tego, czym chcesz się podzielić, zwięźle opisać i ustalić sposób odbioru. Jeśli zaś szukasz czegoś na ząb za pośrednictwem Olio, przejrzyj wyświetlane produkty w Twojej okolicy i skontaktuj się z właścicielem wysyłając mu wiadomość.

      Niemiecka strona Foodsharing wymaga zalogowania (wraz z podaniem adresu), by móc publikować oferty. Atrakcyjniejsze dla odbiorców są te ze zdjęciem i dokładnym opisem kiedy i gdzie można odebrać żywność. Jeśli chcemy skorzystać z czyjejś hojności, przy ofertach znajdziemy także odległość od naszej lokalizacji, która ma pomóc w podjęciu decyzji o odbiorze. Największym utrudnieniem jest to, że strona działa jedynie w języku niemieckim i dotyczy głównie Niemiec.

      Wydaje się zatem, że wraz z rozwijającą się w Polsce ideą foodsharingu, brakuje prostego narzędzia, który pełniłoby funkcję spożywczego Tindera. Mogłoby to być pomocnym uzupełnieniem funkcjonujących już jadłodzielni. Na razie musi wystarczyć na Facebook, bo pierwsze kroki to jednak wciąż przełamywanie strachu przed nieznajomymi i rozwijanie zaufania społecznego. Na to jednak gotowego przepisu nie mamy.

      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

        Szkolenia

        Skomentuj