Martyna Wójcik

Przeczytasz w < 1 minut
Autor 29 listopada 2017

    Szkolenia

    Skomentuj

    Przyjemność, rozczarowanie i teoria gier, czyli skąd nasza słabość do Tindera?

    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
    Autor 8 sierpnia 2018

    Tinder to fenomen kulturowy i społeczny, a słowo “swipe” weszło do praktyki projektowania aplikacji mobilnych i języka codziennego. Codziennie 10 mln użytkowników wykonuje 1.6 miliarda swipe’ów. Jakie mechanizmy psychologiczne sprawiają, że Tinder jest tak popularny, a my czerpiemy z niego tak dużą przyjemność?

    Jeżeli podobnie jak ja preferujesz kolorowe, ruchome obrazki, to zacznij od wersji wideo

    Jasna strona Tindera

    Dużo o tym, w jakim celu użytkownicy korzystają z tej aplikacji (i czemu wcale nie jest to tak stereotypowe), mówi badanie przeprowadzone w 2016 r. przez Sumtera, Vandenboscha i Ligtenberga, w ramach którego przebadali oni 266 użytkowników aplikacji w wieku 18-30.

    Wyniki badań wskazały, że do korzystania z Tindera motywują nas trzy rzeczy:

    1. Na pierwszym miejscu chęć znalezienia miłości oraz seks, jednak z przewagą tego pierwszego (co już samo w sobie zadaje kłam przekonaniu, że jest to aplikacja wykorzystywana przede wszystkim do aranżowania stosunków seksualnych z przypadkowymi osobami).
    2. Walidacja własnej wartości, czyli korzystanie z aplikacji po to, aby otrzymać pozytywną reakcję od innych ludzi na swój wygląd i poprawić poczucie własnej wartości.
    3. Dreszczyk emocji towarzyszący korzystaniu z Tindera, czyli ekscytacja wynikająca z szansy poznania kogoś nowego, podjęcia ryzyka i nawiązania znajomości (w większym stopniu w przypadku mężczyzn bardziej skłonnych do ryzyka niż kobiet).

    Inne, nieco prostsze badanie przeprowadzone w 2014 r. potwierdziło powyższe motywacje, wskazując dodatkowo, że samo korzystanie z aplikacji podwyższa tzw. “romantyczny optymizm” użytkowników.

    Na tej podstawie można by wysnuć wniosek, że Tinder to lek na depresję i nudę, zastrzyk energii dla ego, a przy tym szansa na miłość życia.

    Sekrety Tindera

    Aby lepiej zrozumieć fenomen Tindera, należy przyjąć dwie perspektywy – psychologii poznawczej i ekonomii behawioralnej.

    Tinder a psychologia poznawcza

    Ta pierwsza związana jest bezpośrednio z warunkowaniem instrumentalnym i badaniami pioniera behawiorystyki B.F. Skinnera sprzed 75 lat. Skinner odkrył, że jesteśmy skłonni powtarzać określoną czynność, jeżeli istnieje jakaś forma pozytywnego wzmocnienia. Przykładowo: jesteśmy w stanie uprawiać hazard i wrzucać kolejne monety, jeżeli raz na jakiś czas wygramy pieniądze. Sama możliwość losowej wygranej działa na nas jak motywator do dalszego działania – nawet jeśli przegramy 99 razy z rzędu.

    Teraz wystarczy spojrzeć na Tindera jak na grę: wrzucanie monety podmienić na swipe, a wygranie pieniędzy na skojarzenie z drugą osobą. Z tej perspektywy jesteśmy w stanie przesuwać w prawo tak długo, jak długo istnieje szansa, że ktoś w końcu odpowie tym samym. Ta nieprzewidywalność wprowadza nas w nieskończoną pętlę warunkowania instrumentalnego – raz na jakiś czas, za wykonanie kilkudziesięciu, kilkuset, kilku tysięcy nudnych ruchów otrzymamy nagrodę. I uznamy, że było warto, przechodząc do dalszego działania.

    To nie wszystko. Nawiązując do badania, które wskazało na wzrost optymizmu w związku z samym korzystaniem z aplikacji, można pokusić się tezę, że Tinder może uzależniać podobnie jak Facebook, Twitter, czy… kokaina. Badania dowodzą, że otrzymanie powiadomienia na Facebooku wywołuje u użytkowników strzał dopaminy. Podobny rezultat daje połączenie par na Tinderze, co prowadzi do czerpania przyjemności z samej gry – nawet bez konwersacji i umawiania się z drugim użytkownikiem/użytkowniczką, czyli clou aplikacji.

    Tinder a ekonomia behawioralna

    Drugie ujęcie fenomenu Tindera zakorzenione jest w ekonomii behawioralnej. Ludzie doświadczają największego rozczarowania w sytuacji, w której rzeczywistość rozjeżdża się z oczekiwaniami, a rezultat nie był wart naszego wysiłku. Przykład? Odbyliśmy 10 randek z jedną osobą i na ostatniej ta osoba oznajmia nam, że poznała kogoś innego. Było warto? :)

    Jedną ze strategii redukowania rozczarowania jest… obniżenie oczekiwań co do rezultatu. I to właśnie oferuje Tinder. Ile wysiłku wymaga zautomatyzowanie przesuwanie w prawo lub w lewo i wymiana kilku zdań w komunikatorze? To gra, w której mamy wysoką szansę na poznanie kogoś nowego niewielkim wysiłkiem i obniżając ryzyko w przypadku porażki (która następuje non stop).

    Przyjmując obydwie te perspektywy, tj. psychologii poznawczej i ekonomii behawioralnej można również lepiej zrozumieć, dlaczego aplikacja niesie ze sobą tyle rozczarowania ukrytego za powierzchowną przyjemnością.

    Ciemna strona Tindera

    Wspólne badanie naukowców z uniwersytetów w Londynie, Sapienzie i Ottawie przyniosło ciekawy, choć nieco przygnębiający rezultat. Badacze założyli 14 kont w aplikacji i z automatu “lajkowali” wszystkich innych użytkowników. Następnie czekali na reakcję z drugiej strony – ile osób odwzajemni polubienie, a jeszcze do tego otworzy konwersację. Łącząc to z wynikami ankiety rozesłanej do użytkowników Tindera, okazało się, że:

    • ⅓ mężczyzn korzystających z aplikacji najczęściej przesuwa w prawo za każdym razem (czyli wybiera “lajk” z automatu), ale w związku z tym znacznie rzadziej otwiera konwersację z potencjalną partnerką.
    • Większość kobiet jest bardziej selektywna i wybiera ruch w prawo tylko wtedy, kiedy uznaje mężczyznę za atrakcyjnego.

    Te dwie strategie sprzęgają się w błędnej pętli: mężczyźni bezrefleksyjnie “lajkują” każdą kobietę, co daje płci pięknej poczucie wyróżnienia i dodatkowo wzmaga ich selektywność. To z kolej zachęca mężczyzn do “zwiększenia swoich szans” poprzez lajkowanie jeszcze większej ilości kobiet. Ale kiedy przychodzi do otwarcia konwersacji, mężczyźni robią to niechętnie… bo polajkowali zbyt wiele użytkowniczek.

    Paradoks, który prowadzi do frustracji obydwie strony:

    • mężczyźni mają poczucie, że kobiety są zbyt wybredne,
    • a kobiety, chociaż przytłoczone pozornym zainteresowaniem, nie mogą doczekać się pierwszej wiadomości od mężczyzn.

    Co zabawne, jeden z redaktorów na portalu “Buzzfeed” uzasadnił nawet matematycznie użyteczność męskiej strategii “zawsze w prawo” odwołując się do teorii gier. Wg jego wyliczeń swipe zajmuje średnio 0,7 s, a przeglądanie każdego osobnego profilu przed przesunięciem to 4 s. Bardziej efektywne jest więc przesuwanie cały czas w prawo, bez namysły, a ocenianie tylko tych profili, z którymi nastąpiło połączenie i na tej podstawie podjęcie decyzji o nawiązaniu konwersacji.

    Tym samym ekonomia behawioralna, minimalizacja ryzyka i maksymalizacja efektywności, prowadzi do wynaturzenia tego, co powinno być przyjemne w nawiązywaniu relacji z nową osobą. Mechanika Tindera nagradza mężczyzn za optymalną strategię, nie za romantyzm i styl.

    Wyniki innego badania realizowanego przez naukowców Oxfordu skupiły się już na tym, co dzieje się po połączeniu użytkowników w pary, czyli analizie niemal 2 milionów konwersacji. I tu również dojmujące wnioski. Niemal połowa konwersacji okazała się… jednostronna. Użytkownik po drugiej stronie zwyczajnie nie odpisywał

    • W przypadku, gdy mężczyzna pisał pierwszy, kobiety odpowiadały w 53% przypadków.
    • W przypadku, gdy kobieta pisała pierwsza, mężczyźni odpowiadali w 42% przypadków (dlaczego – to już wiemy na podstawie wcześniej cytowanego badania).

    Jaki z tego płynie wniosek? Że ta sama mechanika, która uzależnia od korzystania z Tindera jak z gry i pozwala czerpać przyjemność ze sporadycznego połączenie w pary, stanowi wystarczający substytut prawdziwego romansu. Skoro wystarczy nam dreszczyk emocji i szybki strzał dopaminy, to po co marnować czas na rozmowę i jeszcze na spotkanie na żywo?

    Nie tylko Tinder

    Psychologia kryjąca się za mechaniką i popularnością Tindera to mieszanka przyjemności z rozczarowaniem. Dokładnie taka sama, jaką doświadczamy w sporcie, podczas hazardu, czy grania w gry wideo. Nie jest to więc współczesny wynalazek – jedynie skompresowany w postaci poręcznej aplikacji mobilnej. Zawsze na wyciągnięcie ręki. Być może analizując zachowania użytkowników Tindera możemy dowiedzieć się więcej sami o sobie, a potencjał do dalszych badań jest ogromny.


    Jeżeli podobał Ci się artykuł, gorąco zachęcam Cię do wspierania mojego vloga Bez/Schematu. Możesz zacząć od łapki w górę i subskrybcji ;)

    Bartosz Filip Malinowski

    Jestem strategiem, konsultantem i kreatywnym. Łączę kropki, które znikają ludziom z oczu. Założyłem agencję doradczą WeTheCrowd. Staram się także łączyć różne światy i dyscypliny oraz zachęcać do wyjścia ze swojej bańki na vlogu Bez/Schematu.

      Skomentuj

      7 rzeczy, których nie wiesz o Tinderze

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 2 sierpnia 2018

      Tinder to moja niezdrowa obsesja. To nie tak, że jestem seksoholikiem. Mnie po prostu fascynuje mechanika i algorytm tej aplikacji, które w swojej prostocie i skuteczności osiągnęły to, co nieosiągalne dla innych. Pod tą powierzchnią kryje się jednak sporo niespodzianek.

      Z miejsca zaznaczę, że przewertowałem, jak to się ładnie mówi, bogatą literaturę przedmiotu. Zarówno obskurne artykuły naukowe z zaskakującymi wynikami badań, jak i artykuły odważnych pionierów m.in. z Business Insidera i Fast Company, którzy dla dobra cywilizacji postanowili eksperymentować na sobie.

      Jednocześnie, od 4 lat działam pod przykrywką na Tinderze jako Harrison Ford. Slowem, przychodzę przygotowany i z darami.

      1. Tinder ma “secret rating”, czyli obiektywna ocenę Twojej atrakcyjności

      Wiem, że nie chcesz tego usłyszeć, ale to nie Twoi znajomi, ani nawet nie Ty, wiesz lepiej, czy jesteś atrakcyjny/-a, tylko Tinder – dzięki zagregowanym danym z reakcji tysięcy użytkowników na Twoją osobę. Tinder wyciąga średnią – wynik, będący ekwiwalentem Twojej atrakcyjności, który powstaje w wyniku masowego głosowania na zasadzie “hot or not”. Czyli mądrość tłumu + big data.

      Ten wskaźnik to tzw, Elo Score (nawiązanie do oceny umiejętności graczy w szachach; kto wpadł na to, żeby połączyć Tindera z szachami…?). Nie jest dostępny publicznie. Siedzi “w bebechach” aplikacji i chyba dobrze, że go nie znasz, bo mogłoby to zaprowadzić Cię na kurację do Ciechocinka.

      Poza tym CEO Tindera, Sean Rad, podkreśla, że to nie tyle wskaźnik “atrakcyjności”, co “pożądania”. Jeśli to jakieś pocieszenie…

      Jako ciekawostka, jeden z dziennikarzy magazynu Fast Company otrzymał dostęp do swojego wskaźnika pożądania. Czeka na Ciebie w Ciechocinku.

      2. Tinder dysponuje toną informacji na Twój temat

      Dziennikarz Guardiana poprosił Tindera o udostępnienie posiadanych przez nich o nim informacji. Wysłali mu 800 stron danych. Osiemset stron dot. 1 użytkownika. Na 50 milionów!

      Jeżeli używasz Tindera, to algorytm zagregował dane o lokalizacjach, w których bywasz, o Twoich zainteresowaniach (przez API Facebooka), pracy i zajęciach, gustach muzycznych (Spotify), zdjęciach i ulubionych potrawach (Instagram). Witaj w świecie big data.

      Pytanie, czy jest to zaskakujące biorąc pod uwagę tony danych, które zostawiamy na co dzień w social media i w naszym cyfrowym śladzie?

      Tinder przynajmniej daje nam szansę pójść z kimś do łóżka. Także może jest to warte pewnej ofiary.

      3. Istnieje Tinder dla VIPów, do którego nigdy nie będziesz mieć dostępu

      I nazywa się Tinder Select. To ekskluzywny klub zarezerwowany tylko dla VIPów: celebrytów, bogaczy, supermodelek i ludzi pięknych, którzy cieszą się największym powodzeniem na Tinderze. (Spoiler alert: nie należę do nich).

      Wg dziennikarza Business Insidera, który testował Tinder Select, appka wygląda tak samo. Ba! To jest ten sam Tinder, ale pojawiają się w nim osoby z klubu z piękna, błękitną poświatą, podkreślającą ich boskość.

      I co najlepsze – algorytm nagina dla nich swoje reguły, bo cieszą się wielkim powodzeniem.

      4. Najgorętsze wyniki z reguły wyświetlają się najpierw

      Prosta sprawa. Żeby utrzymać nasze zainteresowanie aplikacją i dać nam pozytywny motywator, algorytm Tindera zawsze na początku każdej sesji podsuwa nam osoby z wyższym wynikiem atrakcyjności.

      5. Im częściej korzystasz z Tindera, tym wyższe masz szanse na match

      To również forma warunkowania instrumentalnego, którą twórcy Tindera wkodowali w algorytm swojej aplikacji. Chcą Cię od niej subtelnie uzależniać, bo im częściej będziesz z niej korzystać, tym większe ilości osób się wyświetlisz w okolicy = tym większe szanse na match.

      6. Im częściej swipe’ujesz w lewo, tym niższe masz szanse na match

      Nie chodzi tylko o to, że jeśli wybierasz zawsze lewo, to nigdy nie połączysz się z nikim w parę. Algorytm Tindera po prostu nie lubi użytkowników, którzy są zbyt wybredni – jak ja. Dlaczego? Bo postrzega to jako spamerstwo albo bota. Działa to także w drugą stronę.

      7. Teoria gier mówi: przesuwaj zawsze w prawo

      To hit. Swego czasu ukazał się szalony tekst w Buzzfeed, w którym autor – bardzo sensownie! – dowodzi, że zastosowanie podstaw teorii gier sprawdza się w przypadku Tindera. I nazwał to regułą“always swipe right”. Zawsze. Bez względu na wszystko. Jeśli jesteś facetem. Otóż przeglądanie profilu użytkowniczki zajmuje ok. 4 s, ale nie wiadomo, czy odwdzięczy się ona lajkiem. A więc może to być czas stracony. Przesuwanie automatyczne w prawo każdego profilu to ok. 0,7 s. A zatem opłaca się przeglądać tylko te profile, z którymi zostaliśmy połączeni w parę.

      Ciekawostek jest więcej, a 5 dodatkowych przedstawiłem na moim live na vlogu, które możesz sprawdzić tutaj:…i które zostaną rozwinięte jeszcze w kolejnych odcinkach dot. psychologii Tindera…

      i sposobów na wykorzystanie jego mechaniki w sposób niekonwencjonalny.

      Tymczasem pamiętaj, żeby przesuwać zawsze w prawo.

        Skomentuj

        5 najpopularniejszych mitów nt. crowdfundingu udziałowego

        Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding

        Ten tekst to tylko krótki i przyjemny fragment mojej książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów (i nie tylko)”, którą możesz w całości i za darmo przeczytać tutaj

        Crowdfunding udziałowy jest na tyle młody i na tyle złożony, że z łatwością narasta wokół niego wiele stereotypowych przekonań. Część z nich wynika z niewiedzy, część z niezrozumienia materii, a część z lęku przed zjawiskiem, które faktycznie zmienia reguły gry. Wezmę pod lupę kilka z tych mitów i wytłumaczę Ci, dlaczego są błędne lub częściowo nieprawdziwe.

        ECF i VC to albo-albo

        Fundusze VC i platformy ECF nie muszą ze sobą konkurować, a kapitał oferowany przez mikro- i profesjonalnych inwestorów może (i powinien!) doskonale się uzupełniać. Udana emisja przez ECF to dowód na to, że za spółką stoi społeczność i mówi głośne “tak” dla modelu i strategii biznesowej. Czy to nie powinno stanowić dla instytucji finansowych sygnału, że coś jest na rzeczy i być może warto usiąść z takim podmiotem do stołu negocjacyjnego?

        Mało? Fundusze VC na Zachodzie coraz częściej same inwestuję w spółki przez crowdfunding razem z mikroinwestorami (jak choćby Draper Esprit przez platformę Seedrs), a nawet zachęcają startupy w ich portfolio, aby dokonały walidacji i pozyskały ambasadorów na platformie ECF.

        Fundusze VC i inne instytucje na rynkach finansowych nie powinny bać się crowdfundingu udziałowego, tylko nauczyć się łączyć go ze swoją strategią i współpracować z tymi, którzy go uprawiają. Z kolei spółki korzystające z ECF muszą zacząć traktować tę metodę jako jeden z przystanków przesiadkowych na długiej trasie prowadzącej do celu, czyli jako komplementarny z innymi instrument finansowy.

        ECF jest bezkosztowy (lub zbyt kosztowny)

        O tym, jak bardzo ECF nie jest bezkosztowy dowiesz się w rozdziałach 4-6. To zapewne najbardziej kosztowna forma crowdfundingu, bo wymaga poważnych nakładów organizacyjnych i formalnych, abstrahując już od kilkupoziomowych systemów opłat dla platform oraz kosztów samej promocji.

        Z drugiej strony nie jest to bardziej kosztowne, niż wydatki i czas, który poświęcisz na przekonanie do zainwestowania w Twój startup anioła biznesu lub fundusz VC. Musisz wykonać podobne kroki, przygotować takie same materiały, a jednocześnie skalujesz działania i zyskujesz korzyści promocyjne. Dlatego spójrz na to w ten sposób: to normalne, biznesowe przedsięwzięcie, które wymaga inwestycji, aby przyniosło zwrot. W przypadku startupów – najczęściej niezbędne, jeżeli myśli się o dalszym rozwoju i pozyskaniu do tego celu kapitału zewnętrznego.

        ECF jest tylko dla startupów

        Przyznaję, że ten szkodliwy mit prawie utwardziłem sam. Na szczęście dopisałem do tytułu tej książki zwrot “…i nie tylko” ;) ECF sprawdza się w przypadku różnych przedsiębiorstw, z różnych branż i na różnych etapach rozwoju. To nie opinia, nie życzenie – to fakt. Wystarczy, że odwiedzisz dowolną platformę crowdfundingu udziałowego, a zobaczysz na niej nie tylko technologiczne gwiazdy VR lub druku 3D, ale też producentów żywności (jak mająca kilkudziesięcioletnią tradycję Stara Mleczarnia), lokale gastronomiczne, parki rozrywki, wypożyczalnie rowerów, salony piękności, prywatne uczelnie, czy wydawców gier planszowych.

        Każda spółka ma możliwość pozyskiwać finansowanie i budować społeczność przez ECF. (Nie każdej musi się to udać, ale to inna sprawa).

        ECF to wielu małych inwestorów – tym nie da się zarządzać

        Da się, bez wysokich kosztów i ryzyka. Odpowiadając najkrócej: w polskim modelu dualnym, wybierając spółkę akcyjną pod kątem ECF, zobowiązania względem akcjonariuszy są szczątkowe. Za granicą rozwiązuje się to m.in. przez tzw. nominee structure, czyli jedno ciało reprezentujące wszystkich mniejszościowych wspólników w zarządzie, tak, aby nie było to paraliżujące dla spółki.

        Ponadto w epoce mediów społecznościowych i zamkniętych grup na Facebooku, Slacka, narzędzi newsletterowych, naprawdę łatwo utrzymywać masową komunikację z dużą grupą ludzi przy względnie niewielkim nakładzie czasu i kosztów.

        ECF nie pomoże w pozyskaniu dużego inwestora

        Jedno i drugie wzajemnie się nie wyklucza. Odsyłam Cię ponownie do mitów numer 1 i 2. Nie chodzi tylko o to, że musisz przygotować dokładnie taką samą dokumentację, analizę biznesu i materiały prezentacyjne, jakie przygotowujesz z myślą o zdobyciu większego inwestora. Emisja ECF może wręcz zachęcić większego inwestora do zainteresowania się Twoją spółką. Jeżeli zaś otworzyłeś/-aś negocjacje jeszcze przed emisją, udana kampania tym bardziej ułatwi dalsze rozmowy i zwiększy Twoją siłę przetargową (walidacja wyceny, sympatia społeczności, nowe kontakty itd.).


        Jeżeli szukasz więcej wiedzy nt. crowdfundingu udziałowego, koniecznie sprawdź moją książkę klikając w banner poniżej.

          Skomentuj

          Crowdfunding udziałowy a nagrodowy. Czym się różnią, który model wybrać?

          Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
          Autor 25 czerwca 2018

          Ten tekst to tylko krótki i przyjemny fragment mojej książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów (i nie tylko)”, którą możesz w całości i za darmo przeczytać tutaj

          Jeszcze półtorej dekady temu, przed drugą rewolucją internetową i erą mediów społecznościowych, pozyskanie dużej grupy drobnych wspólników poza giełdą było niemożliwe. Inwestorzy mogli myśleć o inwestowaniu w startupy dysponując znacznym kapitałem, a przy tym ograniczoną optyką ofert na rynku i możliwościami dywersyfikacji.

          Dzisiaj spółki mają możliwość znalezienia inwestorów dosłownie wszędzie w sieci. Oferują swoje akcje lub udziały online zainteresowanym internautom, którzy wspólnie są w stanie zaoferować przedsiębiorstwu finansowanie niezbędne do jego dalszego rozwoju. Mikroinwestorzy (bo tak możemy nazwać internautów inwestujących niewielkie kwoty pieniędzy) w zamian oczekują zwrotu i zysku oczywiście, jeżeli firmie w przyszłości będzie dobrze się powodziło. Minimalizują przy tym ryzyko dzięki dostępności bardzo wielu ofert zagregowanych na różnych platformach internetowych.

          Tak wygląda i działa equity crowdfunding (ECF), czyli owoc miłości tradycyjnego inwestowania w spółki z mechanizmami finansowania społecznościowego. Fenomen crowdfundingu jest kluczem do zrozumienia specyfiki modelu inwestycyjnego, dlatego zacznę od porównania, którego ciężko uniknąć.

          ECF w idei i istocie działania nie różni się zasadniczo od swojego bardziej popularnego “kuzyna”, tj. modelu opartego na nagrodach. Masz cel, do którego sfinansowania zachęcasz rzeszę internautów za coś w zamian i za pośrednictwem specjalnej platformy.

          Udziały lub akcje zamiast nagród

          Model udziałowy crowdfundingu, to przede wszystkim odmienny charakter świadczenia zwrotnego. Wspierając kampanie crowdfundingu opartego na nagrodach w zamian za donacje otrzymujesz – niespodzianka! – nagrody: produkt w przedsprzedaży, na który zbierane są środki, drobne gifty, symboliczne gesty. W crowdfundingu udziałowym nie tyle wspierasz, co inwestujesz. Lokujesz swoje pieniądze w biznesie, w który wierzysz, w zamian za udziały lub akcje, oczekując w przyszłości zwrotu finansowego. To sprawia, że po sukcesie kampanii spółka i inwestor nie rozchodzą się każdy w swoją stronę, ale pozostają w relacji, bo łączy ich wspólny interes.

          Finansowanie biznesu, nie produktów i usług

          Crowdfunding udziałowy służy finansowaniu biznesu. Wyłącznie. Kickstarter czy Indiegogo to platformy, na których znaleźć można obok produktów technologicznych ciekawe projekty artystyczne i społeczne. Na platformy ECF wstęp mają wyłącznie spółki – przedsiębiorstwa, których podstawowym celem jest sprzedaż, wzrost, rozwój, zysk i maksymalizacja wartości dla wspólników (niekoniecznie w tej kolejności, ale byłoby to pożądane). W związku z tym:

          1. Realizując crowdfunding udziałowy finansujesz, co do zasady, całą działalność lub jej wybrany fragment strategiczny czy operacyjny, a nie produkt lub usługę.
          2. Model ten daje szansę na finansowanie spółek z sektora usług, co jest niezwykle trudne w przypadku crowdfundingu nagrodowego. Produkt zawsze łatwiej będzie zmienić w nagrodę, a usługę zawsze będzie trudniej sprzedać. Trudno sobie wyobrazić dużą zbiórkę na Kickstarter realizowaną przez steakhouse albo fryzjera dla psów, ale już na CrowdCube to norma.
          3. Inwestorzy preferują wspieranie tych spółek, które mają już jakąś “przyczepność”, tj. historię sprzedaży, pozytywną weryfikację rynku. Jeżeli nie stworzyłeś/-aś jeszcze żadnego produktu lub usługi, a masz do zaprezentowania zaledwie koncept czy prototyp, wykorzystaj raczej model nagrodowy.

          Ambitne cele i duże pieniądze

          Crowdfunding udziałowy to większe niż w modelu nagrodowym kwoty pieniędzy, które gromadzi się ze wsparciem mikroinwestorów. Zarówno jeśli chodzi o cele finansowe kampanii, jak i wysokość indywidualnego wsparcia (inwestycji).

          Po pierwsze dlatego, że chodzi o finansowanie biznesu, a zebrany kapitał ma pokryć szereg działań. Mówimy tu o kwotach rzędu od 100 tys. do 4 mln zł (w Wielkiej Brytanii czy USA ta górna granica to ok. 10 mln zł), kiedy crowdfunding nagrodowy zatrzymuje się w naszym kraju w przedziale 10-100 tys. zł.

          Po drugie, kwoty wsparcia, a właściwie jednostkowa wartość inwestycji, jest średnio wyższa niż wysokość pojedynczych donacji w modelu nagrodowym, bo tym większego zwrotu możesz oczekiwać, im więcej środków ulokujesz. Na platformie Beesfund cena 1 akcji to najczęściej 40 zł. Ale kto oczekiwałby zarobku w wysokości 60 zł po kilku latach, jeżeli stopa zwrotu wyniesie 150%? To oczywiste, że więcej zakupionych akcji może oznaczać proporcjonalnie wyższy zysk w przyszłości.

          Informacje, relacje i myślące pieniądze

          Finansowanie przez ECF to także często bardzo ekspercki i wartościowy feedback, bo spółka zostaje poddana rygorystycznemu procesowi oceny ze strony potencjalnych inwestorów. Oferty analizuje się bardziej krytycznie, bardziej racjonalnie niż w modelu nagrodowym. Trzeba być gotowym na odpowiedź nt. każdego kawałka swojego biznesu, a przede wszystkim pokazać liczby. Społeczność bardzo chętnie wytknie niedociągnięcia w Twojej prezentacji, luki w modelu biznesowym, czy wskaże konkurentów, o których nie miałeś/-aś pojęcia.

          Ponadto, jeśli taką ocenę przejdziesz pozytywnie, tzn. zdobędziesz zaufanie mikroinwestorów i ich pieniądze:

          • można mówić o potwierdzeniu wyceny. O ile model nagrodowy crowdfundingu waliduje Twój produkt i popyt na niego, o tyle model inwestycyjny waliduje wycenę rynkową Twojej spółki i sens Twojego biznesu (co może posłużyć jako argument w negocjacjach z większym inwestorem).
          • Zgromadzona społeczność to cenne aktywo relacyjne i promocyjne. Za pieniędzmi może iść know-how, sieć kontaktów, chęć wsparcia i promocji. Dobrze zarządzana relacja z mikroinwestorami to dostęp do rozproszonych sprzedawców i marketerów, których wystarczy poprosić o intro, informację, kontakt lub opinię. Mają w tym swój interes dosłownie.

          Jeżeli szukasz więcej wiedzy nt. crowdfundingu udziałowego, koniecznie sprawdź moją książkę klikając w banner poniżej.

            Skomentuj

            Crowdfunding – krótka historia, długa i bogata przeszłość

            Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
            Autor 26 marca 2018

            Od 21 lat na świecie i od 7 w Polsce kreatywni ludzie finansują swoje przedsięwzięcia dzięki crowdfundingowi. Jednak finansowe wspieranie obiecujących jednostek działało już wiele wieków wcześniej. Taką rolę odgrywał… mecenat.

            Historia sztuki to historia mecenatu

            „Artyści nie mają w historii sztuki żadnego znaczenia poza tym, że nie można się bez nich obejść” – Krzysztof Karoń.

            Działalność artystyczna nigdy nie była odrębnym i  niezależnym kierunkiem rozwoju. Zawsze była uzależniona od konsumentów sztuki. Stworzenie przez artystę określonego dzieła ma znaczenie wyłącznie w przypadku, kiedy znajdzie się klient, który zdecyduje się je zakupić i zaprezentować szerszej publiczności. W  przeciwnym wypadku artysta popadnie w nędzę i jeżeli nie podejmie się pracy zarobkowej, umrze z głodu. Przypuszczam, że wielu artystów w ogóle nie zaistniało, ponieważ musieli się zająć zaspokajaniem podstawowych potrzeb życiowych. Sztuka jawi się więc, nie jako działalność artystów, ale jako działalność kolekcjonerów, patronów, władców i filantropów. To ich wpływ i ich rola jest najistotniejsza w procesie tworzenia dzieł artystycznych, bo to dla nich owe dzieła powstawały. Wybitni twórcy stali się wybitni nie dlatego, że tworzyli wyjątkowe dzieła, ale dlatego, że sprzedawali je wpływowym osobom.

            Podobnie jest z crowdfundingiem. Pomysły, które projektodawcy zgłaszają portalom crowdfundingowym, nabierają znaczenia dopiero wtedy, kiedy ktoś zdecyduje je wesprzeć. Projekty, które nie znajdują zainteresowania rynku nie mają żadnej wartości. Każdy projektodawca, jeszcze przed przystąpieniem do kampanii powinien sobie uświadomić, że tworzy projekt nie dla siebie, ale dla wspierających (albo szerzej – dla określonych społeczności).

            Interesowna bezinteresowność

            Projektodawcy, z którymi prowadziłem wywiady kilka razy wspominali, że zaskoczył ich niewielki poziom bezinteresowności wśród wspierających. Osoby wpłacające pieniądze zazwyczaj oczekiwały czegoś w zamian. Akt dobroczynności był tak naprawdę wymianą. Ale jeżeli przyjrzymy się bliżej historii mecenatu, to zauważymy, że finansowanie twórczości artystycznej, naukowej czy eksploracyjnej było narzędziem polityki społecznej w rękach możnych władców i arystokratów, którzy poprzez dokonania artystów będących pod ich opieką, umacniali swoją pozycję. Wprawdzie łożyli na ich utrzymanie, ale w zamian wchodzili w posiadanie unikatowych dzieł. Pod tym kątem do czasów dzisiejszych nic się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast 2 rzeczy. Po pierwsze rola mecenasa indywidualnego została zastąpiona przez mecenat zbiorowy. Trudno jest określić kto wspiera i w jakim celu. Motywy mogą być różne. Najogólniej jednak można podzielić osoby wspierające projekty crowdfundingowe na 3 kategorie:

            • Osoby wspierające bezinteresownie – wbrew pozorom dobroczynność też niesie ze sobą określone korzyści: poprawę samopoczucia, poczucie sensu w życiu, umacnianie dobra społecznego.
            • Osoby zorientowane na regułę wzajemności – jeśli ktoś przeprowadził wcześniej własną zbiórkę, chce się odwzajemnić wspierając innych. Podobnie jeśli dopiero planuje kampanię crowdfundingową, wspiera oczekując, że później otrzyma wsparcie od innych.
            • Osoby oczekujące korzyści – tę grupę można podzielić na 3 podgrupy:
              • Osoby oczekujące nagród (wsparcie jest wtedy formą wymiany handlowej).
              • Osoby oczekujące niższej ceny (kiedy np. kampania crowdfundingowa jest formą przedsprzedaży).
              • Osoby oczekujące pierwszeństwa (jeśli produkt jest społecznie pożądany, osoby te będą chciały go mieć w pierwszej kolejności.

            Planując własny projekt crowdfundingowy, warto przemyśleć, czy korzyści, które ze sobą niesie zaspokajają potrzeby każdej z powyższych grup. Drugi aspekt, który odróżnia mecenat historyczny od crowdfundingu to… technologia. Do relacji dwustronnej mecenas-beneficjent zostały dodane systemy elektroniczne w postaci platform crowdfundingowych. Platformy umożliwiają łatwiejszy kontakt i szybszy przepływ informacji. Ich budowa upodabnia je bardzo do serwisów społecznościowych. Różnica jest taka, że portale crowdfundingowe nie tylko umożliwiają interakcję w sieci i budowanie społeczności, ale również katalizują te interakcje celem realizacji wspólnych celów.

            Kreowanie sztuki na własne potrzeby

            Co to za cele? Poniższy wykres przedstawia liczbę sfinansowanych projektów w poszczególnych kategoriach w serwisie PolakPotrafi.plcrowdfunding1_WeTheCrowd

             

            Projekty na Polak Potrafi podzielone zostały na 20 kategorii. 15 z nich znajduje swoje odzwierciedlenie w amerykańskim portalu crowdfundingowym – Kickstarter.com, założonym 2 lata przed Polak Potrafi. 5 kategorii, których nie uwzględniono na Kickstarterze: Edukacja, Podróże, Społeczność, Sport i Wydarzenia zawierają 43% wszystkich zrealizowanych na Polak Potrafi projektów! Na podstawie tych informacji, możemy stwierdzić, że to rynek wyraża zapotrzebowanie na określony typ projektów crowdfundingowych, tak samo jak kiedyś mecenasi wyrażali zapotrzebowanie na określone dzieła sztuki.

            Czego rzeczywiście potrzebują?

            Liczba projektów w poszczególnych kategoriach nie do końca jednak opisuje zapotrzebowanie odbiorców. Dużo lepiej zobrazują to średnie kwoty zbiórek (zakładane i zebrane).

            crowdfunding2_WeTheCrowd

             

            W takich kategoriach jak „Design”, „Dziennikarstwo”, „Fotografia”, „Gry” czy „Technologia” udaje się zebrać znacznie więcej pieniędzy, niż zakładają projektodawcy. Są to kwoty wyraźnie powyżej średniej. Mogą to być kategorie, na których najbardziej zależy wspierającym.

            Podatny grunt

            Korzystając z danych geolokalizacyjnych dotyczących poszczególnych projektów, możemy określić również, gdzie projektodawcy mogą znaleźć największą aprobatę dla swoich przedsięwzięć.

            crowdfunding3_WeTheCrowd

            Mapa po lewej stronie przedstawia liczbę zrealizowanych projektów crowdfundingowych w poszczególnych województwach. Mapa po prawej przedstawia natomiast liczbę zarejestrowanych w danym województwie organizacji pozarządowych. Podobieństwo nie jest przypadkowe. Te dwie wartości (liczba projektów i liczba organizacji) wykazują korelację na poziomie 0,97. Oznacza to, że czynnikiem spajającym projektodawców z wspierającymi jest… aktywność społeczna.

            Z jednej strony projekty crowdfundingowe są odpowiedzią na potrzeby określonych społeczności. Powstają tam, gdzie istnieje oddolna inicjatywa, gdzie ludzie wyrażają chęć wpływania na otaczającą ich rzeczywistość. Z drugiej strony, ludzie którzy są aktywni społecznie, udzielają się jako wolontariusze w organizacjach non-profit i wspierają zbiórki publiczne dużo chętniej będą wspierać akcje crowdfundingowe. Więcej Artykuł powstał na podstawie ebooka: „Finansowanie społecznościowe. Nowa forma mecenatu.”, który zawiera więcej przykładów, wskazówek i statystyk. Tam również znajduje się szczegółowa analiza z badań przeprowadzonych na prawie 1,5 tys. projektów crowdfundingowych zrealizowanych na platformie PolakPotrafi.pl.

            Ebook możesz zdobyć tutaj.  

             

              Skomentuj

              Czym jest crowdsourcing? Odpowiedź rzeczowa i przystępna (słowo!)

              Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing
              Autor 28 lutego 2018

              Crowdsourcing to jedno z tych nieszczęsnych pojęć, które nie mają swojego polskiego odpowiednika ani jasnej definicji. Dlatego zacznijmy od czegoś znajomego: zdarza Ci się zapytać znajomych na Facebooku, jaki serial Netflixa polecają na weekend? I zebrać kilka dobrych propozycji? Jeśli tak, to crowdsourcing nie jest Ci obcy.

              I jeśli szukasz szybkiej jednozdaniowej odpowiedzi na pytanie zadane w tytule, to przedstawiam Ci je w wersji najbardziej uproszczonej: crowdsourcing to sztuka czerpania z potencjału internautów konkretnej wartości.

              Mało? W takim razie zostań ze mną ;) Przedstawię Ci pełniejszą definicję tego zjawiska oraz to, w jaki sposób i do czego możesz je wykorzystać.

              Na czym polega crowdsourcing?

              Jeff Howe, redaktor kultowego magazynu WIRED i twórca samego pojęcia crowdsourcingu, w 2006 r. definiował je jako:

              outsourcing wszelkich aktywności przedsiębiorstwa do nieokreślonej, szerokiej grupy internautów w formie otwartego zaproszenia.

              Bardziej aktualną i precyzyjną definicję tego zjawiska proponuje naukowiec i uznany w tym obszarze ekspert, Daren C. Brabham:

              Crowdsourcing to cyfrowy i rozproszony model produkcji lub rozwiązywania problemów przez internautów, realizujący konkretne cele organizatora (przedsiębiorstwa, rządu, czy jednostki).

              Ja definiuję crowdsourcing bardzo podobnie, ale żeby się wyróżnić – nieco bardziej lirycznie.

              To aktywność polegająca na współpracy ze społecznościami w realizacji konkretnego celu przez uwolnienie i ukierunkowanie jej kolektywnego potencjału.

              Brzmi lekko i zwiewnie, nie narzuca perspektywy biznesowej i zostawia możliwość zamknięcia w tej definicji także crowdfundingu, który przez wielu (m.in. przez Jeffa Howe’a) uważany jest za jeden z modeli crowdsourcingu.

              Zgadzam się z Darenem C. Brabhamem, że nie może być mowy o crowdsourcingu bez spełnienia jednocześnie czterech warunków:

              1. organizatora, który ma jakieś zadanie do zrealizowania,
              2. społeczności, gotowej zrealizować je dobrowolnie,
              3. cyfrowej przestrzeni, w której zachodzi praca i kontakt między organizatorem a społecznością,
              4. oraz wzajemnej korzyści dla organizatora i dla społeczności.

              crowdsourcing1_WeTheCrowd

              Układając to w logiczny proces.

              1. Organizator, którym może być dowolna organizacja lub osoba, ma konkretny cel (np. stworzenie nowego produktu, przetworzenie dużego zbioru danych, rozstrzygnięcie problemu naukowego).
              2. Na jego podstawie tworzy zadanie i w formie otwartego zaproszenia prezentuje je na platformie internetowej.
              3. Zadanie realizuje (indywidualnie lub grupowo) społeczność przypadkowych lub określonych internautów w zamian za konkretną korzyść.
              4. Organizator otrzymuje gotowe rozwiązanie lub wykonaną pracę albo jedynie wykorzystuje wkład społeczności jako jeden z komponentów w realizacji celu.

              Zastosowanie crowdsourcingu

              Po co stosować crowdsourcing? Teoria odpowie:

              • aby generować innowacje
              • aby optymalizować działalność i procesy
              • aby rozwiązywać problemy natury twórczej lub empirycznej

              Ale łatwiej przedstawić to na przykładach, bo w praktyce crowdsourcing to bardzo szeroki wachlarz aktywności, dla których stale znajduje się nowe, często zaskakujące zastosowania. Kilka przykładów?

              Produkt i marketing

              McDonald’s zaprosił klientów do komponowania własnych hamburgerów, a następnie wprowadził najpopularniejsze z nich do sprzedaży (“Create your taste”). Marka odzieżowa Threadless poszła dalej i zbudowała cały model biznesowy oparty na crowdsourcingu. To społeczność grafików proponuje wzory na koszulki, głosuje na najlepsze z nich i zarabia na zyskach ze sprzedaży.

              Brainstorming i giełdy pomysłów

              Marki takie jak Starbucks, GE czy DELL uprawiają “crowdstorming” – tworzą i moderują giełdy pomysłów, pomagające rozwiązać konkretne problemy lub pozyskać wartościowe pomysły i innowacje.

              Mikropraca

              Rozproszone mikro-aktywności (tzw. microtasks) przyspieszają poszukiwania egzoplanet na udostępnionych internautom przez NASA zdjęciach satelitarnych, brytyjskim bibliotekom ułatwiają digitalizację listów rówieśników Szekspira  a rządowi Kanady… gromadzenie danych statystycznych potrzebnych do uregulowania rynku marihuany (priceofweed.com).

              Kolektywna inteligencja

              Na platformie Bright Idea Kilkadziesiąt tysięcy bystrych umysłów w tłumie pomaga rozwiązywać złożone problemy, z którymi nie potrafią uporać się działy R&D największych korporacji na świecie (m.in. Cisco, GE, MasterCard). Kaggle daje zaś dostęp do ludzkiej mocy obliczeniowej tysięcy analityków danych, działającej sprawniej niż jakakolwiek sztuczna inteligencja.

              Potencjał mieszkańców i otwarte miasta

              Poprzez platformę change.org mieszkańcy miasta Meksyk nadsyłali propozycje nowelizacji konstytucji, które po osiągnięciu minimalnej ilości głosów i zweryfikowaniu przez komisję miały szansę stać się prawem. Poznań od niedawna może pochwalić się swoją giełdą pomysłów, jaką jest Otwarty Poznań.

              (A więcej o crowdsourcingu obywatelskim pisaliśmy tutaj)

              Sztuka i kolektywna twórczość

              Reżyser Ron Howard zwrócił się do fanów The Beatles po archiwalne, nigdy wcześniej nie publikowane materiały z pierwszej trasy koncertowej zespołu. W kilka miesięcy udało mu się zgromadzić materiał potrzebny do ukończenia filmu dokumentalnego Eight Days A Week. A nasz polski kompozytor i producent Jimek, bezustannie przesuwający granice muzycznej wyobraźni, nagrał utwór zawierający sample i dźwięki nadesłane mu przez 1000 internautów.

              Crowdsourcing to czy nie crowdsourcing?

              Powyżej przedstawiłem tylko kilka przykładów, nie uwzględniając nawet rozwiązań opartych na mechanizmach około-crowdsourcingowych, jak Google Maps, Wikipedia, czy model biznesowy Ubera. Nie jest to crowdsourcing per se (brakuje wyraźnie sformułowanego i dobrowolnie realizowanego zadania lub funkcji inicjatora), ale to wciąż mechanizm oparty na potencjale rozproszonej pracy (lub współpracy) internautów, który ma w zasadzie niczym nieograniczone zastosowanie.

              Bardzo często na jednym tchu wraz z crowdsourcingem – albo zamiast crowdsourcingu – używa się takich pojęć, jak:

              • otwarta innowacja (open innovation)
              • prosumpcja lub prosumeryzm
              • produkcja partnerska (peer production)
              • mądrość tłumu
              • współtworzenie (co-creation)

              Część z tych pojęć może stanowić fundament crowdsourcingu, jak prosumpcja lub mądrość tłumu, a część może się z nim krzyżować, jak co-creation, w podanym przykładzie McDonald’s lub otwarta innowacja w przypadku GE i Della. Nie przejmowałbym się zanadto myleniem ze sobą (od czasu do czasu) tych skomplikowanych i enigmatycznie brzmiących pojęć ;)

              crowdsourcing2_WeTheCrowd
              [schemat zaczerpnięty z “Crowdsourcingu internetowego” Małgorzaty Kowalskiej]
              Ważniejsze jest, abyś wiedział/-a, że umiejscowienie tzw. ośrodka kontroli odróżnia crowdsourcing od:

              • Wikinomii, tj. spontanicznej, oddolnej współpracy użytkowników sieci przebiegającej bez żadnego instytucjonalnego nadzoru (Wikipedia!);
              • oraz prostych zabiegów marketingowych i PRowych, angażujących internautów (jak głosowania, konkursy na śmieszne zdjęcia itd.), nad którymi pełną kontrolę ma firma.

              Nie każda społeczność internetowa to społeczność crowdsourcingowa, a nie każda akcja angażująca internautów to crowdsourcing. Ośrodek kontroli musi znajdować się dokładnie pośrodku – między społecznością a inicjatorem, tworzą swoiste… crowdsourcingowe Zen.

              crowdsourcing3_WeTheCrowd

              Modele crowdsourcingu

              Warto jeszcze wspomnieć o modelach crowdsourcingu. Wspomniałem, że wachlarz aktywności jest bardzo szeroki i podparłem go kilkoma obrazowymi przykładami. Od strony naukowej typologie tego zjawiska są niezwykle liczne i jeszcze bardziej zawiłe niż omawiane przed momentem zależności z koncepcjami pokrewnymi.

              Dlatego, aby ułatwić Ci życie, posłużę się przystępną typologią wg typów zadań Małgorzaty Kowalskiej, autorki obecnie najlepszej (i jedynej) polskiej naukowej książki w tej tematyce.

              Zadania proste (microtasks – mikrozadania)

              To zadania, które:

              • nie wymagają dużego nakładu pracy ani specjalnych kwalifikacji,
              • wykorzystują tzw. kolektywną inteligencję i często realizuje się je niezależnie, tzn. nie współpracując z innymi użytkownikami (choć nie zawsze),
              • liczy się w nich skala – wiele osób wykonujących drobne, proste czynności robi rzeczy szybciej i taniej.

              Mikrozadania, czy mikropracę, stosuje się do rozpoznawanie obiektów, sprawdzania wyrazów, porządkowanie baz danych, oznaczanie obiektów na mapie, robienie zdjęć, tłumaczenia, zgłaszanie problemów, czy digitalizacji danych.

              Wśród przykładów, które podawałem, to m.in. inicjatywy NASA, Kanady czy Rona Howarda.

              Zadania złożone (macrotasks – makrozadania)

              Te zadania:

              • wymagają więcej nakładu pracy, czasu i kwalifikacji,
              • liczy się w nich zakres – to, że w tłumie mogę natrafić na kogoś, kto zna właściwie rozwiązanie lub posiada największy talent.

              Makrozadania, czy makropracę, wykorzystuje się do rozwiązywanie problemów empirycznych i naukowych, wprowadzania innowacji, analityki danych, prognostyki.

              Wśród przykładów, które podawałem, to m.in. GE, Dell, Bright Idea i Kaggle.

              Zadania twórcze (creative crowdsourcing)

              To zadania, które:

              • wykorzystujące pokłady kreatywności i wyjątkowości poszczególnych członków społeczności,
              • stawiają na różnorodność i często zbiorczy rezultat pracy wielu osób.

              Zadania twórcze pomagają w tworzeniu nowych produktów, usług, marek, ideacji i brainstormingu.

              Wśród przykładów, które podawałem, to m.in. akcja McDonald’s i Jimka, platformy Threadless i Otwarty Poznań.

              Warto wiedzieć więcej

              Jeden z założycieli Sun Microsystems, Bill Joy, tłumacząc rosnące znaczenie crowdsourcingu powiedział kiedyś:

              Bez względu na to kim jesteś – większość najmądrzejszych ludzi pracuje już dla kogoś innego.

              To cytat, którego zdarza mi się nadużywać. Doskonale wyraża, dlaczego crowdsourcingu nie można dłużej ignorować. I nie chodzi wyłącznie o przedsiębiorstwa. Organizacje pozarządowe, miasta i rządy, aktywiści, dziennikarze, muzycy i twórcy gier wideo – wszyscy możemy nauczyć się współpracować ze społecznościami w sieci, aby realizować swoją działalność z ich wsparciem szybciej, lepiej, taniej i mądrzej (sic!).

              Bo crowdsourcing to nie tylko obco brzmiące słowo, a jedna z najważniejszych kompetencji w epoce social mediów i big data. Najlepszym sposobem, aby ją rozwijać to przejść to działania.

              Jeżeli chcesz, abym nauczył Cię świetnych narzędzi i dobrych praktyk w ramach crowdsourcingu, sprawdź moje szkolenia. Mogę też doradzić Ci jak realizować go w sposób przemyślany ;)

              Zamów dedykowane szkolenie z crowdsourcingu!

                Skomentuj

                Czy crowdfunding dla Twojej korporacji ma sens? (GE i IBM uważają, że tak)

                Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                Autor 8 lutego 2018

                Crowdfunding dla korporacji to już nie oksymoron. Coraz więcej dużych firm zaczyna rozumieć, że finansowanie społecznościowe nie służy wyłącznie… finansowaniu. To sprawdzony sposób na angażowanie klientów lub pracowników, wprowadzanie nowych produktów na rynek i wiele więcej.

                Żeby nie być gołosłownym: Sony, P&G, GE, Atari, IBM, Universal Music Group, Warner Bros, DC Comics, Chrysler. To kilka wielkich marek, które z powodzeniem stosowały crowdfunding w ciągu ostatnich 5 lat – w różnych celach, choć raczej nie po to, żeby po prostu zbierać pieniądze od internautów.

                Crowdfunding niesie ze sobą multum korzyści pozafinansowych, bo w swojej istocie jest sposobem łączenia ludzi dla wspólnej realizacji celu. Przyjmując taką perspektywę finansowanie społecznościowe dla korporacji można postrzegać jako “nakładkę” usprawniającą i aktualizującą procesy w obszarach:

                1. Marketingu
                2. Innowacji
                3. CSR

                Omówię każdy z tych obszarów po kolei podpierając je przykładami, aby przybliżyć Ci zakres możliwości crowdfundingu korporacyjnego i korzyści, których możesz oczekiwać.

                Crowdfunding i marketing

                W 2013 r. Universal Music Group wystartowało z projektem i platformą “The Vinyl Project”. Pomysł był taki, aby wznowić klasyczne albumy muzyczne na winylach, przy założeniu, że to fani pokryją koszty tłoczenia i jednocześnie sami wskażą swoimi pieniędzmi, które wydania mają szansę sprzedać się najlepiej. Pozwoliło to Universalowi na absorbcję kosztów produkcji przy jednoczesnym badaniu i budowaniu rynku dla niszowego produktu.

                Ostatnio również Atari Games zdecydowało się wznowić drogą crowdfundingu kultową serię “Rollercoaster Tycoon” na konsolę Nintendo Switch. Fani (i nie tylko) mogą inwestować w grę za pośrednictwem platformy Start Engine, w zamian za udział w zyskach ze sprzedaży. Tym samym staną się najbardziej zaangażowanymi ambasadorami.

                corporate-crowdfunding | WeTheCrowd

                Jeżeli jesteś menedżerem marketingu, pewnie doskonale wiesz, że współczesny marketing zasilany jest informacją rynkową i służy antycypowaniu trendów oraz potrzeb klientów. Crowdfunding wprowadza tę aktywność na nowy poziom, ponieważ pozwala na gromadzenie informacji rynkowych na bardzo wczesnym etapie, tj. pre-produkcji. Dzięki temu łatwiej Ci będzie:

                • znaleźć rynek właściwy dla produktu i jeszcze lepiej dopasować do niego produkt (tzw. product/market fit). Kampania crowdfundingowa ujawni, kogo produkt interesuje najbardziej i dlaczego.
                • zbudować bazę zaangażowanych klientów, których przyciągnie wspólny cel, idea kampanii i którzy wpłacając pieniądze zostawią w nim również swoje serce. To dostęp do wartościowych opinii i organicznej promocji.
                • zwiększyć świadomość produktu, ponieważ o ciekawych, angażujących projektach crowdfundingowych chętnie się pisze i mówi.

                Crowdfunding i innowacja

                GE było jedną z pierwszych dużych firm, które finansowały produkt na platformie Indiegogo i odniosły sukces. Produkt Opal Nugget Ice Maker pozwolił zebrać niemal 3 miliony dolarów i przekonać się, że masowa produkcja nowego urządzenia w ogóle ma sens.

                Z kolei IBM wdrożyło wewnętrzny program crowdfundingowy iFundIT, w ramach którego pracownicy mogli lokować swoje środki finansowe (oczywiście, z korporacyjnego budżetu!) w jedną lub więcej propozycji aplikacji mobilnych autorstwa kolegów i koleżanek. Pomogło to wzmocnić kulturę innowacji i wewnętrznej przedsiębiorczości, a przede wszystkim wyłonić naprawdę ciekawe produkty mobilne.

                Mógłbym jeszcze przytoczyć historię smartfona Hawkeye marki ZTE, którą zbiórka finansowania społecznościowego zawczasu uchroniła przed katastrofą rynkową. Ale zrobiłem to już szczegółowo w tym artykule :)

                Jeżeli odpowiadasz w firmie za nowy produkt i R&D, możesz wykorzystać crowdfunding do:

                • walidacji rynku i pomysłu, bo produkt najpierw jest prezentowany za pośrednictwem platformy, po to, aby dopiero go sfinansować i wprowadzić do sprzedaży – nie na odwrót.
                • gromadzenie wartościowego feedbacku od klientów i potencjalnych klientów, co pomoże dopracować produkt przed startem produkcji.
                • obniżenie ryzyka finansowego przy wprowadzaniu nowego produktu, poprzez przeniesienie części kosztów na internautów.
                • w przypadku realizacji crowdfundingu wewnętrznego, dostęp do świeżych pomysłów produktowych od wszystkich pracowników i testowanie atrakcyjności tych pomysłów (employee innovation i employee engagement).

                Crowdfunding i CSR

                Batman czy Superman to marki, które rozpozna każdy na świecie. Dlatego DC Comics wiedziało co robi, wykorzystując ich wizerunki w szlachetnym celu w ramach inicjatywy We Can Be Heroes. Jednak prawdziwymi bohaterami okazali się fani, którzy wspierali cel na platformie Indiegogo i pomogli zebrać łącznie 2,3 mln dolarów przeznaczone na walkę z głodem.

                To przykład na to, jak crowdfunding wreszcie daje korporacjom możliwość otwarcia polityki CSR na społeczność i uczynienie z niej partnera w przedsięwzięciu. Jeżeli na co dzień zajmujesz się PR, a w tym społeczną odpowiedzialnością biznesu, crowdfunding może pomóc Ci:

                • faktycznie włączyć i zaangażować opinię publiczną w działania społeczne, co z pewnością je uwiarygodni i ukierunkuje.
                • zwiększyć transparentność, ponieważ nieodłącznym elementem crowdfundingu jest jawność zgromadzonej kwoty pieniędzy. Możesz również informować uczestników o praktycznych rezultatach akcji.
                • wprowadzić incentywizację, czyli zaoferowanie dodatkowej motywacji dla wpłacających np. poprzez zaoferowanie produktów marki.
                • wygenerować pozytywny szum wokół Twojej firmy i jej działań społecznych, o co zadbają sami wspierający i media.

                Crowdfunding dla korporacji każdej

                Crowdfunding to największa od lat szansa dla korporacji na usprawnienie swoich sprawdzonych modeli marketingu, innowacji i CSR przy niemal zerowym ryzyku. Gdybym miał wskazać na trzy najważniejsze argumenty za stosowaniem tego rozwiązania także przez “dużych graczy”:

                1. Synergiczność – crowdfunding współgra z różnymi obszarami działalności przedsiębiorstwa i zawsze tworzy w ich ramach wartość dodaną.
                2. Obustronność i wzajemność – w crowdfundingu zawsze uczestniczą dwie strony procesu i każda z nich ma szansę wynieść z niego jakaś korzyść. W przypadku korporacji tą stroną są klienci, pracownicy, społeczności lokalne.
                3. Elastyczność – crowdfunding można plastycznie dopasować do celów biznesowych, realizować w partnerstwie z dużą platformą lub budując własną, kierując działania do wewnątrz lub na zewnątrz organizacji etc.

                Coraz więcej marek będzie to dostrzegać i coraz chętniej korzystać z finansowania społecznościowego na różne sposoby, w efekcie rosnąć będzie też waga i zakres pozafinansowej wartości zwrotnej od społeczności (popyt a podaż).

                Warto znaleźć się w awangardzie marek, które zaczynają traktować społeczności jak partnera, wspierają innowacyjność i postępują społecznie odpowiedzialnie – w praktyce, nie w teorii. Crowdfunding to krok we właściwą stronę,

                Dlatego też zapraszam na darmowe i dostępne dla wszystkich webinarium, które współorganizuję z Nowym Marketingiem i Haiz już 22.02. Będziecie mieć szansę poznać więcej przykładów korporacyjnego crowdfundingu i zadać mi pytania. Kliknij w banner poniżej!

                webinar crowdfunding korporacyjny 22 lutego

                  Skomentuj

                  Zmiany na Facebooku cz. I – co oznaczają dla marek i ich działań promocyjnych?

                  Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                  Autor 1 lutego 2018

                  Na początku stycznia Mark Zuckerberg wydał oświadczenie dotyczące nadchodzących zmian w algorytmie Facebooka. Na social media ninjas padł blady strach związany z obcięciem, i tak niskich już, zasięgów organicznych i podniosły się dyskusje na temat ogromnych budżetów, które będzie trzeba przeznaczyć od teraz na działania promocyjne. Ale czy na pewno zapowiadane zmiany wprowadzą aż tak dużo zamieszania?

                  Jakość contentu najważniejsza

                  Mark Zuckerber w swoim oświadczeniu podkreślił przede wszystkim to, że chce aby Facebook wrócił do swojej pierwotnej roli – medium społecznościowego, do którego zaglądamy głównie żeby skontaktować się ze swoimi znajomymi i zobaczyć co u nich słychać. Tak więc to, czego na pewno możemy się spodziewać, to powrót dawno niewidzianych znajomych na nasze newsfeedy.

                  Po drugie zaznaczył, że chce podnieść jakość czasu spędzanego przez użytkowników na Facebooku. Algorytm z jeszcze większą starannością będzie polecać nam treści potencjalnie nas interesujące, a wyrzucać te, które nie wnoszą nic do naszego życia. I tutaj pierwsza ważna zmiana dla wszystkich administratorów stron wszystkie treści wymuszające na użytkowniku interakcję, czyli clickbaity, posty z głosowaniem za pomocą reakcji, prośby o oznaczanie znajomych w komentarzach, czy zabiegi w stylu “jeśli się z tym zgadzasz, napisz TAK pod spodem” znikną zakopane przez algortym w bezzasięgowej nicości Facebooka. Im więcej treści, które nie mają realnej wartości dla fanów będziemy postować, tym niżej nasza strona będzie pozycjonowana w feedzie i mniej osób zobaczy umieszczane na niej treści. Tak, trzeba będzie się więcej nagimnastykować nad tworzeniem wartościowego contentu, ale z drugiej strony w końcu treści, które nie miały do tej pory ujrzeć światła dziennego wyjrzą ku szerszej publiczności z morza lolcontentu.

                  Na pewno trzeba będzie położyć też większy nacisk na zróżnicowanie formy treści. Od kilku lat portale społecznościowe kładą większy nacisk na wideo i na pewno w tym wypadku ten trend się utrzyma. Sam założyciel Facebooka w swoim oświadczeniu podkreślił znaczenie live wideo, więc jeśli jeszcze nie próbowaliście tego formatu na swoim fanpage’u to najwyższy czas zacząć.

                  Znaczące interakcje

                  Wszystkie nasze działania w obrębie Facebooka notowane są w swego rodzaju rankingu, który przypisuje im odpowiednią wagę. Wraz z wprowadzeniem nowego algorytmu, większe znaczenie zyskają interakcje pomiędzy dwoma użytkownikami, niż między użytkownikami a stronami (mówiąc prościej, jeśli polubisz post swojego znajomego, to działanie będzie miało większą wagę, niż polubienie posta jakiejkolwiek strony).

                  Stąd też w newsfeedach pojawi się więcej postów użytkowników niż marek. Ale bez obaw, jeśli fanpage ma grono fanów, którzy są na nim regularnie aktywni, to wciąż będą widzieć treści postowane przez markę. Głównym zadaniem właścicieli stron będzie utrzymywanie zaangażowania i poziomu interakcji na takim samym lub wyższym poziomie. Sam Zuckerberg wspomina o postach, które powinny “otwierać dyskusję” i być “istotnymi aktualizacjami”. Śmiało można potraktować to jako jasną wskazówkę.

                  Czy zaleje nas fala reklam?

                  Już teraz reklamy stanowią spory odsetek treści przewijających się w newsfeedzie. Czy będzie ich jeszcze więcej? Na początku zmian, dopóki twórcy treści nie zmienią swoich strategii komunikacyjnych, zapewne tak. Niewykluczone jest także, że ceny reklam wzrosną (reklamy działają na zasadzie aukcyjnej – im więcej reklamodawców jest zainteresowanych daną grupą docelową tym reklama skierowana do niej jest droższa). Jednak nie powinniśmy zetknąć się z sytuacją,której obawiają się najbardziej małe fanpage, a w której każda strona będzie musiała płacić, aby dotrzeć do odbiorców. Jeśli obronimy się wartościowym contentem, tak naprawdę zmiany w algorytmie nie dotkną nas mocno. Prawdopodobnie skończy się też walka na ilości fanów i marki zrozumieją, że lepiej mieć 100 aktywnych fanów, którzy faktycznie są zainteresowani treściami, które proponują (a co za tym idzie, prawdopodobnie produktami, które oferuję), niż 1000 pustych kont, które nie reagują na ich posty, ba! nawet ich nie widzą. Zweryfikuje to po części też dotychczasowe działania – jeśli po aktualizacji algorytmu okaże się, że zasięgi danego fanpage’a poszły naprawdę drastycznie w dół, to cóż… chyba coś poszło nie tak i czas zweryfikować dotychczasową strategię.

                  Na czym warto się skupić

                  Podsumowując, o czym trzeba pamiętać, żeby bezproblemowo poradzić sobie z nadchodzącymi zmianami w algorytmie?

                  • Jakościowy content – dopasowanie treści do grupy docelowej, wyciągnięcie od nich co ich najbardziej interesuje i całkowite zrezygnowanie z “baitów”, które wywołują sztuczne zaangażowanie
                  • Zróżnicowanie formatów – wykorzystanie całej puli dostępnych formatów postów i testy, które pokażą, który z nich sprawdza się najlepiej
                  • Inne kanały kontaktu z fanami – warto pamiętać o wciąż niedocenianym narzędziu jakim są grupy na Facebooku
                  • Live i wideo – dostarczanie angażującego materiału wideo swoim fanom (a live, dzięki interakcjom na żywo, zdecydowanie tutaj przoduje)
                  • Jakość nad ilość – być może nawet zrezygnowanie z codziennego postowania na rzecz 2-3 postów w tygodniu
                  • Promocja postów – jeśli powyższe sposoby zawiodą, na pewno pomoże reklama: sukcesywna promocja postów za niewielkie kwoty (2-3 złote), po to, żeby złamać algortym i wypozycjonować się trochę wyżej

                  A tutaj pełna wersja mojego ostatniego webinarium na fanpage’u  We The Crowd, która jest rozszerzoną wersją tego wpisu:

                  Opublikowany przez We The Crowd na 29 stycznia 2018

                    Skomentuj

                    5 dowodów na to, że crowdsourcing obywatelski ma sens

                    Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing
                    Autor 25 stycznia 2018

                    Głębsze angażowanie obywateli w życie miasta jest dziś wyznacznikiem nowoczesnego i skutecznego animowania wspólnoty przez władze lokalne. Niedawno pisaliśmy o zaletach budżetów partycypacyjnych. Jednak na nich nie kończą się dostępne narzędzia wpływające na lepszy rozwój miasta i społeczności lokalnej.

                    Wśród nich jednym z najlepiej dopasowanych wydaje się crowdsourcing. Jeżeli zrozumie się jego specyfikę wydaje się, że został on niemal stworzony do budowy odpowiednich relacji na linii władze-obywatele i wspierania rozwoju, lepszych, nowoczesnych miast. Prawdziwych smart cities. Społeczności lokalne same wiedzą przecież najlepiej:

                    • jakie problemy ich dotykają,
                    • które aspekty życia w miastach są najbardziej zaniedbane,
                    • w których dziedzinach władze lokalne nie zapewniają odpowiednich warunków rozwoju,
                    • jak rozwiązywać ich najbardziej palące bolączki.

                    Słowem: co i jak należy zmienić? Dlatego dobrze zorganizowani społecznicy i wspólnoty wykorzystując crowdsourcing są w stanie zrobić naprawdę wiele. W dalszej części tekstu pokażę, co my jako obywatele, możemy zyskać dzięki crowdsourcingowi obywatelskiemu.

                    Napiszemy prawo

                    Jedną z największych wad demokracji przedstawicielskiej jest… jej przedstawicielski charakter. Często prowadzi on do poczucia wyobcowania i braku wpływu na rzeczywistość u obywateli. Nie oznacza to, że postulujemy powrót do wzorców starożytnych. Obecnie istnieją jednak mechanizmy ułatwiające mieszkańcom miast głębsze kształtowanie prawa i polityki niż tylko oddawanie głosu podczas wyborów.

                    Chyba jednym z najgłośniejszych w ostatnim czasie przykładów współtworzenia lokalnego prawa przez obywateli jest konstytucja miasta Meksyk. Przez lata w mieście narastały różne problemy, zaś zniechęcenie obywateli do polityki było nad wyraz odczuwalne, np. poprzez bardzo niską frekwencję w wyborach i głosowaniach. W 2016 roku władze postanowiły zaangażować obywateli w tworzenie nowego dokumentu regulującego funkcjonowanie stolicy Meksyku.

                    Poprzez platformę change.org mieszkańcy mogli nadsyłać propozycje związane z tekstem dokumentu, które po osiągnięciu minimalnej ilości głosów i zweryfikowaniu przez komisję złożoną z 21 ekspertów miały szansę stać się prawem. Pomysł osiągnął założony efekt i zaangażował obywateli do nadsyłania setek propozycji i oddania tysięcy głosów na platformie. Co prawda działanie władz było wielokrotnie krytykowane za populistyczny charakter i wybiórcze traktowanie propozycji obywateli, jednak powstały w ten sposób dokument może poszczycić się bardzo ważnymi zapisami, które wyszły wprost od Tłumu.

                    Inne przykłady mają może mniej spektakularny charakter, jednak nadal stanowią świetny dowód na zasadność stosowania crowdsourcingu w procesie tworzenia prawa.

                    Nowojorski radny Ben Kallos, już na dobre przyzwyczaił swoich wyborców do partycypacji w tworzeniu legislacji. Były developer open-source’owego oprogramowania, poprzez platformy takie jak GitHub czy Madison umożliwia mieszkańcom nadsyłanie swoich propozycji odnośnie określonego ustawodawstwa. W ten sposób powstało już kilka przepisów, które trafiły pod obrady magistratu. Kallos podkreśla, że stara się zrewolucjonizować sposób funkcjonowania urzędnika publicznego.

                    Ben Kallos,
                    radny miasta Nowy Jorsk

                    W naszej pracy wykorzystujemy Agile, do zarządzania zadaniami mamy Trello, stale przeprowadzamy odprawy. Prowadząc nasze biura korzystamy więc, z praktyk stosowanych przez najlepsze startupy na świecie.

                    Kliknij i rozwiń

                    Zbierzemy pomysły na rozwiązanie problemów i rozwój miasta

                    Wspomniane przez Bena Kallosa usprawnianie pracy urzędników i władz nie musi wychodzić od jednej osoby. W celu zwiększania efektywności pracy magistratu  można skutecznie wykorzystywać crowdsourcing. Dzięki temu nie dość, że miasto może usprawnić swoje funkcjonowanie, to w dodatku zmniejsza się dystans między obywatelem a władzami.

                    Najlepszą formą takiego kontaktu są dedykowane do tego platformy. Ich sposób działania jest zazwyczaj podobny do siebie. Obywatele mają możliwość nadsyłania propozycji służących usprawnianiu miasta, debatowania nad nimi i w drodze głosowania wybierania najbardziej atrakcyjnych. Władze miejskie mogą zaś nadawać ton i kierunek dyskusji, np. poprzez tworzenie wyzwań dotyczących najważniejszych zdaniem magistratu problemów. Poprzez wspólną kooperację i korzystanie z “kolektywnej inteligencji” obywateli, miasta są w stanie lepiej planować swój rozwój, jak i rozwiązywać najważniejsze problemy mieszkańców.

                    Dziedziny życia miasta, które obywatele mogą wspólnie usprawniać różnią się od siebie zakresem. Niektóre platformy umożliwiają gruntowne dyskusje dotyczące niemalże każdego aspektu funkcjonowania metropolii, inne zaś skupiają się jedynie na pewnych jego wycinkach. Cechą wspólną jest natomiast zawsze wysokie zaangażowanie użytkowników.

                    Wśród tego typu platform można wymienić na przykład:

                    Załatamy dziury w jezdniach

                    Chyba jednym z najbardziej efektownych rodzajów crowdsourcingu w miastach jest tzw. crowdsourcing interwencyjny. Wynika to z tego, że bardzo szybko można zaobserwować relację między naszym działaniem a pożądaną zmianą. Jego założenie  opiera się na słusznym przekonaniu, że mieszkańcy szybciej i skuteczniej są w stanie zauważyć i poinformować władze o drobnych problemach występujących w ich okolicy. Dziurę na drodze, zbitą żarówkę w latarni bądź napis na murze obrażający kibiców jednej z miejscowych drużyn obywatele mogą szybko oznaczyć na mapie i przekazać informację odpowiedzialnym służbom wykorzystując dedykowaną do tego platformę bądź aplikację. Dzięki temu, że zgłaszane problemy można dość łatwo rozwiązać, platformy takie jak FixMyStreet, SeeClickFix czy polskie Naprawmy.to mogą poszczycić się wysoką skutecznością działania (sięgającą niekiedy 90%).

                    Pomożemy w promocji i budowaniu wizerunku miasta

                    Wizytówką miasta są przede wszystkim jego obywatele. Lepsze poznawanie mieszkańców skutecznie służy oddolnej promocji i budowaniu pozytywnego wizerunku. A co jeżeli wykorzystać PRową siłę mieszkańców do promocji miasta? Zrobiła tak Bruksela, a właściwie lokalne biuro podróży, które wykorzystując technologię live streamu zaangażowało mieszkańców miasta w jego promocję. W trzech punktach miasta zainstalowano aparaty telefoniczne z  kamerami streamującymi obraz na specjalnej stronie internetowej. Każdy mógł zadzwonić do Brukseli i porozmawiać z losowo przechodzącymi mieszkańcami. Naszym zdaniem wizerunkowe zwycięstwo.

                    Sfinansujemy budowę placu zabaw

                    Czasem budżet miasta nie pokrywa wydatków na wszystkie inwestycje, bądź władze uznają je za mniej ważne. Właśnie w tym miejscu crowdsourcing spotyka się w crowdfundingiem. Mieszkańcy wielu miast są skłonni dobrowolnie wspierać oddolnie tworzone projekty, które mogą wpłynąć pozytywnie na życie wspólnoty, ich najbliższe otoczenie bądź rozwiązać określone problemy. Na platformach takich jak SpaceHive bądź ioby można odnaleźć wiele projektów wpływających na poprawę jakości życia mieszkańców. Mechanizm jest dokładnie taki sam jak na każdej innej platformie crowdfundingowej – projektodawca musi w określonym czasie pozyskać fundusze na realizację swojego pomysłu. Te zaś mogą dotyczyć projektów takich, jak rewitalizacja i remont budynków czy budowa placów zabaw, ale też mniej poważnych inicjatyw, jak na przykład budowa zjeżdżalni wodnej w centrum miasta.

                    Czubek góry lodowej

                    Rozwiązań civicsourcingowych (połączenie słów “civic” i “crowdsourcing”) jest znacznie więcej. Podstawą smart cities są i zawsze będą smart people, a tych nie brakuje. Trzeba jedynie nauczyć się umiejętnie z nimi współpracować.

                    wethecrowd-szkolenie

                     

                     

                      Skomentuj

                      Jak ZTE współtworzyło smartfona ze społecznością i dlaczego warto znać ten case?

                      Przeczytasz w 20 minut Crowdsourcing
                      Autor 18 stycznia 2018

                      Chiński gigant telekomunikacyjny ZTE z pewnością miał przed oczami wizję pasma sukcesów, kiedy decydował się na crowdsourcing nowego produktu. W końcu: co może pójść nie tak, jeśli współpracuje się ze społecznością zaangażowanych użytkowników?

                      Dlatego korporacja postanowiła od razu wdrożyć cały “pakiet” rozwiązań typu collaborative development: crowdsourcing połączony z co-creation, następnie prowadzący do zbiórki crowdfundingowej. Dziś trudno jednoznacznie ocenić na ile był to błąd, a na ile szczęście w nieszczęściu. Ale po kolei.

                      Crowdsourcing – win, crowdfunding – fail

                      W 2016 roku ZTE zaprosiło klientów (i szerzej – społeczność internautów) do współtworzenia smartfona przyszłości, dopasowanego idealnie do potrzeb konsumentów. Inicjatywa o nazwie CSX realizowana była za pośrednictwem prostej strony internetowej stylizowanej na forum. Marka (zresztą słusznie) podzieliła ją na kilka etapów rozciągniętych na okres 3 miesięcy:

                      Zgłaszanie przez użytkowników generalnych pomysłów na funkcjonalności → głosowanie na pomysły (etap pośredni) → tworzenie konceptów → głosowanie i opiniowanie (etap pośredni) → wybór najpopularniejszej propozycji → produkcja

                      W trakcie trwania pierwszego etapu społeczność wygenerowała dość oryginalne pomysły m.in. kompatybilność smartfona z podwodną maską VR albo dowolność w doborze systemu operacyjnego, bez narzucania go fabrycznie przez producenta. Kto by tego nie chciał?

                      Głosy użytkowników wyłoniły zwycięzcę: koncept telefonu z samoprzylepną obudową, którym można nawigować ruchem gałek ocznych z wykorzystaniem technologii eye-trackingu. Hawkeye, bo tak ZTE ochrzciło wspólne dziecko ich działu R&D i społeczności, wydawał się tak obiecujący, że korporacja poszła za ciosem i postanowiła rozpocząć jego przedsprzedaż drogą crowdfundingu na platformie Kickstarter. Na tym etapie cała pieczołowicie współtworzona konstrukcja zaczęła uginać się pod swoim własnym ciężarem.

                       

                      Zbiórka crowdfundingowa okazała się porażką. ZTE zgromadziło zaledwie 36 tys. z planowanych 500 tys. dol., czyli nieco ponad 7% celu finansowego i zakończyło kampanię przed upływem czasu.

                      Z jednej strony – to dobrze, ponieważ “poduszka ochronna” w postaci crowdfundingu, którego jedną z funkcji jest badanie reakcji rynku i minimalizacja ryzyka, zadziałała bez zarzutu. Piękno crowdfundingu polega na tym, że odwraca on standardowy model, w którym koszty i ryzyko ponosi się już po uruchomieniu produkcji, a nie przed. Marka mogła stracić znacznie więcej wprowadzając nowego smartfona na rynek.

                      Z drugiej – źle, ponieważ ta sama społeczność, która wcześniej współtworzyła Hawkeye, teraz głośno zadeklarowała: nie, ten produkt nie jest wart naszych pieniędzy. Była to wyraźna czerwona kartka dla rezultatu całej inicjatywy crowdsourcingowej.

                      Co wobec tego zawiodło?

                      Powyższe pytanie powinno raczej brzmieć: co zawiodło w strategii produktu (czy marketingowej), która uwzględniała tak crowdsourcing, jak i crowdfunding? W tym wypadku szukanie winy wyłącznie w implementacji czy działaniach operacyjnych jest prostą drogą do powierzchownych wniosków. Ale po kolei.

                      1. Najczęściej podnoszony zarzut i błąd, do którego głośno przyznaje się samo ZTE, to rozbieżność między koncepcją a wykonaniem, a konkretniej przeciętna specyfikacja urządzenia. Wyposażenie smartfona miało parametry typowe dla średniej półki cenowej, a przecież Hawkeye miał być telefonem przyszłości.
                      2. ZTE ustaliło także cenę na 199 dol. i nie mogło dokonać korekty po starcie zbiórki crowdfundingowej. W efekcie, kiedy społeczność zaczęła krytykować specyfikację, nie można było jej zmienić ze względu na gorset cenowy. Marka sama pozbawiła się w tej mierze pola manewru.
                      3. Wiele osób postrzegało Hawkeye jako pozorną innowację. Takie funkcje jako samoprzylepna obudowa czy eye-tracking są łatwe do zaimplementowania w innych smartfonach. Bez mocnej specyfikacji jest to po prostu… zwykły telefon.
                      4. Mogła zadziałać tzw. “klątwa korporacji” w crowdfundingu. Duże, bogate marki wciąż nie są przez wielu mile widziane na takich platformach jak Kickstarter czy Indiegogo.
                      5. I wreszcie zjawisko tzw. “tyranii pomysłów”. Wybór “większości”, która wskazała funkcjonalności składające się na Hawkeye, wyalienowała realną większość, czyli długi ogon użytkowników, którzy wskazywali na dziesiątki innych rozwiązań. Dla nich Hawkeye w zaproponowanej postaci nie miał nic wspólnego z telefonem marzeń.

                      Kluczowy wniosek

                      Porażka przedsięwzięcia Hawkeye to ciekawa historia, której morał może brzmieć następująco: crowdsourcing to nie produkt sprzedawany z gwarancją sukcesu. Nie sam fakt korzystania z niego, ani nawet platforma gwarantują rezultaty. Sztuką jest myślenie o crowdsourcingu w kategoriach strategicznych, nie zaś wyłącznie operacyjnych.

                       

                       

                        Skomentuj

                        Jak LEGO i DHL zwiększają zadowolenie i zaangażowanie klientów dzięki co-creation?

                        Przeczytasz w 20 minut Co-creation
                        Autor 11 stycznia 2018

                        Według Huffington Post, aż 70% marek, które mają wyjątkowo wysokie wskaźniki dotyczące zadowolenia klienta, projektowało swoje produkty i usługi na podstawie opinii i wywiadów z konsumentami. Dzisiaj to za mało. Współpracę na linii marka-klient trzeba wprowadzić na nowy poziom.

                        Co-creation to proces, w którym marki i konsumenci współpracują, żeby tworzyć lepsze pomysły, produkty i usługi. Oczywiście – innowacyjne pomysły wciąż pochodzą w większości od największych brandów. Jednak proces decyzyjny zaczął się zmieniać i dopuszczono do głosu także klientów, a z czasem okazało się, że w zasadzie to ich zdanie liczy się teraz najbardziej. Dlaczego? To proste – przecież to właśnie oni korzystają z produktów i usług projektowanych przez marki.

                        Jak więc otworzyć markę na projekty tworzone we współpracy z konsumentami? Warto wzorować się na największych.

                        LEGO – inspiracja dla kolejnych pokoleń twórców

                        LEGO jest jedną z marek, które jako pierwsze zauważyły zalety wynikające z projektowania produktów wspólnie ze swoimi klientami (zarówno dorosłymi, jak i tymi najmłodszymi). Przykładowo, LEGO Ideas to internetowa społeczność, której członkowie mogą odkrywać wspaniałe kreacje innych fanów oraz dołączać swoje własne projekty do nowopowstających zestawów. Fani głosują na wszystkie pojawiające się propozycje i, co najważniejsze dla twórców, zostawiają swój szczery feedback. Jeśli którykolwiek z projektów dostanie 10 000 głosów, LEGO uważnie przegląda i opiniuje ten pomysł, a po pozytywnej weryfikacji włącza go do sprzedaży na całym świecie. Twórcy otrzymują procent zysku ze sprzedaży!

                        Jego nazwisko pojawia się także na wszystkich materiałach sprzedażowych i marketingowych. W tym modelu współpracy LEGO dzięki crowdsourcingowi docenia swoich najwierniejszych klientów oraz nagradza ich za innowacje, kreatywność i przedsiębiorczość, jednocześnie tworząc wspaniałą społeczność.

                        DHL – współtworzenie przyszłości sektora dostaw

                        DHL, największa na świecie firma pocztowo-logistyczna, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że innowacje które powstają w głowach jej klientów, mogą przynieść znaczące korzyści. Żeby sprostać wysokiej konkurencyjności branży i nowym wyzwaniom, które pojawiają się w związku z innowacyjnością łańcucha dostaw i logistyki, firma prowadzi spotkania dla praktyków, w których udział biorą klienci z Niemiec i Singapuru. Lojalni klienci DHL do tej pory wzięli udział już w ponad 6000 przedsięwzięciach, w tym w warsztatach, po to, żeby współtworzyć z marką rozwiązania poprawiające komfort usług.

                        Jedna z innowacji, które powstały w procesie crowdsourcingu pomysłów, to Parcelopter, czyli projekt usługi dostarczania przesyłek dronami. Dzięki wykorzystaniu tej technologii, znacząco skrócono czas dostawy w obrębie jednego miasta. Dodatkowo okazało się, że ten pomysł zmienił na zawsze postrzeganie usług dostawczych. Co ciekawe – członkowie społeczności DHL współtworzący ten pomysł, sami przeprowadzili wstępne testy, łącznie z zaprojektowaniem nowoczesnego magazynu dostosowanego do dronów.

                        cocreation-we-the-crowd

                        Wstępne oszacowanie korzyści biznesowych okazało się zaskakujące. Forbes przeprowadził badanie, które pokazało, że nowa usługa zwiększyła satysfakcję klientów z dostarczania ich przesyłek do około 80 procent – a tak wysokiego wskaźnika DHL nie osiągnął jeszcze nigdy.

                        Manchester City FC – branding drużyny dopasowany do marzeń jej fanów

                        Jeśli kibicujesz jakiejś drużynie, jak cenna byłaby dla Ciebie możliwość udziału w jej brandingu – wyboru kolorów, logo i strojów? Żeby uniknąć negatywnych opinii dotyczących zmian w wyglądzie marki, klub piłkarski Manchester City FC zaangażował w proces zmian swoich najwierniejszych kibiców. Klub chciał poprawić ogólny wygląd marki, szczególnie jeśli chodzi o jej digitalową tożsamość – stronę www oraz aplikację mobilną. Angażując swoich fanów w badania fokusowe, ankiety i prototypowanie, crowdsourcując ich pomysły, Manchester City zbudował jedną z pierwszych stron mobilnych opartych na materiałach wideo. Dzięki wsparciu kibiców strona stała się aktualna, ciekawsza dla odbiorców i zdecydowanie bardziej nowoczesna. A fani jeszcze bardziej przywiązali się do marki. Co-creation to zawsze wygrana dla wszystkich stron.

                        Made.com – fabryka młodych talentów

                        Made.com to internetowy sklep meblarski, który daje swoim klientom możliwość decydowania o tym, które projekty z ich portfolio zaczną być realizowane. Ponieważ Made.com ma jedynie bardzo mały showroom w Londynie, przenieśli swoją społeczność online, tworząc Made Unboxed. Jest to miejsce, w którym wszyscy sympatycy marki mogą dodawać zdjęcia mebli Made.com w swoich aranżacjach, dzielić się inspiracjami i pytać o poradę pozostałych klientów. Co więcej – prowadzony jest tam stały konkurs: Made Emerging Talent Award, w którym marka wspiera młodych projektantów. Każdy z nich może pokazać swoje projekty, na które głosuje zaangażowana w życie marki społeczność. Dzięki temu brand ma pewność, że produkty wprowadzane do produkcji się sprzedadzą (bo trafiają w gust społeczności), a młodzi twórcy dostają szansę na sprzedaż swojego produktu w strukturach Made.com.

                        co-creation | WeTheCrowd

                        Meble trafiają do oferty co prawda tylko na rok, ale marka nawet po upływie tego czasu wspiera projektantów, dając im solidne zaplecze marketingowe.

                        Unilever – pomysł ponad wszystko

                        Unilever jest jednym z największych producentów dóbr szybko zbywalnych na świecie, jednak doskonale rozumie wagę współtworzenia (crowdsourcing + collaboration +co-creation). Traktuje je jako jedną ze swoich przewag konkurencyjnych, głównie ze względu na zaangażowanie konsumentów praktycznie na wszystkich poziomach tworzenia nowych produktów. Od 2016 roku na platformie The Unilever Foundry przekształca pomysły swoich klientów w rzeczywistość.

                        co-creation | WeTheCrowd

                        Firma pozyskuje opinie i idee od start-upów, akademików, projektantów oraz “każdego, kto ma praktyczną innowację, która może pomóc sprostać wyzwaniom konsumentów”. Główny klucz do sukcesu Unilever polega na identyfikowaniu kluczowych potrzeb swoich odbiorców i szybkiego przechodzenia od crowdsourcingu do współtworzenia rozwiązań.

                        Dlaczego co-creation?

                        Innowacyjność to jedna z najczęściej wskazywanych przewag konkurencyjnych, niezależnie od branży. Jeśli zaangażujesz w proces innowacji i proces tworzenia produktu swoich klientów – zyskujesz kolejną. Ale to nie wszystko. Proces co-creation daje wiele korzyści nie wynikających bezpośrednio z samej innowacji. Jakich?

                        1. Istotność i atrakcyjność – projekty, nad którymi klienci sami pracowali są dla nich ważniejsze
                        2. Przewaga marketingowa – produkty będące efektem współpracy lepiej docierają do konsumentów, bo ci pracowali przy ich powstawaniu
                        3. Wsparcie – wszystkie zaangażowane w projekt strony wspierają go z całych sił, bo jest efektem ich wspólnej pracy
                        4. Motywacja – wzrasta przy wspólnej wizji i misji
                        5. Lepszy wynik – proces co-creation rzutuje korzystnie na jakość efektów
                        6. Zasoby – paradoksalnie współtworzenie pozwala oszczędzić czas, pieniądze i pomysły

                        Działa tutaj prosty mechanizm – jeśli coś współtworzysz, to jasne jest, że będziesz to wspierać całym sercem, prawda? Ostatecznie oprócz produktu, który jest dopasowany do oczekiwań klienta (który go współtworzył!), zyskujesz grono ambasadorów marki. Win-win. Spróbuj sam, a efekty mogą Cię zaskoczyć!

                        szkolenia-WeTheCrowd

                         

                          Skomentuj

                          Jak razem możemy uczynić “Koronę Królów” (jeszcze) lepszą?

                          Autor 8 stycznia 2018

                          Wiem, wiem. Wasz nowy ulubiony serial – “Korona Królów” – pomoże Wam zapełnić pustkę w sercu w oczekiwaniu na ostatni sezon “Game of Thrones”. Tak jak i mnie. Ale czy możecie sobie wyobrazić, że wspólnym wysiłkiem, przez współpracę, moglibyśmy uczynić to małe arcydzieło jeszcze lepszym?

                          Zacznijmy od crowdfundingu

                          Dekoracje, scenografia, rekwizyty… to wszystko oczywiście poziom światowy. Widać, że TVP dobrze dysponuje budżetem (zresztą nie tylko w przypadku “Korony Królów”). Nie oszczędza się także na aktorach. Ale wciąż widzę obszar do poprawy, gdybyśmy tylko zrobili zrzutkę. Można by:

                          • dokupić kilka kostiumów (zapas zawsze się przyda),
                          • przeznaczyć parę groszy na wynajem prawdziwych koni,
                          • a nawet zapewnić aktorom coaching.

                          I nie mówię tu wyłącznie o zbiórce charytatywnej, o nie. TVP mogłoby dorzucić dla wspierających ciekawe nagrody. Dajmy na to:

                          • obecność na planie i fotka z ekipą,
                          • jedna z głównych ról w serialu,
                          • czy nawet nowy album Jana Pietrzaka.

                          Mało?

                          Źródło: www.moviesroom.pl

                          Crowdsourcing i collaboration

                          TVP nie musi korzystać z drogich konsultacji profesjonalistki, artystki, ekstrawagantki i multiklasowca Ilony Łepkowskiej. Może oszczędzić parę groszy i poprawić jakość odwzorowania realiów historycznych sięgając po konsultacje historyczne do społeczności internautów.

                          Mało? Dlaczego by nie stworzyć otwartego dokumenty Google, w którym wszyscy będziemy mogli pisać dialogi. “Korona Królów” na pewno sprawdziłaby się jako serial współtworzony przez pomysłowych internautów.

                          User generated content

                          Skoro i tak “memujemy” Koronę na potęgę, dlaczego by nie zbudować dedykowanego generatora memów? Użytkownicy są najskuteczniejszym silnikiem promocyjnym, a nasza wyobraźnia jest co najmniej tak dużo, jak autorów serialu.

                          Można również zrobić prosty konkurs. Zrób swoje zdjęcie w szatach z epoki, mając do dyspozycji wyłącznie ubrania z bazaru i Ciucholandii. I ciach – na Instagram z hashtagiem #koronajestmoja. Dla zwyciężców: prawdziwa korona z serialu. Autentyk.

                          Źródło: www.moviesroom.pl

                          I wreszcie sharing economy

                          Nie wszystko musi być na własność. Może wynajem lepszych zbroi od społeczności rzemieślników? Albo konia? CGI jest fajne, ale prawdziwy koń od czasu do czasu się przyda. (To też dobry pomysł na biznes. Tak, jak Traficar oferuja auta na minuty, czemu ktoś nie zaoferuje koni i kuców na minuty?).

                          Właściwie, każdy mógł przynieść na plan zdjęciowy cokolwiek ma w domu i zrobimy z tego porządny, współdzielony set.

                          Nie pytaj, co Korona może zrobić dla ciebie…

                          …lepiej zapytaj, co ty możesz zrobić dla Korony! Tak jak w strukturze feudalnej wasal powinien być wierny i gotowy na wezwanie swojego seniora i służyć mu radą i pomocą orężną, tak i my – oddani fani serialu – powinniśmy chcieć wybić go w przestworza.

                          Dlatego jeśli macie jakieś pomysły, co jeszcze możemy zrobicie – podzielcie się nimi. Podsyłajcie je na maila bfm@wethecrowd.pl lub piszcie bezpośrednio na Messenger na fanpage’u WeTheCrowd.

                          Zbiorę i opublikuję (a może nawet przeczytam w wideo) najlepsze propozycje wraz z ich autorami. Do dzieła! #koronajestnasza

                            Skomentuj

                            Zapytaliśmy Polaków jak jeździ się im Traficarem

                            Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                            Autor 4 stycznia 2018

                            Pięć osób z największych miast Polski podzieliło się z nami swoimi wrażeniami z korzystania z carsharingu oferowanego przez Traficara. Co oceniają pozytywnie, co ich zaskoczyło?

                            Wystarczy podejść we wskazane przez aplikację miejsce, wybrać odpowiednie opcje i można ruszać w trasę. Znamy to z wypożyczalni “miejskich” rowerów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystać w taki sposób również z samochodu. Jeśli to twoje pierwsze spotkanie z terminem carsharingu, to koniecznie zajrzyj do artykułu Bartosza i Adama, którzy napisali o tym, jak mieć auto bez auta. Nasz redakcyjny kolega Jan sprawdził również na własnej skórze, jak działa Traficar. To jednak dla nas wciąż za mało, dlatego zadaliśmy trzy pytania sześciu osobom z lokalizacji, w których operuje Traficar: Krakowa, Wrocławia, Warszawy i Gdańska. Zatem, jak się sprawdza samochód na minuty?

                            Jolanta, 33, Kraków

                            W rodzinie mamy jedno auto. Czasem przydałyby się dwa. Ostatnio nasz samochód był długo w naprawie, potem tydzień u lakiernika. Wtedy oboje z mężem korzystaliśmy codziennie z Traficara. On do pracy, a ja odwoziłam dziecko do przedszkola i jechałam do lekarza. Jestem w 9. miesiącu ciąży, więc starałam  się unikać komunikacji miejskiej, gdzie nie mam gwarancji, że będą mogła usiąść. Traficar jest super rozwiązaniem i za małe pieniądze.

                            Dla mnie ważna jest wygoda i łatwy dostęp poprzez aplikację. Od razu wiadomo czy i gdzie samochody są dostępne.

                            Nie mam ciekawych historii związanej z carsharingiem, raczej są to praktyczne powody do skorzystania z tego typu usługi.

                            Konrad, 27, Wrocław

                            Dlaczego skorzystałeś z carsharingu?

                            Wychodziłem z kina o późnej porze, przed pierwszą w nocy. Wcześniej zainstalowałem sobie aplikację i zarejestrowałem konto, by uniknąć niespodzianek. Nie chciałem szukać przystanków, z których mógłbym dojechać autobusem nocnym, a  do tego jeszcze musiałbym na niego długo czekać, bo jeżdżą rzadko. Aplikacja pokazała mi, że Traficar stoi za skrzyżowaniem więc postanowiłem skorzystać. Nie śpieszy mi się też z zakupem własnego auta, żeby nim jeździć po Wrocławiu. Szkoda mojego życia i nerwów na stanie w korkach.

                            Co jest dla Ciebie największą korzyścią carsharingu?

                            Każdy środek transportu ma swoje plusy i minusy, ale dla mnie największą zaletą jest cena i to, że nie jestem na nikogo zdany. Mam na myśli kierowców taksówek czy Ubera. Taryfy są drogie, a w Uberze można trafić na nieprzyjemnych kierowców. Takim autem można tanim kosztem gdzieś podjechać, załatwić sprawy i wrócić, zostawiając je w dowolnym miejscu. Jest  to szczególnie przydatne, gdy chce się pojechać np. na imprezę bez zamiaru powrotu samochodem, lub w planie jest powrót z kimś innym.

                            Czy chcesz się podzielić szczególną historią związaną z carsharingiem?

                            Nie mam jakiejś wyjątkowej historii, po prostu byłem bardzo zadowolony z jakości dostarczanych przez Traficara usług. W aplikacji można kliknąć rezerwację auta i wtedy ma się 15 darmowych minut, żeby do niego wsiąść, więc nikt nam go nie sprzątnie sprzed nosa. Auta są gęsto rozstawione po mieście, ceny są atrakcyjne, samochód nowy i czysty, a w aplikacji można sprawdzić stan paliwa. Samochód chodzi jak w zegarku, choć jestem ciekawy, jak to będzie za kilka lat. Kompletnie nie miałem do czego się przyczepić.

                            Bartosz, 29, Warszawa

                            Korzystam z Traficara głównie ze służbowych powodów. Korzystałem oczywiście z Ubera, mytaxi i iTaxi, ale odkąd jest Traficar, wygodniej jest jednak jeździć samemu. Traficar przy takich krótkich trasach, jakie wykonuję, czyli Ursynów-“Mordor” albo Ursynów-Wola, wychodzi o wiele taniej niż taksówki.

                            Świetną sprawą jest to, że dostaję od razu fakturę na maila, którą mogę wrzucić w koszt działalności  Po drugie istotna jest dostępność. Korzystałem z innych usług carsharingowych i jednak nie mogą równać się z Traficarem. Nie miałem jeszcze sytuacji, żebym musiał iść do auta dłużej niż 10 minut.

                            Kontrola Policji była o dziwo bardzo miła. Ściągnęli mnie na pobocze na ulicy Puławskiej, po czym usłyszałem, że to standardowa kontrola. Kiedy wytłumaczyłem jak działa Traficar i że to nie moje auto (bo Panowie akurat nie wiedzieli), o dziwo od razu mnie puścili.

                            Mateusz, 21, Gdańsk

                            Sprzedałem samochód i musiałem szybko przedostać się z punktu A do B. Jest to tańsza alternatywa niż Uber, a do tego nie chcę tracić przyjemności z prowadzenia auta.

                            Trwa walka z moim sąsiadem, który stawia samochód Traficara pod swoim blokiem. Jeżeli wieczorem zaparkuję pod swoim, to za godzinę lub dwie jest już 300 metrów dalej, pod jego klatką.

                            Karol, 28,  Gdańsk

                            Potrzebowałem dostać się z warsztatu samochodowego do domu. Nie opłacało mi się brać taksówki na tak krótki dystans, a wybierając komunikację miejską, jechałbym dwa razy dłużej.

                            Największą dla mnie korzyścią jest możliwość korzystania w dowolnym momencie, jednocześnie nie ponosząc kosztów, gdy nie korzystam z samochodu. Za to minusem jest dostępność, a przynajmniej w Trójmieście. I czasami na minus jest także odległość, jaką trzeba pokonać do najbliższego samochodu. Momentami nie opłaca mi się iść po samochód z Traficara, ponieważ szybciej dotrę pieszo do tramwaju i przejadę kilka przystanków.

                             

                             

                              Skomentuj

                              9 miejsc w sieci, które powinien znać każdy maker

                              Przeczytasz w 20 minut Co-creation Collaboration
                              Autor 13 grudnia 2017

                              Zasadniczo maker zadaje sobie dwa pytania: “Czy mogę to zrobić?” i “Czy to może zadziałać?”. Kolejne to “Gdzie spotkać takich jak ja w Internecie?”. Oto 9 miejsc w sieci, gdzie makerzy dzielą się swoimi pomysłami, tworzą społeczności i sprzedają dzieła.  

                              Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                              Kim są dzisiejsi makerzy?

                              Wynalazcy, konstruktorzy, majsterkowicze, sympatycy “zrób to sam”, tówrcy, w końcu i makerzy. Według Dale’a Dougherty’ego, wydawcy magazynu Make:, każdy z nas jest makerem. Codziennie kreujemy otaczającą nas rzeczywistość, piekąc naturalne chleby, udoskonalając zabawki, dodając nowe funkcje urządzeniom, odnawiając meble w stylu Do-It-Yourself (pol. “zrób to sam”), projektując designerskie torby, szyjąc bluzkę z firanki czy pisząc aplikację. – Makerzy są pasjonatami, są amatorami i kochają to, co robią. Często nie wiedzą nawet, po co to robią.mówi Dougherty.

                              W filmie Maker. A documentary on the maker movement ruch makerów tłumaczony jest jako spotkanie pokolenia Sieci i rzeczywistości. Choć brzmi to niezwykle wzniośle, sprowadza się to, do tworzenia czy też majsterkowania z użyciem nowych technologii. Na bazie amerykańskich doświadczeń, ruch makerów jest nazywany nową falą kultur DIY i Do-It-Together (pol. zróbmy to razem). Falą napędzaną pasją do tworzenia i wspieraną przez zaawansowane technologie. Niekiedy w kontekście ruchu można spotkać się z hasłem “trzecia rewolucja przemysłowa”. Miałaby ona zastąpić tradycyjne konstruowanie innowacyjnymi pomysłami takimi jak otwarte oprogramowania, lokalna produkcja, finansowanie społecznościowe i cyfrowa fabrykacja. Autorzy filmu wielokrotnie podkreślają fundamentalne znaczenie Internetu dla makerów. Czy to oznacza, że makerem nie może zostać osoba bez dostępu do sieci i specjalistycznych rozwiązań np. drukarki 3D? Puryści przytakną, pasjonaci zaprzeczą. Kim jednak nie byliby dzisiejsi twórcy, wynalazcy czy makerzy, każdy z nich znajdzie swoje miejsce w sieci.

                              Wybrane przeze mnie platformy łączą w sobie dzielenie się zasobami (sharing economy), siłę społeczności i wysoki wskaźnik kreatywności. To tam można znaleźć inspirację, klientów czy wiedzę potrzebną do stworzenia nowego koła lub przynajmniej stroju Pacmana zrobionego z paneli LED.

                              miejsca-dla-makerow-wethecrowd
                              źródło: Arduino. Project HUB

                              Zagraniczne inspiracje

                              Maker movement rozwija się z coraz większym impetem w Polsce, ale wciąż spoglądamy na Zachód w poszukiwaniu inspiracji i wzorców.

                              Pierwszy z wybranych portali to Etsy, gdzie możesz kupić unikatowe produkty wykonywane w sposób tradycyjny i twórczy – począwszy od zapachowych świeczek po krzesło wymoszczone piłeczkami tenisowymi. W serwisie nietrudno znaleźć rocznicowe deski do krojenia z grawerem, gitarę elektryczną w całości do złożenia czy opiekacze na pianki i kiełbaski w niedwuznacznych kształtach. Etsy oferuje nie tylko platformę do sprzedaży wyrobów, ale także narzędzia do budowania, rozwijania i skalowania swojego produktu. To głównie propozycja dla zdolnych manualnie i artystycznie.

                              Kreatywność jest kobietą

                              Wydaje się, że Brit + Co to esencja ruchu makerów, a będąc precyzyjnym —

                              makerek. To miejsce spotkań internetowej społeczności i makerek, platforma e-learningowa oraz serwis dostarczający rozrywki w duchu Kreatywności i DIY. Całość dedykowana jest paniom, zwłaszcza tym, które lepiej czują się z tabletem niż pistoletem na klej w ręce.

                              Brit Morin, założycielka Brit + Co, wyjaśniła na łamach Forbes’a jaką potrzebę zaspokaja jej platforma. Zauważyła rozdźwięk między wewnętrznym dzieckiem a dorosłym w kontekście kreatywności. Obserwacje znanych jej kobiet pokazały, jak bardzo pragną być kreatywne i twórcze, lecz jednocześnie zmagają się z  brakiem pewności siebie oraz niedoborem narzędzi i umiejętności. Według niej, kobiety z pokolenia Millenialsów, jako pierwsza generacja, wychowały się w domach pracujących matek, które nie przekazały wiedzy dotyczącej gotowania czy szycia. Zamiast tego córki wybierały komputery i nowe technologie. Brit + Co jest właśnie dla nich, by wypełnić pustkę, zainspirować i zapewnić kobietom narzędzia, które pozwolą im wieść kreatywne życie.

                               

                              Top 3% najlepszych wynalazków

                              The Grommet to platforma, gdzie znajdziecie wyselekcjonowane przez doświadczony zespół wynalazki, innowacyjne produkty i rozwiązania idealne na prezent. Celem jest wypromowanie wyjątkowych pomysłów, tym samym zwiększając szansę makerów na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Od 2008 The Grommet wypromował ponad 2 tys. marek, w tym SodaStream, IdeaPaint, FitBit, Bananagrams i FoodShouldTasteGood. Co ważne, platforma pozwala jednocześnie na zakup wybranego produktu, dzięki czemu możemy stać się posiadaczami np. Ice Grippers czy Ski Skooter — połączenia hulajnogi i deski snowboardowej, szczególnie przydatnych w zimie.

                              To idealne miejsce sieci na inspirację i inwestowanie w sprawdzonych wynalazców. Jeśli poszukujesz nowych narzędzi, gadżetów rozwiązujących codzienne problemy, czy po prostu dobrej rozrywki, The Grommet powinno znaleźć się w Twoich zakładkach.

                              Pełnia możliwości z drukiem 3D

                              Bolek i Lolek, Netflix & chill, gin i tonik — to nierozerwalne duety. Zalicza się do nich także Shapeways i druk 3D, które pozwalają wprowadzić w życie najbardziej fantazyjne pomysły. Shapeways skierowany jest do makerów, którzy chcą tworzyć innowacyjne produkty, ale nie mają dostępu do drukarki 3D, która mogłaby im to umożliwić. To sklep, gdzie można zakupić wydrukowaną biżuterię, zabawki, gry, przedmioty dekoracyjne do domu czy też gadżety np. do aparatu fotograficznego. Medium prezentujące nowości ze świata nowych technologii i możliwości ich zastosowania. Co ciekawsze jednak platforma daje możliwość wydrukowania własnego projektu na jednym z ponad sześćdziesięciu materiałów.
                              Jak wygląda ten proces?

                              1. Tworzysz bezpłatne konto.
                              2. Wgrywasz swój projekt do wydruku i otrzymujesz wycenę druku.
                              3. Wybierasz materiał. To od Ciebie zależy czy będzie to stal nierdzewna, elastyczny plastik czy coś zupełnie innego.
                              4. Twój pomysł zostaje wydrukowany i wykończony.
                              5. Przesyłka z wydrukiem trafia w Twoje ręce.
                              6. Możesz podarować najbliższym unikatowy prezent lub zacząć sprzedawać swoje produkty na platformie.

                              Shapeways polega na swojej społeczności zbudowanej z projektantów, makerów, przedsiębiorców i innowatorów. Na dedykowanym forum dzielą się pomysłami, wymieniają się wiedzą, czy prezentują swoje portfolio.

                              Zaprogramuj sobie… wszystko

                              Arduino powstało w Ivrea Interaction Design Institute jako proste narzędzie do szybkiego prototypowania dla studentów, którzy nie mieli wcześniej doświadczenia z elektroniką czy programowaniem. Dziś Arduino oferuje proste do użycia hardware i software oraz język programowania, dostępne na zasadach open-source. Znajdziesz tam także sklep z podzespołami i wszystkim tym, czego potrzeba makerom oraz bogaty w zasoby dział Nauki, gdzie krok po kroku nauczysz się korzystać z Arduino. Najciekawszym elementem układanki zdaje się być Project HUB, w którym społeczność konstruktorów-amatorów dzieli się swoimi rozwiązaniami z wykorzystaniem Arduino. W ten sposób każdy może zbudować np. automat do gry lub smartwatcha dedykowanego osobom cierpiącym na Alzheimera.

                              miejsca-dla-makerow-wethecrowd

                              źródło: Arduino. Project HUB

                              Giganci ruchu makerów

                              Maker Media założone przez wspomnianego już Dale’a Dougherty’ego, tworzą dwie kluczowe dla tego ruchu inicjatywy. Pierwsza z nich to wydawany od 2005 r.  magazyn Make: nazywany także biblią makerów. Dwumiesięcznik i portal internetowy informują o najciekawszych projektach z mariażu technologii i DIY, dostarczają wiedzy na temat nowych rozwiązań oraz pomagają nowicjuszom stawiać pierwsze kroki w tej dziedzinie.

                              Drugą flagową inicjatywą Maker Media jest Maker Faire. Maker Faire to wydarzenie dla entuzjastów technologii, rzemieślników, edukatorów, majsterkowiczów, pasjonatów, inżynierów, artystów, studentów, wystawców i wielu innych. To dla nich doskonała okazja do zaprezentowania swoich dzieł czy wynalazków, do eksperymentowania i szukania nowych rozwiązań w sztuce, nauce, inżynierii czy rzemiośle. Pierwsza edycja w 2006 r. odbyła się w San Francisco. Dziesięć lat później na całym świecie odbyło się ponad 200 takich imprez, przy czym cztery z nich — w Rzymie, San Mateo, Nowym Jorku i Shenzhen —  zgromadziły ponad 100 tys. ludzi. Z roku na rok Maker Faire pojawia się w kolejnych miastach, gdzie odbywają się mini edycje organizowane niezależnie, ale także te ogromne pod sztandarem Maker Media, w np. Berlinie, Seulu, Detroit, Taipei czy San Diego. Brzmi imponująco, ale to, co naprawdę robi wrażenie to pomysłowość wystawców prezentujących swoje wynalazki, w tym, chociażby mniej lub bardziej zaawansowane roboty, pojazdy, gry czy przedmioty, które można stworzyć pod okiem konstruktora.

                              Gdzie szukać polskich makerów?

                              Coraz częściej można spotkać w Polsce FabLaby, hackerspace’y czy inne fizyczne miejsca, w których konstruktorzy, rzemieślnicy i inni mogą stworzyć konkretny przedmiot czy rozwiązanie. Trudno jednak znaleźć takie platformy internetowe, które by napędzały polski ruch makerów, kreowały społeczność wokół tej kultury czy stwarzały szansę do zaprezentowania się zainteresowanym tematem. Poniższe propozycje zazwyczaj oscylują wokół polskich artystów, niszowych marek, projektantów mody i akcesoriów do wnętrz.

                              DecoBazaar

                              Jeśli szukasz ubrań, biżuterii lub dodatków do domu stworzonych przez niezależnych twórców, pasjonatów hand made to DecoBazaar jest właściwym miejscem. Możesz zostać stałym bywalcem sklepów lub zostać sprzedawcą własnych produktów, wystarczy przejść selekcję. To, co wyróżnia DecoBazaar na tle konkurencji to dział Vintage, w którym do nabycia są rzeczy używane.

                              miejsca-dla-makerow-wethecrowd

                              źródło: DecoBazaar/Visual Space

                              Pakamera

                              Sami siebie nazywają medium propagującym projektantów i niezależne marki. W efekcie powstało miejsce spotkań utalentowanych i wrażliwych na piękno ludzi, przestrzeń artystyczna polskiej społeczności internetowej. Pakamera w ciągu dwunastu lat zdążyła stać się największą platformą internetową tego typu w kraju, zbierając przy tym nagrody i wyróżnienia, m.in. zostali laureatami “Dobrego Wzoru” w dziedzinie usług, organizowanym przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego.

                              miejsca-dla-makerow-wethecrowd

                              źródło: Pakamera

                              DaWanda

                              Najbliżej wyobrażenia o platformie dla makerów jest DaWanda. Na DaWandzie znajdziesz przedmioty polskich artystów wykonane w autorskich pracowniach.  Łączy ona w sobie funkcje sklepu z przedmiotami hand made, zaplecza z materiałami i narzędziami dla makerów oraz portalu z poradami DIY. Społeczność wymienia się poradami i inspiracjami na forum i licznych kanałach społecznościowych. Dział zrób to sam zawiera setki tutoriali, gdzie dowiesz się jak zbudować minimalistyczną półkę na klucze lub uszyć poduszki w kształcie klocków. Śledząc ich na YouTubie, poznasz także historie niektórych artystów. Jednym z nich jest Arkadiusz Pelc z pracowni jubilerskiej Arpelc.

                              To dopiero początek

                              Wraz z szybkim rozwojem technologii i coraz łatwiejszym dostępem do niej, ruch makerów ma szansę stać się wkrótce jednym z wiodących trendów. Dziś już nie potrzeba posiadać specjalistycznego sprzętu, by skonstruować swój pierwszy wynalazek, zwykle wystarczy komputer z dostępem do internetu. To odzwierciedla,  chociażby rosnąca popularność makerspace i hackerspace. Społeczność makerów ma swoją przestrzeń w sieci, w której może się rozwijać, wspierać i inspirować, ale to oczywiście nie wszystko, co jest dostępne na rynku. Warto pamiętać, że siłą ruchu jest kreatywność, wspierająca społeczność i nowe technologie co wypisz wymaluj brzmi jak reklama portali crowdfundingowych. Warto traktować je jako kolejne ważne zaplecze każdego twórcy, wynalazcy, makera. Choć jeszcze makerom nieco brakuje do mainstreamu, wiedz, że to niezwykle żywa forma kultury oparta na tworzeniu. Całkiem możliwe, że i Ty do niej należysz.

                              Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                               

                                Skomentuj

                                Czego nauczyły mnie ostatnie kampanie crowdfundingowe (i jakich błędów ty możesz uniknąć)

                                Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                                Autor 7 grudnia 2017

                                Crowdfunding to bardzo plastyczna materia. Podczas zbiórki zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów, ale to także szansa na naukę. Patrząc na to w ten sposób, przy dwóch ostatnich kampaniach finansowania społecznościowego proces uczenia się kosztował mnie kilka siwych włosów.

                                W 2017 r., niemal w jednym czasie, pomagałem w przygotowaniu i realizacji dwóch całkiem różnych zbiórek crowdfundingowych.

                                Pierwsza kampania to HandyShower (HS), czyli przenośny, wielofunkcyjny system sanitarny, prawdziwie nowatorskie urządzenie inżyniera Zdzisława Iwanejki. Za sprawą crowdfundingu chcieliśmy przetestować rynek, zebrać środki na produkcję serii testowej produktu, a także pomysły od użytkowników na to, jak jeszcze możemy go usprawnić.

                                Druga kampania to zbiórka na film dokumentalny “Siostry”, realizowana przez Stowarzyszenie Aktywne Kobiety (SAK). Obraz opowiada historię trzech afgańskich sióstr, prawdziwych kobiecych liderek, a my chcieliśmy dotrzeć z ich historią do jak najszerszego grona ludzi, a przy tym zebrać środki na dystrybucję i promocję filmu.

                                bledy-kampanie-crowdfundingowe-wethecrowd

                                Zanim podzielę się z Tobą błędami, które popełniłem podczas ich realizacji i lekcjami, które możesz z tego wynieść dla siebie, zaznaczę:

                                • obydwie zbiórki realizowane były w okresie wakacyjnym
                                • dla obydwu przygotowaliśmy solidne strategie…
                                • … chociaż w obu przypadkach nie mieliśmy za wiele czasu na przygotowania.
                                • pomimo pewnych turbulencji, obydwie kampanie zakończyły się sukcesem;)

                                No dobrze, a teraz do rzeczy!

                                1. Nie zaczynaj i nie kończ swojej zbiórki w wakacje

                                To chyba najbardziej bolesna lekcja, którą odebrałem i najprostsza rada, jaką mogę Ci dać już na początek. Kampanię HS zaczynaliśmy w czerwcu i kończyliśmy w środku wakacji i w tym samym momencie startowaliśmy ze zbiórką SAK. W efekcie o każdy grosz trzeba było walczyć dwa, jeśli nie trzy razy ciężej niż o dowolnej innej porze roku. Nie wspominam już o utrudnionej dostępności influencerów, którzy byli podstawą naszej strategii w kampanii “Sióstr”.

                                Niestety, w obu przypadkach nie miałem na to wpływu, ale dziś, postawiony przed taką sytuacją, nie ustąpiłbym – crowdfunding? tak, ale nigdy w okresie wakacyjnym. Dlaczego? To chyba oczywiste, ale żeby być precyzyjnym:

                                • w wakacje ludzie są fizycznie i mentalnie w innym miejscu; pozostają często poza zasięgiem sieci…
                                • …a już z pewnością nie myślą o odwiedzaniu platform crowdfundingowych,
                                • a nawet jeśli to robią, zaglądają częściej do portfela, bo w lipcu i sierpniu masę wydatków związanych z wyjazdami.

                                Efekt? Niski ruch na Twojej stronie zbiórki oraz stosunkowo rzadkie wpłaty o względnie niskiej wartości.

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                Serio. Jeśli tylko masz taką możliwość, to nigdy nie startuj i nie kończ zbiórki w okresie wakacyjnym.

                                2. Uzyskaj dowód słuszności od społeczności

                                Komu ufasz bardziej? Twórcom urządzenia, którzy ubiegają się o Twoje fundusze? Czy użytkownikom, którzy to urządzenie przetestowali i dzielą się swoimi opiniami w social media?

                                Zasadniczy błąd, który popełniliśmy w przypadku HS (powiązany też z presją czasu) to to, że mając fizyczne urządzenie w wersji prototypowej, nie przekazaliśmy go wystarczająco wcześnie grupie użytkowników do testów.

                                Gdybyśmy zrobili to przed startem zbiórki, to już na platformie crowdfundingowej moglibyśmy chwalić się tak fajnymi, autentycznymi recenzjami vlogerów:

                                Te materiały powstały pod koniec zbiórki. Wystarczyło wysłać urządzenia do testów blogerom odpowiednio wcześnie, a zasięg ich contentu oraz przekaz na pewno skierowałyby do nas więcej wspierających i wpłat. Być może także odbiór urządzenia byłby lepszy.

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                Jeżeli tylko posiadasz prototyp fizycznego urządzenia, zorganizuj możliwość przetestowania go przez użytkowników przed zbiórką lub na początku zbiórką. Jeżeli Twój produkt nie jest fizyczny (wydarzenie, akcja społeczna), przynajmniej zbierz rekomendacje, przygotuj koncepty – daj społeczności poczucie, że to, na co potrzebujesz od niej pieniędzy, da się zrealizować. I że to zadziała.

                                3. Dokonuj korekt w oparciu o feedback

                                Jak postrzegasz swój produkt? Wiesz jak, prawda? (Z pewnością nie jesteś obiektywny ;) ). A jak widzi go potencjalny nabywca i wspierający? Tu zaczynają się schody. Pozycjonowanie to zespół aktywności marketingowych, które mają służyć budowaniu pewnego wyobrażenia Twojej marki, produktu, usługi w umyśle odbiorcy.

                                Przez to, że nie HandyShower nie znalazł się w rękach użytkowników przed startem kampanii, niewiele wiedzieliśmy o tym, jakie widzą w nim cechy, wady, zalety. Dopiero po starcie okazało się, że większość osób nie widzi tej innowacji, którą widzimy my. I natychmiast porównuje HandyShower ze zwykłym prysznicem kempingowym. Jaka była nasza reakcja? Błyskawicznie przygotowaliśmy prostą grafikę:

                                Zadbaliśmy też o film, który prezentuje mnogość możliwości wykorzystania urządzenia:

                                Jednak gdybyśmy już na początku zadbali o te materiały, z pewnością osłabilibyśmy falę sceptycyzmu, z którą spotykaliśmy się w komentarzach pod tekstami w mediach (m.in. Spider’s Web. MamStartup i kilka innych).

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                Musisz działać zwinnie i reagować na uwagi społeczności. Nawet jeśli się z nią nie zgadzasz, zawsze oferuje Ci chociaż szczyptę kolektywnej mądrości. Pozostawić margines na korektę w swojej strategii i elastycznie usprawniać sposób w jaki pozycjonujesz swój produkt lub usługę. Znaczenie ma:

                                • dobór słów,
                                • ich kolejność,
                                • każde wideo i zdjęcie.

                                To w ten sposób pokazujesz ludziom co finansujesz, nawet jeśli nie mieli tego w rękach. (a jeśli spełnisz także pkt. ?, będzie jeszcze łatwiej).

                                4. Zadbaj o wystarczająco duży rozbieg

                                Mówi się: trenuj ciężko, wygrywaj lekko. To jedna z kluczowych zasad, które zawarliśmy w naszym podręczniku crowdfundingu.

                                W przypadku obu kampanii wiedziałem, że mamy zbyt mało czasu na zbudowanie masy krytycznej potrzebnej do czegoś, co nazywam “miękkim startem”. Stało się to odczuwalne, kiedy tylko licznik zaczął odmierzać czas. Brak silnej społeczności w połączeniu z okresem wakacyjnym nie pozwolił nam na uzyskanie znaczącej ilości wpłat w ciągu pierwszych 48h. To z kolei:

                                • obniżyło morale zespołu,
                                • nie pozwoliło na zbudowanie “success story” w oczach mediów w pierwszym tygodniu,
                                • dało potencjalnym wspierającym poczucie, że zbiórka nie cieszy się powodzeniem.

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                Zawsze daj sobie czas na “rozbieg” (1-3 msc), tj. na start dopiero w momencie, w którym wiesz, że stoi za Tobą społeczność ludzi gotowych wpłacić pieniądze pierwszego dnia zbiórki. Jak to zmierzyć? Ilością adresów e-mail, ilością fanów Twojej strony na FB, ilością interakcji pod postami… ten pierwszy wskaźnik jest najważniejszy i najbardziej miarodajny. Bardziej miarodajne mogą być jedynie otwarte deklaracje chęci wpłacenia na Twój projekt.

                                5. Zorganizuj zespół i komunikację wewnętrzną

                                Zbiórka współorganizowana przez nas z SAK cierpiała w pewnym momencie na chaos wynikający z komunikacji wewnętrznej. Nie ma takiej strategii, której nie da się położyć przez złe jej wykonanie. A to najczęściej ma swoje źródło w komunikacji i podziale obowiązków.

                                Mieliśmy problem ze znalezieniem ważnych dokumentów, nie wiedzieliśmy, kto ma kontaktować się z celebrytami i influencerami, nie było jasności, kto odpowiada za przygotowanie mailingu, a kto za reklamę AdWords… można było tego uniknąć, przyjmując jasne dla wszystkich ustalenia i system komunikacji.

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                Jeszcze przed startem, bez względu na to czy dysponujesz zespołem ludzi czy współpracujesz z taką agencją jak WeTheCrowd, zadbaj o:

                                • przemyślany i wyraźnie zakomunikowany zakres ról i funkcji;
                                • płynny przepływ informacji w zespole (przydadzą się współdzielone dokumenty na Google Drive, Slack czy inne narzędzie szybkiej komunikacji);
                                • system raportowania, który pozwoli na wspólne wyciąganie wniosków i korekty w strategii.

                                6. Działaj w zgodzie z Prawem Murphy’ego

                                Pisałem o tym, że dobrą strategię może zaprzepaścić złe jej wykonanie. Może być też tak, że problem leży w samej strategii, dlatego nie powinno się jej traktować jak “świętej księgi”. To po prostu zespół założeń, hipotez i plan działań, który ma prowadzić do konkretnego, pożądanego efektu. Jeżeli praktyka pokazuje, że się nie sprawdza, trzeba zmienić założenia i/lub przetestować nowe hipotezy.

                                Chcesz przykładów? Całą naszą strategię marketingową kampanii dla “Sióstr” oparliśmy na 4 solidnych (zdawałoby się) filarach:

                                1. rekomendacji i zaangażowaniu influencerów (znani polscy aktorzy i aktorki)
                                2. rozległej bazie mailowej (kilka tysięcy adresów)
                                3. kontaktach z zagranicznymi aktywistami i ośrodkami
                                4. relacjach z mediami

                                Wszystko potoczyło się jednak w zgodzie z tzw. “prawem Murphy’ego”. Wiesz, co to znaczy, prawda?

                                1. Influencerzy okazali się całkowicie niedostępni i niemrawi w okresie wakacyjnym. Nie podawali dalej naszych treści, a jeśli je podawali, to bez wezwania do działania dla fanów.
                                2. Baza mailowa była przepełniona nieaktualnymi i przypadkowymi adresami, o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie (czytaj: po dokonaniu rozsyłki po starcie).
                                3. Zagraniczni aktywiści nie mogli wpłacać datków na film ze względu na problemy z systemem płatności.
                                4. Mediów nie obchodziła nasza zbiórka, bo nie radziliśmy sobie dobrze (patrz pkt. 1-3).

                                Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

                                My musieliśmy w pośpiechu przebudować strategię i rozwiązać nieprzewidziane problemy. Ale byłoby nam łatwiej, gdybyśmy pamiętali o prawie Murphy’ego ;) i mieli w zanadrzu kilka alternatywnych rozwiązań. Prośba: Ty tego błędu nie popełniaj, zgoda?

                                Pamiętaj…

                                …że zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów. Ale nie wierz mitowi, że uczymy się wyłącznie na swoich błędach. Czasem po prostu możesz uczyć się na cudzych, np. moich ;)

                                A może już popełniłeś/-aś w przeszłości swoją porcję błędów podczas realizacji crowdfundingu i chcesz, aby znalazły się w kolejnym tekście? To dołącz do naszej ekskluzywnej grupy i podziel się nimi!

                                >>>> KLIKNIJ, ŻEBY PRZEJŚĆ DO GRUPY <<<<

                                  Skomentuj

                                  Dzień z Traficarem. Recenzja carsharingu

                                  Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                  Autor 26 października 2017

                                  Rosnąca popularność carsharingu skłoniła mnie do przetestowania auta na minuty. Czy rzeczywiście rozwój trendu współdzielenia samochodów będzie oznaczał zmierzch posiadania ich na własność?

                                  Od pewnego czasu w różnych częściach Warszawy (i nie tylko) można zauważyć charakterystyczne srebrne auta z niebiesko-fioletowym logo. Kojarząca się z futurystycznymi pojazdami flota należy do platformy Traficar, której główną propozycją wartości jest możliwość łatwego wypożyczenia auta w dowolnym miejscu i momencie. O usłudze miałem szansę usłyszeć już z różnych źródeł, szczególnie ze strony młodych pracowników biurowych, których zdaniem carsharing to alternatywa dla pustoszących portfel taksówek i perspektywy życia z kredytem na auto.

                                  Korzystając z uprzejmości firmy Traficar, spędziłem typowy dzień roboczy poruszając się po mieście autem na minuty.

                                  Ruszamy

                                  Po krótkim i dość standardowym dla takich aplikacji założeniu konta (trzeba docenić, że nie przepisujemy nic z prawa jazdy – wystarczy zdjęcie!) uruchomiłem mapę. Wszystkie dostępne auta w Warszawie to Renault Clio. Czasem nie ma żadnego auta w pobliżu, więc musimy nastawić się na kilka minut pieszej wędrówki. Rezerwacja auta przez aplikację daje 15 minut na dotarcie i to dość rozsądnie oszacowany czas, chociaż nie zawsze carsharing będzie najlepszym wyborem jeśli wyjątkowo się spieszymy. Tym razem samochód znajdował się dokładnie po drugiej stronie ulicy.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Mając styczność z miejskimi rowerami, od razu rozpoznałem kod QR na drzwiach kierowcy. Skanujemy go aplikacją i voila, drzwi otwarte. Zanim zacznie się naliczać opłata za czas wynajmu i przejechane kilometry dostajemy 2 minuty gratis na przygotowanie się do jazdy.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Aplikacja od razu pyta o czystość wnętrza i zewnętrza samochodu. Sami oceńcie – ja wybrałem “najszersze uśmiechy” i mam wrażenie, że jest to w miarę spójnie utrzymywany standard.

                                  traficar-wethecrowd

                                  W drzwiach kierowcy znalazłem dwustronną kartę z szalenie cenną dla nowicjusza instrukcją obsługi/postępowania i FAQ. To nie tylko podstawowe informacje jak odpalić samochód, ale i m.in. instrukcja krok po kroku parowania smartfona ze sprzętem audio.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Największą siła carsharingu jest autentyczna wygoda z jego korzystania. Bak nalany do pełna lub przynajmniej do połowy i banalna procedura w razie kolizji (jeden telefon i Traficar przejmuje problem) to gwarancja, że od momentu zamknięcia drzwi jedynym naszym zmartwieniem są warunki na drodze. Instrukcja rozwiewa wątpliwości jak działa wypożyczenie.

                                  Kluczyki w formie płaskiej karty znajdują się w schowku, tuż obok dowodu rejestracyjnego. Ważne, żeby kończąc wypożyczenie odłożyć je z powrotem tak, żeby okrągły magnes zaskoczył na swoje miejsce.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Pierwszą trudnością może być znalezienie miejsca, gdzie należy umieścić kluczyki żeby uruchomić auto. Próby przyczepienia okrągłego magnesu za kierownicą spełzły na niczym. Przy dokładnym przejrzeniu tablicy i innych urządzeń w końcu znalazłem odpowiednią szczelinę – oznaczoną, ale położoną na tyle nisko, że z czystej chęci ułatwienia tego etapu czytelnikom załączam kolejne zdjęcie.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Jazda

                                  Uruchomiłem silnik guzikiem, włączyłem światła (nie steruje tym automat) i wyjechałem na szerszą drogę. Renault Clio okazało się zgrabnym i dynamiczny autem, świetnie pasującym do niejednokrotnie chaotycznej szarady zmienianych pasów i przeciskania się przez zastawione (posiadanymi na własność autami) alejki. Bardzo pozytywnie odnotowałem też, że subtelny dźwięk ponaglał mnie do wskakiwania na wyższe biegi, co działa jak prowadzenie za rękę przy zaznajamianiu z mechaniką pojazdu. Dla osób przyzwyczajonych do większych aut wejście na czwórkę nastąpi w oka mgnieniu, co akurat dość dobrze pasuje do miejskich warunków jazdy.

                                  Trochę problemów sprawił mi wbudowany system wyznaczania trasy. Dwukrotnie pozwoliłem sobie zjechać nieco ze ściśle wyznaczonej trasy, co skończyło się natychmiastowym porzuceniem celu i totalnym zapomnieniem o lokalizowaniu. Czy GPS ma już sztuczną inteligencję, która lubi się obrażać? Wielka szkoda, że w autach nie ma (lub ja nie znalazłem w swoim) uchwytów na telefon, bo postawiłbym na własną, mniej kapryśną aplikację.

                                  Warto dodać, że można bezproblemowo zmienić język systemu – i ustawienie nie obejmuje tylko jednego przejazdu. Bardzo przydatne byłoby połaczenie tej funkcjonalności bezpośrednio z aplikacją, bo nie wyobrażam sobie porannych zmagań z mapą, która odpowiadałaby mi cyrylicą – a słyszałem o takich przypadkach.

                                  Podczas pierwszej próby parkowania ponownie doceniłem wymiary auta. Darmowy parking na terenie prawie całej Warszawy nie znaczy przecież, że spokojnie znajdziemy miejsce. Traficar specjalną naklejką przypomina o wyłączeniu świateł, zresztą zupełnie słusznie. Współdzielenie auta jest tak łatwe, że równie łatwo można zapomnieć o szczegółach.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Absolutnie nie trzeba obawiać się krótkich postojów. Mając do załatwienia szybki odbiór na poczcie stanąłem na kilkanaście minut przechodząc na tryb opłaty postojowej,  kosztowało mnie dosłownie półtora złotego.

                                  Kończąc całe wypożyczenie koniecznie trzeba odłożyć kartę na miejsce i przede wszystkim po wyjściu z auta zakończyć operację za pomocą aplikacji.

                                  traficar-wethecrowd

                                  Ocena

                                  Auta Traficar są zdecydowanie czyste i nowe, a dynamiką wpasowują się w poruszanie po mieście. Ogromnym plusem jest zdjęcie z kierowcy głównych zmartwień – kosztów paliwa, ubezpieczenia, opłaty za parkowanie. To w świecie sharing economy absolutny wymóg dobrej platformy. Drobne usprawnienia w przyszłości powinny umożliwiać większą interakcję na linii auto-aplikacja. To może też ułatwić wprowadzanie nowych aut, o innych systemach i ustawieniach, do floty (wiem, że w Krakowie we współpracy z IKEA wprowadzono już np. dopasowane do przewozu mebli). Pewnym utrudnieniem jest wciąż ilość aut. Nie zawsze mogłem znaleźć samochód w zasięgu pieszych 5 minut, szczególnie poza Śródmieściem, Mokotowem, Żoliborzem i Pragą.

                                  Jak carsharing wypada cenowo? Naprawdę różnie, ale z taksówkami wygrywa bez większych problemów. Niemal identyczne czasowo i dystansowo przejazdy wypadły w zależności od pory dnia z mocnym, kilkuzłotowym rozstrzałem. Generalnie typowe przejazdy w stolicy – szacowane przeze mnie na 20-40 minut i 5-15 kilometrów – mieszczą się w widełkach 10-30 złotych. Opłaty są każdorazowo podawane przy wypożyczaniu, więc nieprzyjemnych zaskoczeń nie będzie.

                                  Jeśli zadajesz sobie pytanie, czy warto skorzystać ze współdzielenia aut, to odpowiedź jest dość jasna. Być może kiedyś warto było posiadać auto, był to pewien status społeczny i chluba. Dzisiaj doceniamy ponownie koncepcję wolności rozumianą jako wolność od zmartwień, własności, problemów. Poruszanie się autem w Warszawie ustępuje komunikacji publicznej, ale są przypadki, gdy samochód jest niezbędny i Traficar jest odpowiedzią, w pewnym sensie, “bez zobowiązań”.

                                  Nie ma lepszego zastosowania dla carsharingu niż wyjechanie w piątkową noc i powrót bez martwienia się tym, jak wrócić po auto zaparkowane w innej dzielnicy…

                                    Skomentuj

                                    Współdzielmy ubrania. Sharing economy transformuje świat mody

                                    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                    Autor 17 października 2017

                                    O diable wiemy, że ubiera się u Prady. Podobnie szafa każdego śmiertelnika i śmiertelniczki ograniczona była do tej pory możliwościami zakupowymi kolejnych kolekcji wybranych marek. Gospodarka współdzielenia zmienia jednak i ten model, kreśląc nowy horyzont dla zabawy stylem.

                                    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                    Sharing economy wciąż zmienia kolejne modele biznesowe i branże, pokazując jak technologia pozwala uczynić dostęp wygodniejszym i przyjemniejszym doświadczeniem niż posiadanie. Ale to, co sprawdza się dla stosunkowo uniwersalnych dóbr, jak auta czy mieszkania, nie musi działać tak łatwo dla ubrań i akcesoriów. Każdy, kto chociaż raz skorzystał ze sklepu internetowego na pewno zna ten problem: rozmiar, jakość wykonania, faktura i kolor potrafią czasem zaskoczyć na żywo. Dla niektórych kolekcjonowanie ubrań w szafie to hobby, inni powiedzą, że garderoba jest zbyt prywatna, żeby regularnie przechodziła z rąk do rąk. Czy można przeskoczyć te ograniczenia?

                                    Najnowsze badania konsumenckie mówią, że nawet 1/5 millenialsów w UK jest zainteresowana współdzieleniem ubrań, sprzętu sportowego i produktów DIY, a nieco mniej niż 10% podobnie postąpiłoby z biżuterią. Doceniają możliwość ograniczenia wydatków na przedmioty, a luksus wolą pożyczyć od czasu do czasu, niż trzymać w szafie za bajońską sumę. Model collaborative consumption staje się zatem częścią zmiany we wszystkich dziedzinach życia.

                                    Te trendy znajdują odbicie w nowych inicjatywach. Na przestrzeni ostatnich lat powstały pierwsze innowacyjne platformy dla fashionistek i miłośników mody, które dzięki internetowi i smartfonom dają nowe narzędzia do wymiany informacji, wypożyczania i wymieniania się ubraniami oraz akcesoriami.

                                    Tydzień z Saint Laurent za garść dolarów

                                    Pierwszy sposób na współdzielenie mody to skorzystanie z serwisów, które oferują wypożyczenie ubrań. Jedziesz na tydzień wakacji i przydałyby Ci się nowe sukienki letnie, a w sklepach króluje cieplutka wełna? Chcesz śmiało wyjść poza kilka zestawów dżinsów i tiszertów, ale nie masz czasu ani chęci rozbijać się po galeriach handlowych? A może masz ochotę co tydzień zaskakiwać nowymi kolczykami i torebką, ale nie chcesz przy okazji zbankrutować?

                                     

                                    W kręgach projektantów mówi się już, że Netflixem haute couture jest portal Rent The Runway, założony w 2009 roku przez Jennifer Hyman i Jennifer Fleiss, absolwentki i przyjaciółki z Harvard Business School. Ich propozycja to kilkudniowe doświadczenie noszenia sukienek od projektantów znanych ze światowych wybiegów za 10-30% ceny. Zasady są proste:

                                    1. wchodzisz na stronę/aplikację i tworzysz konto
                                    2. wybierasz sukienkę i/lub dodatki (w ofercie są również torby, biżuteria, okulary przeciwsłoneczne) za pomocą filtrów – dokładnie jak w sklepie internetowym
                                    3. wybierasz dwa rozmiary – drugi to gratis na wypadek, gdybyś nie była pewna rozmiarówki – i 4 lub 8-dniowy okres wypożyczenia
                                    4. płacisz za długość wypożyczenia i dodatkowe 5$ ubezpieczenia, zwrot jest darmowy.

                                    Rent The Runway (RTR) ma szereg ciekawych mechanizmów, które ułatwiają przekonanie się, czy dane ubranie „jest na Ciebie”. Istnieje rozwinięty system ocen, galeria zdjęć innych użytkowniczek strojów, a także komentarze, przy których wyświetlają się informacje o wzroście, sylwetce i innych szczegółach, które mogą być przydatne w podejmowaniu ostatecznej decyzji.

                                    Na zainteresowanie nie trzeba było długo czekać. Serwis stał się mostem między światem wielkiej mody a przeciętnymi możliwościami finansowymi młodych kobiet. Sama Jennifer Hyman podkreśla, jak współcześnie rośnie zapotrzebowanie na podobne usługi:

                                    Kiedyś można było nosić jeden strój do pracy, a potem znowu założyć go w weekend ze znajomymi. Ale dziś potrzebujemy więcej różnorodności, bo przecież już zrobiłyśmy sobie zdjęcie i wrzuciłyśmy na Instagrama”

                                    O popularności Rent The Runway niech świadczy fakt, że firma zarządza też największą w USA… pralnią, czyszcząc około 3200 sukienek w każdej godzinie! W ciągu ostatnich paru lat otworzyła flagowe salony doradztwa stylu w kilku amerykańskich miastach i cieszy się już ponad 6 milionową bazą klientek. Z racji na uzależnienie od sieci dostaw i prania, serwis na razie oferuje swoje usługi tylko w Stanach.

                                    W podobnym modelu otwierają się jednak kolejne serwisy – The Black Tux to nieco bardziej minimalistyczny odpowiednik RTR dla mężczyzn, skupiony na dostarczaniu wszystkich elementów stroju wokół wiodącego motywu smokingu, a Chic by Choice stanowi dokładną kopię RTR na rynku brytyjskim. Ciekawą drogę przebył indyjski portal The Duffl, który zaczynał jako bazar online (zbliżony do Szafa.pl), by obecnie pracować nad usługą wynajmu ekskluzywnych strojów.

                                    the-black-tux-wethecrowd

                                    Z kolei dla ekipy stojącej za Bag Borrow or Steal najważniejsze jest umożliwienie każdej kobiecie dostępu do torebek z najwyższej półki. Mowa tu o naprawdę gorących nazwiskach – projekty McQueena, Chanel, czy D&G na terenie USA można wynająć na miesiąc za kilkaset dolarów. To wciąż droga zabawa, ale nie takie poświęcenia znosimy czasem dla odrobiny luksusu.

                                    Czy Polki są skazane na czekanie, aż ktoś skopiuje ten udany model? Niekoniecznie. Włoski start-up Drexcode, oparty oczywiście o domy mody z Mediolanu, już teraz gwarantuje dostawy w całej Europie. Oferta portalu pozostawia wiele do życzenia, ale pierwsze kroki zostały postawione.

                                    Poranna dostawa świeżego stylu

                                    Inną drogą poszły z kolei platformy, które zainspirowały się modelem abonamentu. Znając niepowtarzalne poczucie stylu i preferencje każdej osoby, regularne podsuwanie jej nowych ubrań może zarówno pomóc w uzupełnieniu kreacji kompletowanych z opatrzonej już szafy, jak i czasem wesprzeć w „wychodzeniu ze strefy komfortu”, jak mawiają guru coachingu.

                                    Wcześniej podobny model testował Stitch Fix, jednak wysyłka ubrań miała na celu przymiarki w domu i decyzję o kupnie lub odesłaniu. Amerykański Le Tote dodał do tego element współdzielenia. Regularnie przysyłane boxy w dowolnym momencie można odesłać w zamian za dostawę kolejnej paczki.

                                    Taki plan subskrypcji można porównać do Spotify, w którym za opłatą moglibyśmy słuchać tylko jednego gatunku muzyki – a w dowolnym momencie zmienić go na inny, wszystko w ramach stałej opłaty. Dla ubrań okazuje się to znacznie lepsze, niż ciągłe kupowanie i przerost szafy. Branża modowa już zauważyła, że sharing economy pozwala uniknąć nadmiaru przy ciągłym eksperymentowaniu ze stylem.

                                    W ten trend wpisuje się już wiele serwisów. W Japonii króluje AirCloset, a w Indiach stabilnie rozwijają się paczkowane męskie koszule od OhLook. Dla pań w większych rozmiarach ciekawą propozycję ma Gwynnie Bee. Nowojorski FreshNeck regularnymi dostawami najwyższej klasy krawatów, poszetek i spinek do mankietów łamie rutynę męskiego garnituru. Wspomniany już Rent The Runway wyczuł, że subskrypcja to przyszłość i uruchomił alternatywną usługę pod nazwą Unlimited.

                                    Chociaż biżuteria jest oceniana jako bardziej prywatna, założycielki RocksBox postanowiły zmierzyć się z tym rynkiem. Płacąc zaledwie 21$ miesięcznie, użytkowniczki platformy otrzymują paczkę z 3 luksusowymi akcesoriami wybranymi przez stylistki serwisu na bazie lajkowanych wcześniej przykładowych dodatków. Praca stylistek jest tu kluczowa – starają się dobierać naszyjniki, kolczyki, bransoletki i pierścionki w jedną, spójną z gustem użytkowniczek stylizację.

                                    Społeczności otwartych szaf

                                    Współdzielenie mody to nie tylko, a nawet przede wszystkim, rentowne firmy i odgórna oferta. Przecież podstawą tego trendu jest udostępnianie innym tego, co już mamy i co pozostaje niewykorzystane. Airbnb czy BlaBlaCar przyciągają też dlatego, że pozwalają łatwo realizować współdzielenie od drugiej strony, przynosząc drobne zyski z uwolnienia nieużywanej wartości. Wokół portali fashion sharing, które mają na to odpowiedź, gromadzi się coraz więcej miłośniczek i miłośników mody.

                                    Francuski start-up Rentez-Vous zorganizował całą sieć społecznościową, która obecnie obejmuje już Francję i Wielką Brytanię. Dodawane przez użytkowników i użytkowniczki (portal zachęca obie płcie do wymiany) darmowe ogłoszenia są opatrzone ceną za dobowy wynajem. Dzięki temu osoby mające imponujące kolekcje chętnie wystawiają swoje ubrania. Taka opłata to szansa na dorobienie na boku, niejako w nagrodę za długie godziny spędzone na polowaniach na naprawdę ciekawe stroje.

                                    Hasłem „zamień swoją szafę w inwestycję” promuje się Covet, uruchomiona niedawno australijska aplikacja społecznościowego współdzielenia ubrań skierowana wyłącznie na iPhone’a.  Z kolei StyleLend próbuje połączyć społeczność i motyw zarobkowy z doświadczeniem ekskluzywnego butiku – kreacje muszą wpisywać się w pewien wspólny poziom luksusu, a całość usługi jest pośredniczona przez portal w anonimowy sposób. Niestety, kosztem jakości usługi pada element poczucia przynależności do „ludzkiej”, żywej grupy fashionistek.

                                    Na aktywną społeczność pełną nowych więzi stawiają twórczynie Tumnus, platformy łączącej panie o podobnym poczuciu mody i figurze. Ten serwis porzuca zupełnie względy finansowe, stawiając raczej na bliską integrację – stąd na razie działanie ogranicza się do Melbourne, gdzie kilka dni temu uruchomiono aplikację. Użytkowniczki oceniają Tumnus jako Instagrama dla modowych przyjaciółek, ponieważ silny nacisk położono na mechanizm dobierania konkretnych osób, z którymi chcemy dzielić się ubraniami.

                                    Polskie mamy w awangardzie współdzielenia

                                    Bardzo popularny okazał się amerykański portal mody ciążowej Borrow For Your Bump, który połączył usługi wynajmu eleganckich sukienek czy żakietów z abonamentem na krążące boxy z ubraniami. W tym przypadku nisza jest zarówno zbawieniem, bo lepiej współdzielić ubrania 9 miesięcy niż je kupować, jak i ograniczeniem dalszego rozwoju.

                                    Pod koniec ubiegłego roku młoda mama, Katarzyna Bielazik, postanowiła stworzyć portal, który pomaga Polkom właśnie w tej niszy – ale zamiast wejść w model korporacyjny, oparła go o siłę społeczności i drobnych opłat dobowych. MamaPożycza to zresztą znacznie więcej niż tylko ubrania ciążowe ze wspólnej szafy, na portalu znajdziemy także wózki dziecięce, nosidełka, a nawet zabawki. Całość dopełniają spotkania kawowe, blog i atmosfera wspólnoty, która wyłania się nawet z prostej lektury wystawianych komentarzy.

                                    Katarzyna Bielazik, założycielka MamaPożycza

                                    Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Poznaniem i pamiętam czasy, kiedy nie cierpieliśmy na nadmiar rzeczy tak jak dziś. Jeden rower, rolki, sanki, narty na trzy rodziny i nie było problemu, aby korzystać z tych rzeczy. Dzielenie się rzeczami praktykuje praktycznie od zawsze. Pamiętam czasy, gdy ubrania przychodziły w darach kościelnych, potem hitem były lumpeksy z markową odzieżą. Pożyczałam i pożyczam zarówno swoje rzeczy innym, jak pożyczałam od innych i tak już zostało. Tak właśnie zaczęła się historia z MAMA pożycza – zaczęłam od siebie.

                                    Kliknij i rozwiń

                                    Niestety – poza sukcesem portalu MamaPożycza, Polska wciąż nie może pochwalić się świeżymi inicjatywami wnoszącymi współdzielenie do naszych codziennych stylizacji. Miejmy nadzieję, że ten artykuł będzie pewną inspiracją do zakładania nowych platform, również przez duże firmy, doceniające zmiany w podejściu do posiadania przedmiotów.

                                    Świat mody współdzielonej

                                    Powiew świeżości jaki oferuje gospodarka współdzielenia dla mody jest dla mnie kapitalny. Głównym problemem jest wciąż raczkująca oferta w różnych krajach, niż pomysł sam w sobie. Dlaczego tak sądzę? Ostatecznie za otwartym podejściem do tego trendu przemawia kilka mocnych argumentów:

                                    • oszczędność – wzbogacenie zestawów dzięki rozwiązaniom sharing economy chroni przed drogimi wyprawami w poszukiwaniu czegoś, co odświeży styl gdy nadchodzi nowy sezon;
                                    • niepowtarzalne kreacje – współdzielenie mody to solidna alternatywa dla kupowania ubrań na wyjątkowe okazje (czasem z góry przyjętą intencją zwrócenia na drugi dzień, co okresla się jako wardrobing);
                                    • ochrona środowiska – ubrania i akcesoria są drogie, ale stosunkowo rzadko noszone. W dodatku nudzą nam się średnio po 7 użyciach – a dla wielu osób ten czas jest znacznie krótszy. Większe wykorzystanie garderoby gwarantuje, że jej część nie trafi za chwilę na śmietnik, a produkcja kolejnego przedmiotu zużyje ograniczone zasoby planety;
                                    • dodatkowy przychód – niektóre modele wspólnej konsumpcji pozwalają pobierać drobne opłaty za wypożyczanie swojej szafy. Z odpowiednim nastawieniem zakupy to nie tylko guilty pleasure, ale mała inwestycja!

                                    Ostatecznie zatrzymuje nas już tylko twarde ograniczenie – dzielenie się ubraniami działa tylko, jeśli ktoś je kupuje w pierwszej kolejności. Mimo wszystko, w granicach rozsądku warto ograniczać konsumpcję nowych ubrań, dla stanu własnego portfela i zdrowia środowiska.

                                    Współdzielenie mody to wciąż młody, rozwijający się rynek. Próby wniesienia nowego podejścia do naszego postrzegania ubrań nie zawsze kończą się sukcesami. Australijsko-amerykański startup 99Dresses zakończył prestiżowy program YCombinator w zimie 2012 roku jako najlepiej oceniany pomysł, ale już 2 lata później nie był w stanie przeskoczyć problemów, które trapią wiele inicjatyw na początku rozwoju. Założycielka Nikki Durkin była zmuszona zamknąć projekt.

                                    Podsumowując modele biznesowe i rodzaje projektów, jakie powstały w tym sektorze przez ostatnie kilka lat, podzieliłem fashion sharing zgodnie z poniższą typologią:

                                     

                                    modele-biznesowe-wethecrowd

                                    Serwisy typu fashion rental chcąc osiągnąć sukces muszą przede wszystkim zdjąć większą część problemu z głowy użytkowników i użytkowniczek – decydując jasno, jak wygląda sprawa ubezpieczenia i pokrywania kosztów w przypadkach losowych, co więcej, organizując bazę logistyczną transportu i czyszczenia w taki sposób, żeby słynne już doświadczenie frictionless z aplikacji mobilnej przenieść na ciągłą cyrkulację przedmiotów. Dla biznesu P2P oczywiście najważniejsze jest przekonanie społeczności, żeby wciąż angażowała się bardziej. Prawdziwa pasja do ciuchów, czego nie można kupić.

                                    Musimy przywyknąć do tego, że nie da się przesłać biżuterii i stosu ubrań kablem internetowym. Ale wszystkie te przykłady dowodzą, że współdzielenie mody może działać w praktyce. I będzie tylko popularniejsze – w końcu dziś „access is the new ownership”.

                                    Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                      Skomentuj

                                      Zróbmy sobie porno. XConfessions i crowdsourcing

                                      Przeczytasz w 20 minut Co-creation Collaboration Crowdsourcing
                                      Autor 9 października 2017

                                      Jeśli podpytać nastolatków spod bloku, skąd wiedzą coś o seksie, oprócz chichotów można usłyszeć, że z porno. Erika Lust zamierza zmienić to przy pomocy… porno. XConfessions to projekt, w którym internauci dzielą się swoimi fantazjami na potrzeby scenariuszy. Czysty crowdsourcing kina XXX w służbie społecznej.

                                      Lust czyli pożądanie

                                      Mówi się o niej “pionierka europejskiej pornografii alternatywnej”. I choć reżyserek kina dla dorosłych jest sporo, to właśnie jej nazwisko najczęściej wywołuje wypieki na twarzy. Erika Lust (Sztokholm, 1977) studiowała politologię na uniwersytecie w Lund specjalizując się w zagadnieniach feminizmu i praw człowieka. To tam też dowiedziała się, że pornografię można traktować jako dyskurs, co stało się dla niej impulsem do działania. Swój pierwszy film The Good Girl (2004) opublikowała w sieci za darmo. W ciągu kilku dni został pobrany około milion razy. Zainteresowały się nią media, a ona sama utwierdziła się w przekonaniu, że potrzebna jest alternatywa dla mainstreamowego porno. Natychmiastowy sukces zachęcił ją do wkroczenia na poważnie w przemysł pornograficzny. Na swoim koncie ma wielokrotnie nagradzane produkcje –  Five Hot Stories for Her, Life Love Lust and Cabaret Desire. Ten ostatni, znany pod polskim tytułem jako “Siła pożądania” sprowadził w 2015 r. na telewizję TVN karę KRRiT w wysokości 200 tysięcy złotych.

                                      erica-lust-wethecrowd

                                      Oprócz kręcenia filmów krótko- i pełnometrażowych, pisze książki, prowadzi bloga oraz własny sklep z filmami, gadżetami i prezentami. Jej produkcje można oglądać na trzech platformach streamingowych – Lust Cinema, Erotic Films i XConfessions. Feministki pokochały ją jeszcze bardziej po wydaniu bestsellerowego przewodnika po świecie feministycznej pornografii: Good Porn. A Woman’s Guide. Tygodnik El mundo zaliczył ją do grona 50-ciu najbardziej wpływowych trzydziestolatek w Hiszpanii. I choć jej nazwisko łączy się często z hasłami “alternatywa”, “feministyczna”, “pornografia”, to ona sama często wspomina o swojej pracy jako tworzeniu filmów dla dorosłych w duchu indie.

                                      Porno w służbie społecznej

                                      Jedna trzecia treści w internecie to pornografia. Dostęp do darmowych serwisów oferujących filmy XXX jest łatwiejszy niż do profesjonalnej edukacji seksualnej. Już dzieci w wieku dziewięciu lat mogą zetknąć się z porno w sieci. Nietrudno zatem się domyślić, że to właśnie ono zastępuje rozmowę z rodzicami czy edukatorami. Erika Lust poprzez swoją twórczość chce zmienić porno z korzyścią dla dorosłych i dzieci.

                                      Kino, które realizuje, jest tworzone z perspektywy kobiety, ale na pewno nie kierowane wyłącznie do pań. Jak przyznała w wywiadzie dla EksMagazynu:  Mówiąc krótko, moje filmy skierowane są do osób, którym podoba się erotyka (i to nie tylko w odważnym i bezpośrednim wydaniu). Do ludzi przestrzegających seks jako coś radosnego, zmysłowego, naturalnego, pełnego pasji, afirmującego, wspaniałego, namiętnego i nade wszystko sprawiającego przyjemność. Czyli jako coś bardzo odmiennego od sterylnej, przewidywalnej, mechanicznej, anatomicznej wersji seksu, jaką można zobaczyć w większości filmów pornograficznych.

                                      Można powiedzieć, że jej filmy opierają się się trzech filarach: estetyki, wiarygodności argumentów i naturalności. Ten ostatni przywraca kobiecie w porno podmiotowość i przesuwa ciężar z przyjemności mężczyzny na przyjemność obojga (lub wielu) kochanków. Dla nieuważnych to strzał w powietrze: Kobiety lubią seks i nie jest to zboczenie! O społecznej odpowiedzialności Lust mówi się na wielu poziomach. Sam dobór aktorów i aktorek zróżnicowanych pod względem rasy, wieku czy budowy ciała wprowadza powiew świeżości w budowanie własnej seksualności.

                                      erica-lust-wethecrowd
                                      źródło: http://erikalust.com/lets-celebrate-diversity/

                                      Erika Lust wraz z mężem Pablo Dobnerem stworzyła także projekt edukacyjny skierowany do rodziców i nauczycieli. “The Porn Conversations” ma przygotować ich na rozmowy z młodzieżą o pornografii. Na stronie można znaleźć pomocne materiały wideo oraz poradniki.

                                      Dzięki temu coś, co do tej pory szeptem omawiano na przerwach lub w szatni, stanie się zwyczajnym elementem życia codziennego. Elementem budującym jednocześnie mocniejsze i zdrowsze więzi na linii rodzic-dziecko.

                                      XConfessions – crowdsourcing fantazji erotycznych

                                      Po premierze Cabaret Desire/Siły pożądania Lust otrzymywała mnóstwo wiadomości od fanów. Jedni pytali o to, jak to jest grać w porno, inni prosili o recenzję lub radę w sprawie własnych scenariuszy. Nie brakowało także fanowskiego uznania. Szwedka wpadła na pomysł, by stworzyć przestrzeń do anonimowej wymiany myśli, a jednocześnie inspiracji do kręcenia nowej serii. Tak w 2013 r. powstało XConfessions.

                                      erica-lust-wethecrowd
                                      źródło: http://xconfessions.com/film/coming-of-age

                                      Lust wybiera fantazje erotyczne opisane przez użytkowników na stronie projektu, a następnie przenosi je na mały ekran. To zaś nic innego jak crowdsourcing scenariuszy od członków społeczności! W wywiadzie dla i-D wymieniła cztery czynniki, które wpływają na wybór danej fantazji. Są to: oryginalność pomysłu, możliwości kinematograficzne, różnorodność i wykonalność. Reżyserka podkreśla, że najważniejsze dla niej są emocje i autentyczność, dlatego one także są kluczowe w wyborze historii. Seks-spowiedzi publikowane są w różnych językach: przeważa angielski, ale pojawiają się też wyznania w języku hiszpańskim lub niemieckim. Sama Lust zachęca, by tych języków było jak najwięcej, tak by XConfessions stało się projektem prawdziwie różnorodnym.

                                      Jakie przełożenie ma to na samą społeczność projektu? Wydaje się, że największym sukcesem jest moment, w którym fantazja staje się filmem. To jednak zaledwie czubek góry lodowej. Jednym użytkownikom wystarczy, że mogą podzielić się fantazjami na platformie. Inni będą zadowoleni, gdy kolejni zaczną komentować ich historie. XConfessions pozwala się zaangażować, prowadzić dyskusje na temat seksualności. To także miejsce, z którego można czerpać inspiracje i przenieść je do własnej sypialni.

                                      W 2014 r. Natalia z bloga Proseksualna wspomniała: – Chciałabym, aby było więcej „społeczności” w społeczności. W sumie mogę powiedzieć, że połowa użytkowników wraca i czyta wyznania innych, komentuje, publikuje kolejne. Druga połowa wchodzi na stronę, wpisuje swoje fantazje i znika, wiedząc tylko, że ich sekrety nie są już tabu. I to też jest okay! Należy dodać, że przy całej promocji różnorodności i naturalności przez Lust, platforma jest moderowana. Nie pojawi się na niej wyznanie, które godzi w zasady Lust lub promuje zachowania z granicy legalności.

                                      Jak dołączyć do XConfessions?

                                      Pierwszy krok to utworzenie konta na platformie. Wystarczy adres e-mail i login, którego będziesz używać. Kolejny krok to wybranie formy abonamentu. Najtańszy kosztuje 19.95$ miesięcznie, najdroższy 99.95$ za rok dostępu. Każdy z pakietów oferuje:

                                      • Oglądanie i pobieranie wszystkich powstałych w ramach XConfessions filmów.
                                      • Nieograniczony streaming.
                                      • Dwa nowe filmy miesięcznie.
                                      • Jakość HD.
                                      • Czytanie i komentowanie wszystkich wyznań.
                                      • Dodawanie własnych fantazji.
                                      • Dostęp na wszystkich urządzeniach mobilnych.
                                      • Bezpieczeństwo i prywatność.

                                      Ponadto otrzymuje się dostęp do materiałów dodatkowych, takich jak rozmowy z aktorami i aktorkami, tzw. behind the scenes, sylwetki ilustratorów i reżyserów, którzy pojawili się gościnnie. Po wybraniu abonamentu przechodzi się do płatności. Od tej pory można już logować się na swoim profilu i brać czynny udział w życiu społeczności. Teraz już tylko wystarczy podzielić się fantazją i liczyć na to, że zostanie ona wybrana do ekranizacji.

                                      Nakręceni

                                      Chcę pokazać seks pełen emocji – wspomina w produkcji Netflixa “Hot Girls Wanted: Turned On” Erika Lust. Seria Turned On porusza tematy związane z aplikacjami randkowymi, amatorskimi produkcjami w Internecie czy udziałem i korzystaniem z portali opartych na kamerkach internetowych. W odcinkach nie brakuje analizy bliskości, prywatności, godności, intymności czy nawiązywania relacji przez bohaterów, ale i użytkowników danych rozwiązań. Pojawia się teza, że ogrom seks-możliwości oferowanych przez internet i nowe technologie, nie pomaga nam dojrzale i pozytywnie traktować seksu i seksualności człowieka. – Nie możemy ignorować faktu, że pornografia jest dziś rodzajem edukacji seksualnej. Dzieci dorastają w świecie, gdzie randki online są czymś normalnym, szybszym i wygodniejszym, choć niekoniecznie zdrowszym. – komentuje Lust w jednym z odcinków. Wydaje się zatem, że wymiana myśli na XConfessions może być przyczynkiem już do samej rozmowy o seksie. Po ludzku, o pełnej gamie potrzeb i preferencji, a nie tylko tych serwowanych przez producentów mainstreamowego porno. Możliwe więc, że ekranizacja fantazji erotycznych tworzonych przez społeczność nie tylko wniesie powiew świeżości, ale i da podwaliny do budowania pozytywnej wizji seksualności.  

                                       

                                        Skomentuj

                                        Treści, których potrzebujesz na stronę swojej zbiórki crowdfundingowej

                                        Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                                        Autor 13 września 2017

                                        Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że dobrze przygotowane treści na stronie zbiórki crowdfundingowej to klucz do sukcesu. Od nich zależy, czy przekonasz odbiorcę do zaufania Twojemu projektowi i wsparcia go (najlepiej jak największą) sumą pieniędzy. Jak więc przygotować treści, które porwą tłumy?

                                        Liczy się pierwsze wrażenie

                                        Twój odbiorca trafi na Twoją zbiórkę najprawdopodobniej w mediach społecznościowych lub na którejś z platform crowdfundingowych. Masz tylko kilka sekund na przyciągnięcie jego uwagi. Musisz więc już w pierwszym kontakcie wywrzeć odpowiednie wrażenie.

                                        Przyciągający uwagę tytuł, to pierwsza rzecz o której powinieneś pomyśleć. Najczęściej będzie on zawierał nazwę Twojego pomysłu, ale czasem opłaca się dodać do niego kategorię i jakiś przymiotnik,  np. “Pierwszy crowdfundingowy poradnik contentowy”.

                                        Pamiętaj o atrakcyjnym coverze, który przyciągnie wzrok. Ładna, przejrzysta grafika z napisem powinna być idealna. Jeśli nie znasz Photoshopa i uważasz, że nie masz zdolności graficznych, skorzystaj z darmowych narzędzi takich jak Canva. W prosty sposób zajmiesz się obróbką zdjęcia, przytniesz je do odpowiedniego wymiaru i dodasz napis.

                                        Kolejna istotna sprawa to krótki opis. Te kilkaset znaków to miejsce, w którym musisz krótko i klarownie opisać jaki jest jest cel Twojego projektu. Tworząc go, pamiętaj, że społeczność nie tyle wspiera projekty, co osoby za nimi stojące. To, na co zbierasz pieniądze, jest efektem Twojej pasji – dlatego postaraj się zarazić nią innych.

                                        Dodaj call to action, czyli wezwanie do działania (np. “Pomóż nam wydać poradnik!” lub “Pokaż, że los kobiet w Afganistanie nie jest Ci obojętny.”) i nie bój się używać emocjonalnego języka – to właśnie one przekonają odbiorców do wsparcia Twojej zbiórki.

                                        Daj się poznać

                                        Umówmy się – film jest niezbędnym elementem strony Twojej zbiórki. Powinien trwać od 90 sekund do około trzech minut – dłuższy będzie nużący, a krótszy nie wystarczy do przekazania istoty Twojego pomysłu. Co powinieneś w nim zawrzeć?

                                        • Przedstaw się. Wspierający muszą Cię poznać. Opowiedz kim jesteś, jakie są Twoje dotychczasowe dokonania i co chcesz osiągnąć poprzez zbiórkę.
                                        • Zaraź pasją. Opowiedz dlaczego to właśnie Twój projekt jest wyjątkowy i warty wsparcia. Daj poczuć wspierającym swoją pasję.
                                        • Zachęć. Tutaj odwołaj się do namacalnych korzyści, czyli nagród, które oferujesz w zamian za wsparcie.
                                        • Zmotywuj. Daj odbiorcom jasny przekaz, dlaczego prosisz o pieniądze. Wyjaśnij na co dokładnie przeznaczysz zebraną kwotę pieniędzy. Dodaj też, że w razie niepowodzenia zbiórki środki wrócą bezpiecznie do wpłacających.

                                        Mów swobodnie, nie bój się emocji. Im większe zaufanie wzbudzisz, tym większe masz szanse na sukces.

                                        Pokaż swój pomysł i nagrody

                                        Opis zbiórki to punkt, w którym przedstawisz w końcu dokładniej swój pomysł oraz nagrody, które wspierający otrzymają w zamian za wpłaty.

                                        Zacznij od leadu, czyli wytłuszczonych kilku zdań, w których przedstawisz cel projektu i przyczyny, dla których warto go wesprzeć. Trzymaj się planu ramowego:

                                        • Opis projektu, czyli jego podstawowe funkcje, związane z nim korzyści i to, co wyróżnia go wśród innych.
                                        • Cele zbiórki, zapisane zgodnie z metodą SMART: proste, osiągalne, określone w czasie i mierzalne. Dokładnie opisz na co przeznaczysz zebrane środki.
                                        • Twój background, czyli kim jesteś, jakie są Twoje doświadczenia i dlaczego chcesz zrealizować ten projekt.
                                        • Lista nagród i ich poszczególnych szczebli. To bardzo ważny aspekt, którego nie wolno pominąć. Przedstaw nagrody w jak najbardziej atrakcyjny sposób, zastanów się w jaki sposób mogą przydać się wspierającym i dlaczego powinni chcieć je zdobyć. Żeby uatrakcyjnić przekaz, możesz użyć grafik lub infografik (o których szerzej napiszemy dalej) – ważne, żeby ta sekcja przyciągała wzrok i zachęcała do wsparcia. Ta część pełni rolę Twojej “witryny sklepowej”.
                                        • Kroki milowe i to co dotychczas zrobiłeś już w ramach projektu. Dobrze, żeby projekt miał swoją oś czasu z zaznaczonymi najważniejszymi wydarzeniami, które są istotne z punktu widzenia realizacji projektu.
                                        • Informacja o wyzwaniach, które jeszcze przed Tobą stoją. Tutaj najważniejsza jest… szczerość. Zdobądź zaufanie wspierających.
                                        • Rekomendacje, opinie i publikacje. Pokaż co mówią o Tobie inni. Idealna sytuacja, to taka, w której umieścisz tutaj wypowiedź autorytetu z Twojej dziedziny, ale mogą być to też opinie osób, które przetestowały Twój produkt lub wcześniej z Tobą współpracowały.
                                        • Media społecznościowe. Pokaż gdzie odbiorcy mogą Cię znaleźć poza stroną zbiórki. Tylko nie zapomnij na bieżąco ich prowadzić!

                                        Zadbaj o odpowiednią formę

                                        Im ciekawsza jest prezentacja Twojej zbiórki, tym lepiej. Dlatego nie bój się używać na swojej stronie grafik, infografik i filmów. Te ostatnie najbardziej przykują uwagę Twoich odbiorców, dlatego postaraj się właśnie w ten sposób pokazać techniczne aspekty Twojego produktu czy prezentację Twojej usługi. Używaj jasnych kolorów – jest naukowo udowodnione, że takie pozostawiają pozytywne wrażenie.

                                        Umieść też call to action na grafikach – najlepiej w górnym prawym rogu lub na samym środku, co przyciągnie uwagę i zostanie na długo w pamięci.

                                        Zbierz materiały dla mediów

                                        Może się tak zdarzyć (czego Ci serdecznie życzymy!), że Twoja zbiórka okaże się atrakcyjna dla mediów. Aby ułatwić im pracę, przygotuj na stronie swojej zbiórki specjalną sekcję, w której do pobrania umieścisz najważniejsze informacje na Twój temat i oczywiście na temat Twojego pomysłu. Taki press pack powinien na pewno zawierać wszystkie materiały audiowizualne – filmy i grafiki, które pojawiają się na stronie zbiórki oraz opis w pliku otwartym, z którego później łatwo będzie wyciąć cytaty.

                                        Patrząc na powyższą listę, wydawać się może, że przygotowanie się do zbiórki crowdfundingowej to dużo pracy. Cóż, nie będziemy kłamać, to prawda. Wystarczy popatrzeć na świetnie zrealizowane polskie zbiórki, które zakończyły się sukcesem: Magazyn Kosmos lub Stworze – ich twórcy wykonali kawał dobrej roboty. Przede wszystkim pamiętaj o jednym – im lepiej będziesz przygotowany i im bardziej treści na stronie Twojej zbiórki będą przemyślane, tym większe szanse, że zainteresujesz nią potencjalnych wspierających. A stąd już o krok do spełnienia Twojego marzenia – realizacji projektu.

                                          Skomentuj

                                          Cyfrowe okno na świat. Rozmowa z Minister Anną Streżyńską

                                          Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                          Autor 6 września 2017

                                          W artykułach z serii “Internet dla wykluczonych” (poprzednie: 1, 2, 3) poruszamy problemy wykluczenia cyfrowego i szukamy rozwiązań, które mogą włączyć połowę ludzkości offline do świata online. Dostęp do sieci jest nie tylko udogodnieniem, ale i narzędziem, które może doskonale wspierać proces edukacji i rozwój młodych ludzi. Również Polska zmaga się wciąż z białymi plamami, gdzie trudno o dobrej jakości internet.

                                          Rada Ministrów 13 czerwca bieżącego roku przyjęła uchwałę w sprawie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE). Hasło „100 Mb na 100-lecie Polski” brzmi bardzo dumnie i zapowiada wielką zmianę – zgodnie z planem 30,5 tysiąca szkół i placówek oświatowych ma mieć zapewniony dostęp do szerokopasmowego Internetu, co pozwoli na wyrównywanie szans rozwojowych. O sieci w szkołach i technicznych zagadnieniach rozwojowych rozmawiamy z główną pomysłodawczynią projektu: Minister Cyfryzacji Anną Streżyńską.

                                          Jan J. Zygmuntowski: Do czego szkoły najbardziej będą potrzebowały internetu? Jakie są plany edukacyjne oparte o sieć?

                                          Min. Anna Streżyńska: Do wyrównywania szans. Szczególnie dotyczy to mniejszych ośrodków. A nam chodzi o to, by wszystkie dzieciaki miały takie same szanse. We współczesnym świecie praktycznie nie da się funkcjonować bez dostępu do sieci i wiedzy jak się po niej poruszać. A pokolenie, które dziś uczy się w szkołach będzie tego potrzebować jeszcze bardziej. Stąd też pomysł na wprowadzenie do szkół nauki programowania. To projekt, nad którym pracujemy z Minister Edukacji Anną Zalewską. Dzieci uczyłyby się kodować już od najmłodszych lat. Na początku to oczywiście tzw. programowanie obiektowe, w programach takich jak np. Scratch, ale później kolejne języki programowania. Naturalnie, nie każdy będzie się w tym kierunku rozwijał, ale każdy powinien znać podstawy. Niedługo nawet uruchomienie pralki może wymagać podstawowych umiejętności z zakresu programowania. Zresztą, programowanie to przede wszystkim nauka rozwiązywania problemów i logicznego myślenia. A to potrzebne jest wszystkim. Rozwija pewne kompetencje umysłowe, umiejętność logicznego składania ciągów zdarzeń. Po drugie, w naszym społeczeństwie, niesamowicie gadżeciarskim i nastawionym na nowinki technologiczne, to może spowodować, że wiele osób zwiąże z tym jednak swoją życiową karierę. Nie chcemy, by informatycy wychodzili tylko z miasta. Dzieci z mniejszych ośrodków nie powinny być pokrzywdzone. Stąd zależy nam, by tam też mogły się uczyć programowania. Wszędzie, gdzie tylko są dzieci, które mają zdolności do koncepcyjnego, matematycznego czy logicznego myślenia.

                                          JJZ: Czy nie można uczyć się programowania bez szybkiego internetu, na przykład w programach offline?

                                          AS: Może i można, ale po co? Oczywiście, jeśli uczymy się na komputerze z materiałów lokalnych, nie ma problemu. Ale w sieci jest mnóstwo doskonałych kursów i materiałów, weźmy np. Akademię Khana.

                                          Przy Wyższej Szkole Filmowej w Warszawie funkcjonuje Liceum Kreacji Gier Wideo. To wyspecjalizowana szkoła, w której dzieci uczą się programowania gier. Czemu taka szkoła ma być tylko w Warszawie? Dlaczego takie szkoły nie miałyby działać również w innych ośrodkach, gdzie dzieci mogą wymyślać równie ciekawe rzeczy? Dzięki internetowi mogą się komunikować ze sobą, z nauczycielami, z grupami zainteresowań, nawet ze światem zewnętrznym spoza Polski. Mogą pokazywać swoje produkty, szukać rozwiązań…

                                          Nie chcemy, żeby tylko z miasta wychodzili informatycy. Powinni wychodzić zewsząd, gdzie są dzieci mające zdolności do koncepcyjnego, matematycznego czy logicznego myślenia.

                                          JJZ: Mam jednak wrażenie, że OSE stwarza większe możliwości niż wyłącznie zaawansowane lekcje programowania.

                                          AS: Wiadomo, że równie ważne tematy to cyberbezpieczeństwo czy edukacja medialna. Ale przede wszystkim patrzymy na platformy edukacyjne, których jest już sporo. Oprócz tego jest mnóstwo platform prywatnych. Można dzięki nim pogłębiać wiedzę. Sieć stwarza dzieciom praktycznie nieograniczone możliwości rozwoju. A jeśli natrafią przy tym na dobrego nauczyciela, mogą się naprawdę znakomicie rozwijać.

                                          JJZ: Nie jest to bezpośrednio działanie Ministerstwa Cyfryzacji, ale w ramach OSE ma być prowadzone nauczanie kompetencji cyfrowych. Czy możemy spodziewać się, że w szkołach podstawowych pojawi się nowy przedmiot, który będzie przygotowywał do korzystania ze świata cyfrowego?

                                          AS: Dotychczasowa informatyka stanie się takim przedmiotem.

                                          JJZ: Jest spore prawdopodobieństwo, że programowanie zdominuje te miękkie, społeczne umiejętności.

                                          AS: Na pewno trochę tak będzie. Ale walczymy o to, by było więcej godzin na nowoczesne technologie. Co więcej, podległe Minister Edukacji Annie Zalewskiej jednostki chcą wytworzyć taki zestaw, swoisty paszport informatyczny każdego młodego człowieka, by zdając maturę młody człowiek miał potrzebną mu ilość informacji z zakresu nowych technologii.

                                          JJZ: Jak Pani Minister widzi rolę kulturalno-społeczną tych szkół? Jeśli tam będzie najszybszy internet w mieście, to przecież ludzie będą przychodzić oglądać seriale, ściągać materiały, tam będzie spędzany czas wolny.

                                          AS: Owszem, takie placówki mają szansę stać się lokalnymi centrami kultury. Opowiem panu historię z Podgóry pod Radomiem, gdzie w zeszłym roku uruchomiliśmy szybki internet w ramach pilotażu. To była prawdziwa uroczystość. Dość wzruszająca była tablica, jaką wykonały dzieci: „Dziękujemy Pani Minister za okno na świat”. Ci ludzie autentycznie się z tego cieszyli. Jako, że był to ostatni dzień szkoły, dzieci prosiły nas, by włączyć internet i nie wyłączać go na wakacje. Ich argument był taki, że rzadko wyjeżdżają z miejscowości i dzięki temu będą mogły korzystać z internetu na podwórku przy szkole. W dużych miastach dostęp do sieci jest naturalny, a dla tych dzieci to obiekt pożądania.

                                          Trzeba przemyśleć zasady – przykładowo, że za dobre sprawowanie – dostęp do internetu. Ale w czasie długiej przerwy ruch i posiłek.

                                          JJZ: Może warto, żeby w finalnej ustawie też to zostało dobrze opisane, żeby ta sieć była w jak największym stopniu dobrem publicznym, wspólnym.

                                          AS: Zostawiamy nauczycielom pewną swobodę. Chodzi o taki proces edukacyjny, dzięki któremu dzieci nie będą siedziały cały czas wpatrzone w telefony. Liczymy na to, że rodzice i wspólnota szkolna w miarę upływu czasu nauczą się gospodarować internetem tak, że dzieci z jednej strony będą mogły korzystać z sieci bez drastycznych ograniczeń, a z drugiej nie zamkną się w wirtualnym świecie. Nie chcemy doprowadzić do takiej patologii. A dzieci są bardzo podatne na takie negatywne odruchy. Trzeba przemyśleć zasady – przykładowo, że za dobre sprawowanie – dostęp do internetu. Ale w czasie długiej przerwy ruch i posiłek. Musimy nauczyć ich jak podchodzić do rzeczywistości i świata wirtualnego.

                                          JJZ: Chciałbym porozmawiać też o technicznych szczegółach OSE, zarówno od strony finansowania i zarządzania budową sieci, jak i stosowanych technologii. Jak w tym momencie wyglądają przygotowania do wdrożenia programu?

                                          AS: W tej chwili jesteśmy po naborze, w ramach którego nie wszystkie obszary zostały obsadzone. Będziemy organizować następną rundę, zastanawiamy się jeszcze nad metodą. Czy będzie to nabór z większymi obszarami niż dotychczas, mniejszymi, identycznymi – różne argumenty przemawiają za różnymi rozwiązaniami. Na przykład kurczący się czas przemawia za przeprowadzeniem jednego dużego konkursu. Ale równie dobrze można powiedzieć, że skoro małe firmy chciały brać udział w tych naborach, to lepiej postawić na mniejsze obszary. Z kolei część firm zrezygnowała z realizacji po poprzednim naborze, nawet mimo podpisanych umów. Zobaczymy jak będzie…

                                          Zostaniemy zapewne przy średnich obszarach i poszukamy na nie jeszcze raz nabywców. Być może trochę zwiększymy dofinansowanie, by poprawić motywację. Tu są dwa ważne elementy kosztowe – jeden to koszt budowy sieci, drugi to koszt jej utrzymania. Jeżeli realizatorzy nie będą mieli gwarancji, że koszty utrzymania będą się pokrywały, nie będą mieli motywacji do udziału. Szkoły będą mieć gwarantowane przez państwo opłaty. Przez jakiś okres – zależny od decyzji Rady Ministrów i jej ostatecznego postanowienia w ustawie – budżet państwa będzie ponosił opłaty za internet w szkołach. Chodzi o to, by operatorzy byli pewni, że dostaną pieniądze za dostarczanie sieci. Z kolei szkoły nie będą się obawiały, że pojawią się nadmierne obciążenia. Nie chcemy nakładać na nie obowiązku, który przy wąskich budżetach będzie dla nich obciążeniem.

                                          JJZ: Jaki jest dalszy plan, po okresie przejściowym?

                                          AS: Ten okres przejściowy może być nawet bardzo długi. Mogą to być 2 lata, a może 10 – wszystko zależy od decyzji rządu. Ten okres przejściowy to pewien ukłon w stronę szkół, sygnał, że nie muszą się skupiać na szukaniu pieniędzy na internet. Lepiej, by skoncentrowały się na trenowaniu nauczycieli z programowania, znalezieniu sponsorów na sprzęt. Szkoły powinny się nauczyć obsługiwać platformy edukacyjne, e-dzienniczek, e-podręczniki. Wiadomo jednak, że finansowanie z budżetu państwa w pewnym momencie musi się skończyć. W tym czasie uczniowie i nauczyciele przyzwyczają się jednak efektywnie wykorzystywać możliwości, jakie daje nowoczesna technologia. Później to będzie swego rodzaju inwestycja w dzieci dokonywana przez lokalną społeczność, bo szkoły są przecież finansowo zależne od gmin.

                                          JJZ: Tutaj pojawia się pytanie o operatora OSE. Zgodnie z założeniami około 20% sieci ma być przyłączone w ramach komercyjnych planów inwestycyjnych firm prywatnych, a pozostałe 80% zostanie zbudowane przez Naukową i Akademicką Sieć Komputerową – Państwowy Instytut Badawczy (NASK). Całość ma być później także nadzorowana przez NASK, który w projekcie ustawy zostaje operatorem OSE. Czy dotyczy to też części realizowanej z nakładów prywatnych inwestorów?

                                          AS: Tak, ale NASK nie będzie operatorem w sensie klasycznym, czyli nie będzie eksploatował sieci telekomunikacyjnej. Chyba, że taka będzie wola operatorów. Mogą przecież chcieć, by ktoś obsłużył Wi-Fi w szkole czy monitorował treści. Najważniejsze są jednak inne role NASK. Chodzi o dostarczanie contentu szkolnego, zabezpieczeń, nauki kodowania, platform edukacyjnych. NASK ma dosyć silnie rozwinięte kompetencje edukacyjne w swojej strukturze. I to będzie jego główna rola.

                                          JJZ: NASK ma za sobą także realizację programu pilotażowego w 36 szkołach na Mazowszu i Podlasiu. Czy może Pani Minister przybliżyć główne spostrzeżenia albo cenne wnioski dla dalszych prac?

                                          AS: Ten pilotaż jeszcze trwa i nie mamy raportu końcowego. On miał służyć temu, by sprawdzić jak poszczególne technologie się zachowują w szkole. To specyficzne środowisko. Ma momenty, w których wszyscy korzystają z sieci, bo dzieci akurat sa w szkole i potem długie, senne godziny, kiedy nikt nie korzysta. Wysycenie szybko rośnie, gdy się intensywnie korzysta z sieci. Z kolei każda technologia ma pewne ograniczenia. Wiadomo, że światłowód jest dla nas priorytetem, ale są szkoły tak zlokalizowane, że po prostu nie ma sposobu, by tam pociągnąć światłowód. Lepiej się zdecydować na takie rozwiązanie jak we wspomnianej Podgórze, gdzie stanął po prostu nadajnik satelitarny.

                                          W przypadku niewielkich szkół w małych, prowincjonalnych ośrodkach często jest też mało dzieci. Wtedy trzeba szukać jeszcze innych rozwiązań. Pojawiają się zarzuty: „ale jak to, ma być 100 mega na 100-lecie, czyli 100% szkół powinno mieć 100 Mb”. Co do zasady – tak. Ale będą szkoły, które są na przykład głęboko w Bieszczadach i nie ma po prostu takiego operatora, który by zdecydował się prowadzić światłowód, a potem jeszcze utrzymywać sieć za niewielkie środki.

                                          Nie przepniemy wszystkich na media ruchome, jeśli chcemy w sieci oglądać filmy, słuchać muzyki, grać w gry. Trzeba przyzwyczajać ludzi do optymalizacji korzystania z sieci

                                          JJZ: Zresztą ten próg dla białych plam NGA (Next Generation Access), czyli dostępu do dobrej jakości połączenia, jest na poziomie 30 Mb/s.

                                          AS: To jest próg unijny, tak. My podchodzimy do tego ambitnie i mówimy: niech jak najwięcej szkół ma 100 mega i to symetrycznie (przesył i odbiór – przyp. red.), bo wtedy dzieci mają podobne szanse w mieście i na wsi, nie różnicujemy ich. Tam gdzie tylko się da, będziemy instalować światłowód albo dostarczać 4G, by sieć miała jak największe prędkości.

                                          JJZ: Wątek sieci kablowej i radiowej też pojawia się w dyskusjach ekspertów. Prędkość 100 Mb/s można dostarczyć nawet standardowymi kablami, niekoniecznie światłowodem, chociaż w praktyce użytkowania to jest trochę naciągane. Tu się pojawiają dwa pytania. Po pierwsze, czy OSE będzie promowało przede wszystkim rozwiązania światłowodowe, a nie plan minimum miedzianych kabli? I po drugie, czy jest sens stawiać na infrastrukturę fizyczną kabli, w sytuacji, gdy obserwujemy tak dynamiczny rozwój komórkowych 4G czy nawet niedługo 5G, szczególnie w kontekście podpisanej deklaracji z Tallina i Porozumienia na rzecz strategii 5G dla Polski?

                                          AS: Żadna technologia radiowa nie zastąpi całkowicie technologii przewodowych, bo one mają stabilną jakość, niezależną od pogody, warunków atmosferycznych czy innych uwarunkowań. Co więcej, medium światłowodu jest niewyczerpywalne, bo zależy tylko od tego, jakie urządzenia Pan sobie postawi w centrali. Jeżeli dziś używamy 100 mega i mamy urządzenia centralne 100 mega, a za rok okaże się, że to za mało – możemy kupić urządzenie 1 giga i tyle będzie w sieci. Światłowód jest neutralny, przezroczysty, puści każdy sygnał, a w częstotliwościach się tego nie da zrobić. Mają ograniczoną pojemność i wypełnienie ich przez użytkowników powoduje, że albo trzeba dostawiać nowe, znacznie bardziej kosztowne nadajniki, albo po prostu raptownie spada prędkość. Dedykowane pasmo dla szkoły to jest pewne rozwiązanie, ale budujemy nie tylko dla szkół. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest wypełnienie wszystkich białych plam.

                                          Każdy z operatorów sporządza mapy pokrycia i byle przeszkoda – las, komin, fabryka, blok na osiedlu – wpływa na tłumienie sygnału. Przy dużym ruchu w sieci lepiej, by ludzie przepinali się do sieci stacjonarnej. Dla ekonomiki korzystania z sieci warto mieć ustawiony komputer na automatyczne przełączanie z sieci komórkowej podczas podróży do routerów stacjonarnych, gdy znajdujemy się w ich zasięgu. To odciąża sieć mobilną. Nie przepniemy wszystkich na media ruchome, jeśli chcemy w sieci oglądać filmy, słuchać muzyki, grać. Trzeba przyzwyczajać ludzi do optymalizacji korzystania z sieci, z wyjątkiem właśnie tych obszarów, gdzie ta sieć nie dojdzie i tam wybieramy między rozwiązaniami radiowymi, komórkowymi i satelitarnymi.

                                          JJZ: Pojawiały się takie głosy, że skoro będziemy wprowadzali niedługo w miastach IoT (internet rzeczy), inteligentne systemy zarządzania, to lepiej postawić wszystko na najnowszym LTE i mieć pełne pokrycie dostępności.

                                          AS: To zadanie dla biznesu. Państwo nie może go w tym wyręczać. Po 2023 roku powinniśmy móc się swobodnie do 5G podłączyć, ale my nie będziemy tyle czekać. Mówimy: „operatorzy, pracujcie nad wdrożeniem 5G, a my w tym czasie mamy środki i wiemy, że niezależnie od tego kiedy to 5G będzie, wy i tak na samym końcu postawicie maszty na peryferiach, bo wasz core biznes to duże miasta, szlaki drogowe i kolejowe”. W tym czasie państwo polskie z pomocą pieniędzy unijnych zainterweniuje w miejscach, którymi nikt się nie interesuje.

                                          JJZ: W pewnym stopniu problem tych peryferyjnych miejsc był rozwiązywany przez małych dostawców internetu. Natomiast z ich strony pojawiły się głosy, że w ostatnich konkursach POPC (Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa – przyp. red.) byli gorzej traktowani. Pojawiły się wymogi udanych realizacji bardzo dużych projektów, którymi po prostu nie mogli się pochwalić w swoim portfolio, w związku z czym nie mogli startować w konkursie.

                                          AS: Te wymagania były jeszcze chyba za małe, bo niestety trochę małych ISP się wykruszyło z OSE. Wielka szkoda, bo z rynkiem małych operatorów jestem od lat związana. Oni się urodzili w czasie uwalniania rynku od monopoli. Pojawiła się cała masa firm rodzinnych, w których często zaczynało się od postawienia jednego komputera na strychu. Potem część z nich powoli poznikała, ale cały czas mamy 2,5 tys. małych operatorów.

                                          JJZ: Razem mają prawie taki udział w rynku jak Orange, który jest przecież zdecydowanie największy.

                                          AS: W żadnym kraju rynek tak nie wygląda. Takim firmom jest ciężko przetrwać. Ale właściciele kochają swój biznes, zakładali go samodzielnie, nie robili tego przy pomocy ekspertów i prawników, a własnymi rękami. Są tak związani ze swoimi firmami, że nie mają żadnych dążeń konsolidacyjnych.

                                          JJZ: Czy to znaczy, że lokalni, mali ISP nie szukają możliwości rozwoju, zwiększenia możliwości zaciągania długu i wchodzenia w duże inwestycje?

                                          AS: Rzadko podejmują się dotowanych inwestycji. Mówią, że koszt prowadzenia dokumentacji unijnej jest dla nich za duży, ryzyko nie do przyjęcia, że ten biznes się nigdy nie spłaci, bo średnie RPU (Revenue Per User) jest za niskie. Małe firmy, jeśli chcą zachować zdrowie, funkcjonują niszowo. Często w osiedlach mieszkaniowych, w dzielnicach biznesowych, ale nie biorą udziału w projektach związanych z białymi plamami. Są oczywiście firmy z tradycjami funkcjonowania w białych plamach, ale dla małych firm to jest za duże wyzwanie. Szanując ich ogromny wysiłek, nie można tracić z oczu celu głównego. A tym jest, by klient jak najszybciej dostał w białej plamie dobry internet.

                                          JJZ: Czyli jeśli mali operatorzy chcą brać udział w rewolucji cyfrowej, to powinni jednak spróbować się skonsolidować.

                                          AS: To dobre rozwiązanie, bo całkiem małe firmy nie poradzą sobie z wystawionymi obszarami wielkości powiatów. Ale już średni jak najbardziej. Widać to na mapie z ostatniego naboru. Netia prawie wszystko zwróciła i się wycofała, Orange ma dużo. Ale reszta to właśnie średnie firmy. Ich nazwy pewnie nawet uważnym obserwatorom tego rynku nie mówią wiele.

                                          JJZ: Jakie jest prawdopodobieństwo, że projekt się nie uda przez te wycofania?

                                          AS: Ta fala się skończyła. Obszary gorsze zostały zweryfikowane i teraz wracają do puli. Defetyzm jest o tyle nieuzasadniony, że teraz układamy to od nowa, możemy zwiększyć finansowanie, zwiększyć obszary, żeby np. było więcej klientów do podłączenia.

                                          Na razie realizujemy program ograniczony, ale w miarę możliwości będziemy go uzupełniać, żeby starzy, młodzi, studenci, emeryci, niepełnosprawni mieli dostęp do internetu.

                                          Mieliśmy na przykład taki obszar, nie wiem jakim cudem wyznaczony, który pozornie był okrągły i spójny. Tylko co z tego, skoro w samym jego środku był las. Część inwestycji była po jednej stronie, a część po drugiej. Przejście kablem jest prawie niemożliwe, bo trzeba porozumieć się z Lasami Państwowymi. To mnóstwo dodatkowych kosztów. Takie błędy będziemy naprawiać i obsadzać poprawione obszary od nowa.

                                          JJZ: Patrząc na te wyzwania, jest pani optymistyczna, że da się połączyć wszystkich Polaków?

                                          AS: Postanowiliśmy z resztą ministrów, że jeśli zostanie trochę pieniędzy unijnych, przeznaczymy je na inwestycje telekomunikacyjne. Chcemy raz, a solidnie – pod klucz, czyli naprawdę doprowadzić internet wszędzie tam, gdzie ludzie tego potrzebują. Na razie realizujemy program ograniczony, ale w miarę możliwości będziemy go uzupełniać, żeby starzy, młodzi, studenci, emeryci, niepełnosprawni rzeczywiście mieli dostęp do sieci. Ustawa o OSE to dobry początek – światłowód nie rdzewieje, sieć radiowa też nie. Będą gotowe i w miarę rozwoju ludzkich potrzeb będzie je można zagospodarowywać. Internet już teraz jest dobrem takim jak dostęp do bieżącej wody czy elektryczności. Nie jest żadnym luksusem. I to się na pewno nie zmieni – zapotrzebowanie na dostęp do sieci będzie tylko wzrastać.

                                            Skomentuj

                                            Co zrobić z książkami, gdy już miejsca brak?

                                            Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                            Autor 30 sierpnia 2017

                                            Czy podczas ostatniej promocji kupiłeś książkę za świetną cenę, a potem odłożyłeś ją na stos “na kiedyś”? Jeśli tak, to za chwilę przyjdzie Ci podjąć decyzję, co zrobić z książkami, które nie mieszczą się już w Twoim mieszkaniu. Rozwiązanie Twojego problemu problemu leży w… sharing economy.

                                            Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                            Rozstanie z książką jest naprawdę trudne. Ich pokaźna ilość to źródło podziwu, synonim intelektu, a nawet afrodyzjak. Gorzej, gdy znajomość ich treści kończy się na tytule i nazwisku autora. To już pierwszy sygnał, że być może nie jest Ci dane mieszkać pod tym samym dachem z tym właśnie egzemplarzem. Być może też zakurzony stosik “na później” powinien zostać przemianowany na “nigdy”. Bądźmy ze sobą szczerzy, czas się rozstać z nadmiarem książek.

                                            Wymień lub oddaj

                                            Zaczniemy tę rewolucję małymi krokami. Może wystarczy wymienić tytuły, które Cię nie interesują na te bardziej fascynujące? W tym celu warto wziąć udział w wydarzeniach typu bookswapping. To forma spotkań, na których bibliofile bezpłatnie wymieniają się książkami. W niektórych miastach Polski odbywają się one cyklicznie, czego przykładem jest krakowskie Drugie Życie Książki czy warszawska Wymienialnia Książek. Podczas tej ostatniej warunkiem uczestnictwa jest przyniesienie książki z dedykacją dla kolejnego czytelnika. No tak, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie lub Warszawie, to jak wziąć udział w bookswappingu? Możesz zorganizować własną lub skorzystać z dobrodziejstwa internetu.

                                            Przykładową platformą wymiany jest BookMooch.com. Proces odbywa się w 4 krokach i łączy się ze zbieraniem punktów. Jak to działa?

                                            1. Tworzymy na platformie listę swoich książek, które chcemy wymienić.
                                            2. Otrzymujemy zapytania od innych użytkowników odnośnie naszych książek.
                                            3. Wysyłamy je pocztą i otrzymujemy punkty za książkę/-i od użytkownika, który je otrzyma.
                                            4. Mając punkty, teraz możemy wybierać spośród setek książek innych użytkowników.

                                            Rejestracja na platformie jest darmowa, więc jedynym realnym kosztem jest wysyłka książek. Podobnie funkcjonuje polskojęzyczna Finta, gdzie można wymieniać się książkami, filmami, grami czy muzyką. Prościej, bo bez punktów, odbywa się wymiana książek na Paper Back Swap. Członkowie klubu mogą wybierać spośród prawie dwóch milionów woluminów… i nie tylko. Oferta Paper Back Swap jest bowiem bogatsza o audiobooki czy podręczniki.

                                            Oddać książki można bezpośrednio. Może to właśnie koleżanka z pracy poluje na egzemplarz “Wielkiego Gatsby’ego”, a pan Kazimierz spod czwórki szuka wszędzie Atlasu Polskich Ryb, który odziedziczyłeś po wujku, fanatyku wędkarstwa. Jeśli jednak nie znasz nikogo takiego, może to właśnie biblioteka miejska przygarnie twój księgozbiór. Weź jednak pod uwagę, że nie wszystkie książki zostaną przyjęte. Te brudne, zniszczone, nieaktualne lub brakującymi stronami nie nadają się do zbiorów bibliotecznych.

                                            Podziel się książkami przez internet! Facebook obfituje w tematyczne grupy, gdzie użytkownicy dzielą się tytułami często podczas towarzyskich spotkań. Najliczniejszą jest Książki – sprzedaż/wymiana książek. Nie można też zapomnieć o licznych platformach do wymiany w barterze lub do sprzedaży z drugiej ręki (wtórnej). Z zagranicznych przedstawicieli to chociażby Craigslist, Swappiness, Swap.com, SwapAce czy Read It Swap It. W Polsce funkcjonuje np. portal Bartersi.pl, gdzie za pomocą punktów (patrz BookMooch) możesz wymieniać się książkami i komiksami, a dodatkowo co najmniej połową wyposażenia swojego mieszkania i garażu.

                                            W bookswappingu udział brała Monika z Lublina. Wspomina go z mieszanymi uczuciami:

                                            Monika

                                            Kiedyś po Facebooku krążyła taka akcja wymieniania się książkami. Osoba, która chciała wziąć udział dostawała imię, nazwisko oraz adres osoby i wysyłała jej książkę, a w zamian miała dostać ksiazkę od innej osoby. Ja akurat robiłam porządki w swojej biblioteczce i miałam trochę książek do rozdania. Wzięłam udział w zabawie z kilkoma osobami i wysłałam 2-3 książki, ale nie dostałam żadnej. Nie zniechęciło mnie to do dalszych wymian, ale wolę wymieniać się z osobami, z którymi się bezpośrednio na to umawiam np. ze znajomymi. Takie wymiany dużo milej wspominam. Zostawiałam też książki w kawiarni, gdzie można wziąć z półki książkę i przynieść inną. Brałam, jeśli coś mnie zainteresowało. W Edynburgu, gdzie teraz mieszkam, czasami są wystawiane książki za darmo przed sklepami z rzeczami używanymi.

                                            Kliknij i rozwiń

                                            Uwolnij!

                                            W wielu miejscach na świecie funkcjonują punkty (np. stoliki, regały, półki, przychodnie, przystanki) bookcrossingu, gdzie możesz bezpłatnie zostawić swoje książki dla innych czytelników, którzy przekażą książkę dalej. Jest to o tyle interesujące, że książki mimo, że “tracą” właściciela, nie są traktowane jako “zagubione” czy “porzucone”.

                                            Jak uwolnić książki?

                                            1. Należy zarejestrować się na wybranej platformie: Bookcrossing.com lub Bookcrossing.pl,
                                            2. nadać im unikalny numer BCID (globalna platforma Bookcrossing.com) lub BIP (polski oddział – Bookcrossing.pl),
                                            3. wypuścić w świat,  
                                            4. śledzić ich drogę poprzez dzienniki podróży.

                                            Bookcrossing jest jednocześnie nieformalną kampanią popularyzującą czytelnictwo. Do tej pory dzięki zarejestrowanym 850 tysiącom użytkowników Bookcrossing.com, 130 krajów zwiedziło prawie siedem milionów książek. Pomyśl tylko, gdzie mogą trafić Twoje książki, gdyby się nie kurzyły na twojej półce!

                                            https://www.youtube.com/watch?v=dVNI0rjOkpE 

                                            Jedną z uczestniczek bookcrossingu była Agata, która swoje wrażenia opisuje tak:

                                            Agata

                                            Zostawiałam książki w punktach typu Zostaw Książkę i Weź coś dla siebie, ale nigdy nie znalazłam nic dla siebie. Fajnie było zostawić tytuły, które w jakiś sposób mi zawadzały. Nigdy nie zdecydowałam się na pozostawienie książek gdzie popadnie, bo bałam się, że będą potraktowane jak śmieć i prędzej się zniszczą, niż ktoś je weźmie. Zdecydowałam się wziąć w tym udział, bo zalegały mi w domu pozycje książkowe, a miałam potrzebę przeczytać coś nowego. A przy tym nie wydać nic… no bo fundusze studenckie bywają skromne.

                                            Kliknij i rozwiń

                                            Sam bookcrossing jest także punktem wyjścia dla licznych inicjatyw czytelniczych. 13. czerwca obchodzone jest Ogólnopolskie Święto Wolnych Książek, kiedy to odbywają się spotkania z autorami, wspólne czytania, debaty, konkursy, flash moby czy imprezy plenerowe. Dzięki takim akcjom uwolniono w Polsce ponad 260 tysięcy książek. Pomysłowość w doborze miejsc do bookcrossingu zaskakuje. Książki można brać z przystanków metra w Londynie, nowojorskich budek telefonicznych, bydgoskich drzew czy poznańskiego giveboxa.

                                            Pomysł bydgoszczan wart 60 tysięcy złotych będzie realizowany w ramach budżetu obywatelskiego. Cztery punkty bookcrossingowe znajdą miejsca w drzewach na terenach miejskich parków i Wyspy Młyńskiej.

                                            Giveboksy Jeżyce i Łazarz podbiły serca poznaniaków. Givebox to miejsce umożliwiające bezgotówkową wymianę wszelkich rzeczy: ubrań, książek, sprzętów domowych, zabawek – czegokolwiek, co tylko Ci przyjdzie do głowy! To tam znajdą one nowych właścicieli. Nie jest to jednak śmietnik, gdzie wrzucisz zniszczone woluminy, których nawet mole nie chcą jeść!

                                            Jak korzystać z Giveboxa?

                                            1. zabierz co chcesz – nie musisz nic zostawiać,
                                            2. zostaw takie rzeczy, które sam chciałbyś znaleźć,
                                            3. nie zostawiaj nic na szafie ani obok szafy,
                                            4. nie zostawiaj produktów spożywczych.

                                            Jeśli do tej pory nie znalazłeś zadowalającego pomysłu na pozbycie się książek, być może założenie własnej biblioteki będzie tym właściwym.

                                            Otwórz własną bibliotekę

                                            Własną lub społeczną. I może nie bibliotekę, a mikrobibliotekę. Tak właśnie wygląda książkodzielnia czyli idea stworzona na kanwie Little Free Library przez Kamila Stelmasika. Dzięki staraniom Miejskiej Biblioteki Publicznej w 2014 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim stanęła pierwsza skrzynka na książki.

                                            Kolejne zostały sfinansowane z gminnego programu “Osiedle Od Nowa” – budżetu na poprawę małej zabudowy i infrastruktury osiedli. Koszt stworzenia takiej skrzynki może się wahać między 300 a 1000 złotych, co nie wydaje się zawrotną kwotą. Możesz ją uzyskać z analogicznego budżetu we własnym mieście, z budżetu obywatelskiego lub ze zbiórki crowdfundingowej. Warto na początek włożyć kilka własnych książek, co przecież jest dla nas korzystne – w końcu chcesz pozbyć się niechcianych tytułów. Gdyby były jakiekolwiek trudności i pytania bez odpowiedzi, pomysłodawca książkodzielni oferuje swoją pomoc.

                                            Nie odkładaj na “później”

                                            Nie odkładaj książek “na później”, zwłaszcza gdy przeciąga się ono w nieskończoność. Nie odkładaj “na później” decyzji o pozbyciu się niechcianych tytułów. Mniej drastycznym sposobem jest wymiana egzemplarzy na te, które będziemy chcieli od razu przeczytać. Możesz je także oddać znajomym lub do biblioteki. Podczas, gdy na Twojej półce giną pod warstwą kurzu, mogą równie dobrze ucieszyć kogoś, kto skorzysta z Twojej biblioteczki – książkodzielni. Nie tylko pozbędziesz się zalegających książek, ale także stworzysz unikatową przestrzeń dla swojej społeczności. Zawsze też możesz wysłać książkę w podróż dookoła świata dzięki bookcrossingowi.

                                            Trudno jest pozwolić ulubionej książce odejść. Z niejednym tytułem wiąże się, nomen omen, niesamowita historia. Dzięki sharing economy przedmiot uzyskuje drugie życie. Siłą ekonomii współdzielenia jest społeczność. Korzystając z jednego z powyższych rozwiązań za każdym razem zyskujesz także dostęp do ludzi zafascynowanych literaturą. Co za tym idzie, możesz liczyć na rekomendacje, najświeższe informacje z literackiego świata czy chociażby nowe kontakty w bogatej zbiorowości. Wykorzystanie platform internetowych pozwala na aktywność nie tylko lokalną, ale i globalną, dodatkowo w bardziej przystępny sposób. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie masz już wymówek dla dalszego przetrzymywania książek. Czas wprawić je w ruch. Powodzenia!

                                            Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                              Skomentuj

                                              Jak korzystać z carsharingu? Krótki poradnik

                                              Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                              Autor 3 sierpnia 2017

                                              Carsharing w Polsce można już traktować jako realną alternatywę dla innych form podróżowania w miastach. Jednak jak korzystać z usług tego typu? Przedstawiamy krótki poradnik, który krok po kroku pokaże, jak wygląda proces wynajmu i korzystania z samochodu w ramach carsharingu.

                                              Nasz poprzedni tekst o carsharingu z serii zamknęliśmy tymi słowami:

                                              “Carsharing miejski rozwija się w Polsce szybciej niż jego brat, czyli model P2P, dzięki czemu najpewniej zajmie silną pozycję w rodzimym krajobrazie sharing economy. W Warszawie, Krakowie, czy Wrocławiu swobodne podróżowanie do pracy wynajętym samochodem przestało już być czymś niezwykłym. (…) Wszystko wskazuje na to, że Polacy naprawdę polubili carsharing.”

                                              Ostatnie kilka tygodni to wzrost dostępności tego typu usług w Polsce – pojawienie się nowych podmiotów i ekspansja tych, które na rynku operują już od jakiegoś czasu. Niebawem usługi carsharingowe staną się nieodłącznym elementem krajobrazu dużych polskich miast, dlatego dobrze wiedzieć jak z nich korzystać. W naszym krótkim poradniku podpowiemy Ci:

                                              • czego będziesz w tym celu potrzebować i jakie wymagania musisz spełnić?
                                              • jak zlokalizować i wynająć pojazd?
                                              • co zrobić w sytuacji wypadku?
                                              • jak zakończyć korzystanie z usługi?

                                              Jako przykład posłuży nam jeden z największych rodzimych operatorów – krakowski (i od niedawna również warszawski) Traficar.

                                              Pobranie aplikacji i rejestracja konta

                                              By móc swobodnie korzystać z usług carsharingowych musisz spełnić kilka wymagań:

                                              • mieć ukończone 18 lat niektórzy operatorzy wymagają ukończenia 21 lat, jednak Traficar, jak i większość podobnych firm jako dolną granicę wieku wskazuje osiemnasty rok życia;
                                              • dysponować aktualnym prawem jazdy kategorii B niektórzy usługodawcy wymagają, by użytkownik miał określone doświadczenie, np. posiadanie uprawnień przez rok, jednak podobnie jak w przypadku granicy wiekowej są to sporadyczne wyjątki;
                                              • posiadać smartfona wynajęcie i korzystanie z samochodu wymaga instalacji dedykowanej aplikacji. Traficar jest dostępny obecnie na systemach Android i iOS.

                                              Po pobraniu i zainstalowaniu aplikacji będziecie musieli zarejestrować konto. Oprócz podstawowych danych takich jak adres e-mail bądź hasło należy także:

                                              • podać dane osobowe w oparciu o dokument potwierdzający tożsamość;
                                              • przypisać do konta dane karty płatniczej to za jej pomocą będą regulowane Twoje należności za wynajem samochodów;
                                              • zrobić zdjęcie pierwszej strony prawa jazdy służy to weryfikacji Twojego konta i uprawnień do prowadzenia pojazdu. Ważne: Traficar nie przechowuje tych fotografii, są one kasowane tuż po weryfikacji danych.

                                              Po podaniu wszystkich wymaganych informacji, następuje proces weryfikacji konta. Przebiega on bardzo sprawnie i nie powinien zająć dłużej niż godzinę. Po zakończeniu weryfikacji konto jest aktywowane. Od tej chwili możesz swobodnie korzystać z samochodów za pomocą aplikacji.

                                              Magdalena Hibner,
                                              Marketing Manager, Traficar

                                              Dane, o które prosimy użytkowników w ramach aplikacji, są niezbędne dla nas i dla bezpieczeństwa usługi. Nie wymagamy zdjęć dowodu osobistego, a zdjęcie prawa jazdy jest wykorzystywane tylko i wyłącznie w celu weryfikacji użytkownika, usuwane z systemu zaraz po jej dokonaniu.

                                              Użytkownik nie musi się martwić o udostępnianie danych, zabezpieczenia są wielopoziomowe i szyfrowane, ale z uwagi na ich bezpieczeństwo nie podajemy więcej szczegółów.

                                              Kliknij i rozwiń

                                              Zlokalizowanie i rezerwacja samochodu

                                              Teraz pora znaleźć najbliższy samochód. Poprzez aplikację (bądź przeglądarkę) możesz skorzystać z mapy, na której widoczne są wszystkie dostępne w danej chwili pojazdy. Dzięki geolokacji Traficar automatycznie wskaże Wam najbliżej zlokalizowany pojazd (jest on oznaczony symbolem “T”). Po wybraniu danego auta wyświetlają się wszystkie przydatne informacje takie, jak:

                                              • dokładna lokalizacja,
                                              • numer boczny auta,
                                              • orientacyjny czas dotarcia i optymalna trasa.

                                              Aby zarezerwować określony pojazd należy wybrać opcję “rezerwuj”. Wówczas samochód staje się niewidoczny dla innych użytkowników. Teraz masz 15 minut, aby dotrzeć do zarezerwowanego auta. Jeśli z jakichś powodów nie dotrzesz w tym czasie na miejsce, rezerwacja zostanie anulowana i cały proces rezerwacji należy rozpocząć ponownie. To mechanizm, który pozwala “odblokować” dostępność pojazdu dla innych użytkowników w końcu chodzi o sharing, prawda? :)

                                              Po dotarciu do zarezerwowanego samochodu musisz jeszcze sprawdzić numer boczny auta oraz zeskanować QR kod, aby otworzyć drzwi. Voila! Możesz korzystać z auta.

                                              Korzystanie z samochodu

                                              W drogę

                                              Po otwarciu samochodu masz 2 darmowe minuty na przygotowanie się do jazdy. W Twojej aplikacji pojawi się ankieta dotyczącą czystości pojazdu. Kluczyk lub karta znajduje się w schowku. Jeśli z pojazdem wszystko w porządku przygotuj się do bezpiecznej i komfortowej podróży i ruszaj w drogę!

                                              Pamiętaj, jeśli zauważysz jakieś nieprawidłowości skontaktuj się z infolinią Traficar.

                                              Opłaty

                                              Każdy operator wykorzystuje określone stawki i sposób naliczania opłat. Zazwyczaj jednak opierają się one na przejechanym dystansie i czasie podróży. Tak też jest w przypadku korzystania z Traficar. Płacisz za każdy przejechany kilometr oraz każdą minutę spędzoną w samochodzie.

                                              Rozliczenie następuje po zakończeniu jazdy, a należność jest pobierana z Twojego konta.

                                              Traficar umożliwia także zaparkowanie samochodu bez kończenia wynajmu. W takiej sytuacji doliczane są opłaty za czas parkowania. Parkowanie w płatnych strefach miejskich jest darmowe, jednak w przypadku korzystania z parkingów prywatnych użytkownik ponosi koszty we własnym zakresie.

                                              Chcesz sprawdzić, ile będzie kosztować Cię podróż jeszcze przed wynajmem samochodu? Wejdź w aplikację lub na stronę Traficar. Znajdziesz tam mapę, na której możesz wyznaczyć początek i koniec trasy, a następnie obliczyć koszt przejazdu.

                                              Mamy problem

                                              Jeśli podczas korzystania z Traficara spowodowałeś wypadek lub uszkodziłeś samochód, zgubiłeś klucz do samochodu lub przydarzyło Ci się cokolwiek innego,  nie panikuj! W takiej sytuacji zadzwoń na całodobową infolinię Traficar i poinformuj konsultanta o zaistniałej sytuacji. On podpowie Ci jakie kroki musisz podjąć. Pamiętaj nie rób nic na własną rękę!

                                              Jeśli miałeś wypadek, ale nie ma potrzeby wzywania na miejsce zdarzenia policji, należy wypełnić druki szkody (w dwóch egzemplarzach). Standardowe druki szkody do wypełnienia znajdują się w bagażniku samochodu, pod dywanikiem.

                                              Nie musisz także martwić się o ubezpieczenie. Nie ponosisz kosztów dodatkowego ubezpieczenia. W stawkach za korzystanie z usługi Traficar zawiera się pełne ubezpieczenie samochodu.

                                              Oddaję auto

                                              Dotarłeś już do celu? Zostawiając pojazd dla kolejnych użytkowników pozostaw klucz w schowku. Pamiętaj także, aby zadbać o porządek. W końcu jedną z największych wartości gospodarki współdzielenia jest wzajemne zaufanie i szacunek.

                                              Dla sfinalizowania usługi w aplikacji naciśnij “zakończ wynajem”. Tylko przypominamy być może coś oczywistego – auto musisz pozostawić na terenie miasta, w którym operuje dostawca carsharingowy.

                                              Wahasz się?

                                              Ciągle zastanawiasz się czy warto korzystać z carsharingu? To przede wszystkim wygoda, oszczędność Twojego czasu i pieniędzy. A niebawem forma poruszania się po mieście tak oczywista, jak tradycyjna komunikacja miejska.

                                              • Za pomocą swojego smartfona masz dostęp do całej floty aut dostępnej na terenie całego miasta.
                                              • Nie musisz martwić się o bezpieczeństwo swoich danych, które po weryfikacji konta zostaną automatycznie usunięte.
                                              • W razie problemów masz dostęp do całodobowej infolinii, gdzie konsultanci pomogą rozwiązać każdą zagwostkę.
                                              • Każdy samochód jest ubezpieczony, nie ponosisz więc dodatkowych opłat.
                                              • Nie musisz płacić za parking na terenie strefy miejskiej.
                                              • Nie masz również ograniczeń czasowych wypożyczania samochodów, możesz więc korzystać z nich o każdej porze dnia i nocy.

                                              Jeżeli to jeszcze nie przekonuje Cię to spróbowania carsharingu, być może niebawem zrobią to Twoi znajomi ;)

                                                Skomentuj

                                                Astroturfing, czyli jak cyfrowo sterować masami i prowadzić wojny hybrydowe

                                                Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                                Autor 27 lipca 2017

                                                Ostatnie wydarzenia polityczne ponownie pokazały siłę mobilizacji w mediach społecznościowych. Szereg komentatorów zauważył jednak, że aktywnym graczem w polskiej sieci jest nieznana siła, której sztuczne kreowanie ruchu określono mianem astroturfingu. Jak głęboko sięga cyfrowa królicza nora?

                                                Do wieczora 22 lipca 2017 roku termin astroturfing był dla Polaków równie kosmiczny, co jego brzmienie. Znane już były określenia takie jak trolling, inżynieria społeczna, socjotechnika – wszystkie oddające w pewnym sensie to samo zjawisko sterowanego z ukrycia ruchu, niegdyś w kontekście manipulacji opinią publiczną przy użyciu tradycyjnych mediów, dziś częściej w ramach aktywności użytkowników w mediach społecznościowych. Autorstwo pojęcia przypisuje się demokratycznemu senatorowi z USA, który w 1985 roku porównał “oddolnie” wysyłane pocztówki i listy poparcia w obronie koncernów ubezpieczeniowych do znanej marki sztucznej trawy “AstroTurf”. Ale czasy, gdy szczytem osiągnięć socjotechniki były masowe przesyłki pocztowe, bezpowrotnie minęły.

                                                Spin doktorzy w erze Tłumu 2.0

                                                Edward Bernays, 1891-1995

                                                Spacer kobiet palących papierosy podczas parady w Niedzielę Wielkonocną to podręcznikowy przykład pionierskiej aktywności w dziedzinie inżynierii społecznej. Chociaż dziś ten obraz ocenilibyśmy jako zdecydowanie normalny, w 1929 roku wciąż szokował jako akt śmiałości przesuwania granic przez sufrażystki i szeroki ruch na rzecz emancypacji kobiet. Wydarzenie jednak nie miało spontanicznego charakterujego autorem był Edward Bernays, a zleceniodawcą American Tobacco Company. Bernays, uważany dziś za twórcę branży public relations, wykorzystał cenne uwagi psychonalityka A. A. Brilla o papierosach jako “pochodniach wolności” kobiet i zatrudniając znane działaczki społeczne zorganizował marsz oraz kampanię społeczną. W ten sposób cynicznie połączył interes korporacji tytoniowej z dobrymi intencjami ruchów społecznych.

                                                Pojawienie się sieci społecznościowych wywróciło ten standardowy model do góry nogami. Co prawda trendsetterzy i tytuły medialne dalej tu są, ale możliwość generowania fałszywego ruchu, lansowania hasztagów i trendów dyskusyjnych, obsługi tysięcy komentujących kont i czarowania niezliczonych stron poparcia czy wydarzeń otworzyła nowe możliwości skalowania działań. Szczególnie niebezpieczna okazuje się jedna z kluczowych zalet sieci – jej anonimowość, pozwalająca na przybieranie fałszywych tożsamości. Konieczność opłacania statystów do uczestniczenia w marszach czy stawiania fałszywych stron WWW instytucji naukowych, jak robiło to m.in. Monsanto rękami firm PR, odeszła na drugi plan.

                                                Czy jest bowiem coś lepszego niż autentyczne tłumy protestujących – ale skrzyknięte przez fałszywy ruch w sieci?

                                                Jedną z pierwszych namierzonych inicjatyw cyfrowego astroturfingu zaprezentował American Petroleum Institute, gdy w sierpniu 2011 roku prawdopodobnie użył około 15 próbnych kont-botów do rozpoczęcia operacji kreowania poparcia dla Keystone XL, projektu rurociągu łączącego Amerykę z ropą z piasków bitumicznych w Kanadzie. Inwestycja wzbudzała powszechny opór ze strony okolicznych mieszkańców i osób zaangażowanych w ochronę środowiska, ale wydawało się, że znaleźli się także jej zwolennicy. Dostrzeżono jednak, że konta utworzono i zapełniono uwiarygadniającymi zdjęciami w tym samym czasie, zaś rzekomo chaotyczne posty były wzajemnie retweetowane w ramach grupy w równie skoordynowany sposób i dotyczyły wyłącznie jednego tematu.

                                                Ruch w sieci jest tak “gęsty”, że rozpoznanie mistyfikacji osiąga nowy poziom trudności w stosunku do starszych cywilizacyjnie i technologicznie form komunikacji. Oznaczanie rozpoznawalnych polityków i postaci świata opinii, podpinanie się pod hasztagi i wrzucanie własnego przekazu, a nawet wkraczanie w cyfrową bańkę innych osób w oparciu o rzekomą znajomość ze świata rzeczywistego to banalne strategie. Nawet autor tego tekstu zetknął się z nimi osobiście.

                                                Historia astroturfingu w wersji cyfrowej – inaczej cyberturfingu – toczy się jednak dalej podobnie do życiowych losów Edwarda Bernaysa. Mistrz PRu zaczynał lansując bekon w menu śniadaniowym, natomiast szybko przeszedł do obsługi kandydatów prezydenckich i wreszcie oczerniania rządów państw nieprzychylnych administracji USA. Dla Guatemali skończyło się to w 1954 roku przewrotem wojskowym sterowanym przez CIA przy wsparciu przychylnie uformowanej opinii publicznej.

                                                Cyfrowa propaganda, wojny botów

                                                Cyberturfing od kilku lat jest obiektem zainteresowania różnych rządów, wojskowych i służb specjalnych, szczególnie najsilniejszych światowych mocarstw. Nowe narzędzia tworzą możliwość jeszcze bardziej nieuchwytną niż same fake news i wojna informacyjna – pozwalają zmieniać społeczne nastawienie do problemów krajowych i geopolitycznych. Dzięki nim możliwe jest tworzenie i rozniecanie “ognisk zapalnych”, tematów dzielących populację, niszczących więzi społeczne, zaufanie, ostatecznie nawet destabilizujących kraje.

                                                W swoim filmie z 2010 roku Taki Oldham ukazał pierwszy zarys strategii cyberturfingu służący do politycznego manipulowania opinią publiczną. Udało mu się wejść w szeregi libertariańskiego centrum American Majority i nagrać jak trenowano zespoły do masowego wystawiania recenzji książkom i propagowania przygotowanych argumentów w różnych serwisach. Głównym donatorem organizacji był Eric O’Keef, polityk i lider organizacji lobbystycznych.

                                                Koncepcja sięga już głębiej. W 2011 roku HB Gary, firma zajmująca się cyberbezpieczeństwem, została w odwecie za próby infiltracji środowiska Anonymous zhakowana. Wśród danych i wymian e-maili znaleziono dokumenty wskazujące na współpracę spółki z US Air Force w zakresie dostarczenia oprogramowania pozwalającego na automatyczną obsługę 10 kont z wygenerowaną “legendą” pełną zdjęć i postów. Narzędzie miało także generować zmienne IP, aby ukryć lokalizację operacji, a nawet przypisywać stałe dla większej wiarygodności. Przypadek został opisany przez różne media, jednak z racji na wagę sprawy dalsze śledztwo może być niemal niemożliwe na lata. Nie jest trudno jednak zauważyć, że mniej więcej w tym samym okresie z sieci społecznościowych na ulice wytoczyła się rewolucyjna fala Arabskiej Wiosny.

                                                Personel Cyber Command Departamentu Obrony USA

                                                Takie praktyki z całą pewnością nie ograniczają się do świata Zachodu. Dobrze opisany jest przypadek działań rządu chińskiego, który zatrudnia nawet do 2 milionów osób w celu dezinformacji, rozpraszania komunikacji aktywistów i generowania prorządowego contentu. Jak wynika z badań, ta “partia 50 centów” (50 Cent Party) składa się w większości z oddelegowanych do tego zadania pracowników biurokracji państwowej.

                                                Dochodzimy także do przypadku, o tyle wywołującego silne emocje, że dotyczy także sytuacji Polski. Rosja od lat jest znana z niezwykłego połączenia polityki zagranicznej i cyfrowej wojny informacyjnej. W 2014 roku analitycy portalu War on the Rocks odkryli, że krytyka syryjskiego prezydenta Asada spotyka się w mediach społecznościowych z falą odpowiedzi ze strony… kont atrakcyjnych kobiet zainteresowanych polityką. Podążając za siecią powiązań, trafili na nieznany, ale oceniany na bardzo dużej wielkości amalgamat prokremlowskich botnetów, przejętych kont i amplifierów agregujących “przekaz dnia”.

                                                Grupa watchdogów z PropOrNot w specjalnym raporcie ocenia, że w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 roku kombinacja rosyjskiego pochodzenia fake news oraz cyberturfingu w istocie z powodzeniem docierała do blisko 15 milionów Amerykanów. W ten sposób sztucznie budowano gorące tematy, takie jak oszustwa wyborcze, czy też najbardziej udany – i całkowicie wykreowany – przekaz o chorobie Hillary Clinton. Przeprowadzono także udane ataki na giełdowe spółki, m.in. Walt Disney Co, wzbudzając panikę w związku z fikcyjnym atakiem terrorystycznym w parku rozrywki.

                                                Warto jednak podkreślić, że celem rosyjskich służb nie było raczej wsparcie Trumpa, ale wzbudzenie atmosfery niepokoju i uderzenie w poparcie dla mandatu zwycięzcy lub zwyciężczyni. Główne wektory cyberturfingu Rosji wobec innych krajów można scharakteryzować tak:

                                                • podminowywanie zaufania obywateli do instytucji demokratycznych,
                                                • tworzenie i podsycanie problemów dzielących społeczeństwo,
                                                • budowanie niechęci do wybieranych przedstawicieli i aparatu państwowego,
                                                • popularyzacja prorosyjskiej optyki na bieżące problemy (np. wojny na Ukrainie),
                                                • rozsiewanie dezinformacji i zacieranie różnic między prawdą i fikcją.

                                                22 lipca 2017

                                                Wróćmy jednak do wyjątkowego sobotniego wieczora w historii Polski ery cyfrowej. W przestrzeni Twittera pojawił się nowy trend, forsujący hasztagi #StopAstroTurfing oraz #StopNGOSoros, oceniający masowe protesty przeciw zmianom w sądownictwie jako skoordynowaną kampanią marketingu politycznego. Użycie nowego hasła – astroturfing – miało zapewne wywołać zaciekawienie odbiorcy i nadać szerzej nieznanemu pojęciu nowe, zgodne z intencjami autora znaczenie. Co najbardziej absurdalne, wszystko wskazuje na to, że to właśnie te tweety były same w sobie astroturfingiem (cyberturfingiem)!

                                                Przykładowy zrzut ekranu z analizy DFR Lab

                                                Digital Forensic Research Lab, grupa monitoringu cyberprzestrzeni należąca do waszyngtońskiego think-tanku Atlantic Council, przeprowadziła maszynowy skan dwóch tagów i opublikowała rezultaty w viralowo rozchodzącym się już artykule. Popularność haseł eksplodowała dokładnie o godzinie 21:00, gdy 2,5 tysiąca kont publikowało wpisy z prędkością nawet do 200 twittów na minutę. Po godzinie aktywność spadła do 100 na minutę i stopniowo wygasała. Taki cykl życia hasztaga jest sztuczny, co łatwo zauważyć porównując go z organicznie rosnącym i rozchodzącym się po sieci.

                                                Poniżej porównanie przygotowane przez portal Neuropa:

                                                Jako zespół WeTheCrowd podkreślamy, że sama analiza częstotliwości wpisów nie jest wystarczającym dowodem na sztuczność ruchu, ponieważ w polskiej sieci równie intensywny i krótki jest czas trwania np. hasztaga programu #WTyleWizji. Dokładne rozbicie grupy publikujących wpisy w pełni jednak dowodzi, że akcja nie była spontanicznym zrywem obywatelskości. DFR Lab zauważył, że 10 najbardziej aktywnych użytkowników przez dwie godziny wysyłało tweeta średnio co 4 sekundy. Górne 50 kont wykreowało ⅓ całego ruchu. Przytłaczająca większość postów ma identyczną treść, dołączone zdjęcia i tagi. Bliska inspekcja kont wykazała, że większość powstała na przełomie 2016 i 2017 roku, a ich legendy są raczej marnymi fasadami, łatwymi do przejrzenia.

                                                Co prawda #StopAstroTurfing i #StopNGOSoros nie chwyciły, ale inny tag generowany w tym samym czasie – #MuremZaPJK – na przestrzeni kolejnych dni powracał już organicznie z częstotliwością do 100 twettów na godzinę. Z analizy Neuropy wynika, że powiązane z protestami hasztagi, takie jak #WolneSądy, #ŁańcuchŚwiatła czy #3xVeto, cechowały się organicznym wzrostem, zaś pośród prorządowych można znaleźć zarówno naturalne, jak #3xTak, jak i przejęte przez boty czy zupełnie sztucznie wykreowane.

                                                To jednak nie jedyna budząca podejrzenia aktywność w stylu cyberturfingu. Tego samego 22 lipca 2017 roku o 11:47 miało bowiem miejsce równie intrygujące zjawisko.

                                                Pod porannym postem na fanpage’u TVN24 nagle pojawiło się kilkadziesiąt identycznych komentarzy o treści “Precz z kaczorem – dyktatorem!”. Jak zauważył serwis “Polityka w sieci”, konta są autentyczne i aktywne. Nasza analiza wskazuje, że wszystkie należą do osób mieszkających w Brazylii. Co prawda sprzedaż lajków czy komentarzy od botów we wszystkich typach mediów społecznościowych jest w dość standardowej ofercie firm marketingu cyfrowego, to wykorzystanie kont nieświadomych użytkowników wskazuje raczej na aktywację dokonaną przez hakerów. Czy jest możliwe, że prawdziwe konta wielu naszych polskich znajomych również są takimi uśpionymi botami?

                                                Kamil Basaj,
                                                Kierownik Projektu INFO OPS,
                                                Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

                                                W krajowym internecie występują aktywne i nieaktywne zespoły wirtualnych użytkowników, boty oraz zindywidualizowane konta społecznościowe pełniące role liderów opinii. Umiejscowienia obiektów w sieciach społecznościowych, ich zdolność do prowadzenia działań w precyzyjnie wybranych obszarach informacyjnych, daje jednoznaczną odpowiedź że takie zagrożenie istnieje.

                                                Kliknij i rozwiń

                                                Hipotezy i porady

                                                Szczęśliwie w dobie big data teorie spiskowe można weryfikować. W Internecie nic nie ginie powiedzenie, które zazwyczaj odnosiło się do naszych kompromitujących zdjęć i godnych pożałowania wpisów z całonocnych imprez równie dobrze możemy obrócić na naszą korzyść. Zagregowane liczby dotyczące ilości kont, częstotliwości umieszczania wpisów, ich zasięgu czy głównych medialnych wzmacniaczy przekazu są dostępne dla każdego, kto wie jak posługiwać się właściwymi narzędziami.

                                                Większość narzędzi do analityki danych z mediów społecznościowych to zaawansowane oprogramowanie analityczne tworzone jako rozwiązanie do optymalizacji strategii marketingowych dla firm. Co za tym idzie, takie programy są płatne, więc jeśli chcemy z nich korzystać do monitoringu obywatelskiego, najlepiej uzyskać dostęp dla szerszej grupy, np. w ramach działalności i budżetu organizacji pozarządowej. Ale są też minimalistyczne aplikacje czy darmowe dema, takie jak wyszukiwarka udostępniana przez platformę Talkwalker.

                                                Prawdziwość danych niestety nie tłumaczy, kto stał za kampanią. Czy oba wydarzenia z 22 lipca są ze sobą powiązane? Czy leniwy menedżer marketingu z TVN24 w istocie zamówił tanie komentarze, a może był to atak ośmieszający stację? Skoro tak, to czy wymierzone w protestujących hasztagi nie były nawet bardziej nachalne i odstraszające a może nie ma to znaczenia, bo miały uruchomić i schować się w większym, już organicznym ruchu? Jaka jest szansa, że był to false flag po to, by rozsierdzić protestujących? Czy można tłumaczyć media takie jak wPolityce czy Niezależna, które dalej ciągną temat nakręcany przez boty?

                                                Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji jednoznacznie wskazuje na Rosję jako źródło działań mających na celu przede wszystkim destabilizację życia społecznego i wpłynięcie na proces podejmowania decyzji, co jest wpisane w szersze cele wojny informacyjnej z naszym regionem. Szczególnie podjęcie wątku George’a Sorosa może wskazywać na podobieństwo do operacji prowadzonych wcześniej przez rosyjskie boty na Węgrzech i w USA. Wstrzymam się się jednak od jednoznacznej oceny z racji na poważne braki informacyjne.

                                                Kamil Basaj,
                                                Kierownik Projektu INFO OPS,
                                                Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

                                                Wspominany atak informacyjny nosi cechy nieprofesjonalnego, łatwo identyfikowalnego działania które nie musi być działaniem właściwym przeciwnika informacyjnego. Obecnie prowadzone prace analityczne są skierowane na identyfikację działań skrytych, dla których wspomniana kampania mogła być wyłącznie elementem maskowania operacji właściwej. Określenie powodzenia lub fiaska kampanii jest możliwe po dokładnym określeniu celu jaki obrał ośrodek inicjujący.

                                                Kliknij i rozwiń

                                                Dlatego główny przekaz tego artykułu ma być ostrzeżeniem i wskazówką co do przyszłości. Polskie społeczeństwo jest już niezwykle spolaryzowane i dalszy postęp tego procesu grozi załamaniem porządku społecznego. Na świecie coraz liczniejsze są głosy, że czas podjąć działania, w tym regulacyjne, by zatrzymać cyberturfing. Stąd chcemy zwrócić uwagę opinii publicznej i decydentów na kroki, jakie mogą zapobiegać kolejnym takim sytuacjom:

                                                • Wszystkie osoby aktywne w sieci powinny korzystać z narzędzi monitoringu oraz każdorazowo weryfikować podejrzane konta przez np. sprawdzenie daty utworzenia, wyszukanie zdjęć danej osoby w Google Images oraz szybkie prześledzenie historii publikowania,
                                                • Sugerujemy, by portale informacyjne i medialne oraz organizacje pozarządowe tworzyły własne narzędzia alertowe, prywatne lub publiczne, które mogą wyłapywać i wysyłać powiadomienia na bieżąco o podejrzanej aktywności w sieci,
                                                • Współpraca międzyresortowa ds. cyberbezpieczeństwa musi aktywnie wejść w obszar mediów społecznościowych i zwalczać cyberturferów przy użyciu krajowych narzędzi technicznych i prawnych, a także we współpracy z administracjami krytycznej infrastruktury cyfrowo-społecznej (jak elegancko można nazwać Facebooka).

                                                Dalszy rozwój sieci i jej powszechne używanie przez młodsze pokolenia z pewnością tylko nasili aktywność cyberturfingu. Co gorsza, machine learning i najnowsze inicjatywy z zakresu sztucznej inteligencji sugerują, że już wkrótce roje botów mogą stawać się nieodróżnialne od prawdziwych użytkowników. Będą uczestniczyć z nami w lokalnych eventach, bawić codziennymi perypetiami we wpisach i sączyć zaprogramowany przekaz we wciągających prywatnych rozmowach. Ile zostało nam czasu, zanim zatęsknimy za opłaconymi spacerowiczkami Bernaysa?

                                                 

                                                  Skomentuj

                                                  Garden sharing – duch natury i wspólnoty w mieście

                                                  Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                                  Autor 25 lipca 2017

                                                  Zielone miasta przestają być fanaberią. W czasach gdy miasta pokrywa betonowa pustynia, każdy skrawek zieleni jest na wagę złota. Jak za pomocą nowych technologii, społeczności i idei współdzielenia przywrócić równowagę w przyrodzie?

                                                  Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                                  W miejskiej przestrzeni jest ograniczona ilość miejsca, która pozwola na uprawę roślin, zwłaszcza jadalnych. W świecie o kurczących się zasobach remedium może być odwołanie się do sharing economy. W tym przypadku garden sharingu.

                                                  Czym jest garden sharing?

                                                  Garden sharing  to współdzielenie umiejętności i zasobów ogrodowych, narzędzi i nasion w celu wspólnego, lokalnego uprawiania owoców i warzyw. Osoby z przestrzenią ogrodową udostępniają ją osobom mającym wiedzę oraz narzędzia.

                                                  Garden sharing (w Ameryce Północnej znany także jako yardsharing) to dzielenie się np. trawnikami czy pasami zieleni z sąsiadami lub ochotnikami do roli ogrodnika. Jest to idealnie rozwiązanie dla tych, którzy mają do dyspozycji przestrzeń, ale nie mają czasu na jej pielęgnację oraz tych, którym marzy się ogród z prawdziwego zdarzenia. Garden sharing łączy obie grupy dając obopólne korzyści. Właściciel trawnika zyskuje w zamian płody roli, a ogrodnik przestrzeń do relaksu. Co ważne, na styku tych dwóch grup korzysta nie tylko mikro-gospodarka, ale także lokalna społeczność.

                                                  Ponadto:

                                                  • dzięki lokalnej uprawie warzyw i owoców zmniejsza się zanieczyszczenie powietrza poprzez redukcję transportu roślin na talerz;
                                                  • garden sharing pełni funkcję edukacyjną odnośnie zdrowego żywienia i odpowiedzialności przemysłu żywieniowego;
                                                  • takie rozwiązanie pozwala także na łatwy i niedrogi dostęp do świeżych warzyw i owoców, które stają się rarytasem;
                                                  • może być doskonałym uzupełnieniem domowego budżetu starszych ludzi poprzez sprzedaż zieleniny;
                                                  • poprzez samodzielną uprawę roślin mamy pewność co do ich jakości i bezpieczeństwa od pestycydów;
                                                  • garden sharing wspiera rozwój lokalnej przedsiębiorczości opartej na rolnictwie;
                                                  • daje także większą niezależność od rosnących cen żywności.

                                                  Taka współpraca może polegać na bezpośrednim kontakcie lub poprzez dedykowane platformy. Większość tego rodzaju stron jest darmowa i niekomercyjna. Choć dziś funkcjonują w okrojonym zakresie, warte wspomnienia są dwie.  Pierwszą z nich jest Yardsharing.org. To nie tylko narzędzie łączące ogrodników z właścicielami, ale także kompendium wiedzy. Na portal jednak trzeba brać poprawkę – ostatnie ogłoszenia są z 2014 r., a jego zakres obejmuje jedynie Stany Zjednoczone.

                                                  Na podobnej zasadzie co Yardsharing.org działało HyperLocavore. Po zostaniu członkiem (pea), tworzyło się grupy chętnych dla każdego nieużytku. Cała komunikacja odbywała się poprzez forum i tam też znajdowało się swoiste centrum zarządzania ogródkiem. Dziś prężnie HyperLocavore działa jako strona na Facebooku. Można tam znaleźć także inspiracje z całego świata nt. urban i guerilla gardeningu.

                                                  Inaczej ma się sprawa z MyCityGardens. To Tinder dla ogrodników! Za pomocą listy znajdziesz ogródek lub chętne do pobrudzenia ziemią ręce. Ograniczeniem jest jedynie lokalizacja, platforma bazuje bowiem na Bostonie. Na identycznych zasadach funkcjonują Shared Earth i Urban Garden Share:

                                                  1. Na podstawie adresu wybierasz najbliższy, ale też najlepszy Twoim zdaniem teren.
                                                  2. Kontaktujesz się z właścicielem, który zgłosił wcześniej przestrzeń na stronie…
                                                  3. …i omawiasz szczegóły współpracy.

                                                  Garden sharing nieco inaczej

                                                  Modele współpracy w garden sharingu mogą się od siebie różnić. Wypisane wcześniej platformy mają charakter czysto niekomercyjny. LandShare w przeciwieństwie do nich, łączy w ramach Land Share Partnership mniej doświadczonych rolników z tymi bardziej. To tworzenie biznesowych partnerstw na podstawie dostępu do niezagospodarowanej ziemi. Z racji biznesowej natury tej współpracy, proces jest bardziej formalny niż inne inicjatywy garden sharingu.

                                                  Samo Land Share działa jako przedsiębiorstwo społeczne, które chce być katalizatorem zmian w zarządzaniu ziemią jako zasobem.

                                                  Równie nieco inną formę garden sharingu reprezentuje Edinburgh Garden Partners. To piękna charytatywna inicjatywa bowiem tu wolontariusze-ogrodnicy dbają o działki lub ogródki osób starszych i z niepełnosprawnościami. W ubiegłych latach w ramach EGP współpracowało ponad 70 wolontariuszy – ogrodników.

                                                  Ogrody społeczne (lub społecznościowe)

                                                  Rozmawiając o garden sharingu, karygodnym byłoby pominięcie idei ogrodów społecznych (lub społecznościowych). O ile garden sharing opierał się na relacji dwóch stron, tj. właściciela ziemi z ochotnikiem-ogrodnikiem, o tyle ogrody społeczne tworzy zbudowana wokół miejskiego nieużytku społeczność. Oprócz współdzielenia przestrzeni jak przystało na sharing economy, korzeni ogrodów należy także upatrywać w ogrodnictwie miejskim (urban farming).

                                                  Ogrody społeczne/społecznościowe to zieleńce uprawiane przez lokalną społeczność. Niektóre mogą się specjalizować, ale zazwyczaj zawierają zarówno owoce, warzywa, kwiaty jak i zioła.

                                                  Miejsce nie ma znaczenia. W Brukseli warzywa uprawia się na tarasie Biblioteki Królewskiej. W Sztokholmie zielone ogrody powstały na nieużywanej bocznicy kolejowej.

                                                  Pomysł na ogród społeczny w większości pojawia się oddolnie, są jednak i takie miejsca, jak np. Gdynia, gdzie zieleńce powstają przy udziale urzędu miasta. Wbrew pozorom ogród społeczny nie jest rzadkością w Polsce, na lokalną uprawę zdecydowali się mieszkańcy Słupska, Gdańska, Poznania, Krakowa, Wrocławia, Cieszyna, Zielonej Góry, Częstochowy, Żar i wiele innych.

                                                  Jak pisze Patryk Białas takie rozwiązanie wpływa bardzo pozytywnie nie tylko na przestrzeń, ale i mieszkańców:

                                                  Spotykają się, rozmawiają i plotkują. Odpoczywają. Poprawiają się relacje sąsiedzkie. Zwiększa się duma i zaangażowanie społeczności lokalnej. Wartość nieruchomości wzrasta. (…) Mieszczanie stają się prosumentami – zarówno konsumentami, jak i producentami nie tylko energii, ale i żywności.

                                                  Ogród społeczny po polsku

                                                  Wybrałam 3 polskie platformy, które pomogą Ci w tworzeniu współdzielonego ogrodu. Pierwszą z nich jest Nasz Ogród Społeczny. To kopalnia wiedzy z zakresu miejskiego ogrodnictwa, planowania przestrzeni oraz partycypacji. Wszyscy zainteresowani znajdą tu m.in. słownik pojęć, porady – jak zacząć i jak pozyskać finansowanie, mają możliwość zadania pytania ekspertowi, a także bibliotekę inspirujących przykładów ogrodnictwa miejskiego ze świata i z Polski.

                                                  Inspirację i wiedzę można także śmiało czerpać od trójmiejskiej Fundacji MY i ich projektu Ogrody społeczne. Na swojej stronie poświęcają dużo uwagi temu jak i po co tworzyć ogrody społeczne. Ostatnia to Społecznik 2.0 czyli analiza ogrodów społecznych. Do & Don’t tworzenia takiej przestrzeni dla lokalnej społeczności.

                                                  Tyle teorii, co na to praktyka? Zapytałam Agatę Półtorak z wrocławskiego Warzywnego Ogrodu Społecznego.

                                                  Agata Półtorak,
                                                  Warzywny Ogród Społeczny

                                                  Przestrzeń zdecydowaliśmy się stworzyć z kilku powodów. Przede wszystkim niesie to za sobą wiele pozytywnych wartości i zbliża ludzi do natury. Dzieciaki są zachwycone, gdy mogą zobaczyć jak rosną ogórki czy cukinie. My sami mamy olbrzymią pasję i frajdę z tworzenia miejsc, które w jakiś sposób mogą integrować lokalną społeczność.

                                                  Nasz ogródek warzywny nie jest typowy, jest to bardziej miejsce spotkań niż prawdziwy ogród nastawiony na uprawę. Przemycamy w nim trochę wartości edukacyjnych i estetycznych jakie dają nam rośliny użytkowe.

                                                  Myślę, że rozwijające się społeczeństwo coraz bardziej docenia takie inicjatywy, więc przyszłość widzę optymistycznie. Nie wiadomo tylko w jakim czasie stanie się to bardziej popularne.

                                                  Kliknij i rozwiń

                                                  Zielona ewolucja

                                                  Już dziś Green Cross Poland przekonuje że modernizacja terenów zieleni pozwoli uczynić polskie miasta nie tylko mniej uciążliwymi dla środowiska, ale przede wszystkim zdrowszymi i bardziej przyjemnymi miejscami do życia. Efekty pracy miejskich ogrodników-ochotników przekładają się na dziedziny życia nie tylko związane z jedzeniem, ale także zdrowiem psychicznym, dobrobytem, przedsiębiorczością, edukacją, estetyką miasta i transportem.

                                                  Obserwując ideę garden sharing i ogrodów społecznych, odnosi się wrażenie, że przyszłość nowoczesnych miast zależy od sharing economy. Współdzielenie przestrzeni i miejskie ogrodnictwo z nim związane to rozwiązanie wielu przestrzennych, ekonomicznych oraz społecznych bolączek. Dzięki tym ideom widać także, jak bardzo dziś tęsknimy za kontaktem z drugim człowiekiem i naturą.

                                                  Do tej pory garden sharing i ogrody społeczne działały głównie jako oddolne inicjatywy. Czy nowe technologie będą wsparciem w zielonych inicjatywach? Moim zdaniem tak, choć podobnie jak w foodsharingu, wciąż brakuje dobrych polskich aplikacji. Czy ich stworzenie to porywanie się z motyką na słońce?

                                                  Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                                                    Skomentuj