Co-creation

Przeczytasz w 1 minut
Autor 28 listopada 2017

W epoce social media Twoje produkty, usługi i treści mogą powstawać z udziałem internautów – klientów, kontrahentów, konsumentów. To sposób na zaoferowanie unikalnego doświadczenia, budowanie lojalności oraz poznanie potrzeb odbiorców.

Pokażemy Ci jak w epoce internetu współtworzyć wartość z dowolną społecznością.

    Szkolenia

    Skomentuj

    Czego nauczyły mnie ostatnie kampanie crowdfundingowe (i jakich błędów ty możesz uniknąć)

    Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
    Autor 7 grudnia 2017

    Crowdfunding to bardzo plastyczna materia. Podczas zbiórki zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów, ale to także szansa na naukę. Patrząc na to w ten sposób, przy dwóch ostatnich kampaniach finansowania społecznościowego proces uczenia się kosztował mnie kilka siwych włosów.

    W 2017 r., niemal w jednym czasie, pomagałem w przygotowaniu i realizacji dwóch całkiem różnych zbiórek crowdfundingowych.

    Pierwsza kampania to HandyShower (HS), czyli przenośny, wielofunkcyjny system sanitarny, prawdziwie nowatorskie urządzenie inżyniera Zdzisława Iwanejki. Za sprawą crowdfundingu chcieliśmy przetestować rynek, zebrać środki na produkcję serii testowej produktu, a także pomysły od użytkowników na to, jak jeszcze możemy go usprawnić.

    Druga kampania to zbiórka na film dokumentalny “Siostry”, realizowana przez Stowarzyszenie Aktywne Kobiety (SAK). Obraz opowiada historię trzech afgańskich sióstr, prawdziwych kobiecych liderek, a my chcieliśmy dotrzeć z ich historią do jak najszerszego grona ludzi, a przy tym zebrać środki na dystrybucję i promocję filmu.

    bledy-kampanie-crowdfundingowe-wethecrowd

    Zanim podzielę się z Tobą błędami, które popełniłem podczas ich realizacji i lekcjami, które możesz z tego wynieść dla siebie, zaznaczę:

    • obydwie zbiórki realizowane były w okresie wakacyjnym
    • dla obydwu przygotowaliśmy solidne strategie…
    • … chociaż w obu przypadkach nie mieliśmy za wiele czasu na przygotowania.
    • pomimo pewnych turbulencji, obydwie kampanie zakończyły się sukcesem;)

    No dobrze, a teraz do rzeczy!

    1. Nie zaczynaj i nie kończ swojej zbiórki w wakacje

    To chyba najbardziej bolesna lekcja, którą odebrałem i najprostsza rada, jaką mogę Ci dać już na początek. Kampanię HS zaczynaliśmy w czerwcu i kończyliśmy w środku wakacji i w tym samym momencie startowaliśmy ze zbiórką SAK. W efekcie o każdy grosz trzeba było walczyć dwa, jeśli nie trzy razy ciężej niż o dowolnej innej porze roku. Nie wspominam już o utrudnionej dostępności influencerów, którzy byli podstawą naszej strategii w kampanii “Sióstr”.

    Niestety, w obu przypadkach nie miałem na to wpływu, ale dziś, postawiony przed taką sytuacją, nie ustąpiłbym – crowdfunding? tak, ale nigdy w okresie wakacyjnym. Dlaczego? To chyba oczywiste, ale żeby być precyzyjnym:

    • w wakacje ludzie są fizycznie i mentalnie w innym miejscu; pozostają często poza zasięgiem sieci…
    • …a już z pewnością nie myślą o odwiedzaniu platform crowdfundingowych,
    • a nawet jeśli to robią, zaglądają częściej do portfela, bo w lipcu i sierpniu masę wydatków związanych z wyjazdami.

    Efekt? Niski ruch na Twojej stronie zbiórki oraz stosunkowo rzadkie wpłaty o względnie niskiej wartości.

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    Serio. Jeśli tylko masz taką możliwość, to nigdy nie startuj i nie kończ zbiórki w okresie wakacyjnym.

    2. Uzyskaj dowód słuszności od społeczności

    Komu ufasz bardziej? Twórcom urządzenia, którzy ubiegają się o Twoje fundusze? Czy użytkownikom, którzy to urządzenie przetestowali i dzielą się swoimi opiniami w social media?

    Zasadniczy błąd, który popełniliśmy w przypadku HS (powiązany też z presją czasu) to to, że mając fizyczne urządzenie w wersji prototypowej, nie przekazaliśmy go wystarczająco wcześnie grupie użytkowników do testów.

    Gdybyśmy zrobili to przed startem zbiórki, to już na platformie crowdfundingowej moglibyśmy chwalić się tak fajnymi, autentycznymi recenzjami vlogerów:

    Te materiały powstały pod koniec zbiórki. Wystarczyło wysłać urządzenia do testów blogerom odpowiednio wcześnie, a zasięg ich contentu oraz przekaz na pewno skierowałyby do nas więcej wspierających i wpłat. Być może także odbiór urządzenia byłby lepszy.

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    Jeżeli tylko posiadasz prototyp fizycznego urządzenia, zorganizuj możliwość przetestowania go przez użytkowników przed zbiórką lub na początku zbiórką. Jeżeli Twój produkt nie jest fizyczny (wydarzenie, akcja społeczna), przynajmniej zbierz rekomendacje, przygotuj koncepty – daj społeczności poczucie, że to, na co potrzebujesz od niej pieniędzy, da się zrealizować. I że to zadziała.

    3. Dokonuj korekt w oparciu o feedback

    Jak postrzegasz swój produkt? Wiesz jak, prawda? (Z pewnością nie jesteś obiektywny ;) ). A jak widzi go potencjalny nabywca i wspierający? Tu zaczynają się schody. Pozycjonowanie to zespół aktywności marketingowych, które mają służyć budowaniu pewnego wyobrażenia Twojej marki, produktu, usługi w umyśle odbiorcy.

    Przez to, że nie HandyShower nie znalazł się w rękach użytkowników przed startem kampanii, niewiele wiedzieliśmy o tym, jakie widzą w nim cechy, wady, zalety. Dopiero po starcie okazało się, że większość osób nie widzi tej innowacji, którą widzimy my. I natychmiast porównuje HandyShower ze zwykłym prysznicem kempingowym. Jaka była nasza reakcja? Błyskawicznie przygotowaliśmy prostą grafikę:

    Zadbaliśmy też o film, który prezentuje mnogość możliwości wykorzystania urządzenia:

    Jednak gdybyśmy już na początku zadbali o te materiały, z pewnością osłabilibyśmy falę sceptycyzmu, z którą spotykaliśmy się w komentarzach pod tekstami w mediach (m.in. Spider’s Web. MamStartup i kilka innych).

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    Musisz działać zwinnie i reagować na uwagi społeczności. Nawet jeśli się z nią nie zgadzasz, zawsze oferuje Ci chociaż szczyptę kolektywnej mądrości. Pozostawić margines na korektę w swojej strategii i elastycznie usprawniać sposób w jaki pozycjonujesz swój produkt lub usługę. Znaczenie ma:

    • dobór słów,
    • ich kolejność,
    • każde wideo i zdjęcie.

    To w ten sposób pokazujesz ludziom co finansujesz, nawet jeśli nie mieli tego w rękach. (a jeśli spełnisz także pkt. ?, będzie jeszcze łatwiej).

    4. Zadbaj o wystarczająco duży rozbieg

    Mówi się: trenuj ciężko, wygrywaj lekko. To jedna z kluczowych zasad, które zawarliśmy w naszym podręczniku crowdfundingu.

    W przypadku obu kampanii wiedziałem, że mamy zbyt mało czasu na zbudowanie masy krytycznej potrzebnej do czegoś, co nazywam “miękkim startem”. Stało się to odczuwalne, kiedy tylko licznik zaczął odmierzać czas. Brak silnej społeczności w połączeniu z okresem wakacyjnym nie pozwolił nam na uzyskanie znaczącej ilości wpłat w ciągu pierwszych 48h. To z kolei:

    • obniżyło morale zespołu,
    • nie pozwoliło na zbudowanie “success story” w oczach mediów w pierwszym tygodniu,
    • dało potencjalnym wspierającym poczucie, że zbiórka nie cieszy się powodzeniem.

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    Zawsze daj sobie czas na “rozbieg” (1-3 msc), tj. na start dopiero w momencie, w którym wiesz, że stoi za Tobą społeczność ludzi gotowych wpłacić pieniądze pierwszego dnia zbiórki. Jak to zmierzyć? Ilością adresów e-mail, ilością fanów Twojej strony na FB, ilością interakcji pod postami… ten pierwszy wskaźnik jest najważniejszy i najbardziej miarodajny. Bardziej miarodajne mogą być jedynie otwarte deklaracje chęci wpłacenia na Twój projekt.

    5. Zorganizuj zespół i komunikację wewnętrzną

    Zbiórka współorganizowana przez nas z SAK cierpiała w pewnym momencie na chaos wynikający z komunikacji wewnętrznej. Nie ma takiej strategii, której nie da się położyć przez złe jej wykonanie. A to najczęściej ma swoje źródło w komunikacji i podziale obowiązków.

    Mieliśmy problem ze znalezieniem ważnych dokumentów, nie wiedzieliśmy, kto ma kontaktować się z celebrytami i influencerami, nie było jasności, kto odpowiada za przygotowanie mailingu, a kto za reklamę AdWords… można było tego uniknąć, przyjmując jasne dla wszystkich ustalenia i system komunikacji.

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    Jeszcze przed startem, bez względu na to czy dysponujesz zespołem ludzi czy współpracujesz z taką agencją jak WeTheCrowd, zadbaj o:

    • przemyślany i wyraźnie zakomunikowany zakres ról i funkcji;
    • płynny przepływ informacji w zespole (przydadzą się współdzielone dokumenty na Google Drive, Slack czy inne narzędzie szybkiej komunikacji);
    • system raportowania, który pozwoli na wspólne wyciąganie wniosków i korekty w strategii.

    6. Działaj w zgodzie z Prawem Murphy’ego

    Pisałem o tym, że dobrą strategię może zaprzepaścić złe jej wykonanie. Może być też tak, że problem leży w samej strategii, dlatego nie powinno się jej traktować jak “świętej księgi”. To po prostu zespół założeń, hipotez i plan działań, który ma prowadzić do konkretnego, pożądanego efektu. Jeżeli praktyka pokazuje, że się nie sprawdza, trzeba zmienić założenia i/lub przetestować nowe hipotezy.

    Chcesz przykładów? Całą naszą strategię marketingową kampanii dla “Sióstr” oparliśmy na 4 solidnych (zdawałoby się) filarach:

    1. rekomendacji i zaangażowaniu influencerów (znani polscy aktorzy i aktorki)
    2. rozległej bazie mailowej (kilka tysięcy adresów)
    3. kontaktach z zagranicznymi aktywistami i ośrodkami
    4. relacjach z mediami

    Wszystko potoczyło się jednak w zgodzie z tzw. “prawem Murphy’ego”. Wiesz, co to znaczy, prawda?

    1. Influencerzy okazali się całkowicie niedostępni i niemrawi w okresie wakacyjnym. Nie podawali dalej naszych treści, a jeśli je podawali, to bez wezwania do działania dla fanów.
    2. Baza mailowa była przepełniona nieaktualnymi i przypadkowymi adresami, o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie (czytaj: po dokonaniu rozsyłki po starcie).
    3. Zagraniczni aktywiści nie mogli wpłacać datków na film ze względu na problemy z systemem płatności.
    4. Mediów nie obchodziła nasza zbiórka, bo nie radziliśmy sobie dobrze (patrz pkt. 1-3).

    Jaka w tym lekcja dla Ciebie?

    My musieliśmy w pośpiechu przebudować strategię i rozwiązać nieprzewidziane problemy. Ale byłoby nam łatwiej, gdybyśmy pamiętali o prawie Murphy’ego ;) i mieli w zanadrzu kilka alternatywnych rozwiązań. Prośba: Ty tego błędu nie popełniaj, zgoda?

    Pamiętaj…

    …że zawsze jest miejsce na popełnienie kilku nowych błędów. Ale nie wierz mitowi, że uczymy się wyłącznie na swoich błędach. Czasem po prostu możesz uczyć się na cudzych, np. moich ;)

    A może już popełniłeś/-aś w przeszłości swoją porcję błędów podczas realizacji crowdfundingu i chcesz, aby znalazły się w kolejnym tekście? To dołącz do naszej ekskluzywnej grupy i podziel się nimi!

    >>>> KLIKNIJ, ŻEBY PRZEJŚĆ DO GRUPY <<<<

      Skomentuj

      Dzień z Traficarem. Recenzja carsharingu

      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
      Autor 26 października 2017

      Rosnąca popularność carsharingu skłoniła mnie do przetestowania auta na minuty. Czy rzeczywiście rozwój trendu współdzielenia samochodów będzie oznaczał zmierzch posiadania ich na własność?

      Od pewnego czasu w różnych częściach Warszawy (i nie tylko) można zauważyć charakterystyczne srebrne auta z niebiesko-fioletowym logo. Kojarząca się z futurystycznymi pojazdami flota należy do platformy Traficar, której główną propozycją wartości jest możliwość łatwego wypożyczenia auta w dowolnym miejscu i momencie. O usłudze miałem szansę usłyszeć już z różnych źródeł, szczególnie ze strony młodych pracowników biurowych, których zdaniem carsharing to alternatywa dla pustoszących portfel taksówek i perspektywy życia z kredytem na auto.

      Korzystając z uprzejmości firmy Traficar, spędziłem typowy dzień roboczy poruszając się po mieście autem na minuty.

      Ruszamy

      Po krótkim i dość standardowym dla takich aplikacji założeniu konta (trzeba docenić, że nie przepisujemy nic z prawa jazdy – wystarczy zdjęcie!) uruchomiłem mapę. Wszystkie dostępne auta w Warszawie to Renault Clio. Czasem nie ma żadnego auta w pobliżu, więc musimy nastawić się na kilka minut pieszej wędrówki. Rezerwacja auta przez aplikację daje 15 minut na dotarcie i to dość rozsądnie oszacowany czas, chociaż nie zawsze carsharing będzie najlepszym wyborem jeśli wyjątkowo się spieszymy. Tym razem samochód znajdował się dokładnie po drugiej stronie ulicy.

      traficar-wethecrowd

      Mając styczność z miejskimi rowerami, od razu rozpoznałem kod QR na drzwiach kierowcy. Skanujemy go aplikacją i voila, drzwi otwarte. Zanim zacznie się naliczać opłata za czas wynajmu i przejechane kilometry dostajemy 2 minuty gratis na przygotowanie się do jazdy.

      traficar-wethecrowd

      Aplikacja od razu pyta o czystość wnętrza i zewnętrza samochodu. Sami oceńcie – ja wybrałem “najszersze uśmiechy” i mam wrażenie, że jest to w miarę spójnie utrzymywany standard.

      traficar-wethecrowd

      W drzwiach kierowcy znalazłem dwustronną kartę z szalenie cenną dla nowicjusza instrukcją obsługi/postępowania i FAQ. To nie tylko podstawowe informacje jak odpalić samochód, ale i m.in. instrukcja krok po kroku parowania smartfona ze sprzętem audio.

      traficar-wethecrowd

      Największą siła carsharingu jest autentyczna wygoda z jego korzystania. Bak nalany do pełna lub przynajmniej do połowy i banalna procedura w razie kolizji (jeden telefon i Traficar przejmuje problem) to gwarancja, że od momentu zamknięcia drzwi jedynym naszym zmartwieniem są warunki na drodze. Instrukcja rozwiewa wątpliwości jak działa wypożyczenie.

      Kluczyki w formie płaskiej karty znajdują się w schowku, tuż obok dowodu rejestracyjnego. Ważne, żeby kończąc wypożyczenie odłożyć je z powrotem tak, żeby okrągły magnes zaskoczył na swoje miejsce.

      traficar-wethecrowd

      Pierwszą trudnością może być znalezienie miejsca, gdzie należy umieścić kluczyki żeby uruchomić auto. Próby przyczepienia okrągłego magnesu za kierownicą spełzły na niczym. Przy dokładnym przejrzeniu tablicy i innych urządzeń w końcu znalazłem odpowiednią szczelinę – oznaczoną, ale położoną na tyle nisko, że z czystej chęci ułatwienia tego etapu czytelnikom załączam kolejne zdjęcie.

      traficar-wethecrowd

      Jazda

      Uruchomiłem silnik guzikiem, włączyłem światła (nie steruje tym automat) i wyjechałem na szerszą drogę. Renault Clio okazało się zgrabnym i dynamiczny autem, świetnie pasującym do niejednokrotnie chaotycznej szarady zmienianych pasów i przeciskania się przez zastawione (posiadanymi na własność autami) alejki. Bardzo pozytywnie odnotowałem też, że subtelny dźwięk ponaglał mnie do wskakiwania na wyższe biegi, co działa jak prowadzenie za rękę przy zaznajamianiu z mechaniką pojazdu. Dla osób przyzwyczajonych do większych aut wejście na czwórkę nastąpi w oka mgnieniu, co akurat dość dobrze pasuje do miejskich warunków jazdy.

      Trochę problemów sprawił mi wbudowany system wyznaczania trasy. Dwukrotnie pozwoliłem sobie zjechać nieco ze ściśle wyznaczonej trasy, co skończyło się natychmiastowym porzuceniem celu i totalnym zapomnieniem o lokalizowaniu. Czy GPS ma już sztuczną inteligencję, która lubi się obrażać? Wielka szkoda, że w autach nie ma (lub ja nie znalazłem w swoim) uchwytów na telefon, bo postawiłbym na własną, mniej kapryśną aplikację.

      Warto dodać, że można bezproblemowo zmienić język systemu – i ustawienie nie obejmuje tylko jednego przejazdu. Bardzo przydatne byłoby połaczenie tej funkcjonalności bezpośrednio z aplikacją, bo nie wyobrażam sobie porannych zmagań z mapą, która odpowiadałaby mi cyrylicą – a słyszałem o takich przypadkach.

      Podczas pierwszej próby parkowania ponownie doceniłem wymiary auta. Darmowy parking na terenie prawie całej Warszawy nie znaczy przecież, że spokojnie znajdziemy miejsce. Traficar specjalną naklejką przypomina o wyłączeniu świateł, zresztą zupełnie słusznie. Współdzielenie auta jest tak łatwe, że równie łatwo można zapomnieć o szczegółach.

      traficar-wethecrowd

      Absolutnie nie trzeba obawiać się krótkich postojów. Mając do załatwienia szybki odbiór na poczcie stanąłem na kilkanaście minut przechodząc na tryb opłaty postojowej,  kosztowało mnie dosłownie półtora złotego.

      Kończąc całe wypożyczenie koniecznie trzeba odłożyć kartę na miejsce i przede wszystkim po wyjściu z auta zakończyć operację za pomocą aplikacji.

      traficar-wethecrowd

      Ocena

      Auta Traficar są zdecydowanie czyste i nowe, a dynamiką wpasowują się w poruszanie po mieście. Ogromnym plusem jest zdjęcie z kierowcy głównych zmartwień – kosztów paliwa, ubezpieczenia, opłaty za parkowanie. To w świecie sharing economy absolutny wymóg dobrej platformy. Drobne usprawnienia w przyszłości powinny umożliwiać większą interakcję na linii auto-aplikacja. To może też ułatwić wprowadzanie nowych aut, o innych systemach i ustawieniach, do floty (wiem, że w Krakowie we współpracy z IKEA wprowadzono już np. dopasowane do przewozu mebli). Pewnym utrudnieniem jest wciąż ilość aut. Nie zawsze mogłem znaleźć samochód w zasięgu pieszych 5 minut, szczególnie poza Śródmieściem, Mokotowem, Żoliborzem i Pragą.

      Jak carsharing wypada cenowo? Naprawdę różnie, ale z taksówkami wygrywa bez większych problemów. Niemal identyczne czasowo i dystansowo przejazdy wypadły w zależności od pory dnia z mocnym, kilkuzłotowym rozstrzałem. Generalnie typowe przejazdy w stolicy – szacowane przeze mnie na 20-40 minut i 5-15 kilometrów – mieszczą się w widełkach 10-30 złotych. Opłaty są każdorazowo podawane przy wypożyczaniu, więc nieprzyjemnych zaskoczeń nie będzie.

      Jeśli zadajesz sobie pytanie, czy warto skorzystać ze współdzielenia aut, to odpowiedź jest dość jasna. Być może kiedyś warto było posiadać auto, był to pewien status społeczny i chluba. Dzisiaj doceniamy ponownie koncepcję wolności rozumianą jako wolność od zmartwień, własności, problemów. Poruszanie się autem w Warszawie ustępuje komunikacji publicznej, ale są przypadki, gdy samochód jest niezbędny i Traficar jest odpowiedzią, w pewnym sensie, “bez zobowiązań”.

      Nie ma lepszego zastosowania dla carsharingu niż wyjechanie w piątkową noc i powrót bez martwienia się tym, jak wrócić po auto zaparkowane w innej dzielnicy…

        Skomentuj

        Współdzielmy ubrania. Sharing economy transformuje świat mody

        Przeczytasz w 20 minut Collaboration
        Autor 17 października 2017

        O diable wiemy, że ubiera się u Prady. Podobnie szafa każdego śmiertelnika i śmiertelniczki ograniczona była do tej pory możliwościami zakupowymi kolejnych kolekcji wybranych marek. Gospodarka współdzielenia zmienia jednak i ten model, kreśląc nowy horyzont dla zabawy stylem.

        Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

        Sharing economy wciąż zmienia kolejne modele biznesowe i branże, pokazując jak technologia pozwala uczynić dostęp wygodniejszym i przyjemniejszym doświadczeniem niż posiadanie. Ale to, co sprawdza się dla stosunkowo uniwersalnych dóbr, jak auta czy mieszkania, nie musi działać tak łatwo dla ubrań i akcesoriów. Każdy, kto chociaż raz skorzystał ze sklepu internetowego na pewno zna ten problem: rozmiar, jakość wykonania, faktura i kolor potrafią czasem zaskoczyć na żywo. Dla niektórych kolekcjonowanie ubrań w szafie to hobby, inni powiedzą, że garderoba jest zbyt prywatna, żeby regularnie przechodziła z rąk do rąk. Czy można przeskoczyć te ograniczenia?

        Najnowsze badania konsumenckie mówią, że nawet 1/5 millenialsów w UK jest zainteresowana współdzieleniem ubrań, sprzętu sportowego i produktów DIY, a nieco mniej niż 10% podobnie postąpiłoby z biżuterią. Doceniają możliwość ograniczenia wydatków na przedmioty, a luksus wolą pożyczyć od czasu do czasu, niż trzymać w szafie za bajońską sumę. Model collaborative consumption staje się zatem częścią zmiany we wszystkich dziedzinach życia.

        Te trendy znajdują odbicie w nowych inicjatywach. Na przestrzeni ostatnich lat powstały pierwsze innowacyjne platformy dla fashionistek i miłośników mody, które dzięki internetowi i smartfonom dają nowe narzędzia do wymiany informacji, wypożyczania i wymieniania się ubraniami oraz akcesoriami.

        Tydzień z Saint Laurent za garść dolarów

        Pierwszy sposób na współdzielenie mody to skorzystanie z serwisów, które oferują wypożyczenie ubrań. Jedziesz na tydzień wakacji i przydałyby Ci się nowe sukienki letnie, a w sklepach króluje cieplutka wełna? Chcesz śmiało wyjść poza kilka zestawów dżinsów i tiszertów, ale nie masz czasu ani chęci rozbijać się po galeriach handlowych? A może masz ochotę co tydzień zaskakiwać nowymi kolczykami i torebką, ale nie chcesz przy okazji zbankrutować?

         

        W kręgach projektantów mówi się już, że Netflixem haute couture jest portal Rent The Runway, założony w 2009 roku przez Jennifer Hyman i Jennifer Fleiss, absolwentki i przyjaciółki z Harvard Business School. Ich propozycja to kilkudniowe doświadczenie noszenia sukienek od projektantów znanych ze światowych wybiegów za 10-30% ceny. Zasady są proste:

        1. wchodzisz na stronę/aplikację i tworzysz konto
        2. wybierasz sukienkę i/lub dodatki (w ofercie są również torby, biżuteria, okulary przeciwsłoneczne) za pomocą filtrów – dokładnie jak w sklepie internetowym
        3. wybierasz dwa rozmiary – drugi to gratis na wypadek, gdybyś nie była pewna rozmiarówki – i 4 lub 8-dniowy okres wypożyczenia
        4. płacisz za długość wypożyczenia i dodatkowe 5$ ubezpieczenia, zwrot jest darmowy.

        Rent The Runway (RTR) ma szereg ciekawych mechanizmów, które ułatwiają przekonanie się, czy dane ubranie „jest na Ciebie”. Istnieje rozwinięty system ocen, galeria zdjęć innych użytkowniczek strojów, a także komentarze, przy których wyświetlają się informacje o wzroście, sylwetce i innych szczegółach, które mogą być przydatne w podejmowaniu ostatecznej decyzji.

        Na zainteresowanie nie trzeba było długo czekać. Serwis stał się mostem między światem wielkiej mody a przeciętnymi możliwościami finansowymi młodych kobiet. Sama Jennifer Hyman podkreśla, jak współcześnie rośnie zapotrzebowanie na podobne usługi:

        Kiedyś można było nosić jeden strój do pracy, a potem znowu założyć go w weekend ze znajomymi. Ale dziś potrzebujemy więcej różnorodności, bo przecież już zrobiłyśmy sobie zdjęcie i wrzuciłyśmy na Instagrama”

        O popularności Rent The Runway niech świadczy fakt, że firma zarządza też największą w USA… pralnią, czyszcząc około 3200 sukienek w każdej godzinie! W ciągu ostatnich paru lat otworzyła flagowe salony doradztwa stylu w kilku amerykańskich miastach i cieszy się już ponad 6 milionową bazą klientek. Z racji na uzależnienie od sieci dostaw i prania, serwis na razie oferuje swoje usługi tylko w Stanach.

        W podobnym modelu otwierają się jednak kolejne serwisy – The Black Tux to nieco bardziej minimalistyczny odpowiednik RTR dla mężczyzn, skupiony na dostarczaniu wszystkich elementów stroju wokół wiodącego motywu smokingu, a Chic by Choice stanowi dokładną kopię RTR na rynku brytyjskim. Ciekawą drogę przebył indyjski portal The Duffl, który zaczynał jako bazar online (zbliżony do Szafa.pl), by obecnie pracować nad usługą wynajmu ekskluzywnych strojów.

        the-black-tux-wethecrowd

        Z kolei dla ekipy stojącej za Bag Borrow or Steal najważniejsze jest umożliwienie każdej kobiecie dostępu do torebek z najwyższej półki. Mowa tu o naprawdę gorących nazwiskach – projekty McQueena, Chanel, czy D&G na terenie USA można wynająć na miesiąc za kilkaset dolarów. To wciąż droga zabawa, ale nie takie poświęcenia znosimy czasem dla odrobiny luksusu.

        Czy Polki są skazane na czekanie, aż ktoś skopiuje ten udany model? Niekoniecznie. Włoski start-up Drexcode, oparty oczywiście o domy mody z Mediolanu, już teraz gwarantuje dostawy w całej Europie. Oferta portalu pozostawia wiele do życzenia, ale pierwsze kroki zostały postawione.

        Poranna dostawa świeżego stylu

        Inną drogą poszły z kolei platformy, które zainspirowały się modelem abonamentu. Znając niepowtarzalne poczucie stylu i preferencje każdej osoby, regularne podsuwanie jej nowych ubrań może zarówno pomóc w uzupełnieniu kreacji kompletowanych z opatrzonej już szafy, jak i czasem wesprzeć w „wychodzeniu ze strefy komfortu”, jak mawiają guru coachingu.

        Wcześniej podobny model testował Stitch Fix, jednak wysyłka ubrań miała na celu przymiarki w domu i decyzję o kupnie lub odesłaniu. Amerykański Le Tote dodał do tego element współdzielenia. Regularnie przysyłane boxy w dowolnym momencie można odesłać w zamian za dostawę kolejnej paczki.

        Taki plan subskrypcji można porównać do Spotify, w którym za opłatą moglibyśmy słuchać tylko jednego gatunku muzyki – a w dowolnym momencie zmienić go na inny, wszystko w ramach stałej opłaty. Dla ubrań okazuje się to znacznie lepsze, niż ciągłe kupowanie i przerost szafy. Branża modowa już zauważyła, że sharing economy pozwala uniknąć nadmiaru przy ciągłym eksperymentowaniu ze stylem.

        W ten trend wpisuje się już wiele serwisów. W Japonii króluje AirCloset, a w Indiach stabilnie rozwijają się paczkowane męskie koszule od OhLook. Dla pań w większych rozmiarach ciekawą propozycję ma Gwynnie Bee. Nowojorski FreshNeck regularnymi dostawami najwyższej klasy krawatów, poszetek i spinek do mankietów łamie rutynę męskiego garnituru. Wspomniany już Rent The Runway wyczuł, że subskrypcja to przyszłość i uruchomił alternatywną usługę pod nazwą Unlimited.

        Chociaż biżuteria jest oceniana jako bardziej prywatna, założycielki RocksBox postanowiły zmierzyć się z tym rynkiem. Płacąc zaledwie 21$ miesięcznie, użytkowniczki platformy otrzymują paczkę z 3 luksusowymi akcesoriami wybranymi przez stylistki serwisu na bazie lajkowanych wcześniej przykładowych dodatków. Praca stylistek jest tu kluczowa – starają się dobierać naszyjniki, kolczyki, bransoletki i pierścionki w jedną, spójną z gustem użytkowniczek stylizację.

        Społeczności otwartych szaf

        Współdzielenie mody to nie tylko, a nawet przede wszystkim, rentowne firmy i odgórna oferta. Przecież podstawą tego trendu jest udostępnianie innym tego, co już mamy i co pozostaje niewykorzystane. Airbnb czy BlaBlaCar przyciągają też dlatego, że pozwalają łatwo realizować współdzielenie od drugiej strony, przynosząc drobne zyski z uwolnienia nieużywanej wartości. Wokół portali fashion sharing, które mają na to odpowiedź, gromadzi się coraz więcej miłośniczek i miłośników mody.

        Francuski start-up Rentez-Vous zorganizował całą sieć społecznościową, która obecnie obejmuje już Francję i Wielką Brytanię. Dodawane przez użytkowników i użytkowniczki (portal zachęca obie płcie do wymiany) darmowe ogłoszenia są opatrzone ceną za dobowy wynajem. Dzięki temu osoby mające imponujące kolekcje chętnie wystawiają swoje ubrania. Taka opłata to szansa na dorobienie na boku, niejako w nagrodę za długie godziny spędzone na polowaniach na naprawdę ciekawe stroje.

        Hasłem „zamień swoją szafę w inwestycję” promuje się Covet, uruchomiona niedawno australijska aplikacja społecznościowego współdzielenia ubrań skierowana wyłącznie na iPhone’a.  Z kolei StyleLend próbuje połączyć społeczność i motyw zarobkowy z doświadczeniem ekskluzywnego butiku – kreacje muszą wpisywać się w pewien wspólny poziom luksusu, a całość usługi jest pośredniczona przez portal w anonimowy sposób. Niestety, kosztem jakości usługi pada element poczucia przynależności do „ludzkiej”, żywej grupy fashionistek.

        Na aktywną społeczność pełną nowych więzi stawiają twórczynie Tumnus, platformy łączącej panie o podobnym poczuciu mody i figurze. Ten serwis porzuca zupełnie względy finansowe, stawiając raczej na bliską integrację – stąd na razie działanie ogranicza się do Melbourne, gdzie kilka dni temu uruchomiono aplikację. Użytkowniczki oceniają Tumnus jako Instagrama dla modowych przyjaciółek, ponieważ silny nacisk położono na mechanizm dobierania konkretnych osób, z którymi chcemy dzielić się ubraniami.

        Polskie mamy w awangardzie współdzielenia

        Bardzo popularny okazał się amerykański portal mody ciążowej Borrow For Your Bump, który połączył usługi wynajmu eleganckich sukienek czy żakietów z abonamentem na krążące boxy z ubraniami. W tym przypadku nisza jest zarówno zbawieniem, bo lepiej współdzielić ubrania 9 miesięcy niż je kupować, jak i ograniczeniem dalszego rozwoju.

        Pod koniec ubiegłego roku młoda mama, Katarzyna Bielazik, postanowiła stworzyć portal, który pomaga Polkom właśnie w tej niszy – ale zamiast wejść w model korporacyjny, oparła go o siłę społeczności i drobnych opłat dobowych. MamaPożycza to zresztą znacznie więcej niż tylko ubrania ciążowe ze wspólnej szafy, na portalu znajdziemy także wózki dziecięce, nosidełka, a nawet zabawki. Całość dopełniają spotkania kawowe, blog i atmosfera wspólnoty, która wyłania się nawet z prostej lektury wystawianych komentarzy.

        Katarzyna Bielazik, założycielka MamaPożycza

        Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Poznaniem i pamiętam czasy, kiedy nie cierpieliśmy na nadmiar rzeczy tak jak dziś. Jeden rower, rolki, sanki, narty na trzy rodziny i nie było problemu, aby korzystać z tych rzeczy. Dzielenie się rzeczami praktykuje praktycznie od zawsze. Pamiętam czasy, gdy ubrania przychodziły w darach kościelnych, potem hitem były lumpeksy z markową odzieżą. Pożyczałam i pożyczam zarówno swoje rzeczy innym, jak pożyczałam od innych i tak już zostało. Tak właśnie zaczęła się historia z MAMA pożycza – zaczęłam od siebie.

        Kliknij i rozwiń

        Niestety – poza sukcesem portalu MamaPożycza, Polska wciąż nie może pochwalić się świeżymi inicjatywami wnoszącymi współdzielenie do naszych codziennych stylizacji. Miejmy nadzieję, że ten artykuł będzie pewną inspiracją do zakładania nowych platform, również przez duże firmy, doceniające zmiany w podejściu do posiadania przedmiotów.

        Świat mody współdzielonej

        Powiew świeżości jaki oferuje gospodarka współdzielenia dla mody jest dla mnie kapitalny. Głównym problemem jest wciąż raczkująca oferta w różnych krajach, niż pomysł sam w sobie. Dlaczego tak sądzę? Ostatecznie za otwartym podejściem do tego trendu przemawia kilka mocnych argumentów:

        • oszczędność – wzbogacenie zestawów dzięki rozwiązaniom sharing economy chroni przed drogimi wyprawami w poszukiwaniu czegoś, co odświeży styl gdy nadchodzi nowy sezon;
        • niepowtarzalne kreacje – współdzielenie mody to solidna alternatywa dla kupowania ubrań na wyjątkowe okazje (czasem z góry przyjętą intencją zwrócenia na drugi dzień, co okresla się jako wardrobing);
        • ochrona środowiska – ubrania i akcesoria są drogie, ale stosunkowo rzadko noszone. W dodatku nudzą nam się średnio po 7 użyciach – a dla wielu osób ten czas jest znacznie krótszy. Większe wykorzystanie garderoby gwarantuje, że jej część nie trafi za chwilę na śmietnik, a produkcja kolejnego przedmiotu zużyje ograniczone zasoby planety;
        • dodatkowy przychód – niektóre modele wspólnej konsumpcji pozwalają pobierać drobne opłaty za wypożyczanie swojej szafy. Z odpowiednim nastawieniem zakupy to nie tylko guilty pleasure, ale mała inwestycja!

        Ostatecznie zatrzymuje nas już tylko twarde ograniczenie – dzielenie się ubraniami działa tylko, jeśli ktoś je kupuje w pierwszej kolejności. Mimo wszystko, w granicach rozsądku warto ograniczać konsumpcję nowych ubrań, dla stanu własnego portfela i zdrowia środowiska.

        Współdzielenie mody to wciąż młody, rozwijający się rynek. Próby wniesienia nowego podejścia do naszego postrzegania ubrań nie zawsze kończą się sukcesami. Australijsko-amerykański startup 99Dresses zakończył prestiżowy program YCombinator w zimie 2012 roku jako najlepiej oceniany pomysł, ale już 2 lata później nie był w stanie przeskoczyć problemów, które trapią wiele inicjatyw na początku rozwoju. Założycielka Nikki Durkin była zmuszona zamknąć projekt.

        Podsumowując modele biznesowe i rodzaje projektów, jakie powstały w tym sektorze przez ostatnie kilka lat, podzieliłem fashion sharing zgodnie z poniższą typologią:

         

        modele-biznesowe-wethecrowd

        Serwisy typu fashion rental chcąc osiągnąć sukces muszą przede wszystkim zdjąć większą część problemu z głowy użytkowników i użytkowniczek – decydując jasno, jak wygląda sprawa ubezpieczenia i pokrywania kosztów w przypadkach losowych, co więcej, organizując bazę logistyczną transportu i czyszczenia w taki sposób, żeby słynne już doświadczenie frictionless z aplikacji mobilnej przenieść na ciągłą cyrkulację przedmiotów. Dla biznesu P2P oczywiście najważniejsze jest przekonanie społeczności, żeby wciąż angażowała się bardziej. Prawdziwa pasja do ciuchów, czego nie można kupić.

        Musimy przywyknąć do tego, że nie da się przesłać biżuterii i stosu ubrań kablem internetowym. Ale wszystkie te przykłady dowodzą, że współdzielenie mody może działać w praktyce. I będzie tylko popularniejsze – w końcu dziś „access is the new ownership”.

        Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

          Skomentuj

          Zróbmy sobie porno. XConfessions i crowdsourcing

          Przeczytasz w 20 minut Co-creation Collaboration Crowdsourcing
          Autor 9 października 2017

          Jeśli podpytać nastolatków spod bloku, skąd wiedzą coś o seksie, oprócz chichotów można usłyszeć, że z porno. Erika Lust zamierza zmienić to przy pomocy… porno. XConfessions to projekt, w którym internauci dzielą się swoimi fantazjami na potrzeby scenariuszy. Czysty crowdsourcing kina XXX w służbie społecznej.

          Lust czyli pożądanie

          Mówi się o niej “pionierka europejskiej pornografii alternatywnej”. I choć reżyserek kina dla dorosłych jest sporo, to właśnie jej nazwisko najczęściej wywołuje wypieki na twarzy. Erika Lust (Sztokholm, 1977) studiowała politologię na uniwersytecie w Lund specjalizując się w zagadnieniach feminizmu i praw człowieka. To tam też dowiedziała się, że pornografię można traktować jako dyskurs, co stało się dla niej impulsem do działania. Swój pierwszy film The Good Girl (2004) opublikowała w sieci za darmo. W ciągu kilku dni został pobrany około milion razy. Zainteresowały się nią media, a ona sama utwierdziła się w przekonaniu, że potrzebna jest alternatywa dla mainstreamowego porno. Natychmiastowy sukces zachęcił ją do wkroczenia na poważnie w przemysł pornograficzny. Na swoim koncie ma wielokrotnie nagradzane produkcje –  Five Hot Stories for Her, Life Love Lust and Cabaret Desire. Ten ostatni, znany pod polskim tytułem jako “Siła pożądania” sprowadził w 2015 r. na telewizję TVN karę KRRiT w wysokości 200 tysięcy złotych.

          erica-lust-wethecrowd

          Oprócz kręcenia filmów krótko- i pełnometrażowych, pisze książki, prowadzi bloga oraz własny sklep z filmami, gadżetami i prezentami. Jej produkcje można oglądać na trzech platformach streamingowych – Lust Cinema, Erotic Films i XConfessions. Feministki pokochały ją jeszcze bardziej po wydaniu bestsellerowego przewodnika po świecie feministycznej pornografii: Good Porn. A Woman’s Guide. Tygodnik El mundo zaliczył ją do grona 50-ciu najbardziej wpływowych trzydziestolatek w Hiszpanii. I choć jej nazwisko łączy się często z hasłami “alternatywa”, “feministyczna”, “pornografia”, to ona sama często wspomina o swojej pracy jako tworzeniu filmów dla dorosłych w duchu indie.

          Porno w służbie społecznej

          Jedna trzecia treści w internecie to pornografia. Dostęp do darmowych serwisów oferujących filmy XXX jest łatwiejszy niż do profesjonalnej edukacji seksualnej. Już dzieci w wieku dziewięciu lat mogą zetknąć się z porno w sieci. Nietrudno zatem się domyślić, że to właśnie ono zastępuje rozmowę z rodzicami czy edukatorami. Erika Lust poprzez swoją twórczość chce zmienić porno z korzyścią dla dorosłych i dzieci.

          Kino, które realizuje, jest tworzone z perspektywy kobiety, ale na pewno nie kierowane wyłącznie do pań. Jak przyznała w wywiadzie dla EksMagazynu:  Mówiąc krótko, moje filmy skierowane są do osób, którym podoba się erotyka (i to nie tylko w odważnym i bezpośrednim wydaniu). Do ludzi przestrzegających seks jako coś radosnego, zmysłowego, naturalnego, pełnego pasji, afirmującego, wspaniałego, namiętnego i nade wszystko sprawiającego przyjemność. Czyli jako coś bardzo odmiennego od sterylnej, przewidywalnej, mechanicznej, anatomicznej wersji seksu, jaką można zobaczyć w większości filmów pornograficznych.

          Można powiedzieć, że jej filmy opierają się się trzech filarach: estetyki, wiarygodności argumentów i naturalności. Ten ostatni przywraca kobiecie w porno podmiotowość i przesuwa ciężar z przyjemności mężczyzny na przyjemność obojga (lub wielu) kochanków. Dla nieuważnych to strzał w powietrze: Kobiety lubią seks i nie jest to zboczenie! O społecznej odpowiedzialności Lust mówi się na wielu poziomach. Sam dobór aktorów i aktorek zróżnicowanych pod względem rasy, wieku czy budowy ciała wprowadza powiew świeżości w budowanie własnej seksualności.

          erica-lust-wethecrowd
          źródło: http://erikalust.com/lets-celebrate-diversity/

          Erika Lust wraz z mężem Pablo Dobnerem stworzyła także projekt edukacyjny skierowany do rodziców i nauczycieli. “The Porn Conversations” ma przygotować ich na rozmowy z młodzieżą o pornografii. Na stronie można znaleźć pomocne materiały wideo oraz poradniki.

          Dzięki temu coś, co do tej pory szeptem omawiano na przerwach lub w szatni, stanie się zwyczajnym elementem życia codziennego. Elementem budującym jednocześnie mocniejsze i zdrowsze więzi na linii rodzic-dziecko.

          XConfessions – crowdsourcing fantazji erotycznych

          Po premierze Cabaret Desire/Siły pożądania Lust otrzymywała mnóstwo wiadomości od fanów. Jedni pytali o to, jak to jest grać w porno, inni prosili o recenzję lub radę w sprawie własnych scenariuszy. Nie brakowało także fanowskiego uznania. Szwedka wpadła na pomysł, by stworzyć przestrzeń do anonimowej wymiany myśli, a jednocześnie inspiracji do kręcenia nowej serii. Tak w 2013 r. powstało XConfessions.

          erica-lust-wethecrowd
          źródło: http://xconfessions.com/film/coming-of-age

          Lust wybiera fantazje erotyczne opisane przez użytkowników na stronie projektu, a następnie przenosi je na mały ekran. To zaś nic innego jak crowdsourcing scenariuszy od członków społeczności! W wywiadzie dla i-D wymieniła cztery czynniki, które wpływają na wybór danej fantazji. Są to: oryginalność pomysłu, możliwości kinematograficzne, różnorodność i wykonalność. Reżyserka podkreśla, że najważniejsze dla niej są emocje i autentyczność, dlatego one także są kluczowe w wyborze historii. Seks-spowiedzi publikowane są w różnych językach: przeważa angielski, ale pojawiają się też wyznania w języku hiszpańskim lub niemieckim. Sama Lust zachęca, by tych języków było jak najwięcej, tak by XConfessions stało się projektem prawdziwie różnorodnym.

          Jakie przełożenie ma to na samą społeczność projektu? Wydaje się, że największym sukcesem jest moment, w którym fantazja staje się filmem. To jednak zaledwie czubek góry lodowej. Jednym użytkownikom wystarczy, że mogą podzielić się fantazjami na platformie. Inni będą zadowoleni, gdy kolejni zaczną komentować ich historie. XConfessions pozwala się zaangażować, prowadzić dyskusje na temat seksualności. To także miejsce, z którego można czerpać inspiracje i przenieść je do własnej sypialni.

          W 2014 r. Natalia z bloga Proseksualna wspomniała: – Chciałabym, aby było więcej „społeczności” w społeczności. W sumie mogę powiedzieć, że połowa użytkowników wraca i czyta wyznania innych, komentuje, publikuje kolejne. Druga połowa wchodzi na stronę, wpisuje swoje fantazje i znika, wiedząc tylko, że ich sekrety nie są już tabu. I to też jest okay! Należy dodać, że przy całej promocji różnorodności i naturalności przez Lust, platforma jest moderowana. Nie pojawi się na niej wyznanie, które godzi w zasady Lust lub promuje zachowania z granicy legalności.

          Jak dołączyć do XConfessions?

          Pierwszy krok to utworzenie konta na platformie. Wystarczy adres e-mail i login, którego będziesz używać. Kolejny krok to wybranie formy abonamentu. Najtańszy kosztuje 19.95$ miesięcznie, najdroższy 99.95$ za rok dostępu. Każdy z pakietów oferuje:

          • Oglądanie i pobieranie wszystkich powstałych w ramach XConfessions filmów.
          • Nieograniczony streaming.
          • Dwa nowe filmy miesięcznie.
          • Jakość HD.
          • Czytanie i komentowanie wszystkich wyznań.
          • Dodawanie własnych fantazji.
          • Dostęp na wszystkich urządzeniach mobilnych.
          • Bezpieczeństwo i prywatność.

          Ponadto otrzymuje się dostęp do materiałów dodatkowych, takich jak rozmowy z aktorami i aktorkami, tzw. behind the scenes, sylwetki ilustratorów i reżyserów, którzy pojawili się gościnnie. Po wybraniu abonamentu przechodzi się do płatności. Od tej pory można już logować się na swoim profilu i brać czynny udział w życiu społeczności. Teraz już tylko wystarczy podzielić się fantazją i liczyć na to, że zostanie ona wybrana do ekranizacji.

          Nakręceni

          Chcę pokazać seks pełen emocji – wspomina w produkcji Netflixa “Hot Girls Wanted: Turned On” Erika Lust. Seria Turned On porusza tematy związane z aplikacjami randkowymi, amatorskimi produkcjami w Internecie czy udziałem i korzystaniem z portali opartych na kamerkach internetowych. W odcinkach nie brakuje analizy bliskości, prywatności, godności, intymności czy nawiązywania relacji przez bohaterów, ale i użytkowników danych rozwiązań. Pojawia się teza, że ogrom seks-możliwości oferowanych przez internet i nowe technologie, nie pomaga nam dojrzale i pozytywnie traktować seksu i seksualności człowieka. – Nie możemy ignorować faktu, że pornografia jest dziś rodzajem edukacji seksualnej. Dzieci dorastają w świecie, gdzie randki online są czymś normalnym, szybszym i wygodniejszym, choć niekoniecznie zdrowszym. – komentuje Lust w jednym z odcinków. Wydaje się zatem, że wymiana myśli na XConfessions może być przyczynkiem już do samej rozmowy o seksie. Po ludzku, o pełnej gamie potrzeb i preferencji, a nie tylko tych serwowanych przez producentów mainstreamowego porno. Możliwe więc, że ekranizacja fantazji erotycznych tworzonych przez społeczność nie tylko wniesie powiew świeżości, ale i da podwaliny do budowania pozytywnej wizji seksualności.  

           

            Skomentuj

            Treści, których potrzebujesz na stronę swojej zbiórki crowdfundingowej

            Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
            Autor 13 września 2017

            Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że dobrze przygotowane treści na stronie zbiórki crowdfundingowej to klucz do sukcesu. Od nich zależy, czy przekonasz odbiorcę do zaufania Twojemu projektowi i wsparcia go (najlepiej jak największą) sumą pieniędzy. Jak więc przygotować treści, które porwą tłumy?

            Liczy się pierwsze wrażenie

            Twój odbiorca trafi na Twoją zbiórkę najprawdopodobniej w mediach społecznościowych lub na którejś z platform crowdfundingowych. Masz tylko kilka sekund na przyciągnięcie jego uwagi. Musisz więc już w pierwszym kontakcie wywrzeć odpowiednie wrażenie.

            Przyciągający uwagę tytuł, to pierwsza rzecz o której powinieneś pomyśleć. Najczęściej będzie on zawierał nazwę Twojego pomysłu, ale czasem opłaca się dodać do niego kategorię i jakiś przymiotnik,  np. “Pierwszy crowdfundingowy poradnik contentowy”.

            Pamiętaj o atrakcyjnym coverze, który przyciągnie wzrok. Ładna, przejrzysta grafika z napisem powinna być idealna. Jeśli nie znasz Photoshopa i uważasz, że nie masz zdolności graficznych, skorzystaj z darmowych narzędzi takich jak Canva. W prosty sposób zajmiesz się obróbką zdjęcia, przytniesz je do odpowiedniego wymiaru i dodasz napis.

            Kolejna istotna sprawa to krótki opis. Te kilkaset znaków to miejsce, w którym musisz krótko i klarownie opisać jaki jest jest cel Twojego projektu. Tworząc go, pamiętaj, że społeczność nie tyle wspiera projekty, co osoby za nimi stojące. To, na co zbierasz pieniądze, jest efektem Twojej pasji – dlatego postaraj się zarazić nią innych.

            Dodaj call to action, czyli wezwanie do działania (np. “Pomóż nam wydać poradnik!” lub “Pokaż, że los kobiet w Afganistanie nie jest Ci obojętny.”) i nie bój się używać emocjonalnego języka – to właśnie one przekonają odbiorców do wsparcia Twojej zbiórki.

            Daj się poznać

            Umówmy się – film jest niezbędnym elementem strony Twojej zbiórki. Powinien trwać od 90 sekund do około trzech minut – dłuższy będzie nużący, a krótszy nie wystarczy do przekazania istoty Twojego pomysłu. Co powinieneś w nim zawrzeć?

            • Przedstaw się. Wspierający muszą Cię poznać. Opowiedz kim jesteś, jakie są Twoje dotychczasowe dokonania i co chcesz osiągnąć poprzez zbiórkę.
            • Zaraź pasją. Opowiedz dlaczego to właśnie Twój projekt jest wyjątkowy i warty wsparcia. Daj poczuć wspierającym swoją pasję.
            • Zachęć. Tutaj odwołaj się do namacalnych korzyści, czyli nagród, które oferujesz w zamian za wsparcie.
            • Zmotywuj. Daj odbiorcom jasny przekaz, dlaczego prosisz o pieniądze. Wyjaśnij na co dokładnie przeznaczysz zebraną kwotę pieniędzy. Dodaj też, że w razie niepowodzenia zbiórki środki wrócą bezpiecznie do wpłacających.

            Mów swobodnie, nie bój się emocji. Im większe zaufanie wzbudzisz, tym większe masz szanse na sukces.

            Pokaż swój pomysł i nagrody

            Opis zbiórki to punkt, w którym przedstawisz w końcu dokładniej swój pomysł oraz nagrody, które wspierający otrzymają w zamian za wpłaty.

            Zacznij od leadu, czyli wytłuszczonych kilku zdań, w których przedstawisz cel projektu i przyczyny, dla których warto go wesprzeć. Trzymaj się planu ramowego:

            • Opis projektu, czyli jego podstawowe funkcje, związane z nim korzyści i to, co wyróżnia go wśród innych.
            • Cele zbiórki, zapisane zgodnie z metodą SMART: proste, osiągalne, określone w czasie i mierzalne. Dokładnie opisz na co przeznaczysz zebrane środki.
            • Twój background, czyli kim jesteś, jakie są Twoje doświadczenia i dlaczego chcesz zrealizować ten projekt.
            • Lista nagród i ich poszczególnych szczebli. To bardzo ważny aspekt, którego nie wolno pominąć. Przedstaw nagrody w jak najbardziej atrakcyjny sposób, zastanów się w jaki sposób mogą przydać się wspierającym i dlaczego powinni chcieć je zdobyć. Żeby uatrakcyjnić przekaz, możesz użyć grafik lub infografik (o których szerzej napiszemy dalej) – ważne, żeby ta sekcja przyciągała wzrok i zachęcała do wsparcia. Ta część pełni rolę Twojej “witryny sklepowej”.
            • Kroki milowe i to co dotychczas zrobiłeś już w ramach projektu. Dobrze, żeby projekt miał swoją oś czasu z zaznaczonymi najważniejszymi wydarzeniami, które są istotne z punktu widzenia realizacji projektu.
            • Informacja o wyzwaniach, które jeszcze przed Tobą stoją. Tutaj najważniejsza jest… szczerość. Zdobądź zaufanie wspierających.
            • Rekomendacje, opinie i publikacje. Pokaż co mówią o Tobie inni. Idealna sytuacja, to taka, w której umieścisz tutaj wypowiedź autorytetu z Twojej dziedziny, ale mogą być to też opinie osób, które przetestowały Twój produkt lub wcześniej z Tobą współpracowały.
            • Media społecznościowe. Pokaż gdzie odbiorcy mogą Cię znaleźć poza stroną zbiórki. Tylko nie zapomnij na bieżąco ich prowadzić!

            Zadbaj o odpowiednią formę

            Im ciekawsza jest prezentacja Twojej zbiórki, tym lepiej. Dlatego nie bój się używać na swojej stronie grafik, infografik i filmów. Te ostatnie najbardziej przykują uwagę Twoich odbiorców, dlatego postaraj się właśnie w ten sposób pokazać techniczne aspekty Twojego produktu czy prezentację Twojej usługi. Używaj jasnych kolorów – jest naukowo udowodnione, że takie pozostawiają pozytywne wrażenie.

            Umieść też call to action na grafikach – najlepiej w górnym prawym rogu lub na samym środku, co przyciągnie uwagę i zostanie na długo w pamięci.

            Zbierz materiały dla mediów

            Może się tak zdarzyć (czego Ci serdecznie życzymy!), że Twoja zbiórka okaże się atrakcyjna dla mediów. Aby ułatwić im pracę, przygotuj na stronie swojej zbiórki specjalną sekcję, w której do pobrania umieścisz najważniejsze informacje na Twój temat i oczywiście na temat Twojego pomysłu. Taki press pack powinien na pewno zawierać wszystkie materiały audiowizualne – filmy i grafiki, które pojawiają się na stronie zbiórki oraz opis w pliku otwartym, z którego później łatwo będzie wyciąć cytaty.

            Patrząc na powyższą listę, wydawać się może, że przygotowanie się do zbiórki crowdfundingowej to dużo pracy. Cóż, nie będziemy kłamać, to prawda. Wystarczy popatrzeć na świetnie zrealizowane polskie zbiórki, które zakończyły się sukcesem: Magazyn Kosmos lub Stworze – ich twórcy wykonali kawał dobrej roboty. Przede wszystkim pamiętaj o jednym – im lepiej będziesz przygotowany i im bardziej treści na stronie Twojej zbiórki będą przemyślane, tym większe szanse, że zainteresujesz nią potencjalnych wspierających. A stąd już o krok do spełnienia Twojego marzenia – realizacji projektu.

              Skomentuj

              Cyfrowe okno na świat. Rozmowa z Minister Anną Streżyńską

              Przeczytasz w 20 minut Collaboration
              Autor 6 września 2017

              W artykułach z serii “Internet dla wykluczonych” (poprzednie: 1, 2, 3) poruszamy problemy wykluczenia cyfrowego i szukamy rozwiązań, które mogą włączyć połowę ludzkości offline do świata online. Dostęp do sieci jest nie tylko udogodnieniem, ale i narzędziem, które może doskonale wspierać proces edukacji i rozwój młodych ludzi. Również Polska zmaga się wciąż z białymi plamami, gdzie trudno o dobrej jakości internet.

              Rada Ministrów 13 czerwca bieżącego roku przyjęła uchwałę w sprawie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE). Hasło „100 Mb na 100-lecie Polski” brzmi bardzo dumnie i zapowiada wielką zmianę – zgodnie z planem 30,5 tysiąca szkół i placówek oświatowych ma mieć zapewniony dostęp do szerokopasmowego Internetu, co pozwoli na wyrównywanie szans rozwojowych. O sieci w szkołach i technicznych zagadnieniach rozwojowych rozmawiamy z główną pomysłodawczynią projektu: Minister Cyfryzacji Anną Streżyńską.

              Jan J. Zygmuntowski: Do czego szkoły najbardziej będą potrzebowały internetu? Jakie są plany edukacyjne oparte o sieć?

              Min. Anna Streżyńska: Do wyrównywania szans. Szczególnie dotyczy to mniejszych ośrodków. A nam chodzi o to, by wszystkie dzieciaki miały takie same szanse. We współczesnym świecie praktycznie nie da się funkcjonować bez dostępu do sieci i wiedzy jak się po niej poruszać. A pokolenie, które dziś uczy się w szkołach będzie tego potrzebować jeszcze bardziej. Stąd też pomysł na wprowadzenie do szkół nauki programowania. To projekt, nad którym pracujemy z Minister Edukacji Anną Zalewską. Dzieci uczyłyby się kodować już od najmłodszych lat. Na początku to oczywiście tzw. programowanie obiektowe, w programach takich jak np. Scratch, ale później kolejne języki programowania. Naturalnie, nie każdy będzie się w tym kierunku rozwijał, ale każdy powinien znać podstawy. Niedługo nawet uruchomienie pralki może wymagać podstawowych umiejętności z zakresu programowania. Zresztą, programowanie to przede wszystkim nauka rozwiązywania problemów i logicznego myślenia. A to potrzebne jest wszystkim. Rozwija pewne kompetencje umysłowe, umiejętność logicznego składania ciągów zdarzeń. Po drugie, w naszym społeczeństwie, niesamowicie gadżeciarskim i nastawionym na nowinki technologiczne, to może spowodować, że wiele osób zwiąże z tym jednak swoją życiową karierę. Nie chcemy, by informatycy wychodzili tylko z miasta. Dzieci z mniejszych ośrodków nie powinny być pokrzywdzone. Stąd zależy nam, by tam też mogły się uczyć programowania. Wszędzie, gdzie tylko są dzieci, które mają zdolności do koncepcyjnego, matematycznego czy logicznego myślenia.

              JJZ: Czy nie można uczyć się programowania bez szybkiego internetu, na przykład w programach offline?

              AS: Może i można, ale po co? Oczywiście, jeśli uczymy się na komputerze z materiałów lokalnych, nie ma problemu. Ale w sieci jest mnóstwo doskonałych kursów i materiałów, weźmy np. Akademię Khana.

              Przy Wyższej Szkole Filmowej w Warszawie funkcjonuje Liceum Kreacji Gier Wideo. To wyspecjalizowana szkoła, w której dzieci uczą się programowania gier. Czemu taka szkoła ma być tylko w Warszawie? Dlaczego takie szkoły nie miałyby działać również w innych ośrodkach, gdzie dzieci mogą wymyślać równie ciekawe rzeczy? Dzięki internetowi mogą się komunikować ze sobą, z nauczycielami, z grupami zainteresowań, nawet ze światem zewnętrznym spoza Polski. Mogą pokazywać swoje produkty, szukać rozwiązań…

              Nie chcemy, żeby tylko z miasta wychodzili informatycy. Powinni wychodzić zewsząd, gdzie są dzieci mające zdolności do koncepcyjnego, matematycznego czy logicznego myślenia.

              JJZ: Mam jednak wrażenie, że OSE stwarza większe możliwości niż wyłącznie zaawansowane lekcje programowania.

              AS: Wiadomo, że równie ważne tematy to cyberbezpieczeństwo czy edukacja medialna. Ale przede wszystkim patrzymy na platformy edukacyjne, których jest już sporo. Oprócz tego jest mnóstwo platform prywatnych. Można dzięki nim pogłębiać wiedzę. Sieć stwarza dzieciom praktycznie nieograniczone możliwości rozwoju. A jeśli natrafią przy tym na dobrego nauczyciela, mogą się naprawdę znakomicie rozwijać.

              JJZ: Nie jest to bezpośrednio działanie Ministerstwa Cyfryzacji, ale w ramach OSE ma być prowadzone nauczanie kompetencji cyfrowych. Czy możemy spodziewać się, że w szkołach podstawowych pojawi się nowy przedmiot, który będzie przygotowywał do korzystania ze świata cyfrowego?

              AS: Dotychczasowa informatyka stanie się takim przedmiotem.

              JJZ: Jest spore prawdopodobieństwo, że programowanie zdominuje te miękkie, społeczne umiejętności.

              AS: Na pewno trochę tak będzie. Ale walczymy o to, by było więcej godzin na nowoczesne technologie. Co więcej, podległe Minister Edukacji Annie Zalewskiej jednostki chcą wytworzyć taki zestaw, swoisty paszport informatyczny każdego młodego człowieka, by zdając maturę młody człowiek miał potrzebną mu ilość informacji z zakresu nowych technologii.

              JJZ: Jak Pani Minister widzi rolę kulturalno-społeczną tych szkół? Jeśli tam będzie najszybszy internet w mieście, to przecież ludzie będą przychodzić oglądać seriale, ściągać materiały, tam będzie spędzany czas wolny.

              AS: Owszem, takie placówki mają szansę stać się lokalnymi centrami kultury. Opowiem panu historię z Podgóry pod Radomiem, gdzie w zeszłym roku uruchomiliśmy szybki internet w ramach pilotażu. To była prawdziwa uroczystość. Dość wzruszająca była tablica, jaką wykonały dzieci: „Dziękujemy Pani Minister za okno na świat”. Ci ludzie autentycznie się z tego cieszyli. Jako, że był to ostatni dzień szkoły, dzieci prosiły nas, by włączyć internet i nie wyłączać go na wakacje. Ich argument był taki, że rzadko wyjeżdżają z miejscowości i dzięki temu będą mogły korzystać z internetu na podwórku przy szkole. W dużych miastach dostęp do sieci jest naturalny, a dla tych dzieci to obiekt pożądania.

              Trzeba przemyśleć zasady – przykładowo, że za dobre sprawowanie – dostęp do internetu. Ale w czasie długiej przerwy ruch i posiłek.

              JJZ: Może warto, żeby w finalnej ustawie też to zostało dobrze opisane, żeby ta sieć była w jak największym stopniu dobrem publicznym, wspólnym.

              AS: Zostawiamy nauczycielom pewną swobodę. Chodzi o taki proces edukacyjny, dzięki któremu dzieci nie będą siedziały cały czas wpatrzone w telefony. Liczymy na to, że rodzice i wspólnota szkolna w miarę upływu czasu nauczą się gospodarować internetem tak, że dzieci z jednej strony będą mogły korzystać z sieci bez drastycznych ograniczeń, a z drugiej nie zamkną się w wirtualnym świecie. Nie chcemy doprowadzić do takiej patologii. A dzieci są bardzo podatne na takie negatywne odruchy. Trzeba przemyśleć zasady – przykładowo, że za dobre sprawowanie – dostęp do internetu. Ale w czasie długiej przerwy ruch i posiłek. Musimy nauczyć ich jak podchodzić do rzeczywistości i świata wirtualnego.

              JJZ: Chciałbym porozmawiać też o technicznych szczegółach OSE, zarówno od strony finansowania i zarządzania budową sieci, jak i stosowanych technologii. Jak w tym momencie wyglądają przygotowania do wdrożenia programu?

              AS: W tej chwili jesteśmy po naborze, w ramach którego nie wszystkie obszary zostały obsadzone. Będziemy organizować następną rundę, zastanawiamy się jeszcze nad metodą. Czy będzie to nabór z większymi obszarami niż dotychczas, mniejszymi, identycznymi – różne argumenty przemawiają za różnymi rozwiązaniami. Na przykład kurczący się czas przemawia za przeprowadzeniem jednego dużego konkursu. Ale równie dobrze można powiedzieć, że skoro małe firmy chciały brać udział w tych naborach, to lepiej postawić na mniejsze obszary. Z kolei część firm zrezygnowała z realizacji po poprzednim naborze, nawet mimo podpisanych umów. Zobaczymy jak będzie…

              Zostaniemy zapewne przy średnich obszarach i poszukamy na nie jeszcze raz nabywców. Być może trochę zwiększymy dofinansowanie, by poprawić motywację. Tu są dwa ważne elementy kosztowe – jeden to koszt budowy sieci, drugi to koszt jej utrzymania. Jeżeli realizatorzy nie będą mieli gwarancji, że koszty utrzymania będą się pokrywały, nie będą mieli motywacji do udziału. Szkoły będą mieć gwarantowane przez państwo opłaty. Przez jakiś okres – zależny od decyzji Rady Ministrów i jej ostatecznego postanowienia w ustawie – budżet państwa będzie ponosił opłaty za internet w szkołach. Chodzi o to, by operatorzy byli pewni, że dostaną pieniądze za dostarczanie sieci. Z kolei szkoły nie będą się obawiały, że pojawią się nadmierne obciążenia. Nie chcemy nakładać na nie obowiązku, który przy wąskich budżetach będzie dla nich obciążeniem.

              JJZ: Jaki jest dalszy plan, po okresie przejściowym?

              AS: Ten okres przejściowy może być nawet bardzo długi. Mogą to być 2 lata, a może 10 – wszystko zależy od decyzji rządu. Ten okres przejściowy to pewien ukłon w stronę szkół, sygnał, że nie muszą się skupiać na szukaniu pieniędzy na internet. Lepiej, by skoncentrowały się na trenowaniu nauczycieli z programowania, znalezieniu sponsorów na sprzęt. Szkoły powinny się nauczyć obsługiwać platformy edukacyjne, e-dzienniczek, e-podręczniki. Wiadomo jednak, że finansowanie z budżetu państwa w pewnym momencie musi się skończyć. W tym czasie uczniowie i nauczyciele przyzwyczają się jednak efektywnie wykorzystywać możliwości, jakie daje nowoczesna technologia. Później to będzie swego rodzaju inwestycja w dzieci dokonywana przez lokalną społeczność, bo szkoły są przecież finansowo zależne od gmin.

              JJZ: Tutaj pojawia się pytanie o operatora OSE. Zgodnie z założeniami około 20% sieci ma być przyłączone w ramach komercyjnych planów inwestycyjnych firm prywatnych, a pozostałe 80% zostanie zbudowane przez Naukową i Akademicką Sieć Komputerową – Państwowy Instytut Badawczy (NASK). Całość ma być później także nadzorowana przez NASK, który w projekcie ustawy zostaje operatorem OSE. Czy dotyczy to też części realizowanej z nakładów prywatnych inwestorów?

              AS: Tak, ale NASK nie będzie operatorem w sensie klasycznym, czyli nie będzie eksploatował sieci telekomunikacyjnej. Chyba, że taka będzie wola operatorów. Mogą przecież chcieć, by ktoś obsłużył Wi-Fi w szkole czy monitorował treści. Najważniejsze są jednak inne role NASK. Chodzi o dostarczanie contentu szkolnego, zabezpieczeń, nauki kodowania, platform edukacyjnych. NASK ma dosyć silnie rozwinięte kompetencje edukacyjne w swojej strukturze. I to będzie jego główna rola.

              JJZ: NASK ma za sobą także realizację programu pilotażowego w 36 szkołach na Mazowszu i Podlasiu. Czy może Pani Minister przybliżyć główne spostrzeżenia albo cenne wnioski dla dalszych prac?

              AS: Ten pilotaż jeszcze trwa i nie mamy raportu końcowego. On miał służyć temu, by sprawdzić jak poszczególne technologie się zachowują w szkole. To specyficzne środowisko. Ma momenty, w których wszyscy korzystają z sieci, bo dzieci akurat sa w szkole i potem długie, senne godziny, kiedy nikt nie korzysta. Wysycenie szybko rośnie, gdy się intensywnie korzysta z sieci. Z kolei każda technologia ma pewne ograniczenia. Wiadomo, że światłowód jest dla nas priorytetem, ale są szkoły tak zlokalizowane, że po prostu nie ma sposobu, by tam pociągnąć światłowód. Lepiej się zdecydować na takie rozwiązanie jak we wspomnianej Podgórze, gdzie stanął po prostu nadajnik satelitarny.

              W przypadku niewielkich szkół w małych, prowincjonalnych ośrodkach często jest też mało dzieci. Wtedy trzeba szukać jeszcze innych rozwiązań. Pojawiają się zarzuty: „ale jak to, ma być 100 mega na 100-lecie, czyli 100% szkół powinno mieć 100 Mb”. Co do zasady – tak. Ale będą szkoły, które są na przykład głęboko w Bieszczadach i nie ma po prostu takiego operatora, który by zdecydował się prowadzić światłowód, a potem jeszcze utrzymywać sieć za niewielkie środki.

              Nie przepniemy wszystkich na media ruchome, jeśli chcemy w sieci oglądać filmy, słuchać muzyki, grać w gry. Trzeba przyzwyczajać ludzi do optymalizacji korzystania z sieci

              JJZ: Zresztą ten próg dla białych plam NGA (Next Generation Access), czyli dostępu do dobrej jakości połączenia, jest na poziomie 30 Mb/s.

              AS: To jest próg unijny, tak. My podchodzimy do tego ambitnie i mówimy: niech jak najwięcej szkół ma 100 mega i to symetrycznie (przesył i odbiór – przyp. red.), bo wtedy dzieci mają podobne szanse w mieście i na wsi, nie różnicujemy ich. Tam gdzie tylko się da, będziemy instalować światłowód albo dostarczać 4G, by sieć miała jak największe prędkości.

              JJZ: Wątek sieci kablowej i radiowej też pojawia się w dyskusjach ekspertów. Prędkość 100 Mb/s można dostarczyć nawet standardowymi kablami, niekoniecznie światłowodem, chociaż w praktyce użytkowania to jest trochę naciągane. Tu się pojawiają dwa pytania. Po pierwsze, czy OSE będzie promowało przede wszystkim rozwiązania światłowodowe, a nie plan minimum miedzianych kabli? I po drugie, czy jest sens stawiać na infrastrukturę fizyczną kabli, w sytuacji, gdy obserwujemy tak dynamiczny rozwój komórkowych 4G czy nawet niedługo 5G, szczególnie w kontekście podpisanej deklaracji z Tallina i Porozumienia na rzecz strategii 5G dla Polski?

              AS: Żadna technologia radiowa nie zastąpi całkowicie technologii przewodowych, bo one mają stabilną jakość, niezależną od pogody, warunków atmosferycznych czy innych uwarunkowań. Co więcej, medium światłowodu jest niewyczerpywalne, bo zależy tylko od tego, jakie urządzenia Pan sobie postawi w centrali. Jeżeli dziś używamy 100 mega i mamy urządzenia centralne 100 mega, a za rok okaże się, że to za mało – możemy kupić urządzenie 1 giga i tyle będzie w sieci. Światłowód jest neutralny, przezroczysty, puści każdy sygnał, a w częstotliwościach się tego nie da zrobić. Mają ograniczoną pojemność i wypełnienie ich przez użytkowników powoduje, że albo trzeba dostawiać nowe, znacznie bardziej kosztowne nadajniki, albo po prostu raptownie spada prędkość. Dedykowane pasmo dla szkoły to jest pewne rozwiązanie, ale budujemy nie tylko dla szkół. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest wypełnienie wszystkich białych plam.

              Każdy z operatorów sporządza mapy pokrycia i byle przeszkoda – las, komin, fabryka, blok na osiedlu – wpływa na tłumienie sygnału. Przy dużym ruchu w sieci lepiej, by ludzie przepinali się do sieci stacjonarnej. Dla ekonomiki korzystania z sieci warto mieć ustawiony komputer na automatyczne przełączanie z sieci komórkowej podczas podróży do routerów stacjonarnych, gdy znajdujemy się w ich zasięgu. To odciąża sieć mobilną. Nie przepniemy wszystkich na media ruchome, jeśli chcemy w sieci oglądać filmy, słuchać muzyki, grać. Trzeba przyzwyczajać ludzi do optymalizacji korzystania z sieci, z wyjątkiem właśnie tych obszarów, gdzie ta sieć nie dojdzie i tam wybieramy między rozwiązaniami radiowymi, komórkowymi i satelitarnymi.

              JJZ: Pojawiały się takie głosy, że skoro będziemy wprowadzali niedługo w miastach IoT (internet rzeczy), inteligentne systemy zarządzania, to lepiej postawić wszystko na najnowszym LTE i mieć pełne pokrycie dostępności.

              AS: To zadanie dla biznesu. Państwo nie może go w tym wyręczać. Po 2023 roku powinniśmy móc się swobodnie do 5G podłączyć, ale my nie będziemy tyle czekać. Mówimy: „operatorzy, pracujcie nad wdrożeniem 5G, a my w tym czasie mamy środki i wiemy, że niezależnie od tego kiedy to 5G będzie, wy i tak na samym końcu postawicie maszty na peryferiach, bo wasz core biznes to duże miasta, szlaki drogowe i kolejowe”. W tym czasie państwo polskie z pomocą pieniędzy unijnych zainterweniuje w miejscach, którymi nikt się nie interesuje.

              JJZ: W pewnym stopniu problem tych peryferyjnych miejsc był rozwiązywany przez małych dostawców internetu. Natomiast z ich strony pojawiły się głosy, że w ostatnich konkursach POPC (Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa – przyp. red.) byli gorzej traktowani. Pojawiły się wymogi udanych realizacji bardzo dużych projektów, którymi po prostu nie mogli się pochwalić w swoim portfolio, w związku z czym nie mogli startować w konkursie.

              AS: Te wymagania były jeszcze chyba za małe, bo niestety trochę małych ISP się wykruszyło z OSE. Wielka szkoda, bo z rynkiem małych operatorów jestem od lat związana. Oni się urodzili w czasie uwalniania rynku od monopoli. Pojawiła się cała masa firm rodzinnych, w których często zaczynało się od postawienia jednego komputera na strychu. Potem część z nich powoli poznikała, ale cały czas mamy 2,5 tys. małych operatorów.

              JJZ: Razem mają prawie taki udział w rynku jak Orange, który jest przecież zdecydowanie największy.

              AS: W żadnym kraju rynek tak nie wygląda. Takim firmom jest ciężko przetrwać. Ale właściciele kochają swój biznes, zakładali go samodzielnie, nie robili tego przy pomocy ekspertów i prawników, a własnymi rękami. Są tak związani ze swoimi firmami, że nie mają żadnych dążeń konsolidacyjnych.

              JJZ: Czy to znaczy, że lokalni, mali ISP nie szukają możliwości rozwoju, zwiększenia możliwości zaciągania długu i wchodzenia w duże inwestycje?

              AS: Rzadko podejmują się dotowanych inwestycji. Mówią, że koszt prowadzenia dokumentacji unijnej jest dla nich za duży, ryzyko nie do przyjęcia, że ten biznes się nigdy nie spłaci, bo średnie RPU (Revenue Per User) jest za niskie. Małe firmy, jeśli chcą zachować zdrowie, funkcjonują niszowo. Często w osiedlach mieszkaniowych, w dzielnicach biznesowych, ale nie biorą udziału w projektach związanych z białymi plamami. Są oczywiście firmy z tradycjami funkcjonowania w białych plamach, ale dla małych firm to jest za duże wyzwanie. Szanując ich ogromny wysiłek, nie można tracić z oczu celu głównego. A tym jest, by klient jak najszybciej dostał w białej plamie dobry internet.

              JJZ: Czyli jeśli mali operatorzy chcą brać udział w rewolucji cyfrowej, to powinni jednak spróbować się skonsolidować.

              AS: To dobre rozwiązanie, bo całkiem małe firmy nie poradzą sobie z wystawionymi obszarami wielkości powiatów. Ale już średni jak najbardziej. Widać to na mapie z ostatniego naboru. Netia prawie wszystko zwróciła i się wycofała, Orange ma dużo. Ale reszta to właśnie średnie firmy. Ich nazwy pewnie nawet uważnym obserwatorom tego rynku nie mówią wiele.

              JJZ: Jakie jest prawdopodobieństwo, że projekt się nie uda przez te wycofania?

              AS: Ta fala się skończyła. Obszary gorsze zostały zweryfikowane i teraz wracają do puli. Defetyzm jest o tyle nieuzasadniony, że teraz układamy to od nowa, możemy zwiększyć finansowanie, zwiększyć obszary, żeby np. było więcej klientów do podłączenia.

              Na razie realizujemy program ograniczony, ale w miarę możliwości będziemy go uzupełniać, żeby starzy, młodzi, studenci, emeryci, niepełnosprawni mieli dostęp do internetu.

              Mieliśmy na przykład taki obszar, nie wiem jakim cudem wyznaczony, który pozornie był okrągły i spójny. Tylko co z tego, skoro w samym jego środku był las. Część inwestycji była po jednej stronie, a część po drugiej. Przejście kablem jest prawie niemożliwe, bo trzeba porozumieć się z Lasami Państwowymi. To mnóstwo dodatkowych kosztów. Takie błędy będziemy naprawiać i obsadzać poprawione obszary od nowa.

              JJZ: Patrząc na te wyzwania, jest pani optymistyczna, że da się połączyć wszystkich Polaków?

              AS: Postanowiliśmy z resztą ministrów, że jeśli zostanie trochę pieniędzy unijnych, przeznaczymy je na inwestycje telekomunikacyjne. Chcemy raz, a solidnie – pod klucz, czyli naprawdę doprowadzić internet wszędzie tam, gdzie ludzie tego potrzebują. Na razie realizujemy program ograniczony, ale w miarę możliwości będziemy go uzupełniać, żeby starzy, młodzi, studenci, emeryci, niepełnosprawni rzeczywiście mieli dostęp do sieci. Ustawa o OSE to dobry początek – światłowód nie rdzewieje, sieć radiowa też nie. Będą gotowe i w miarę rozwoju ludzkich potrzeb będzie je można zagospodarowywać. Internet już teraz jest dobrem takim jak dostęp do bieżącej wody czy elektryczności. Nie jest żadnym luksusem. I to się na pewno nie zmieni – zapotrzebowanie na dostęp do sieci będzie tylko wzrastać.

                Skomentuj

                Co zrobić z książkami, gdy już miejsca brak?

                Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                Autor 30 sierpnia 2017

                Czy podczas ostatniej promocji kupiłeś książkę za świetną cenę, a potem odłożyłeś ją na stos “na kiedyś”? Jeśli tak, to za chwilę przyjdzie Ci podjąć decyzję, co zrobić z książkami, które nie mieszczą się już w Twoim mieszkaniu. Rozwiązanie Twojego problemu problemu leży w… sharing economy.

                Rozstanie z książką jest naprawdę trudne. Ich pokaźna ilość to źródło podziwu, synonim intelektu, a nawet afrodyzjak. Gorzej, gdy znajomość ich treści kończy się na tytule i nazwisku autora. To już pierwszy sygnał, że być może nie jest Ci dane mieszkać pod tym samym dachem z tym właśnie egzemplarzem. Być może też zakurzony stosik “na później” powinien zostać przemianowany na “nigdy”. Bądźmy ze sobą szczerzy, czas się rozstać z nadmiarem książek.

                Wymień lub oddaj

                Zaczniemy tę rewolucję małymi krokami. Może wystarczy wymienić tytuły, które Cię nie interesują na te bardziej fascynujące? W tym celu warto wziąć udział w wydarzeniach typu bookswapping. To forma spotkań, na których bibliofile bezpłatnie wymieniają się książkami. W niektórych miastach Polski odbywają się one cyklicznie, czego przykładem jest krakowskie Drugie Życie Książki czy warszawska Wymienialnia Książek. Podczas tej ostatniej warunkiem uczestnictwa jest przyniesienie książki z dedykacją dla kolejnego czytelnika. No tak, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie lub Warszawie, to jak wziąć udział w bookswappingu? Możesz zorganizować własną lub skorzystać z dobrodziejstwa internetu.

                Przykładową platformą wymiany jest BookMooch.com. Proces odbywa się w 4 krokach i łączy się ze zbieraniem punktów. Jak to działa?

                1. Tworzymy na platformie listę swoich książek, które chcemy wymienić.
                2. Otrzymujemy zapytania od innych użytkowników odnośnie naszych książek.
                3. Wysyłamy je pocztą i otrzymujemy punkty za książkę/-i od użytkownika, który je otrzyma.
                4. Mając punkty, teraz możemy wybierać spośród setek książek innych użytkowników.

                Rejestracja na platformie jest darmowa, więc jedynym realnym kosztem jest wysyłka książek. Podobnie funkcjonuje polskojęzyczna Finta, gdzie można wymieniać się książkami, filmami, grami czy muzyką. Prościej, bo bez punktów, odbywa się wymiana książek na Paper Back Swap. Członkowie klubu mogą wybierać spośród prawie dwóch milionów woluminów… i nie tylko. Oferta Paper Back Swap jest bowiem bogatsza o audiobooki czy podręczniki.

                Oddać książki można bezpośrednio. Może to właśnie koleżanka z pracy poluje na egzemplarz “Wielkiego Gatsby’ego”, a pan Kazimierz spod czwórki szuka wszędzie Atlasu Polskich Ryb, który odziedziczyłeś po wujku, fanatyku wędkarstwa. Jeśli jednak nie znasz nikogo takiego, może to właśnie biblioteka miejska przygarnie twój księgozbiór. Weź jednak pod uwagę, że nie wszystkie książki zostaną przyjęte. Te brudne, zniszczone, nieaktualne lub brakującymi stronami nie nadają się do zbiorów bibliotecznych.

                Podziel się książkami przez internet! Facebook obfituje w tematyczne grupy, gdzie użytkownicy dzielą się tytułami często podczas towarzyskich spotkań. Najliczniejszą jest Książki – sprzedaż/wymiana książek. Nie można też zapomnieć o licznych platformach do wymiany w barterze lub do sprzedaży z drugiej ręki (wtórnej). Z zagranicznych przedstawicieli to chociażby Craigslist, Swappiness, Swap.com, SwapAce czy Read It Swap It. W Polsce funkcjonuje np. portal Bartersi.pl, gdzie za pomocą punktów (patrz BookMooch) możesz wymieniać się książkami i komiksami, a dodatkowo co najmniej połową wyposażenia swojego mieszkania i garażu.

                W bookswappingu udział brała Monika z Lublina. Wspomina go z mieszanymi uczuciami:

                Monika

                Kiedyś po Facebooku krążyła taka akcja wymieniania się książkami. Osoba, która chciała wziąć udział dostawała imię, nazwisko oraz adres osoby i wysyłała jej książkę, a w zamian miała dostać ksiazkę od innej osoby. Ja akurat robiłam porządki w swojej biblioteczce i miałam trochę książek do rozdania. Wzięłam udział w zabawie z kilkoma osobami i wysłałam 2-3 książki, ale nie dostałam żadnej. Nie zniechęciło mnie to do dalszych wymian, ale wolę wymieniać się z osobami, z którymi się bezpośrednio na to umawiam np. ze znajomymi. Takie wymiany dużo milej wspominam. Zostawiałam też książki w kawiarni, gdzie można wziąć z półki książkę i przynieść inną. Brałam, jeśli coś mnie zainteresowało. W Edynburgu, gdzie teraz mieszkam, czasami są wystawiane książki za darmo przed sklepami z rzeczami używanymi.

                Kliknij i rozwiń

                Uwolnij!

                W wielu miejscach na świecie funkcjonują punkty (np. stoliki, regały, półki, przychodnie, przystanki) bookcrossingu, gdzie możesz bezpłatnie zostawić swoje książki dla innych czytelników, którzy przekażą książkę dalej. Jest to o tyle interesujące, że książki mimo, że “tracą” właściciela, nie są traktowane jako “zagubione” czy “porzucone”.

                Jak uwolnić książki?

                1. Należy zarejestrować się na wybranej platformie: Bookcrossing.com lub Bookcrossing.pl,
                2. nadać im unikalny numer BCID (globalna platforma Bookcrossing.com) lub BIP (polski oddział – Bookcrossing.pl),
                3. wypuścić w świat,  
                4. śledzić ich drogę poprzez dzienniki podróży.

                Bookcrossing jest jednocześnie nieformalną kampanią popularyzującą czytelnictwo. Do tej pory dzięki zarejestrowanym 850 tysiącom użytkowników Bookcrossing.com, 130 krajów zwiedziło prawie siedem milionów książek. Pomyśl tylko, gdzie mogą trafić Twoje książki, gdyby się nie kurzyły na twojej półce!

                https://www.youtube.com/watch?v=dVNI0rjOkpE 

                Jedną z uczestniczek bookcrossingu była Agata, która swoje wrażenia opisuje tak:

                Agata

                Zostawiałam książki w punktach typu Zostaw Książkę i Weź coś dla siebie, ale nigdy nie znalazłam nic dla siebie. Fajnie było zostawić tytuły, które w jakiś sposób mi zawadzały. Nigdy nie zdecydowałam się na pozostawienie książek gdzie popadnie, bo bałam się, że będą potraktowane jak śmieć i prędzej się zniszczą, niż ktoś je weźmie. Zdecydowałam się wziąć w tym udział, bo zalegały mi w domu pozycje książkowe, a miałam potrzebę przeczytać coś nowego. A przy tym nie wydać nic… no bo fundusze studenckie bywają skromne.

                Kliknij i rozwiń

                Sam bookcrossing jest także punktem wyjścia dla licznych inicjatyw czytelniczych. 13. czerwca obchodzone jest Ogólnopolskie Święto Wolnych Książek, kiedy to odbywają się spotkania z autorami, wspólne czytania, debaty, konkursy, flash moby czy imprezy plenerowe. Dzięki takim akcjom uwolniono w Polsce ponad 260 tysięcy książek. Pomysłowość w doborze miejsc do bookcrossingu zaskakuje. Książki można brać z przystanków metra w Londynie, nowojorskich budek telefonicznych, bydgoskich drzew czy poznańskiego giveboxa.

                Pomysł bydgoszczan wart 60 tysięcy złotych będzie realizowany w ramach budżetu obywatelskiego. Cztery punkty bookcrossingowe znajdą miejsca w drzewach na terenach miejskich parków i Wyspy Młyńskiej.

                Giveboksy Jeżyce i Łazarz podbiły serca poznaniaków. Givebox to miejsce umożliwiające bezgotówkową wymianę wszelkich rzeczy: ubrań, książek, sprzętów domowych, zabawek – czegokolwiek, co tylko Ci przyjdzie do głowy! To tam znajdą one nowych właścicieli. Nie jest to jednak śmietnik, gdzie wrzucisz zniszczone woluminy, których nawet mole nie chcą jeść!

                Jak korzystać z Giveboxa?

                1. zabierz co chcesz – nie musisz nic zostawiać,
                2. zostaw takie rzeczy, które sam chciałbyś znaleźć,
                3. nie zostawiaj nic na szafie ani obok szafy,
                4. nie zostawiaj produktów spożywczych.

                Jeśli do tej pory nie znalazłeś zadowalającego pomysłu na pozbycie się książek, być może założenie własnej biblioteki będzie tym właściwym.

                Otwórz własną bibliotekę

                Własną lub społeczną. I może nie bibliotekę, a mikrobibliotekę. Tak właśnie wygląda książkodzielnia czyli idea stworzona na kanwie Little Free Library przez Kamila Stelmasika. Dzięki staraniom Miejskiej Biblioteki Publicznej w 2014 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim stanęła pierwsza skrzynka na książki.

                Kolejne zostały sfinansowane z gminnego programu “Osiedle Od Nowa” – budżetu na poprawę małej zabudowy i infrastruktury osiedli. Koszt stworzenia takiej skrzynki może się wahać między 300 a 1000 złotych, co nie wydaje się zawrotną kwotą. Możesz ją uzyskać z analogicznego budżetu we własnym mieście, z budżetu obywatelskiego lub ze zbiórki crowdfundingowej. Warto na początek włożyć kilka własnych książek, co przecież jest dla nas korzystne – w końcu chcesz pozbyć się niechcianych tytułów. Gdyby były jakiekolwiek trudności i pytania bez odpowiedzi, pomysłodawca książkodzielni oferuje swoją pomoc.

                Nie odkładaj na “później”

                Nie odkładaj książek “na później”, zwłaszcza gdy przeciąga się ono w nieskończoność. Nie odkładaj “na później” decyzji o pozbyciu się niechcianych tytułów. Mniej drastycznym sposobem jest wymiana egzemplarzy na te, które będziemy chcieli od razu przeczytać. Możesz je także oddać znajomym lub do biblioteki. Podczas, gdy na Twojej półce giną pod warstwą kurzu, mogą równie dobrze ucieszyć kogoś, kto skorzysta z Twojej biblioteczki – książkodzielni. Nie tylko pozbędziesz się zalegających książek, ale także stworzysz unikatową przestrzeń dla swojej społeczności. Zawsze też możesz wysłać książkę w podróż dookoła świata dzięki bookcrossingowi.

                Trudno jest pozwolić ulubionej książce odejść. Z niejednym tytułem wiąże się, nomen omen, niesamowita historia. Dzięki sharing economy przedmiot uzyskuje drugie życie. Siłą ekonomii współdzielenia jest społeczność. Korzystając z jednego z powyższych rozwiązań za każdym razem zyskujesz także dostęp do ludzi zafascynowanych literaturą. Co za tym idzie, możesz liczyć na rekomendacje, najświeższe informacje z literackiego świata czy chociażby nowe kontakty w bogatej zbiorowości. Wykorzystanie platform internetowych pozwala na aktywność nie tylko lokalną, ale i globalną, dodatkowo w bardziej przystępny sposób. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie masz już wymówek dla dalszego przetrzymywania książek. Czas wprawić je w ruch. Powodzenia!

                  Skomentuj

                  Jak korzystać z carsharingu? Krótki poradnik

                  Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                  Autor 3 sierpnia 2017

                  Carsharing w Polsce można już traktować jako realną alternatywę dla innych form podróżowania w miastach. Jednak jak korzystać z usług tego typu? Przedstawiamy krótki poradnik, który krok po kroku pokaże, jak wygląda proces wynajmu i korzystania z samochodu w ramach carsharingu.

                  Nasz poprzedni tekst o carsharingu z serii zamknęliśmy tymi słowami:

                  “Carsharing miejski rozwija się w Polsce szybciej niż jego brat, czyli model P2P, dzięki czemu najpewniej zajmie silną pozycję w rodzimym krajobrazie sharing economy. W Warszawie, Krakowie, czy Wrocławiu swobodne podróżowanie do pracy wynajętym samochodem przestało już być czymś niezwykłym. (…) Wszystko wskazuje na to, że Polacy naprawdę polubili carsharing.”

                  Ostatnie kilka tygodni to wzrost dostępności tego typu usług w Polsce – pojawienie się nowych podmiotów i ekspansja tych, które na rynku operują już od jakiegoś czasu. Niebawem usługi carsharingowe staną się nieodłącznym elementem krajobrazu dużych polskich miast, dlatego dobrze wiedzieć jak z nich korzystać. W naszym krótkim poradniku podpowiemy Ci:

                  • czego będziesz w tym celu potrzebować i jakie wymagania musisz spełnić?
                  • jak zlokalizować i wynająć pojazd?
                  • co zrobić w sytuacji wypadku?
                  • jak zakończyć korzystanie z usługi?

                  Jako przykład posłuży nam jeden z największych rodzimych operatorów – krakowski (i od niedawna również warszawski) Traficar.

                  Pobranie aplikacji i rejestracja konta

                  By móc swobodnie korzystać z usług carsharingowych musisz spełnić kilka wymagań:

                  • mieć ukończone 18 lat niektórzy operatorzy wymagają ukończenia 21 lat, jednak Traficar, jak i większość podobnych firm jako dolną granicę wieku wskazuje osiemnasty rok życia;
                  • dysponować aktualnym prawem jazdy kategorii B niektórzy usługodawcy wymagają, by użytkownik miał określone doświadczenie, np. posiadanie uprawnień przez rok, jednak podobnie jak w przypadku granicy wiekowej są to sporadyczne wyjątki;
                  • posiadać smartfona wynajęcie i korzystanie z samochodu wymaga instalacji dedykowanej aplikacji. Traficar jest dostępny obecnie na systemach Android i iOS.

                  Po pobraniu i zainstalowaniu aplikacji będziecie musieli zarejestrować konto. Oprócz podstawowych danych takich jak adres e-mail bądź hasło należy także:

                  • podać dane osobowe w oparciu o dokument potwierdzający tożsamość;
                  • przypisać do konta dane karty płatniczej to za jej pomocą będą regulowane Twoje należności za wynajem samochodów;
                  • zrobić zdjęcie pierwszej strony prawa jazdy służy to weryfikacji Twojego konta i uprawnień do prowadzenia pojazdu. Ważne: Traficar nie przechowuje tych fotografii, są one kasowane tuż po weryfikacji danych.

                  Po podaniu wszystkich wymaganych informacji, następuje proces weryfikacji konta. Przebiega on bardzo sprawnie i nie powinien zająć dłużej niż godzinę. Po zakończeniu weryfikacji konto jest aktywowane. Od tej chwili możesz swobodnie korzystać z samochodów za pomocą aplikacji.

                  Magdalena Hibner,
                  Marketing Manager, Traficar

                  Dane, o które prosimy użytkowników w ramach aplikacji, są niezbędne dla nas i dla bezpieczeństwa usługi. Nie wymagamy zdjęć dowodu osobistego, a zdjęcie prawa jazdy jest wykorzystywane tylko i wyłącznie w celu weryfikacji użytkownika, usuwane z systemu zaraz po jej dokonaniu.

                  Użytkownik nie musi się martwić o udostępnianie danych, zabezpieczenia są wielopoziomowe i szyfrowane, ale z uwagi na ich bezpieczeństwo nie podajemy więcej szczegółów.

                  Kliknij i rozwiń

                  Zlokalizowanie i rezerwacja samochodu

                  Teraz pora znaleźć najbliższy samochód. Poprzez aplikację (bądź przeglądarkę) możesz skorzystać z mapy, na której widoczne są wszystkie dostępne w danej chwili pojazdy. Dzięki geolokacji Traficar automatycznie wskaże Wam najbliżej zlokalizowany pojazd (jest on oznaczony symbolem “T”). Po wybraniu danego auta wyświetlają się wszystkie przydatne informacje takie, jak:

                  • dokładna lokalizacja,
                  • numer boczny auta,
                  • orientacyjny czas dotarcia i optymalna trasa.

                  Aby zarezerwować określony pojazd należy wybrać opcję “rezerwuj”. Wówczas samochód staje się niewidoczny dla innych użytkowników. Teraz masz 15 minut, aby dotrzeć do zarezerwowanego auta. Jeśli z jakichś powodów nie dotrzesz w tym czasie na miejsce, rezerwacja zostanie anulowana i cały proces rezerwacji należy rozpocząć ponownie. To mechanizm, który pozwala “odblokować” dostępność pojazdu dla innych użytkowników w końcu chodzi o sharing, prawda? :)

                  Po dotarciu do zarezerwowanego samochodu musisz jeszcze sprawdzić numer boczny auta oraz zeskanować QR kod, aby otworzyć drzwi. Voila! Możesz korzystać z auta.

                  Korzystanie z samochodu

                  W drogę

                  Po otwarciu samochodu masz 2 darmowe minuty na przygotowanie się do jazdy. W Twojej aplikacji pojawi się ankieta dotyczącą czystości pojazdu. Kluczyk lub karta znajduje się w schowku. Jeśli z pojazdem wszystko w porządku przygotuj się do bezpiecznej i komfortowej podróży i ruszaj w drogę!

                  Pamiętaj, jeśli zauważysz jakieś nieprawidłowości skontaktuj się z infolinią Traficar.

                  Opłaty

                  Każdy operator wykorzystuje określone stawki i sposób naliczania opłat. Zazwyczaj jednak opierają się one na przejechanym dystansie i czasie podróży. Tak też jest w przypadku korzystania z Traficar. Płacisz za każdy przejechany kilometr oraz każdą minutę spędzoną w samochodzie.

                  Rozliczenie następuje po zakończeniu jazdy, a należność jest pobierana z Twojego konta.

                  Traficar umożliwia także zaparkowanie samochodu bez kończenia wynajmu. W takiej sytuacji doliczane są opłaty za czas parkowania. Parkowanie w płatnych strefach miejskich jest darmowe, jednak w przypadku korzystania z parkingów prywatnych użytkownik ponosi koszty we własnym zakresie.

                  Chcesz sprawdzić, ile będzie kosztować Cię podróż jeszcze przed wynajmem samochodu? Wejdź w aplikację lub na stronę Traficar. Znajdziesz tam mapę, na której możesz wyznaczyć początek i koniec trasy, a następnie obliczyć koszt przejazdu.

                  Mamy problem

                  Jeśli podczas korzystania z Traficara spowodowałeś wypadek lub uszkodziłeś samochód, zgubiłeś klucz do samochodu lub przydarzyło Ci się cokolwiek innego,  nie panikuj! W takiej sytuacji zadzwoń na całodobową infolinię Traficar i poinformuj konsultanta o zaistniałej sytuacji. On podpowie Ci jakie kroki musisz podjąć. Pamiętaj nie rób nic na własną rękę!

                  Jeśli miałeś wypadek, ale nie ma potrzeby wzywania na miejsce zdarzenia policji, należy wypełnić druki szkody (w dwóch egzemplarzach). Standardowe druki szkody do wypełnienia znajdują się w bagażniku samochodu, pod dywanikiem.

                  Nie musisz także martwić się o ubezpieczenie. Nie ponosisz kosztów dodatkowego ubezpieczenia. W stawkach za korzystanie z usługi Traficar zawiera się pełne ubezpieczenie samochodu.

                  Oddaję auto

                  Dotarłeś już do celu? Zostawiając pojazd dla kolejnych użytkowników pozostaw klucz w schowku. Pamiętaj także, aby zadbać o porządek. W końcu jedną z największych wartości gospodarki współdzielenia jest wzajemne zaufanie i szacunek.

                  Dla sfinalizowania usługi w aplikacji naciśnij “zakończ wynajem”. Tylko przypominamy być może coś oczywistego – auto musisz pozostawić na terenie miasta, w którym operuje dostawca carsharingowy.

                  Wahasz się?

                  Ciągle zastanawiasz się czy warto korzystać z carsharingu? To przede wszystkim wygoda, oszczędność Twojego czasu i pieniędzy. A niebawem forma poruszania się po mieście tak oczywista, jak tradycyjna komunikacja miejska.

                  • Za pomocą swojego smartfona masz dostęp do całej floty aut dostępnej na terenie całego miasta.
                  • Nie musisz martwić się o bezpieczeństwo swoich danych, które po weryfikacji konta zostaną automatycznie usunięte.
                  • W razie problemów masz dostęp do całodobowej infolinii, gdzie konsultanci pomogą rozwiązać każdą zagwostkę.
                  • Każdy samochód jest ubezpieczony, nie ponosisz więc dodatkowych opłat.
                  • Nie musisz płacić za parking na terenie strefy miejskiej.
                  • Nie masz również ograniczeń czasowych wypożyczania samochodów, możesz więc korzystać z nich o każdej porze dnia i nocy.

                  Jeżeli to jeszcze nie przekonuje Cię to spróbowania carsharingu, być może niebawem zrobią to Twoi znajomi ;)

                    Skomentuj

                    Astroturfing, czyli jak cyfrowo sterować masami i prowadzić wojny hybrydowe

                    Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                    Autor 27 lipca 2017

                    Ostatnie wydarzenia polityczne ponownie pokazały siłę mobilizacji w mediach społecznościowych. Szereg komentatorów zauważył jednak, że aktywnym graczem w polskiej sieci jest nieznana siła, której sztuczne kreowanie ruchu określono mianem astroturfingu. Jak głęboko sięga cyfrowa królicza nora?

                    Do wieczora 22 lipca 2017 roku termin astroturfing był dla Polaków równie kosmiczny, co jego brzmienie. Znane już były określenia takie jak trolling, inżynieria społeczna, socjotechnika – wszystkie oddające w pewnym sensie to samo zjawisko sterowanego z ukrycia ruchu, niegdyś w kontekście manipulacji opinią publiczną przy użyciu tradycyjnych mediów, dziś częściej w ramach aktywności użytkowników w mediach społecznościowych. Autorstwo pojęcia przypisuje się demokratycznemu senatorowi z USA, który w 1985 roku porównał “oddolnie” wysyłane pocztówki i listy poparcia w obronie koncernów ubezpieczeniowych do znanej marki sztucznej trawy “AstroTurf”. Ale czasy, gdy szczytem osiągnięć socjotechniki były masowe przesyłki pocztowe, bezpowrotnie minęły.

                    Spin doktorzy w erze Tłumu 2.0

                    Edward Bernays, 1891-1995

                    Spacer kobiet palących papierosy podczas parady w Niedzielę Wielkonocną to podręcznikowy przykład pionierskiej aktywności w dziedzinie inżynierii społecznej. Chociaż dziś ten obraz ocenilibyśmy jako zdecydowanie normalny, w 1929 roku wciąż szokował jako akt śmiałości przesuwania granic przez sufrażystki i szeroki ruch na rzecz emancypacji kobiet. Wydarzenie jednak nie miało spontanicznego charakterujego autorem był Edward Bernays, a zleceniodawcą American Tobacco Company. Bernays, uważany dziś za twórcę branży public relations, wykorzystał cenne uwagi psychonalityka A. A. Brilla o papierosach jako “pochodniach wolności” kobiet i zatrudniając znane działaczki społeczne zorganizował marsz oraz kampanię społeczną. W ten sposób cynicznie połączył interes korporacji tytoniowej z dobrymi intencjami ruchów społecznych.

                    Pojawienie się sieci społecznościowych wywróciło ten standardowy model do góry nogami. Co prawda trendsetterzy i tytuły medialne dalej tu są, ale możliwość generowania fałszywego ruchu, lansowania hasztagów i trendów dyskusyjnych, obsługi tysięcy komentujących kont i czarowania niezliczonych stron poparcia czy wydarzeń otworzyła nowe możliwości skalowania działań. Szczególnie niebezpieczna okazuje się jedna z kluczowych zalet sieci – jej anonimowość, pozwalająca na przybieranie fałszywych tożsamości. Konieczność opłacania statystów do uczestniczenia w marszach czy stawiania fałszywych stron WWW instytucji naukowych, jak robiło to m.in. Monsanto rękami firm PR, odeszła na drugi plan.

                    Czy jest bowiem coś lepszego niż autentyczne tłumy protestujących – ale skrzyknięte przez fałszywy ruch w sieci?

                    Jedną z pierwszych namierzonych inicjatyw cyfrowego astroturfingu zaprezentował American Petroleum Institute, gdy w sierpniu 2011 roku prawdopodobnie użył około 15 próbnych kont-botów do rozpoczęcia operacji kreowania poparcia dla Keystone XL, projektu rurociągu łączącego Amerykę z ropą z piasków bitumicznych w Kanadzie. Inwestycja wzbudzała powszechny opór ze strony okolicznych mieszkańców i osób zaangażowanych w ochronę środowiska, ale wydawało się, że znaleźli się także jej zwolennicy. Dostrzeżono jednak, że konta utworzono i zapełniono uwiarygadniającymi zdjęciami w tym samym czasie, zaś rzekomo chaotyczne posty były wzajemnie retweetowane w ramach grupy w równie skoordynowany sposób i dotyczyły wyłącznie jednego tematu.

                    Ruch w sieci jest tak “gęsty”, że rozpoznanie mistyfikacji osiąga nowy poziom trudności w stosunku do starszych cywilizacyjnie i technologicznie form komunikacji. Oznaczanie rozpoznawalnych polityków i postaci świata opinii, podpinanie się pod hasztagi i wrzucanie własnego przekazu, a nawet wkraczanie w cyfrową bańkę innych osób w oparciu o rzekomą znajomość ze świata rzeczywistego to banalne strategie. Nawet autor tego tekstu zetknął się z nimi osobiście.

                    Historia astroturfingu w wersji cyfrowej – inaczej cyberturfingu – toczy się jednak dalej podobnie do życiowych losów Edwarda Bernaysa. Mistrz PRu zaczynał lansując bekon w menu śniadaniowym, natomiast szybko przeszedł do obsługi kandydatów prezydenckich i wreszcie oczerniania rządów państw nieprzychylnych administracji USA. Dla Guatemali skończyło się to w 1954 roku przewrotem wojskowym sterowanym przez CIA przy wsparciu przychylnie uformowanej opinii publicznej.

                    Cyfrowa propaganda, wojny botów

                    Cyberturfing od kilku lat jest obiektem zainteresowania różnych rządów, wojskowych i służb specjalnych, szczególnie najsilniejszych światowych mocarstw. Nowe narzędzia tworzą możliwość jeszcze bardziej nieuchwytną niż same fake news i wojna informacyjna – pozwalają zmieniać społeczne nastawienie do problemów krajowych i geopolitycznych. Dzięki nim możliwe jest tworzenie i rozniecanie “ognisk zapalnych”, tematów dzielących populację, niszczących więzi społeczne, zaufanie, ostatecznie nawet destabilizujących kraje.

                    W swoim filmie z 2010 roku Taki Oldham ukazał pierwszy zarys strategii cyberturfingu służący do politycznego manipulowania opinią publiczną. Udało mu się wejść w szeregi libertariańskiego centrum American Majority i nagrać jak trenowano zespoły do masowego wystawiania recenzji książkom i propagowania przygotowanych argumentów w różnych serwisach. Głównym donatorem organizacji był Eric O’Keef, polityk i lider organizacji lobbystycznych.

                    Koncepcja sięga już głębiej. W 2011 roku HB Gary, firma zajmująca się cyberbezpieczeństwem, została w odwecie za próby infiltracji środowiska Anonymous zhakowana. Wśród danych i wymian e-maili znaleziono dokumenty wskazujące na współpracę spółki z US Air Force w zakresie dostarczenia oprogramowania pozwalającego na automatyczną obsługę 10 kont z wygenerowaną “legendą” pełną zdjęć i postów. Narzędzie miało także generować zmienne IP, aby ukryć lokalizację operacji, a nawet przypisywać stałe dla większej wiarygodności. Przypadek został opisany przez różne media, jednak z racji na wagę sprawy dalsze śledztwo może być niemal niemożliwe na lata. Nie jest trudno jednak zauważyć, że mniej więcej w tym samym okresie z sieci społecznościowych na ulice wytoczyła się rewolucyjna fala Arabskiej Wiosny.

                    Personel Cyber Command Departamentu Obrony USA

                    Takie praktyki z całą pewnością nie ograniczają się do świata Zachodu. Dobrze opisany jest przypadek działań rządu chińskiego, który zatrudnia nawet do 2 milionów osób w celu dezinformacji, rozpraszania komunikacji aktywistów i generowania prorządowego contentu. Jak wynika z badań, ta “partia 50 centów” (50 Cent Party) składa się w większości z oddelegowanych do tego zadania pracowników biurokracji państwowej.

                    Dochodzimy także do przypadku, o tyle wywołującego silne emocje, że dotyczy także sytuacji Polski. Rosja od lat jest znana z niezwykłego połączenia polityki zagranicznej i cyfrowej wojny informacyjnej. W 2014 roku analitycy portalu War on the Rocks odkryli, że krytyka syryjskiego prezydenta Asada spotyka się w mediach społecznościowych z falą odpowiedzi ze strony… kont atrakcyjnych kobiet zainteresowanych polityką. Podążając za siecią powiązań, trafili na nieznany, ale oceniany na bardzo dużej wielkości amalgamat prokremlowskich botnetów, przejętych kont i amplifierów agregujących “przekaz dnia”.

                    Grupa watchdogów z PropOrNot w specjalnym raporcie ocenia, że w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 roku kombinacja rosyjskiego pochodzenia fake news oraz cyberturfingu w istocie z powodzeniem docierała do blisko 15 milionów Amerykanów. W ten sposób sztucznie budowano gorące tematy, takie jak oszustwa wyborcze, czy też najbardziej udany – i całkowicie wykreowany – przekaz o chorobie Hillary Clinton. Przeprowadzono także udane ataki na giełdowe spółki, m.in. Walt Disney Co, wzbudzając panikę w związku z fikcyjnym atakiem terrorystycznym w parku rozrywki.

                    Warto jednak podkreślić, że celem rosyjskich służb nie było raczej wsparcie Trumpa, ale wzbudzenie atmosfery niepokoju i uderzenie w poparcie dla mandatu zwycięzcy lub zwyciężczyni. Główne wektory cyberturfingu Rosji wobec innych krajów można scharakteryzować tak:

                    • podminowywanie zaufania obywateli do instytucji demokratycznych,
                    • tworzenie i podsycanie problemów dzielących społeczeństwo,
                    • budowanie niechęci do wybieranych przedstawicieli i aparatu państwowego,
                    • popularyzacja prorosyjskiej optyki na bieżące problemy (np. wojny na Ukrainie),
                    • rozsiewanie dezinformacji i zacieranie różnic między prawdą i fikcją.

                    22 lipca 2017

                    Wróćmy jednak do wyjątkowego sobotniego wieczora w historii Polski ery cyfrowej. W przestrzeni Twittera pojawił się nowy trend, forsujący hasztagi #StopAstroTurfing oraz #StopNGOSoros, oceniający masowe protesty przeciw zmianom w sądownictwie jako skoordynowaną kampanią marketingu politycznego. Użycie nowego hasła – astroturfing – miało zapewne wywołać zaciekawienie odbiorcy i nadać szerzej nieznanemu pojęciu nowe, zgodne z intencjami autora znaczenie. Co najbardziej absurdalne, wszystko wskazuje na to, że to właśnie te tweety były same w sobie astroturfingiem (cyberturfingiem)!

                    Przykładowy zrzut ekranu z analizy DFR Lab

                    Digital Forensic Research Lab, grupa monitoringu cyberprzestrzeni należąca do waszyngtońskiego think-tanku Atlantic Council, przeprowadziła maszynowy skan dwóch tagów i opublikowała rezultaty w viralowo rozchodzącym się już artykule. Popularność haseł eksplodowała dokładnie o godzinie 21:00, gdy 2,5 tysiąca kont publikowało wpisy z prędkością nawet do 200 twittów na minutę. Po godzinie aktywność spadła do 100 na minutę i stopniowo wygasała. Taki cykl życia hasztaga jest sztuczny, co łatwo zauważyć porównując go z organicznie rosnącym i rozchodzącym się po sieci.

                    Poniżej porównanie przygotowane przez portal Neuropa:

                    Jako zespół WeTheCrowd podkreślamy, że sama analiza częstotliwości wpisów nie jest wystarczającym dowodem na sztuczność ruchu, ponieważ w polskiej sieci równie intensywny i krótki jest czas trwania np. hasztaga programu #WTyleWizji. Dokładne rozbicie grupy publikujących wpisy w pełni jednak dowodzi, że akcja nie była spontanicznym zrywem obywatelskości. DFR Lab zauważył, że 10 najbardziej aktywnych użytkowników przez dwie godziny wysyłało tweeta średnio co 4 sekundy. Górne 50 kont wykreowało ⅓ całego ruchu. Przytłaczająca większość postów ma identyczną treść, dołączone zdjęcia i tagi. Bliska inspekcja kont wykazała, że większość powstała na przełomie 2016 i 2017 roku, a ich legendy są raczej marnymi fasadami, łatwymi do przejrzenia.

                    Co prawda #StopAstroTurfing i #StopNGOSoros nie chwyciły, ale inny tag generowany w tym samym czasie – #MuremZaPJK – na przestrzeni kolejnych dni powracał już organicznie z częstotliwością do 100 twettów na godzinę. Z analizy Neuropy wynika, że powiązane z protestami hasztagi, takie jak #WolneSądy, #ŁańcuchŚwiatła czy #3xVeto, cechowały się organicznym wzrostem, zaś pośród prorządowych można znaleźć zarówno naturalne, jak #3xTak, jak i przejęte przez boty czy zupełnie sztucznie wykreowane.

                    To jednak nie jedyna budząca podejrzenia aktywność w stylu cyberturfingu. Tego samego 22 lipca 2017 roku o 11:47 miało bowiem miejsce równie intrygujące zjawisko.

                    Pod porannym postem na fanpage’u TVN24 nagle pojawiło się kilkadziesiąt identycznych komentarzy o treści “Precz z kaczorem – dyktatorem!”. Jak zauważył serwis “Polityka w sieci”, konta są autentyczne i aktywne. Nasza analiza wskazuje, że wszystkie należą do osób mieszkających w Brazylii. Co prawda sprzedaż lajków czy komentarzy od botów we wszystkich typach mediów społecznościowych jest w dość standardowej ofercie firm marketingu cyfrowego, to wykorzystanie kont nieświadomych użytkowników wskazuje raczej na aktywację dokonaną przez hakerów. Czy jest możliwe, że prawdziwe konta wielu naszych polskich znajomych również są takimi uśpionymi botami?

                    Kamil Basaj,
                    Kierownik Projektu INFO OPS,
                    Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

                    W krajowym internecie występują aktywne i nieaktywne zespoły wirtualnych użytkowników, boty oraz zindywidualizowane konta społecznościowe pełniące role liderów opinii. Umiejscowienia obiektów w sieciach społecznościowych, ich zdolność do prowadzenia działań w precyzyjnie wybranych obszarach informacyjnych, daje jednoznaczną odpowiedź że takie zagrożenie istnieje.

                    Kliknij i rozwiń

                    Hipotezy i porady

                    Szczęśliwie w dobie big data teorie spiskowe można weryfikować. W Internecie nic nie ginie powiedzenie, które zazwyczaj odnosiło się do naszych kompromitujących zdjęć i godnych pożałowania wpisów z całonocnych imprez równie dobrze możemy obrócić na naszą korzyść. Zagregowane liczby dotyczące ilości kont, częstotliwości umieszczania wpisów, ich zasięgu czy głównych medialnych wzmacniaczy przekazu są dostępne dla każdego, kto wie jak posługiwać się właściwymi narzędziami.

                    Większość narzędzi do analityki danych z mediów społecznościowych to zaawansowane oprogramowanie analityczne tworzone jako rozwiązanie do optymalizacji strategii marketingowych dla firm. Co za tym idzie, takie programy są płatne, więc jeśli chcemy z nich korzystać do monitoringu obywatelskiego, najlepiej uzyskać dostęp dla szerszej grupy, np. w ramach działalności i budżetu organizacji pozarządowej. Ale są też minimalistyczne aplikacje czy darmowe dema, takie jak wyszukiwarka udostępniana przez platformę Talkwalker.

                    Prawdziwość danych niestety nie tłumaczy, kto stał za kampanią. Czy oba wydarzenia z 22 lipca są ze sobą powiązane? Czy leniwy menedżer marketingu z TVN24 w istocie zamówił tanie komentarze, a może był to atak ośmieszający stację? Skoro tak, to czy wymierzone w protestujących hasztagi nie były nawet bardziej nachalne i odstraszające a może nie ma to znaczenia, bo miały uruchomić i schować się w większym, już organicznym ruchu? Jaka jest szansa, że był to false flag po to, by rozsierdzić protestujących? Czy można tłumaczyć media takie jak wPolityce czy Niezależna, które dalej ciągną temat nakręcany przez boty?

                    Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji jednoznacznie wskazuje na Rosję jako źródło działań mających na celu przede wszystkim destabilizację życia społecznego i wpłynięcie na proces podejmowania decyzji, co jest wpisane w szersze cele wojny informacyjnej z naszym regionem. Szczególnie podjęcie wątku George’a Sorosa może wskazywać na podobieństwo do operacji prowadzonych wcześniej przez rosyjskie boty na Węgrzech i w USA. Wstrzymam się się jednak od jednoznacznej oceny z racji na poważne braki informacyjne.

                    Kamil Basaj,
                    Kierownik Projektu INFO OPS,
                    Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń

                    Wspominany atak informacyjny nosi cechy nieprofesjonalnego, łatwo identyfikowalnego działania które nie musi być działaniem właściwym przeciwnika informacyjnego. Obecnie prowadzone prace analityczne są skierowane na identyfikację działań skrytych, dla których wspomniana kampania mogła być wyłącznie elementem maskowania operacji właściwej. Określenie powodzenia lub fiaska kampanii jest możliwe po dokładnym określeniu celu jaki obrał ośrodek inicjujący.

                    Kliknij i rozwiń

                    Dlatego główny przekaz tego artykułu ma być ostrzeżeniem i wskazówką co do przyszłości. Polskie społeczeństwo jest już niezwykle spolaryzowane i dalszy postęp tego procesu grozi załamaniem porządku społecznego. Na świecie coraz liczniejsze są głosy, że czas podjąć działania, w tym regulacyjne, by zatrzymać cyberturfing. Stąd chcemy zwrócić uwagę opinii publicznej i decydentów na kroki, jakie mogą zapobiegać kolejnym takim sytuacjom:

                    • Wszystkie osoby aktywne w sieci powinny korzystać z narzędzi monitoringu oraz każdorazowo weryfikować podejrzane konta przez np. sprawdzenie daty utworzenia, wyszukanie zdjęć danej osoby w Google Images oraz szybkie prześledzenie historii publikowania,
                    • Sugerujemy, by portale informacyjne i medialne oraz organizacje pozarządowe tworzyły własne narzędzia alertowe, prywatne lub publiczne, które mogą wyłapywać i wysyłać powiadomienia na bieżąco o podejrzanej aktywności w sieci,
                    • Współpraca międzyresortowa ds. cyberbezpieczeństwa musi aktywnie wejść w obszar mediów społecznościowych i zwalczać cyberturferów przy użyciu krajowych narzędzi technicznych i prawnych, a także we współpracy z administracjami krytycznej infrastruktury cyfrowo-społecznej (jak elegancko można nazwać Facebooka).

                    Dalszy rozwój sieci i jej powszechne używanie przez młodsze pokolenia z pewnością tylko nasili aktywność cyberturfingu. Co gorsza, machine learning i najnowsze inicjatywy z zakresu sztucznej inteligencji sugerują, że już wkrótce roje botów mogą stawać się nieodróżnialne od prawdziwych użytkowników. Będą uczestniczyć z nami w lokalnych eventach, bawić codziennymi perypetiami we wpisach i sączyć zaprogramowany przekaz we wciągających prywatnych rozmowach. Ile zostało nam czasu, zanim zatęsknimy za opłaconymi spacerowiczkami Bernaysa?

                     

                      Skomentuj

                      Garden sharing – duch natury i wspólnoty w mieście

                      Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                      Autor 25 lipca 2017

                      Zielone miasta przestają być fanaberią. W czasach gdy miasta pokrywa betonowa pustynia, każdy skrawek zieleni jest na wagę złota. Jak za pomocą nowych technologii, społeczności i idei współdzielenia przywrócić równowagę w przyrodzie?

                      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                      W miejskiej przestrzeni jest ograniczona ilość miejsca, która pozwola na uprawę roślin, zwłaszcza jadalnych. W świecie o kurczących się zasobach remedium może być odwołanie się do sharing economy. W tym przypadku garden sharingu.

                      Czym jest garden sharing?

                      Garden sharing  to współdzielenie umiejętności i zasobów ogrodowych, narzędzi i nasion w celu wspólnego, lokalnego uprawiania owoców i warzyw. Osoby z przestrzenią ogrodową udostępniają ją osobom mającym wiedzę oraz narzędzia.

                      Garden sharing (w Ameryce Północnej znany także jako yardsharing) to dzielenie się np. trawnikami czy pasami zieleni z sąsiadami lub ochotnikami do roli ogrodnika. Jest to idealnie rozwiązanie dla tych, którzy mają do dyspozycji przestrzeń, ale nie mają czasu na jej pielęgnację oraz tych, którym marzy się ogród z prawdziwego zdarzenia. Garden sharing łączy obie grupy dając obopólne korzyści. Właściciel trawnika zyskuje w zamian płody roli, a ogrodnik przestrzeń do relaksu. Co ważne, na styku tych dwóch grup korzysta nie tylko mikro-gospodarka, ale także lokalna społeczność.

                      Ponadto:

                      • dzięki lokalnej uprawie warzyw i owoców zmniejsza się zanieczyszczenie powietrza poprzez redukcję transportu roślin na talerz;
                      • garden sharing pełni funkcję edukacyjną odnośnie zdrowego żywienia i odpowiedzialności przemysłu żywieniowego;
                      • takie rozwiązanie pozwala także na łatwy i niedrogi dostęp do świeżych warzyw i owoców, które stają się rarytasem;
                      • może być doskonałym uzupełnieniem domowego budżetu starszych ludzi poprzez sprzedaż zieleniny;
                      • poprzez samodzielną uprawę roślin mamy pewność co do ich jakości i bezpieczeństwa od pestycydów;
                      • garden sharing wspiera rozwój lokalnej przedsiębiorczości opartej na rolnictwie;
                      • daje także większą niezależność od rosnących cen żywności.

                      Taka współpraca może polegać na bezpośrednim kontakcie lub poprzez dedykowane platformy. Większość tego rodzaju stron jest darmowa i niekomercyjna. Choć dziś funkcjonują w okrojonym zakresie, warte wspomnienia są dwie.  Pierwszą z nich jest Yardsharing.org. To nie tylko narzędzie łączące ogrodników z właścicielami, ale także kompendium wiedzy. Na portal jednak trzeba brać poprawkę – ostatnie ogłoszenia są z 2014 r., a jego zakres obejmuje jedynie Stany Zjednoczone.

                      Na podobnej zasadzie co Yardsharing.org działało HyperLocavore. Po zostaniu członkiem (pea), tworzyło się grupy chętnych dla każdego nieużytku. Cała komunikacja odbywała się poprzez forum i tam też znajdowało się swoiste centrum zarządzania ogródkiem. Dziś prężnie HyperLocavore działa jako strona na Facebooku. Można tam znaleźć także inspiracje z całego świata nt. urban i guerilla gardeningu.

                      Inaczej ma się sprawa z MyCityGardens. To Tinder dla ogrodników! Za pomocą listy znajdziesz ogródek lub chętne do pobrudzenia ziemią ręce. Ograniczeniem jest jedynie lokalizacja, platforma bazuje bowiem na Bostonie. Na identycznych zasadach funkcjonują Shared Earth i Urban Garden Share:

                      1. Na podstawie adresu wybierasz najbliższy, ale też najlepszy Twoim zdaniem teren.
                      2. Kontaktujesz się z właścicielem, który zgłosił wcześniej przestrzeń na stronie…
                      3. …i omawiasz szczegóły współpracy.

                      Garden sharing nieco inaczej

                      Modele współpracy w garden sharingu mogą się od siebie różnić. Wypisane wcześniej platformy mają charakter czysto niekomercyjny. LandShare w przeciwieństwie do nich, łączy w ramach Land Share Partnership mniej doświadczonych rolników z tymi bardziej. To tworzenie biznesowych partnerstw na podstawie dostępu do niezagospodarowanej ziemi. Z racji biznesowej natury tej współpracy, proces jest bardziej formalny niż inne inicjatywy garden sharingu.

                      Samo Land Share działa jako przedsiębiorstwo społeczne, które chce być katalizatorem zmian w zarządzaniu ziemią jako zasobem.

                      Równie nieco inną formę garden sharingu reprezentuje Edinburgh Garden Partners. To piękna charytatywna inicjatywa bowiem tu wolontariusze-ogrodnicy dbają o działki lub ogródki osób starszych i z niepełnosprawnościami. W ubiegłych latach w ramach EGP współpracowało ponad 70 wolontariuszy – ogrodników.

                      Ogrody społeczne (lub społecznościowe)

                      Rozmawiając o garden sharingu, karygodnym byłoby pominięcie idei ogrodów społecznych (lub społecznościowych). O ile garden sharing opierał się na relacji dwóch stron, tj. właściciela ziemi z ochotnikiem-ogrodnikiem, o tyle ogrody społeczne tworzy zbudowana wokół miejskiego nieużytku społeczność. Oprócz współdzielenia przestrzeni jak przystało na sharing economy, korzeni ogrodów należy także upatrywać w ogrodnictwie miejskim (urban farming).

                      Ogrody społeczne/społecznościowe to zieleńce uprawiane przez lokalną społeczność. Niektóre mogą się specjalizować, ale zazwyczaj zawierają zarówno owoce, warzywa, kwiaty jak i zioła.

                      Miejsce nie ma znaczenia. W Brukseli warzywa uprawia się na tarasie Biblioteki Królewskiej. W Sztokholmie zielone ogrody powstały na nieużywanej bocznicy kolejowej.

                      Pomysł na ogród społeczny w większości pojawia się oddolnie, są jednak i takie miejsca, jak np. Gdynia, gdzie zieleńce powstają przy udziale urzędu miasta. Wbrew pozorom ogród społeczny nie jest rzadkością w Polsce, na lokalną uprawę zdecydowali się mieszkańcy Słupska, Gdańska, Poznania, Krakowa, Wrocławia, Cieszyna, Zielonej Góry, Częstochowy, Żar i wiele innych.

                      Jak pisze Patryk Białas takie rozwiązanie wpływa bardzo pozytywnie nie tylko na przestrzeń, ale i mieszkańców:

                      Spotykają się, rozmawiają i plotkują. Odpoczywają. Poprawiają się relacje sąsiedzkie. Zwiększa się duma i zaangażowanie społeczności lokalnej. Wartość nieruchomości wzrasta. (…) Mieszczanie stają się prosumentami – zarówno konsumentami, jak i producentami nie tylko energii, ale i żywności.

                      Ogród społeczny po polsku

                      Wybrałam 3 polskie platformy, które pomogą Ci w tworzeniu współdzielonego ogrodu. Pierwszą z nich jest Nasz Ogród Społeczny. To kopalnia wiedzy z zakresu miejskiego ogrodnictwa, planowania przestrzeni oraz partycypacji. Wszyscy zainteresowani znajdą tu m.in. słownik pojęć, porady – jak zacząć i jak pozyskać finansowanie, mają możliwość zadania pytania ekspertowi, a także bibliotekę inspirujących przykładów ogrodnictwa miejskiego ze świata i z Polski.

                      Inspirację i wiedzę można także śmiało czerpać od trójmiejskiej Fundacji MY i ich projektu Ogrody społeczne. Na swojej stronie poświęcają dużo uwagi temu jak i po co tworzyć ogrody społeczne. Ostatnia to Społecznik 2.0 czyli analiza ogrodów społecznych. Do & Don’t tworzenia takiej przestrzeni dla lokalnej społeczności.

                      Tyle teorii, co na to praktyka? Zapytałam Agatę Półtorak z wrocławskiego Warzywnego Ogrodu Społecznego.

                      Agata Półtorak,
                      Warzywny Ogród Społeczny

                      Przestrzeń zdecydowaliśmy się stworzyć z kilku powodów. Przede wszystkim niesie to za sobą wiele pozytywnych wartości i zbliża ludzi do natury. Dzieciaki są zachwycone, gdy mogą zobaczyć jak rosną ogórki czy cukinie. My sami mamy olbrzymią pasję i frajdę z tworzenia miejsc, które w jakiś sposób mogą integrować lokalną społeczność.

                      Nasz ogródek warzywny nie jest typowy, jest to bardziej miejsce spotkań niż prawdziwy ogród nastawiony na uprawę. Przemycamy w nim trochę wartości edukacyjnych i estetycznych jakie dają nam rośliny użytkowe.

                      Myślę, że rozwijające się społeczeństwo coraz bardziej docenia takie inicjatywy, więc przyszłość widzę optymistycznie. Nie wiadomo tylko w jakim czasie stanie się to bardziej popularne.

                      Kliknij i rozwiń

                      Zielona ewolucja

                      Już dziś Green Cross Poland przekonuje że modernizacja terenów zieleni pozwoli uczynić polskie miasta nie tylko mniej uciążliwymi dla środowiska, ale przede wszystkim zdrowszymi i bardziej przyjemnymi miejscami do życia. Efekty pracy miejskich ogrodników-ochotników przekładają się na dziedziny życia nie tylko związane z jedzeniem, ale także zdrowiem psychicznym, dobrobytem, przedsiębiorczością, edukacją, estetyką miasta i transportem.

                      Obserwując ideę garden sharing i ogrodów społecznych, odnosi się wrażenie, że przyszłość nowoczesnych miast zależy od sharing economy. Współdzielenie przestrzeni i miejskie ogrodnictwo z nim związane to rozwiązanie wielu przestrzennych, ekonomicznych oraz społecznych bolączek. Dzięki tym ideom widać także, jak bardzo dziś tęsknimy za kontaktem z drugim człowiekiem i naturą.

                      Do tej pory garden sharing i ogrody społeczne działały głównie jako oddolne inicjatywy. Czy nowe technologie będą wsparciem w zielonych inicjatywach? Moim zdaniem tak, choć podobnie jak w foodsharingu, wciąż brakuje dobrych polskich aplikacji. Czy ich stworzenie to porywanie się z motyką na słońce?

                      Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                        Skomentuj

                        Jedz, dziel się i kochaj. Fenomen jadłodzielni i foodsharingu

                        Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                        Autor 19 lipca 2017

                        W sprawie marnowanie żywności mówi się wiele, ale to wciąż za mało. Na szczęście coraz prężniej działają ruchy społeczne w obszarze foodsharingu. Może to właśnie jadłodzielnie, poprzez swoje oddolne działanie, mają szansę rozwiązać ten problem a jednocześnie spopularyzować sharing economy?

                        Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                        Światowe organizacje i rządy państw biją na alarm. Marnujemy stanowczo za dużo żywności! W UE gospodarstwa domowe wyrzucają rocznie ponad 98 milionów euro do kosza. W przeliczeniu na każdego mieszkańca Unii Europejskiej marnowane jest średnio 173 kg żywności. Rynek przyzwyczaił nas do rozpasanej konsumpcji. Kupujemy za dużo, o małej wartości, krótkim terminie ważności. Pełnowartościowego jedzenia nie wystarczy dla wszystkich, przy takim tempie liczba niedożywionych będzie rosła w zastraszającym tempie. Badania przeprowadzone przez Polską Fundację Pomocy Dzieciom pokazują natomiast, że aż 800 tys. dzieci w naszym kraju cierpi głód albo jest niedożywionych. Przy szeregu działań, które już teraz trzeba podjąć, jest także gros ruchów społecznych, którym na sercu leży zdrowe i zrównoważone odżywianie. Foodsharing to efekt ich pracy.

                        Jadłodzielnia czyli co?

                        Foodsharing w formie jadłodzielni ma być rozwiązaniem na wyrzucanie żywności i jednocześnie wsparciem osób potrzebujących. To tam bezpłatnie można zostawić jedzenie i je zabrać, jeśli tylko potrzebujemy. To nie jest wymiana coś za coś, to zwykłe dzielenie się.

                        Pierwsze jadłodzielnie powstały w Niemczech i stamtąd właśnie przyszła idea do Polski, ale nie tylko. Foodsharing funkcjonuje na pełnych obrotach także m.in w Holandii, Austrii, Szwajcarii i Włoszech. Główna myśl jest wszędzie taka sama: zebrać niewykorzystane jedzenie i podzielić się nim z innymi.

                        Zasada funkcjonowania jadłodzielni jest prosta:

                        1. Przynosimy żywność zdatną do spożycia, której nie potrzebujemy. Powinna być dokładnie opisana, włącznie z terminem przygotowania, jeśli takie wcześniej było.
                        2. Nie przynosimy alkoholu ani surowego mięsa.
                        3. Wolontariusz dba o czystość miejsca, świeżość produktów i potraw oraz transport, jeśli jest potrzebny.
                        4. Można odbierać żywność w godzinach otwarcia jadłodzielni.

                        Nie ma ograniczeń kto i co może zabrać, ani też kto może oddać produkty spożywcze. Jeśli więc herbata, ciasto lub pomidory mają się zepsuć pod Twoją nieobecność, oddaj je do najbliższej jadłodzielni. Do oddawania zachęcane są nie tylko osoby prywatne, darczyńcami mogą zostać lokale gastronomiczne, producenci żywności czy sklepy, które nie sprzedadzą towaru.

                        Jadłodzielnie w Polsce

                        Pierwsza w Polsce była jadłodzielnia na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Stawki 5/7. Kolejne wyrastały jak grzyby po deszczu. Wraz z ich rozwojem pojawiały się zarzuty, że stanowią konkurencję dla działań np. Banku Żywności. Jest wprost przeciwnie. Jadłodzielnie wspierają działania innych organizacji oraz uzupełniają akcje ratowania żywności i dzielenia jej wśród potrzebujących.

                        Dziś w Polsce jadłodzielnie można znaleźć w:

                        1. Warszawie,
                        2. Wrocławiu,
                        3. Poznaniu,
                        4. Toruniu,
                        5. Szczecinie,
                        6. Zielonej Górze,
                        7. Jastrzębie Zdroju,
                        8. Bydgoszczy,
                        9. Lesznie,
                        10. Łodzi,
                        11. Grudziądzu,
                        12. Krakowie,
                        13. Lublinie.

                        Chcesz jadłodzielni w swoim mieście?

                        1. Zbierz zespół tzw. fudsejwerów (ratowników żywności), np. skrzykując ich przez Facebooka.
                        2. Znajdź miejsce, gdzie będzie funkcjonować jadłodzielnia.
                        3. Zorganizuj lodówkę i załóż stronę internetową lub profil w mediach społecznościowych. Voila! Właśnie stworzyłeś/-aś platformę sharing economy :)

                        Kto wie, może wystarczy lodówka i szafka z półkami, by zmienić świat na lepsze.

                        Beata, Zespół Jadłodzielnia Szczecin
                        Dlaczego zdecydowaliśmy się otworzyć Jadłodzielnię? Żyjemy w czasach kiedy marnuje się i wyrzuca wszystko: jedzenie, ubrania, sprzęt… Eksploatuje się do maksimum Ziemię. Chcemy pokazać, że można inaczej, że można podzielić się z każdym i można poczęstować się samemu zamiast iść do sklepu i wydać pieniądze. Jak to powiedział Gandhi „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie

                        Kliknij i rozwiń

                        Sylwia Kowalska,
                        Jadłodzielnia Toruń

                        Od dłuższego czasu  interesuję się ograniczonymi zasobami Ziemi, marnotrawstwem z tym związanym, szczególnie jedzeniem, które jest niezbędne do życia. Zastanawiałam się w jaki sposób każdy z nas może przyczynić się do zmniejszenia marnowania żywności. Okazało się, że więcej osób w Polsce i na świecie zauważa ten sam problem i tak powstał ruch foodsharingowy. W Toruniu przyłączyliśmy się do niego otwierając kolejne jadłodzielnie,

                        Aktualnie w Toruniu działają aż trzy, co bardzo nas cieszy, bo każdego dnia wspólnie z grupą ratowników i wolontariuszy ratujemy kilka kilogramów jedzenia. To sukces i powód do dumy.

                        Kliknij i rozwiń

                        Czy foodsharing ma przyszłość w Polsce?

                        Jak to tak brać jedzenie za darmo? Niewiadomo od kogo? Polacy generalnie nie są ufni. Jeśli chodzi o zaufanie, w rankingu Europejskiego sondażu społecznego 2014 zajmujemy 4 od końca miejsce, a za nami jest już tylko Bułgaria, Cypr i Słowacja. Młodsze pokolenie Polaków bardziej ufnie reaguje na nieznajomych i to najczęściej oni podejmują się inicjatyw w ramach sharing economy takich jak chociażby wspomniany foodsharing. Gdyby szukać złotego środka, to jadłodzielnie powinny pojawiać się w małych wspólnotach bliskich sobie osób (np. sąsiadów). Jednocześnie powinny one dawać poczucie anonimowości, bo wciąż jeszcze wyciągnie dłoni po pomoc lub korzystanie z darmowych zasobów jest traktowane lekceważąco. By jednak nie wróżyć kart, zapytałam przedstawicieli Jadłodzielni Szczecin i Toruń, jak widzą przyszłość jadłodzielni w Polsce.

                        Beata,
                        Zespół Jadłodzielnia Szczecin

                        Jadłodzielnie będą wyrastały jak grzyby po deszczu. Nas zainspirowała Jadłodzielnia w Toruniu, my zainspirowaliśmy kolejne miasta. I wszystko to w przeciągu 3 miesięcy. Zmienia się świadomość ludzi, którzy dochodzą do wniosku, że nie można tylko brać.  Ludzie uczą się wymiany, uczą się szacunku do jedzenia, nawiązują się nowe relacje

                        Kliknij i rozwiń

                        Sylwia Kowalska,
                        Jadłodzielnia Toruń

                        Według mnie idea w najbliższym czasie będzie się rozrastać, w ciągu ostatnich miesięcy powstały kolejne jadłodzielnie na terenie naszego kraju. To dobrze. Mam nadzieje, że uda zmienić się przepisy i obciążać sklepy karami za wyrzucanie żywności.

                        Mam także nadzieję, że świadomość ludzi poprzez otwieranie jadłodzielni, mówienie o tym w jakim celu one powstają, pozwoli na lepsze zrozumienie problemu z jakim się borykamy a co za tym idzie – wpłynie na indywidualne decyzje każdego konsumenta.

                        Kliknij i rozwiń

                        Foodsharing a nowe technologie

                        Czy technologia wspiera działania jadłodzielni? Osobiście nie spotkałam się z polską aplikacją foodsharingową, na którą bez wątpienia jest zapotrzebowanie.

                        Olio Local Sharing Revolution jest appką, która mogłaby stanowić wzór. W idei i działaniu podobna do opisanej w poprzednim tekście LeftoverSwap.

                        Po zalogowaniu i ustawieniu lokalizacji, będziesz miał/-a dostęp do darczyńców w promieniu maksymalnie pięciu kilometrów. Clou aplikacji to połączenie sąsiadów i sklepów w bliskiej odległości. W ramach wytworzonej sieci łatwo znaleźć informację kto i co oferuje, czy to marchewki z własnej działki czy pozostałości po świątecznym obiedzie dla całej rodziny. Wystarczy zrobić zdjęcie tego, czym chcesz się podzielić, zwięźle opisać i ustalić sposób odbioru. Jeśli zaś szukasz czegoś na ząb za pośrednictwem Olio, przejrzyj wyświetlane produkty w Twojej okolicy i skontaktuj się z właścicielem wysyłając mu wiadomość.

                        Niemiecka strona Foodsharing wymaga zalogowania (wraz z podaniem adresu), by móc publikować oferty. Atrakcyjniejsze dla odbiorców są te ze zdjęciem i dokładnym opisem kiedy i gdzie można odebrać żywność. Jeśli chcemy skorzystać z czyjejś hojności, przy ofertach znajdziemy także odległość od naszej lokalizacji, która ma pomóc w podjęciu decyzji o odbiorze. Największym utrudnieniem jest to, że strona działa jedynie w języku niemieckim i dotyczy głównie Niemiec.

                        Wydaje się zatem, że wraz z rozwijającą się w Polsce ideą foodsharingu, brakuje prostego narzędzia, który pełniłoby funkcję spożywczego Tindera. Mogłoby to być pomocnym uzupełnieniem funkcjonujących już jadłodzielni. Na razie musi wystarczyć na Facebook, bo pierwsze kroki to jednak wciąż przełamywanie strachu przed nieznajomymi i rozwijanie zaufania społecznego. Na to jednak gotowego przepisu nie mamy.

                        Partnerem i patronem naszego Przewodnika po Sharing Economy jest firma Traficar

                          Skomentuj

                          Skomentuj

                          Perspektywy rozwoju gospodarki społecznościowej

                          Przeczytasz w 20 minut Collaboration Crowdfunding
                          Autor 21 czerwca 2017

                          Jako WeTheCrowd pragniemy wspierać rozwój gospodarki współpracy (społecznościowej) nie tylko online. Dlatego planujemy cyklicznie realizować wydarzenie eksperckie “Perspektywy rozwoju gospodarki społecznościowej”. Zależy nam na:

                          1. Rozbudzeniu dyskusji nt. gospodarki społecznościowej w Polsce.
                          2. Zintegrowaniu przedstawicieli różnych branż na rynku.
                          3. Zebraniu i utrwaleniu wniosków, które posłużą organizacji następnych konferencji eksperckich oraz większej ogólnopolskiej konferencji otwartej.

                          Pierwsza odsłona konferencji miała miejsce 8 czerwca w Łodzi. Wraz z partnerami i pionierami gospodarki współpracy (społecznościowej) w Polsce – startupami, NGOs i aktywistami – wspólnie dyskutowaliśmy nad wyzwaniami stojącymi przed młodym rynkiem collaborative economy i szansami na jego dalszy rozwój.

                          Prezentujemy Wam skrótową relację, mając nadzieję, że niebawem dołączycie do nas w budowaniu silniejszej gospodarki społecznościowej.

                          Panel dot. finansowania społecznościowego

                          Moderacja: Bartosz Filip Malinowski (WeTheCrowd)

                          Paneliści:

                          Kluczowe wnioski:

                          1. Konsekwencja w działaniu, wspieranie projektodawców, budowanie zaufania oraz współpraca z partnerami instytucjonalnymi to działania, które pozwalają platformom crowdfundingowym na stabilny rozwój.
                          2. Dwie najważniejsze kwestie, które mogą przyspieszyć rozwój crowdfundingu udziałowego to uproszczenie procesu zakładania spółek i zniesienie ograniczenia ilości inwestorów oraz limitu 100 tys. Euro przypadających na jedną emisję bez konieczności tworzenia dokumentu prospektowego.
                          3. Crowdfunding oparty na nagrodach zyskałby na implementacji kilku uproszczeń w sferze formalnej dla zarządzających platformami, realizatorów kampanii i wspierających. Brakuje precyzyjnych regulacji prawnych, w wyniku czego crowdfunding często mylony jest ze zbiórką publiczną.
                          4. Ważnym instrumentem wspierającym rozwój crowdfundingu mogłoby być wprowadzenie ulg podatkowych dla osób realizujących zbiórki i wspierających zbiórki.
                          5. Warto edukować potencjalnych autorów zbiórek, że o sukcesie finansowania społecznościowego trzeba mówić nie w momencie zgromadzenia funduszy, a po zrealizowaniu celu i wywiązaniu się ze świadczeń względem wspierających.
                          6. Najważniejszymi partnerami platform pozostają ich społeczności.

                          Panel dot. transportu

                          Moderacja: Piotr Palutkiewicz (INSTIGOS)

                          Paneliści:

                          Kluczowe wnioski:

                          1. Carsharing to wygodne uzupełnienie komunikacji miejskiej. Dlatego firmy carsharingowe gotowe są podjąć współpracę z władzami miast, by razem wychodzić naprzeciw potrzebom odbiorców np. udostępniając możliwość parkowania aut carsharingowych w strefie bez samochodów czy dając darmowy dostęp do parkingów publicznych.
                          2. Nieograniczony potencjał zwykłych kierowców daje JadeZabiore i podobnym platformom przewagę nad firmami kurierskimi. Perspektywą jest rozszerzenie usług do modelu, w którym nadanie i odbiór przesyłki odbywałbysię w tym samym dniu oraz wsparcie kierowców w obniżeniu kosztów przejazdu.
                          3. Brak współpracy ustawodawców z twórcami platform takich jak JadeZabiore może spowodować, że w przyszłości usługi te ponownie zejdą do szarej strefy.
                          4. Przyszłością dla portali i aplikacji związanych z transportem może być współpraca z aplikacjami nawigacyjnymi. To wyjście naprzeciw użytkownikom, mieszkańcom miast, którzy w łatwy i szybki sposób pragną wybrać najlepszy środek transportu.

                          Panel dot. dóbr i usług

                          Moderacja: Bartosz Filip Malinowski (WeTheCrowd)

                          Paneliści:

                          Kluczowe wnioski:

                          1. Aplikacje takie jak TakeTask, posprzatajmi.pl czy szopi.pl reagują na zmieniające się nawyki społeczeństwa i trendy demograficzne.
                          2. Użytkownicy aplikacji (tzw. szoperzy, workerzy, osoby sprzątające) to głównie milenialsi, którzy cenią sobie dużą elastyczność pracy i swobodę w wyborze zajęcia.
                          3. Świadczenie usług z pominięciem pośredników i na żądanie, ze wsparciem narzędzi online, pozwala na aktywizację zawodową osób, które w innych warunkach nie odnajdują się na rynku pracy.
                          4. Największe problemy platform i aplikacji działających w segmencie dóbr i usług to kwestia rozliczeń podatkowych oraz odmienne uwarunkowania prawne w krajach UE.
                          5. Jednym z hamulców rozwoju podmiotów tego typu pozostaje niska świadomość społeczna możliwości realizowania usług w oparciu o społeczność i online.

                          Panel dot. żywności

                          Moderacja: Agata Rudnicka-Reichel (CSR Impact)

                          Paneliści:

                          • Dawid Sokołowski (Zwyczajny.pl)
                          • Agnieszka Laskowska (Jadłodzielnia Łódź)
                          • Adam Domański (Quertes)

                          Kluczowe wnioski:

                          1. Foodsharing, mealsharing i jadłodzielnie zyskują w Polsce na popularności. Głównymi czynnikami mającymi na to wpływ są chęć ograniczenia marnowania żywności oraz przyjemność z interakcji.
                          2. Jako społeczeństwo marnujemy za dużo jedzenia i nie mamy nawyku się nim dzielić z obcymi osobami. Dochodzi do tego stres społeczny i niski poziom zaufania (w Polsce ten wskaźnik jest najniższy w Europie). Dlatego platformy takie jak Quertes czy zwyczajny.pl kładą nacisk na budowanie wzajemnego zaufania między użytkownikami.
                          3. Aby jadłodzielnie mogły powstać i z powodzeniem funkcjonować w polskich miastach, ważne jest wsparcie podmiotów lokalnych i regionalnych w zakresie prawnym oraz promocji.
                          4. Na poziomie instytucjonalnym powinny zostać uregulowane kwestie prawne i podatkowe związane z dzieleniem się żywnością. Chodzi tutaj głównie o marnowanie żywności w supermarketach czy restauracjach.

                          Dołącz do naszej grupy dyskusyjnej!

                            Skomentuj

                            Na nich możesz liczyć. Opiekunowie w crowdfundingu

                            Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                            Autor 16 czerwca 2017

                            Przed rozpoczęciem kampanii crowdfundingowej jej autorzy mają pełne ręce roboty, a umówmy się – przygotowanie do startu zbiórki do najłatwiejszych zadań nie należy. Tu z pomocą przychodzą opiekunowie zbiórek (koordynatorzy kampanii), których wiedza i doświadczenie mają przyczynić się do odniesienia sukcesu. Jaka jest ich rola i na jakie wsparcie z ich strony możesz liczyć?

                            Chcąc od środka poznać obowiązki koordynatorów kampanii i ich samych, poprosiliśmy, aby o swojej pracy opowiedziały nam Weronika Zawadzka z PolakPotrafi.pl oraz Dominika Oliwia Zabrocka ze Wspieram.to i Pomagamy.im. Dlatego w tej części podpowiadamy Ci możliwe formy wsparcia od opiekunów, jeśli rozważasz finansowanie społecznościowe w modelu opartym na nagrodach.

                            Dlaczego istnieje funkcja opiekuna zbiórek w crowdfundingu?

                            Weronika Zawadzka (PolakPotrafi.pl)

                            Odkąd pamiętam, w PolakPotrafi.pl podejście do projektów i projektodawców mieliśmy bardzo spersonalizowane. Opieka nad projektem była więc dla nas czymś naprawdę oczywistym. Jeśli mówimy o robieniu crowdfundingu dobrze, nie ma miejsca na automatyczne odpowiedzi robota, tylko na obecność człowieka po drugiej stronie. Jeśli ktoś chce przygotować swoją kampanię tak, by zakończyła się ona sukcesem, a robi to po raz pierwszy, taki opiekun – ze swoją wiedzą i doświadczeniem – stanowi niezbędne wsparcie.

                            Dominika Oliwia Zabrocka (Wspieram.to, Pomagamy.im)

                            Od samego początku naszej działalności wiedzieliśmy, że przyjdzie nam zmierzyć się z trudnym zadaniem zaszczepienia wiedzy o crowdfundingu w Polsce. Pojęcie o tym zjawisku mieli nieliczni, zaledwie garstka znała zagraniczne serwisy tego typu. Równolegle z odpalaniem pierwszych projektów w serwisie zaczęliśmy więc intensywną edukację społeczeństwa na większą (wyjazdy, prelekcje, szkolenia) i mniejszą skalę. Tą mniejszą skalą była praca u podstaw, indywidualna, z każdym kreatywnym autorem, który do nas trafiał. Dbając o ich komfort, napędzani chęcią posiadania jak najwyższej jakości kampanii, pomagaliśmy i nadal pomagamy od samego początku do samego końca. Wiemy, że stawiając mocno na edukację, fajny kontakt i indywidualne wsparcie, podjęliśmy doskonałą decyzję.

                            Jakie są podstawowe zadania opiekuna zbiórki?

                            Weronika Zawadzka (PolakPotrafi.pl)

                            Opiekun na PolakPotrafi.pl towarzyszy projektodawcy od jego pierwszej wiadomości, czyli zgłoszenia projektu. Jeśli projekt jest zgodny z naszymi zasadami, akceptujemy go, jeśli nie – a jest to możliwe – podpowiadamy projektodawcy, co mógłby zrobić, żeby zmienić nieco swój pomysł i podejście.  Po akceptacji staramy się jak najlepiej przygotować projektodawcę do tego, co go czeka. W pierwszej kolejności staramy się uświadomić, że natychmiastowe wypuszczenie projektu (a jest to bardzo częsta prośba) nie jest najlepszym pomysłem i że zbudowanie gruntu pod kampanię crowdfundingową, czyli działania, które trzeba wykonać przed startem projektu na stronie, trwają często około miesiąca. Dobrze jest potraktować te porady poważnie, o ile chcemy zakończyć projekt sukcesem.

                            Staramy się towarzyszyć takiej osobie na każdym etapie pracy – przygotowań do kampanii, opracowania materiałów, które zamieszczone są na stronie projektu: konsultujemy treści, film promujący, nagrody. Doradzamy przy starcie i w czasie trwania projektu na portalu, a po jego zakończeniu pozostajemy w kontakcie, jeśli nasza pomoc jest jeszcze potrzebna np. przy rozliczeniu, albo wysyłce nagród.

                            Każdy pomysł jest inny, a swoją kreatywność projektodawcy realizują w różny sposób, dlatego praca nad projektami nie jest nigdy taka sama.  

                            Schemat takiej pomocy ma pewien kształt, jednak projekty są tak bardzo indywidualne, że ogromnym błędem byłoby trzymać się go kurczowo. Każdy pomysł jest inny, a swoją kreatywność projektodawcy realizują w różny sposób, dlatego praca nad projektami nie jest nigdy taka sama.  Do projektów podchodzimy z dużym sercem – szczególnie, jeśli projektodawcy są otwarci na nasze rady. Niejednokrotnie osobiście angażujemy się w projekty, szczególnie, że podział projektów wśród opiekunów w PolakPotrafi uzależniony jest od osobistych pasji. Łatwiej nam wtedy doradzić, wpaść na pomysł, który pomaga projektodawcy, wiemy gdzie i jak przeprowadzić research i co w danym przypadku się sprawdzi, a co jest złą koncepcją.

                            Dominika Oliwia Zabrocka (Wspieram.to, Pomagamy.im)

                            Opiekunowie poszczególnych kategorii obserwują feed zgłaszanych do nas kampanii już na etapie wczesnej wersji roboczej, rozdzielając między siebie poszczególne pomysły. Nasz autorski system umożliwia od tego momentu autorowi bezpośredni kontakt ze swoim koordynatorem poprzez wewnętrzny komunikator. Zazwyczaj oferujemy swoją pomoc jako pierwsi, wysyłając od razu pomocne linki, materiały dydaktyczne, zachęcając do telefonicznego omówienia szczegółów. Do każdego projektu podchodzimy indywidualnie, gdyż nie ma dwóch takich samych kampanii czy autorów. Podstawowym zadaniem opiekuna, oprócz pomocy przy planowaniu i profesjonalnym przygotowaniu projektu jest pomoc i błyskawiczna reakcja w kryzysowych momentach kampanii. Oraz energetyczny tęczowy kop gdy trzeba ;)

                            Jaką wiedzę i umiejętności musi posiadać opiekun?

                            Weronika Zawadzka (PolakPotrafi.pl)

                            Zawód opiekuna nie należy do najłatwiejszych – taka osoba powinna być naprawdę wszechstronna. Z jednej strony istnieje pewna konkretna wiedza na temat crowdfundingu: przygotowania do kampanii, elementów projektu i samego prowadzenia zbiórki. Sami również taką wiedzę tworzymy w postaci poradników i artykułów. Z drugiej strony jest coś takiego, co ja nazywam intuicją crowdfundingową – można ją nabyć, pielęgnować, ale żeby dobrze doradzać projektodawcom trzeba ją mieć. Pozwala nam ona zauważyć potencjał społecznościowy w projektach, nawet gdy sam projektodawca go nie widzi. Następnie odpowiednio ten potencjał nakierować i wykorzystać kreatywność zespołu pracującego przy projekcie w taki sposób, żeby projekt przemówił do społeczności. Umiejętności interpersonalne to kolejna cecha opiekuna – współpraca bywa często naprawdę trudna, a jeśli jest się doradcą/opiekunem trzeba wsłuchać się w potrzeby projektodawcy i umiejętnie przekuć jego pomysł w projekt crowdfundingowy.

                            Intuicja crowdfundingowa to coś, co pozwala nam dostrzec potencjał społecznościowy w projektach, nawet gdy sam projektodawca go nie widzi.

                            No i nieskończone zasoby kreatywności! Tak jak mówiłam wcześniej – zdarza nam się być częścią zespołu projektowego. Nie ma takiej możliwości, żebyśmy nie mieli pomysłu na rozwiązanie jakiejś zagwozdki, albo wymyślenie koncepcji wzbudzającej szersze, społeczne zainteresowanie i zaangażowanie.

                            Dominika Oliwia Zabrocka (Wspieram.to, Pomagamy.im)

                            Na Wspieram.to żaden opiekun kategorii nie został jej przydzielony przypadkowo. Łączy nas wiele – wszyscy jesteśmy w większości artystami z doświadczeniem w marketingu, public relations czy handlu, każdy z nas ma jednak  również unikalne umiejętności i doświadczenie, sprawiające, że to właśnie w konkretnej kategorii czuje się jak ryba w wodzie. Nie ma szkoły, kierunku, który przygotuje Cię do bycia „koordynatorem kampanii crowdfundingowych”. Musisz mieć po prostu umiejętność posiłkowania się doświadczeniem nabytym w innych dziedzinach, dodać do tego entuzjazm, kreatywność, empatię i poświęcenie. Musisz lubić ludzi, wiedzieć jak nauczyć ich, że pomysł można opakować ładnie i sprzedać jak najfajniejszy towar, wpoić im pasję, dzięki której porwą tłumy. Tylko tyle i aż tyle.

                            Jak często autorzy kampanii zwracają się po pomoc do opiekunów zbiórek?

                            Weronika Zawadzka (PolakPotrafi.pl)

                            To jest  kwestia bardzo indywidualna i w dużym stopniu zależna od charakteru danego projektodawcy. Niektórzy po prostu sądzą, że sami potrafią zrobić to najlepiej, inni unoszą się dumą, mówiąc o latach doświadczeń w marketingu, nie rozumiejąc przy tym, że crowdfunding jest specyficznym narzędziem, które przyniesie zamierzone efekty dopiero wtedy, gdy dobrze je wykorzystamy.

                            Zawsze oferujemy naszą pomoc, jednak nigdy nie naciskamy, jeśli ktoś nie chce z niej skorzystać. Wysyłamy wskazówki sprofilowane pod daną kategorię, albo stajemy się niemal częścią ekipy projektowej – wszystko zależy od otwartości projektodawców i potencjału, który nam pokazują.

                            Z doświadczenia i obserwacji mogę jednak powiedzieć, że im crowdfunding staje się bardziej popularny, tym projektodawcy podchodzą do tego narzędzia z większą rozwagą, doceniają rady i wkład opiekuna projektu.

                            Zawsze oferujemy naszą pomoc, jednak nigdy nie naciskamy, jeśli ktoś nie chce z niej skorzystać.

                            Dominika Oliwia Zabrocka (Wspieram.to, Pomagamy.im)

                            Ok. 70% wszystkich autorów projektów zgłasza się do nas z prośbą o pomoc
                            w większym lub mniejszym zakresie. Myślę że to całkiem sporo, jestem pewna, że obecnie głównym bodźcem nie jest już niewiedza a chęć, aby było „więcej, lepiej!“. Dzięki temu obserwujemy fantastyczny, stały wzrost profesjonalizmu opracowanych kampanii. Do autorów, którzy pragną samodzielnie przygotować projekt,
                            w przypadku jakichkolwiek zastrzeżeń, przed samym startem kampanii wysyłamy zawsze garść sugestii i porad, w delikatny sposób argumentując potrzebę zmian.

                            Podsumowując: na co możesz liczyć ze strony opiekuna zbiórki?

                              Skomentuj

                              Czytelnicy jak mecenasi. Dziennikarstwo finansowane przez społeczność

                              Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                              Autor 5 czerwca 2017

                              Crowdfunding pozwala na społecznościowe finansowanie projektów charytatywnych, artystycznych, a nawet startupów. A co gdyby tak wykorzystać tę metodę do finansowania dziennikarstwa i niezależnych mediów? To już się dzieje. Pora zacząć uczyć się od najlepszych.

                              Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

                              Przez dekady głównym źródłem finansowania prasy byli czytelnicy. Obok zakupu wydań papierowych gazety czy tygodnika, duże znaczenie miała prenumerata. Pomijając wygodę wynikającą z otrzymywania swojego ulubionego tytułu “pod drzwi” i często drobną oszczędność, była to swoista deklaracja. Demonstrowała określoną przynależność światopoglądową czytelnika. Stanowiła wyraz zaufania i poparcia dla jakości prezentowanych przez redakcję treści, poziomu dziennikarstwa. Później model oparty na prenumeracie zaczęła wypierać bardziej dochodowa reklama. Wrosła w ekosystem mediów na trwałe, a wraz z nią nowe formy wpływu i zależności.

                              Rozwój technologii cyfrowych zmienił reguły gry dla prasy. Chociaż reklama nadal pozostaje dominującym źródłem finansowym, to prenumerata zaczyna wyraźnie (od)zyskiwać na znaczeniu – czy to w postaci artykułów płatnych, subskrypcji treści, czy… crowdfundingu.

                              “N” jak Niezależny

                              Wyobraźmy sobie taką sytuację. W 1972 roku redakcja The Washington Post wstrzymuje tekst Woodwarda i Bernsteina o aferze Watergate. Wygrywają interesy ekonomiczne i lęk przed decydentami, prezydent Nixon naruszając podstawowe reguły prawa utrzymuje swój urząd.

                              Albo pomyślmy, ile osób więcej zginęłoby w Azji Południowo-Wschodniej, gdyby nagle przerwano wypowiedź Waltera Cronkite’a o wojnie w Wietnamie, która ostatecznie pogrzebała poparcie dla tego konfliktu w oczach amerykańskiej opinii publicznej.

                              Niezależne i rzetelne dziennikarstwo nie jest tylko sloganem, ale wartością, która potrafi kształtować historię.

                              Przenieśmy się na Słowację do roku 2014. Wówczas to SME, jeden z najpopularniejszych dzienników w kraju, został kupiony przez potężna grupę finansową Penta. Jej powiązania i działania mające na celu wywieranie wpływu na lokalną politykę od lat stanowiły źródło kontrowersji. Reakcja redakcji była natychmiastowa. Niemal połowa pracowników odeszła z pisma, z wicenaczelnym Tomášem Bellą na czele. Założyli oni nową gazetę – Dennik N. Jak pozyskali na to środki? Poprzez crowdfunding, ze wsparciem społeczności.

                              Podobne sytuacje powtarzały i powtarzają się w innych europejskich krajach. W 2014 roku redakcję El Mundo (uznawanego za jeden z najlepszych europejskich dzienników) zmuszony był opuścić jego założyciel Pedro J. Ramírez. Podejrzewa się, że za decyzją wydawcy stała presja wywierana przez rządzącą Partię Ludową, o której skandalach korupcyjnych pisano na łamach dziennika.

                              Podobnie jak Tomáš Bella, Ramirez szybko zdecydował się założyć nowy dziennik El Español.

                              Pedro J. Ramírez, założyciel i redaktor naczelny El Español

                              Kiedy na początku ubiegłego roku zostałem zwolniony ze stanowiska redaktora naczelnego El Mundo – kiedy stałem się ofiarą tej epidemii, która “zabiła” redaktorów w trzech innych gazetach – wtedy zdecydowałem, że nadszedł czas pokazać, że moje teorie były słuszne.

                              Kliknij i rozwiń

                              Jak Ramirez sfinansował swoją nową gazetę? Ponownie: crowdfunding, w tym przypadku w modelu udziałowym.

                              Warto wymienić jeszcze dwa tytuły, które wybrały drogę finansowania społecznościowego: niemiecki Krautreporter oraz chyba najsłynniejszy w tym towarzystwie holenderski De Correspondent. Założyciele tego ostatniego, czyli Ernst-Jan Pfauth i Rob Wijnberg, którzy wcześniej pracowali w NRC Handelsblad uważane za holenderski odpowiednik The New York Times, byli przede wszystkim rozczarowani stanem współczesnego dziennikarstwa. Chcieli stworzyć własne medium – odporne na spłycanie rzeczywistości i okrajanie z kontekstu. Medium bez kompromisów, do których zmuszona jest prasa uzależniona od masowego (uśrednionego!) czytelnika i od reklamodawców.

                              W każdej z tych historii niczym mantra powracają motywy ucieczki przed tanim newsem, słabym dziennikarstwem oraz zależnością od grup wpływu. Niezależność i chęć uprawiania poważnego dziennikarstwa – to tak naprawdę dwa najważniejsze powody, dla których prasa zwraca się bezpośrednio do społeczności czytelników. Warto zaznaczyć, że mowa tu o niezależności w dwóch wymiarach:

                              • Niezależności od struktury własności i struktury korporacyjnej. Dobrzy dziennikarze chcą realizować swoją misję bez ograniczeń wynikających z własności pisma oraz sieci powiązań politycznych i finansowych. Chcą odpowiadać przed czytelnikami, nie podlegać autocenzurze.
                              • Niezależności od reklamodawców idącej w parze z wolnością od tabloidyzacji i kultury clickbaitu. Redakcje, których głównym źródłem utrzymania jest reklama, obarczone są presją wyświetleń i kliknięć. De Correspondent kompletnie zrezygnował w swoim serwisie z reklam na rzecz finansowania przez społeczność, co gwarantuje utrzymanie wysokiego poziomu publikowanych treści.

                              Nie bez znaczenia jest też to, jak negatywnie odbił się na rynku mediów kryzys finansowy 2008 roku. Niższe wpływy z reklamy, która stanowiła lwią część wpływów, doprowadziły do sytuacji, w której redakcje musiały obniżać koszty – najczęściej szukając oszczędności wśród pracowników. W samej Hiszpanii od 2008 roku zwolniono aż 11 000 dziennikarzy i pracowników mediów. Dziennikarze coraz chętniej wybierają crowdfunding, bo finansowanie ze wsparciem czytelników staje się po prostu ekonomicznie zasadne.

                              Sfinansuj redakcję… albo podcast

                              Największe sukcesy crowdfundowanych startupów dziennikarskich, jak El Español ($3.1 mln), Krautreporter ($1.38 mln) i De Correspondent ($1.3 mln) to wierzchołek góry lodowej. Przyglądając się statystykom Kickstartera, najpopularniejszej platformy finansowania na świecie, która w połowie 2014 r. wprowadziła specjalną kategorię projektów dziennikarskich, można spojrzeć na rozwój tego trendu jak przez soczewkę.

                              • W latach 2009-2015, 658 inicjatyw powiązanych z dziennikarstwem zgromadziło blisko $6,3 mln.
                              • Taka kwota nie imponuje w porównaniu z innymi kategoriami kampanii realizowanych na platformie. Jednak wzrost jest wyraźny: z roku na rok społeczność coraz chętniej finansowała projekty dziennikarskie.
                              • Rokrocznie rośnie także “tłum” mecenasów, czyli liczba osób w społeczności chętnych wspierać dziennikarzy. Na początki drogi Kickstartera w 2009 r. były to zaledwie 792 osoby, w 2015 r. – 25 651 wspierających.
                              • Projekty zakładane przez organizacje (np. ProPublica czy Boston Review) stanowią mniejszość – 22%. W większości po finansowanie społecznościowe sięgały pojedyncze osoby bądź małe grupy (łącznie 62% wszystkich projektów).
                              • Równocześnie można zaobserwować dużą różnorodność formatów dziennikarskich, które były finansowane – filmy dokumentalne, przez fotoreportaże, aż po serwisy WWW bądź blogi.

                              Wśród najchętniej finansowanych przez społeczność projektów dziennikarskich i około dziennikarskich na Kickstarterze były m.in.:

                              • Matter, magazyn o technologii, nauce i środowisku, skupiony na długich formach dziennikarskich;
                              • czy bellingcat, czyli inicjatywa obywatelskiego dziennikarstwa śledczego (!) oparta na modelu i danych open source.

                              Jednak gros tego typu projektów to nie zbiórki na całe serwisy czy redakcje, a raczej serie radiowe, podcasty, fotoreportaże, filmy dokumentalne – długi ogon (50-70% ogółu) mniejszych, często indywidualnych przedsięwzięć. Podkreślmy, że mowa tu wyłącznie o Kickstarterze, który udostępnia swoje statystyki. Jest jeszcze cały krajobraz inicjatyw realizowanych na mniejszych platformach regionalnych lub całkowicie z pominięciem pośredników, tak jak zrobili to najwięksi, czyli De Correspondent czy Dennik N. Na horyzoncie pojawiają się także rozwiązania mikropłatnościowe (Blendle i Tipsy) oraz crowdfunding w modelu udziałowym.

                              Sukces, czyli początek

                              Sfinansowanie projektu to zaledwie początek długiej drogi. De Correspondent stale rozwija się, zdobywając miesięcznie około 800 nowych czytelników. Holenderski dziennik opiera swój model biznesowy na płatnym dostępie do treści (miesięcznym bądź rocznym). Roczna subskrypcja wynosi 60 euro. Z tej opcji korzysta 37 tys. użytkowników, z których 82% decyduje się na odnowienie dostępu. Podobnie jak społeczność portalu, rozwija się jego redakcja – w początkach istnienia liczyła 13 członków, obecnie jest to 40 osób plus około 30-40 freelancerów stale współpracujących z gazetą.

                              De Correspondent udało się sfinansować pozyskując opłatę subskrypcyjną od 15 tys. czytelników, podobnie jak Dennik N i Krautreporter. Inaczej zrobił El Español sprzedając czytelnikom nie prenumeratę a… udziały w gazecie, czyniąc ich w praktyce jej współwłaścicielami. Dziś stawiają na mieszany model biznesowy. Oprócz subskrypcji, które dają użytkownikom dostęp do pewnych przywilejów, takich jak udział w wydarzeniach czy możliwość tworzenia tekstów publikowanych w serwisie (po analizie merytorycznej redakcji), serwis utrzymuje się też z reklam i treści sponsorowanych. Ta mieszanka ma doprowadzić portal do zysków rzędu 100 mln euro w 2020. Obecnie El Español może poszczycić się 13,5 milionami unikalnych użytkowników.

                              Dennik N jako jedyny w tym towarzystwie ukazuje się w formie fizycznej w nakładzie 5 tysięcy egzemplarzy (i to w dodatku 5 razy w tygodniu!). Mimo to większość zysków stanowi wydanie cyfrowe. Głównym źródłem utrzymania Dennika są subskrypcje (które stanowią 85% jego dochodów). Pismo Tomáša Belli posiada bardzo złożoną ofertę prenumeraty – aż 35 rodzajów! Waha się ona od 70 eurocentów aż do 15 euro i jest dopasowana dokładnie do potrzeb indywidualnych użytkowników. By precyzyjnie spersonalizować prenumeraty gazeta współpracuje ze startupem Exponea, który zapewnia rozwiązania umożliwiające dokładne dopasowanie oferty do zachowań i zwyczajów użytkowników.

                              Zanim spróbujesz (a warto)

                              Czy crowdfunding w dziennikarstwie ma szanse na polskim rynku? Już teraz możemy powiedzieć, że tak. Wystarczy spojrzeć na przykłady takie jak Secret Service / Pixel, Nowe Nowe Peryferie, Nowy Obywatel, Liberte! czy Miasto Ł. Nie zapominajmy też o Oko.press. Może zatem pora sięgnąć po wsparcie społeczności?

                              Spróbujemy przedstawić Ci kilka wskazówek dzięki którym kampania ma szansę zakończyć się sukcesem. Opieramy je na podstawie największych w historii crowdfundowanego dziennikarstwa sukcesach:

                              1. Eksponuj swoje wartości i idee a nie końcowy produkt. Wszystkie redakcje budowały wokół siebie określony ruch o wspólnym mianowniku ideowym i światopoglądowym. Oprócz zbierania funduszy gromadziły przecież grono swoich przyszłych czytelników.
                              2. Zaoferuj odbiorcom alternatywę. Wszystkie redakcje stały w kontrze do klasycznych mediów, oferując to, czego odbiorcy nie znajdą u konkurencji na rynku. El Español nie spuszcza oka z rządzących. De Correspondent i Krautreporter mówią “nie” jakiejkolwiek formie reklamy.
                              3. Wykorzystaj swój autorytet. Dokonania i wizerunek dziennikarzy stojących za projektami na pewno nie przeszkodziły w sukcesie El Español (Pedro J. Rámirez), De Correspondent (Rob Wijnberg i Ernst-Jan Pfauth) czy Krautreporter (Sebastian Esser).
                              4. Zaoferuj ciekawe nagrody i doświadczenia. Prenumerata i wsparcie idei to nie wszystko. Możesz zaprosić hojnych darczyńców na wspólny lunch, zaoferować przemówienie, zorganizować ekskluzywny warsztat, wysłać zdjęcie redakcji z autografami itd.
                              5. Rozważ crowdfunding samodzielny. De Correspondent i Krautreporter finansowały się poza tradycyjnymi platformami, wykorzystywały swoją infrastrukturę (np. stronę internetową) w celu zbierania funduszy. Oczywiście, założyciele tych tytułów mieli już rozpoznawalne nazwiska i renomę w środowisku oraz wśród czytelników.

                              Czytelnik, mecenas, współtwórca, uczestnik

                              Zaangażowanie odbiorców nie musi kończyć się (i naszym zdaniem nie powinno!) na wspieraniu finansowym ulubionej redakcji. Społeczność finansuje projekty dziennikarskie, bo chce wspierać coś, co uznaje za ważne i potrzebne. Po prostu oczekuje dobrego dziennikarstwa.

                              Ernst-Jan Pfauth, założyciel De Correspondent

                              Nie uważam, żeby nasi wspierający, mecenasi, kupili od nas produkt. Oni dołączyli do ruchu – takiego, który nie podlega regułom tradycyjnej prasy.

                              Kliknij i rozwiń

                              Crowdfunding to część szerszego zjawiska w ramach kultury partycypacji i prosumpcji, w tym angażowania odbiorców we współtworzenie treści medialnych. Technologia Web 2.0, social media, otworzyły możliwość głębszego udziału użytkowników, np. poprzez komentarze, pomysły na teksty, czy dzielenie się zdjęciami, wideo. Dziś to nie prowadzenie bloga jest objawem obywatelskiego dziennikarstwa, ale livestream. To powinno skłaniać redakcje – szczególnie te, które zbudowały wokół siebie społeczności – do pójścia krok dalej od crowdfundingu, czyli crowdsourcingu i otwartego dziennikarstwa. Wykorzystania wkładu od czytelników, współtworzenia treści, zbierania sugestii dot. tematów artykułów.

                              Dobrym przykładem jest niemiecki Merkurist umożliwiający swoim czytelnikom dobór tematów redakcyjnych. Proces opiera się o tzw. snipy – propozycje tematów artykułów mieszczących się w długości tweeta (120 znaków). Podobnie, jak w większości projektów opartych na crowdsourcingu, o dalszym losie danego artykułu decydują czytelnicy poprzez głosowanie. Merkurist utrzymuje się głównie z reklam, posiada obecnie bazę przeszło 200 tys. użytkowników. Możliwość tworzenia tekstów publikowanych w serwisie przewiduje także dla swoich członków El Español (o tym pisaliśmy wyżej).

                              Myślenie społecznościowe, nie tylko crowdfundingowe, może być renesansem profesjonalnego dziennikarstwa, które od dekad ma pod górkę. Odwaga i chęć współpracy z czytelnikami to pierwszy krok. Każdy kolejny być może zbliży nas do wizji, którą De Correspondent nosi na sztandarach:

                              Bez politycznej ideologii, ale z dziennikarskimi ideami. Stawiający rzemiosło dziennikarskie nad przychodami. Od czytelników do uczestników. Bez reklam, bez partnerów. Bez grup docelowych, za to z pokrewnymi duszami. Ambitny w ideach, skromny. W całości cyfrowy.

                              Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

                                Skomentuj

                                Internet dla wykluczonych (3) Outernet

                                Przeczytasz w 20 minut Collaboration

                                Syed Karim zakładając swój startup postawił sobie śmiały cel: dostarczyć internet wszystkim – za darmo i w najbardziej podstawowej formie. Jak? Tworząc “publiczną bibliotekę w kosmosie”.

                                Poprzednią część serii możesz przeczytać tutaj

                                Brzmi jak przesada? Może odrobinę, ale w gruncie rzeczy to istota projektu. Outernet działa jak radio cyfrowej epoki – transmituje treści przez satelitę, z wykorzystaniem fal radiowych i działa tylko w jedną stronę. To gwarantuje dostęp do informacji dla jak największej ilości ludzi, na czym najbardziej zależy twórcy projektu. Kiedy mówimy o internecie, mamy na myśli dwie jego podstawowe funkcje – komunikację i dostęp do informacji. To ta pierwsza stanowi największe wyzwanie. Dlatego Karim zdecydował, że jego firma w pierwszej kolejności zapewni podstawowy dostęp do newsów, informacji i edukacji każdemu, bez względu na dochód czy geografię, jednak bez możliwości uploadu danych, wysyłki e-maili, czy czatu. To radykalnie zwiększyłoby koszty i ograniczyło skalę. Przynajmniej na ten moment.

                                Misja Outernetu to dać dostęp do informacji bez cenzury, w celach edukacyjnych i ratowniczych

                                Jak działa Outernet?

                                Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: podobnie jak radio.

                                1. Transmisja. Plik w dowolnym formacie (np. wideo czy strona internetowa) konwertowany jest na sygnał radiowy i transmitowany za pośrednictwem satelit na cały świat.
                                2. Demodulacja. Odbiornik “łapie” sygnał radiowy i dekoduje go, “rozpakowując” oryginalny plik. Dane zostają automatycznie zapisane na dysku wewnętrznym odbiornika.
                                3. Dostęp. Odbiornik działa trochę jak lokalny serwer. Zmienia się w hotspot Wi-Fi i umożliwia innym użytkownikom połączenie z dowolnego urządzenia, a w rezultacie korzystanie z pobranych treści.

                                Outernet produkuje i sprzedaje niedrogi, zasilany energią słoneczną odbiornik Lantern, który łączy się z satelitą i pozwala pobierać (jednak nie wysyłać) dane. Mogą to być wpisy z Wikipedii, newsy z CNN czy BBC, wideo streamy z TEDa, mapy, ebooki itd. W doborze treści dużą rolę odgrywa crowdsourcing, a Lantern trafił na rynek dzięki crowdfundingowi, ale o tym za moment. W tym punkcie warto zaznaczyć jeszcze, że startup wychodzi naprzeciw potrzebom mieszkańców krajów rozwijających się, dlatego stawia na rozwiązania open source i DIY (Do it yourself). Każdy może zbudować własny odbiornik wykorzystując udostępniony software i instrukcje.

                                Outernet w akcji, czyli co to zmienia?

                                Wiele, pozostając przy prostych odpowiedziach na trudne pytania. Lantern czy inny odbiornik nadający na falach Outernetu może:

                                • pomóc ratować życie w sytuacjach kryzysowych i katastrof naturalnych, kiedy zniszczeniu uległa infrastruktura na ziemi. Lantern można dostarczyć drogą powietrzną i natychmiast wykorzystać do przekazu informacji (mapy, instrukcje, komunikaty ratunkowe).
                                • ułatwiać dostęp do wolnej informacji i prawdy w krajach autorytarnych i totalitarnych, w których dominuje cenzura. Porównania z (Cyfrowym) Radiem Wolna Europa nie są w tym wypadku bezpodstawne.
                                • wesprzeć wysiłki edukacyjne w krajach rozwijających się. Jeden odbiornik na szkołę to cała biblioteka – co dzień zestaw nowych książek, obrazów, filmów, wpisów w Wikipedii dla kilkuset głodnych multimedialnej wiedzy uczniów.

                                To ostatnie już się dzieje, m.in. w Kenii, Ugandzie i Malawi.

                                Zastosowań jest i będzie oczywiście więcej. W końcu to namiastka internetu, która zawsze okaże się lepsza niż brak internetu. Jest tylko jedno “ale”: skala. Aby rozwiązanie stało się powszechne, potrzebne jest finansowanie i zaangażowanie odbiorców.

                                Rozwój przez crowdfunding i crowdsourcing

                                Outernet może stanowić wzór dla innych startupów w kontekście tzw. growth hackingu, czyli technik błyskawicznego wzrostu. Założyciel Syed Karim ciągle wpada na nowe, ciekawe pomysły i tak się składa, że najczęściej uwzględniają one mechanizmy społecznościowe. To akurat miód na nasze serca.

                                Crowdsourcing

                                Outernet na obecną chwilę jest w stanie transmitować do 100 gigabajtów danych dziennie. To oznacza, że trzeba dokonać selekcji i tu do gry wkracza crowdsourcing. Startup pozostawia tę kwestię w rękach Tłumu, oddając w jego ręce specjalny system, który umożliwia:

                                1. Sugerowanie (a właściwie uploadowanie) treści.
                                2. Głosowanie, w wyniku którego wybierane są te, które trafią do transmisji.

                                Każdy ma możliwość przedstawić swoją propozycję i oddać głos, współtworząc Outernet. Mając jednak na uwadze różnice w potrzebach informacyjnych kompletnie odmiennych regionów, twórcy chcą dodatkowo współpracować z lokalnymi stacjami radiowymi, prasą i bibliotekami, aby zapewnić dostęp do przydatnego contentu. W planach jest nawet wykorzystanie WhatsApp i Messengera do zbierania sugestii dot. treści.

                                Ponadto, firma stawia na rozwiązania open source, udostępniając instrukcje i software potrzebny do budowy własnych odbiorników, zachęcając przy tym do dzielenia się rezultatami z innymi. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej obniżyć bariery użytkowania i przyspieszyć popularyzację Outernetu.

                                Nie zapominajmy, że crowdsourcing stanowi nieodłączny element samego mechanizmu funkcjonowania Outernetu. Pobierając dane za pośrednictwem odbiornika, jednocześnie tworzymy hotspot dla innych użytkowników, czyli… także sharing economy i wspólna konsumpcja, bo jeden Lantern to zasób współdzielony przez kilka osób jednocześnie. Namacalny przykład na to, jak na wielu poziomach zastosować crowdsourcing w jednym tylko przedsięwzięciu, obniżając przy tym koszty i budując zasięg wykładniczo.

                                Crowdfunding

                                Wiecie jak Outernet sfinansował swój niedrogi, wytrzymały, zasilany słonecznie odbiornik Lantern? Bądźmy poważni, pewnie, że wiecie – ten crowdfunding nie stoi tu bez powodu. Na początku 2015 r. startup wystartował z kampanią na Indiegogo, którą zakończył dużym sukcesem (235% docelowej kwoty, tj. 689 tys. dol.). Sfinansowanie urządzenia i wypuszczenie go na rynek stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą było wypromowanie samej idei i kolejna fala wzmianek w mediach, mających do dyspozycji niezły catchphrase: biblioteka na każdą kieszeń.

                                Co dalej?

                                Dzięki inwestycji ze strony MDIF (Media Development Investment Fund), Outernet uruchomił swój pierwszy sygnał satelitarny 11 sierpnia 2014 r., obejmując zasięgiem Amerykę Płn., Europę i częściowo Bliski Wschód oraz Afrykę Płn. Niedługo później firma weszła w partnerstwo z Bankiem Światowym operującym w Sudanie Południowym, gdzie rozpoczęto testowanie projektu. To jednak za mało. Konstelacja małych satelit mogłaby stworzyć infrastrukturę, która otworzy “parasol” nad głowami użytkowników – również tych, którzy jeszcze nie słyszeli o Outernecie.

                                A grupa odbiorców musi stale rosnąć, żeby startup mógł zarabiać. Jest wiele marek i organizacji, które pragną dotrzeć do wykluczonych ze swoim komunikatem. Im więcej osób pod “parasolem” Outernetu, tym wyższa prowizja za transmisję treści sponsorowanej. Są też oczywiście zyski ze sprzedaży Lantern.

                                Najważniejszy cel długoterminowy założyciela Syeda Karima to otwarcie Outernetu również w drugą stronę, tak, aby dane mogły płynąć nie tylko do, ale i od użytkowników. Za moment może okazać się, że to to warunek konieczny, bo po piętach startupowi depczą podobne projekty Facebooka i Google. O nich już niebawem.

                                  Skomentuj

                                  Miej auto bez auta. O co chodzi w miejskim carsharingu?

                                  Przeczytasz w 20 minut Collaboration

                                  Od kilku lat w największych polskich miastach możemy wypożyczać i współdzielić z innymi „miejskie” rowery. Wystarczy podejść do stanowiska, wykonać kilka kliknięć w swoim smartfonie i odjechać, a po skończonej przejażdżce odstawić na dowolnej stacji. A gdyby tak zrobić to samo z autami?

                                  Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

                                  W naszym tekście poświęconym podróżowaniu w czasach sharing economy pokrótce opisaliśmy zjawisko carsharingu, czyli możliwości współdzielenia samochodu przez więcej niż jednego użytkownika. W tym miejscu od razu rozróżnijmy dwa modele:

                                  • carsharing P2P (bądź B2B), w ramach którego użytkownicy użyczają innym użytkownikom swoich aut, czyli de facto współdzielą je “w sądziedztwie”. Łączą ich marketplaces – platformy i aplikacje sharing economy rodzaju Turo czy Getaround.
                                  • carsharing B2C, działający jak miejska wypożyczalnia samochodów, dysponująca własną flotą. Użytkownicy także mogą swobodnie i według własnego uznania korzystać z aut, jednak użycza im ich miasto albo usługodawca, taki jak Zipcar, Car2Go, czy polski Traficar.

                                  W naszym tekście weźmiemy pod lupę wyłącznie ten drugi model – B2C – dlatego pisząc “miejski carsharing” lub po prostu “carsharing” będziemy mówić o współdzieleniu przez użytkowników (Consumers) samochodów, które są własnością podmiotu komercyjnego (Business).

                                  O co chodzi w miejskim carsharingu?

                                  Wspólne użytkowanie samochodu nie różni się specjalnie od wspomnianych wcześniej rowerów miejskich i sprowadza się do:

                                  • możliwości wynajęcia zaparkowanego w określonym punkcie pojazdu z wykorzystaniem dedykowanej do tego aplikacji,
                                  • odbycia podróży (jej długość zależy od potrzeb użytkownika),
                                  • pozostawieniu samochodu w określonym punkcie,
                                  • zapłacenia za podróż (w zależności od jej długości i czasu).

                                  Codzienne wykorzystanie możliwości carsharingu na przykładzie Traficar


                                  To, co wyróżnia carsharing na tle innych rozwiązań związanych z transportem współdzielonym to przede wszystkim większa swoboda. Dlaczego? Możemy korzystać z wynajętego pojazdu przez tyle czasu ile potrzebujemy, nie będąc ograniczonym określoną trasą (jak w przypadku ridesharingu, czyli np. BlaBlaCar) a także możemy zostawić na chwilę zaparkowany pojazd nie musząc ponownie zamawiać transportu (tak byłoby w przypadku ridesourcingu, np. Uber i Lyft).

                                  W odróżnieniu od tradycyjnych form wynajmu pojazdów, takich jak wypożyczalnie samochodów bądź leasing, carsharing drastycznie obniża koszty. Płacimy za faktyczny dystans, który przejeżdżamy (większość wypożyczalni wykorzystuje stawkę dobową), nie ponosimy też kosztów paliwa czy ubezpieczenia.

                                  Czy to się sprawdza?

                                  Zalety

                                  Według raportu Frost & Sullivan 2015 roku z usług carsharingowych korzystało około 7,9 mln osób na całym świecie. Ilość dostępnych pojazdów wynosiła 112 tys. Jak pokazują szacunki do roku 2025 nastąpi gwałtowny wzrost popularności tego trendu z 36 mln użytkowników korzystających z 427 tys. pojazdów. Dlatego najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Dłuższa: że wynika to bezpośrednio z licznych zalet korzystania z auta bez jego posiadania.

                                  • Oszczędność – ze względu na krótkoterminowość korzystania z auta, ceny mogą wynosić nawet kilka złotych (opłaty minutowe, godzinowe). Kusi też możliwość korzystania z buspasa oraz z niskiej (lub zerowej) opłaty parkingowej.
                                  • Niski stopień formalizacji i komplikacji – proces wynajęcia samochodu odbywa się za pośrednictwem aplikacji i jest w większości zautomatyzowany.
                                  • “Odkorkowanie” miasta i przestrzeni parkingowych – w miastach, w których funkcjonują usługi carsharingowe maleje ilość pojazdów poruszających się po drogach. Wpływa to także bezpośrednio na zwiększenie ilości (bezcennej) wolnej przestrzeni parkingowej w centrach miast.
                                  • Obniżenie poziomu zanieczyszczeń – mniej pojazdów to mniej spalin i hałasu (także traktowanego jako zanieczyszczenie). Na korzyść carsharingu przemawia również to, że w polskich flotach dostępne są auta spalinowe spełniające europejski standard emisji spalin (Euro 6) lub auta elektryczne.

                                  Wady

                                  Nie oznacza to jednak, że carsharing to święty Graal transportu, który nie ma wad. Tych jest kilka, choć zdecydowanie nie przeważają nad zaletami.

                                  • Ograniczenie geograficzne – większość operatorów carsharingowych jest dostępnych jedynie na terenie jednego miasta. Utrudnia to niestety odbycie dłuższej podróży poza jego granice (samochód musimy zostawić na terenie miasta, w którym działa dany operator). Dodatkowym problemem może być ograniczony zasięg pojazdów elektrycznych, które w krajach o infrastrukturze niedostosowanej do ich potrzeb (jak Polska) mogą mieć trudności w przejechaniem długich dystansów.
                                  • Znalezienie i dotarcie do pojazdu – carsharing to nie taksówka czy Uber. Po zarezerwowaniu samochodu musimy przejść w miejsce, w którym będzie on zaparkowany. Czasem może prowadzić to do sytuacji, w której poświęcamy tyle samo czasu na dotarcie do pojazdu, ile na samą jazdę (co w deszczową pogodę nie jest przyjemną perspektywą). Wzrost dostępności aut z pewnością stopniowo będzie redukować ten problem.
                                  • (Nie)dostępność aut w godzinach szczytu – rosnąca popularność carsharingu może prowadzić do sytuacji, w której flota samochodów nie wystarcza do obsługi wszystkich użytkowników. Jest to jednak uciążliwość, która dotyka także inne formy podróżowania w dużych miastach. Tutaj, podobnie, problem może rozwiązać poszerzenie floty usługodawców carsharingowych.

                                  Kto i gdzie? Miejski carsharing w Polsce i na świecie

                                  Na świecie

                                  Początki carsharingu w modelu B2C sięgają lat 80. i 90. To wówczas w państwach takich jak Szwajcaria, Niemcy, Szwecja, Holandia, Kanada i USA zaczęły powstawać (często współfinansowane ze środków publicznych) małe firmy oferujące dostęp do floty samochodów “na godzinę”. Rozkwit przypada jednak na początek XXI wieku. W 2000 roku w USA powstają firmy takie jak Zipcar, Flexcar czy CarClub. Ich szybki rozwój przyczynia się do coraz większej popularyzacji zjawiska. W 2012 roku usługi carsharingowe są już dostępne w 27 krajach, przy liczbie około 1,7 mln użytkowników. Obecnie jednymi z najpopularniejszych dostawców usług tego typu na świecie są marki Zipcar oraz Autolib.

                                  Rozwój popularności carsharingu nie umknął także uwadze innych graczy działających na rynku transportu. Jednymi z pierwszych marek, które zareagowały na to zjawisko były wypożyczalnie samochodów. Już w 2008 roku zaczęły tworzyć one swoje usługi carsharingowe. Wśród nich można wymienić Hertz on Demand, WeCar, Uhaul Car Share, Avis On Location.

                                  Za trendem zaczęły podążać także duże koncerny motoryzacyjne. Wynika to między innymi z obawy przed utratą młodych klientów (którzy chętnie sięgają po carsharing), jak i chęci utrzymania zainteresowania branżą motoryzacyjną. W 2008 roku Daimler stworzył własną markę Car2Go. Usługa jest dostępna w 30 miastach świata i dysponuje flotą przeszło 14 tys. samochodów. Przy liczbie 2 milionów klientów jest ona obecnie największą usługą carsharingową na świecie. Oprócz Daimlera serwisy carsharingowe w swoim portfolio mają także:

                                  • BMW – założona wraz z siecią wypożyczalni Sixt spółka DriveNow.
                                  • Volkswagen – zamknięty w 2016 roku serwis Quicar. Użytkownicy, jak i flota samochodów zostali przejęci przez Greenwheels, w którym VW ma 60% udziałów.
                                  • General Motors – być może najciekawiej rozwijana spośród wymienionych usługa Maven, która od niedawna umożliwia nie tylko carsharing, ale także przyjmowanie drobnych zleceń (gigs) we współpracy z Lyft i Uberem lub samodzielnie.
                                  • Citroën – usługa Multicity,
                                  • Mercedes – wprowadzona pod koniec zeszłego roku usługa Croove.

                                  Maven należący do General Motors


                                  W Polsce

                                  Rynek polski szybko dogania Zachodni. Usługi carsharingowe są już dostępne w kilku największych polskich miastach, m.in.:

                                  Polskie usługi carsharingowe swoim działaniem nie odbiegają od wzorców zagranicznych i różnią się między sobą jedynie szczegółami (dostępne typy samochodów, sposób naliczania opłat i ich stawki itp.).

                                  Magdalena Hibner, Marketing Manager, Traficar

                                  Chyba możemy już śmiało powiedzieć, że od chwili startu Traficara w 2016 r. krakowianie pokochali szybkie wynajmowanie samochodów na minuty. Ze statystyk wynika, że najczęściej podróżują nimi na zakupy oraz uczelniane wydziały. W ciągu pół roku od uruchomienia usługi z naszej floty skorzystało 8000 użytkowników. Wszystkie samochody przejechały w tym czasie 400 tys. kilometrów.

                                  Średni czas trwania kursu wynosi około 30 minut, choć z miesiąca na miesiąc się dynamicznie się zmienia. Obserwujemy też, że z coraz większym entuzjazmem klienci korzystają z tzw. opłaty postojowej, której koszt to 0,10 za minutę (łatwe przeliczenie: 6 zł za godzinę).

                                  Kliknij i rozwiń

                                  Perspektywy rozwoju

                                  Według wspomnianych już przez nas szacunków Frost & Sullivan do roku 2025 z carsharingu będzie korzystało 36 mln osób na całym świecie. Z kolei BCG szacuje, że do roku 2021 liczba sprzedanych samochodów zmniejszy się o 792 tysiące! Ma to wynikać z rosnącej popularności zjawiska w Ameryce i w Europie, a także coraz większej penetracji rynku przez rozwiązania współdzielenia w regionie Azji i Pacyfiku.

                                  Zwiększająca się gęstość zaludnienia w miastach, rosnące zanieczyszczenie powietrza i zmiana podejścia do własności wśród przedstawicieli młodego pokolenia prowadzą do sytuacji, w której carsharing wraz z innymi rozwiązaniami z obszaru sharing economy wydaje się przyszłością transportu. Już dziś coraz więcej miast w długofalowych strategiach rozwoju uwzględnia wprowadzenie tego typu usług na swoim terenie. Idzie to w parze z decyzjami władz, które mają zniechęcać mieszkańców do wykorzystywania swoich samochodów w centrach miast (wysokie opłaty parkingowe, duży stopień sformalizowania bądź koszty rejestracji nowego pojazdu).

                                  Pamiętajmy też, że carsharing ma wpływ na zmniejszenie natężenia ruchu, hałasu i obniżenie zanieczyszczenia spalinami. To sprawia, że władze lokalne coraz chętniej sięgają po rozwiązania, które tworzą przyjazny klimat wokół tego modelu współdzielenia zasobów. Spośród nich można wyróżnić:

                                  • zlecanie badań służących sprawdzeniu wykonalności i prawdopodobieństwa sukcesu usługi carsharingowej na terenie danego miasta.
                                  • włączenie carsharingu w długofalową strategię komunikacyjną miasta, np. wyodrębnienie specjalnych stref parkowania dla wynajmowanych pojazdów, umożliwienie poruszania się po bus pasach itp.
                                  • obniżenie kosztów operatorów, np poprzez zmniejszenie bądź oferowanie darmowej możliwości parkowania w strefach miejskich.
                                  • współpraca i konsultacje ze społecznością, organizacjami i miastami, które promują bądź korzystają z carsharingu.
                                  • prowadzenie programów carsharingowych dostępnych dla pracowników magistratu, (np. współpraca Houston z Zipcar).

                                  W Polsce taka forma współpracy między dostawcami usług, a władzami dopiero przed nami.

                                  Piotr Groński, Prezes Zarządu, Traficar

                                  Obecnie brakuje regulacji prawnych dla dostawców usług carsharingowych. Miasta posługują się obecnie narzędziem przetargu, w efekcie którego jedna zwycięska firma ma otrzymać uprzywilejowaną pozycję np. dostęp do buspasów. W naszej ocenie optymalnym rozwiązaniem byłoby stworzenie przepisów na poziomie ogólnopolskiej ustawy czy w ramach kompetencji samorządów oferujących wsparcie całej kategorii, a więc wszystkim firmom, które oferują usługi carsharingowe. Dofinansowanie jest zdecydowanie bardziej uzasadnione w przypadku komunikacji publicznej (także rowerów) niż wynajmie samochodów.

                                  Kliknij i rozwiń

                                  Carsharing miejski rozwija się w Polsce szybciej niż jego brat, czyli model P2P, dzięki czemu najpewniej zajmie silną pozycję w rodzimym krajobrazie sharing economy. W Warszawie, Krakowie, czy Wrocławiu swobodne podróżowanie do pracy wynajętym samochodem przestało już być czymś niezwykłym. Na rynku pojawia coraz więcej nowych usługodawców, a te firmy, które już na nim są, jak Traficar czy GoGet, planują rozszerzyć swoje usługi poza jedno miasto, równocześnie rozbudowując floty. Wszystko wskazuje na to, że Polacy naprawdę polubili carsharing. Czekamy, aż będziemy mogli powiedzieć to samo jako łodzianie :)

                                  Współautorem tekstu jest Adam Bęczkowski.

                                    Skomentuj

                                    Czego jeszcze nie robiłeś w bibliotece, a możesz?

                                    Przeczytasz w 20 minut Co-creation Collaboration
                                    Autor 9 maja 2017

                                    W bibliotece nie można spożywać pokarmów. W bibliotece nie można używać telefonów komórkowych. W bibliotece można wypożyczyć drona. W bibliotece można pobrać muzykę tworzoną przez lokalnych artystów. W bibliotece można szyć. Co jeszcze można robić w bibliotekach opartych na społecznej partycypacji i współtworzeniu?

                                    Dziś biblioteki nie mogą być już tylko księgozbiorem. W pierwszej lepszej znajdziesz czytelnię ze stanowiskami komputerowymi, gdzie poszperasz w internecie. Wypożyczanie płyt audio, filmów czy gier planszowych też już nie budzi zaskoczenia. Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbył się wykład mistrza ZEN Jong Mae Kun Sunima. Trwają jeszcze wystawy prac Bolesława Polnara, niezwykłego opolskiego grafika i malarza oraz ceramiki Małgorzaty Orlik. W filii MBP nr 4 odbędzie się szkolenie Senior ze smartfonem! dla osób, które ukończyły 50 lat i chcą postawić pierwsze kroki w wirtualnym świecie. Czy powinno to dziwić? Skądże! Biblioteka dziś to centrum kultury, gdzie mieszkańcy mogą wziąć udział w spotkaniach autorskich, klubach dyskusyjnych, debatach, wykładach czy warsztatach. Czy to Gdańsk, Opole czy Gierałtowice, biblioteki już nie pełnią tej samej roli co 10 czy 100 lat temu. Dziś mają być otwarte dla wszystkich poszukujących kultury, wiedzy, przestrzeni do działania i społeczności, do której można przystąpić.

                                    Nadchodzi czas zmian

                                    W lutym tego roku socjolodzy z Uniwersytetu Opolskiego (UO) badali jak opolska biblioteka publiczna spełnia oczekiwania młodych ludzi. Badania nad idealną książnicą trwają od 2010 roku, kiedy to ci sami naukowcy analizowali to w jaki sposób i co czytają uczniowie, oraz jak MBP powinna się zmienić, by tę młodzież przyciągnąć. Jak twierdzi dr Michał Wanke z Instytutu Socjologii UO: Ta nasza miejska jest już zbliżona do tego ideału, ponieważ robiliśmy podobne badania, zanim zbudowano i zaaranżowano tę bibliotekę.

                                    Po 6 latach młodzież wskazuje jaka biblioteka idealna powinna być:

                                    • nastrojowym miejscem zachęcającym do spędzania czasu nad książką,
                                    • przyjaznym miejscem, gdzie każdy mógłby się odnaleźć,
                                    • miejscem, w którym można odpocząć, spędzić miło czas,
                                    • miejscem do spotkań i rozmów bez potrzeby ściszania głosu,
                                    • przestrzenią zarezerwowaną dla młodych ludzi, gdzie mogą przebywać bez obecności dorosłych i dzieci,
                                    • posiadać miejsca do wspólnej pracy.

                                    Na pełne wyniki badań trzeba będzie jeszcze poczekać, ale już teraz widać, że biblioteka staje się, oprócz księgozbioru, również miejscem spotkań.

                                    20170201_113153-1
                                    Współtworzenie wizji idealnej biblioteki. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego
                                    20170201_105743
                                    Współtworzenie wizji idealnej biblioteki. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego
                                    20170201_130717-1
                                    Jedna z wielu propozycji idealnej biblioteki. Przykład współtworzenia przestrzeni publicznej przez młodzież. foto: Instytut Socjologii Uniwersytetu Opolskiego

                                    Okazuje się, że można zrobić jeszcze więcej – poprosić mieszkańców o współtworzenie biblioteki.

                                    Małgorzata Waleszko, “Partycypacyjna biblioteka publiczna: doświadczenia państw skandynawskich”.

                                    Przykłady zagraniczne wskazują kierunek nowoczesnych książnic. A jest to kierunek, który dobrze obrazują slogany takie jak “from collection to connection” (od gromadzenia do łączenia) Duńskiej Agencji ds. Bibliotek, czy “from collection to creation” (od gromadzenia do tworzenia) Stowarzyszenia Amerykańskich Bibliotek (ALA)

                                    Kliknij i rozwiń

                                    Biblioteka partycypacyjna

                                    Biblioteka partycypacyjna to miejsce, w którym czytelnicy traktowani są jako aktywni uczestnicy i chyba co najciekawsze – współtwórcy oferty bibliotecznej. Sam zaś budynek powinien zmienić się w przestrzeń godzącą kilka interesów społeczności:

                                    • być miejscem przeznaczonym do wypożyczania i czytania książek (a także multimediów),
                                    • być miejscem łączącym wydarzenia kulturalne, edukacyjne i kreatywne,
                                    • być miejscem opartym na innowacji i ciągłym rozwoju, reagującym na potrzeby odbiorców.

                                    Czas zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: czym konkretnie jest biblioteka partycypacyjna?

                                    Małgorzata Waleszko, “Partycypacyjna biblioteka publiczna: doświadczenia państw skandynawskich”.

                                    Za partycypacyjną instytucję kultury uznaje się miejsce, w którym goście mogą wnosić własne pomysły, dzielić się treściami, oraz kontaktować z innymi ludźmi, by wspólnie komentować oraz ponownie wykorzystywać idee, formy wyrazu i obiekty oglądane i kreowane w trakcie odwiedzin. To także miejsca, w których dominującą formą komunikacji jest dialog, a użytkownik jest nie tyle klientem, co partnerem współpracującym z personelem przy realizacji zadań biblioteki, organizacji wydarzeń i wprowadzaniu nowych rozwiązań.

                                    Kliknij i rozwiń

                                    Dlaczego partycypacja jest ważna?

                                    O roli i efektach partycypacji w publicznych bibliotekach można (i powinno się!) rozmawiać na trzech poziomach.

                                    Pierwszy z nich dotyczy biblioteki jako instytucji, która dzięki współtworzeniu przez mieszkańców jest w stanie sprawnie konkurować z komercyjnymi placówkami o podobnym charakterze lub tych skupionych na cyfrowych rozwiązaniach. Znanym polskim przykładem są chociażby Wolne Lektury, a i torrentów nikomu przedstawiać nie trzeba.

                                    Drugi poziom odnosi się do indywidualnego podejścia do odbiorcy. Partycypacja w życie takiej instytucji jak biblioteka jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom współczesnego człowieka – kreatora, prosumenta, odbiorcy wielu mediów, często użytkownika, a nie właściciela.

                                    Ostatni trzeci poziom odnosi się do roli partycypacji jako spełnianiu potrzeb opartych na wspólnocie. Biblioteki dzięki temu mogą się stać spoiwem lokalnych społeczności, jednocześnie mając wpływ na kształtowanie odbiorcy, pełniąc przy okazji funkcję katalizatora dla pomysłów mieszkańców i dbając o rozwój lokalnych zasobów.

                                    Co można robić w bibliotece?

                                    Sięgając po zagraniczne przykłady szybko można się przekonać, że biblioteka ma naprawdę dużo do zaoferowania ludziom żyjącym w galopującym świecie. Przyjrzyjmy się paru pomysłom bliżej.

                                    HYPE Teen Center Detroit Public Library

                                    HYPE to przestrzeń stworzona tylko i wyłącznie dla młodych, gdzie mogą do woli rozwijać swoje talenty i zainteresowania. Kalendarz tego miejsca wypełniony jest warsztatami np. z szycia, aktorstwa, zarządzania finansami czy tworzenia materiałów wideo. HYPE Makerspace jest bogate w elektronikę, maszyny do szycia, zestawy małego grafika czy wszystko, co jest potrzebne do zbudowania własnego robota.

                                    7744564358_d9bb614893_o
                                    foto: HYPE Makerspace/Flickr
                                    IMG_0226
                                    foto: HYPE Makerspace/Flickr

                                    IDEA BOX, Oak Park Public Library

                                    Przestrzeń biblioteki staje się żywa i zmienna dzięki czytelnikom. Specjalna wydzielona strefa pozwala mieszkańcom współtworzyć bibliotekę we współpracy z pracownikami. Co miesiąc IDEA BOX zmienia swój charakter będąc np. wystawą poświęconą poezji pisanej przez czytelników.

                                    Local Music Project, Iowa City Public Library

                                    Znalezienie twórczości lokalnych artystów nie może być łatwiejsze. Local Music Project pozwala na gromadzenie, odsłuchiwanie muzyki i jej pobieranie (tu potrzebna już jest karta biblioteczna) przez mieszkańców Iowa City. Ściąganie utworów jest dozwolone tylko dla własnego użytku. Podobnie działa projekt Local Author z Sonoma Country Library. Tu jednak nacisk położony jest na lokalną literaturę.

                                    Total Lending Library, Berkeley Public Library

                                    Potrzebujesz wiertarki, piły albo kosiarki? Nie kupuj, idź do biblioteki. W Berekeley możesz skorzystać za darmo z ponad 200 narzędzi, wypożyczając je na maksymalnie tydzień. Prawdziwe sharing economy, czyli gospodarka współdzielenia w wykonaniu lokalnej społeczności. Pomysł na stworzenie takiej narzędziowni wyszedł od mieszkańców.

                                    Dron, Biblioteka Uniwersytetu Południowej Florydy

                                    Do użytku studentów oddano dwa Phantomy 2 Vision, które pod okiem pracowników biblioteki mogą służyć np. do wykonania projektu na zajęcia z architektury. Każdy student, który chciałby użyć drona, musi wcześniej przejść kurs jego obsługi. W tej samej bibliotece do dyspozycji studentów są kamery wideo, mikrofony i nowoczesne komputery. Raj dla fanów multimediów.

                                    Demotek, Szwecja

                                    Projekt Demotek daje szansę młodym użytkownikom bibliotek publicznych na tworzenie m.in. sztuki, wymianę doświadczeń, przeskoczenie różnicy pokoleniowej za pomocą nowych mediów. Efekty spotkań i warsztatów są włączane w zasoby biblioteki.

                                    Co nas czeka?

                                    Już dziś polskie biblioteki stają się swoistym centrum kulturowo-społecznym. Kolejny krok to pozwolenie czytelnikom na wprowadzanie społecznie potrzebnych pomysłów w przestrzeni bibliotecznej, przy udziale pracowników. Do tego jednak potrzeba dialogu, nie narzucania swoich propozycji. Tylko wtedy będziemy mogli mówić o partycypacji.

                                    W pogoni za nowością nie można zapomnieć o tym, że czy z warsztatem typu makerspace czy nie, biblioteki mają pełnić swoją podstawową funkcję, tj. dostarczać wiedzę i rozrywkę poprzez książki. Co prawda w 2016 r. jakąkolwiek książkę przeczytało zaledwie 37% Polaków, ale być może dzięki właśnie takim innowacjom jak kreatywne przestrzenie, nietuzinkowe zbiory, współorganizowanie wydarzeń, biblioteka stanie się miejscem chętniej odwiedzanym.

                                      Skomentuj

                                      Internet dla wykluczonych (2) Perspektywa ekspertów

                                      Przeczytasz w 20 minut Collaboration

                                      Artykułem “Pariasi sieci” otworzyliśmy serię poświęconą wykluczeniu internetowemu i rozwiązaniom, które mogą włączyć ponad połowę ludzkości offline do świata online. Dziś sięgamy po opinie ekspertów: europosła Michała Boniego, dr Alka Tarkowskiego i prof. Dariusza Jemielniaka.


                                      Bartosz Filip Malinowski (BFM): Dlaczego nam wszystkim powinno zależeć na tym, aby podłączyć do sieci ponad połowę ludzkości, która nie korzysta z internetu?

                                      Prof. Dariusz Jemielniak: Cyfrowe wykluczenie prowadzi do pogłębienia także innych podziałów społecznych. Ponadto, jeżeli wszyscy są w sieci, korzystanie z niej może być traktowane jako domyślne. Przykład? Obecnie domyślne jest, że każdy ma adres fizyczny – co oczywiście wyklucza osoby, które takiego adresu jednak nie posiadają.

                                      Dr Alek Tarkowski: Mam nadzieję, że nie trzeba nikogo przekonywać, że dostęp do środków komunikacji, do źródeł wiedzy i kultury jest niezbędnym elementem modernizacji. Infrastruktura sieciowa jest równie ważna jak budowanie dróg, doprowadzanie wody i kanalizacji, czy elektryfikacja.

                                      Ale jeszcze ważniejsze wydaje mi się, by pamiętać, że internet, komputery i komórki, usieciowione czujniki i kamery nie są cudownym rozwiązaniem naszych bolączek. Historia technologii komputerowych w edukacji jest pełna przypadków wiary, że wstawienie do szkół komputerów lub podpięcie ich do internetu, nagle poprawi edukację. Nigdy tak się nie dzieje. Łatwo też uszczęśliwiać ludzi na siłę sprzętem i infrastrukturą, która jest im niepotrzebna albo z której nie potrafią korzystać. Internet ma wielki potencjał, ale każdorazowo trzeba go dostosować do określonych potrzeb.

                                      Michał Boni: Internet zmienia reguły gry we wszystkich dziedzinach naszego życia. Od gospodarki, która wykorzystuje szybkie sieci i korzysta z przetwarzania danych, przez usługi publiczne (nowe możliwości edukacyjne, przestawienie modelu ochrony zdrowia na prewencję i efektywność), na naszym życiu prywatnym kończąc. Oczywiście, są i szanse i zagrożenia. Szans jest więcej i mają one olbrzymie znaczenie dla rozwoju społeczno-gospodarczego. Jeśli więc nie chcemy eliminacji z nowych szans rozwojowych dużej części ludzkości, to celem kluczowym staje się dostęp do Internetu dla wszystkich. Wtedy zniknie bariera dyskryminacyjna w rozwoju, wzrośnie komunikacja całej populacji na Ziemi.

                                      I jest to możliwe. Już za chwilę pojawią się balony na wysokości 30 km z sygnałami umożliwiającymi działanie i dostępność Internetu w dowolnym miejscu. Inwestycje w sieci ultra szybkiego Internetu staną się opłacalne wraz ze wzrostem ruchu online. Jeśli świat ma się rozwijać względnie równomiernie, to wszystkim nam powinno zależeć na dostępie do Internetu dla każdego.

                                      BFM: Co rządy państw rozwijających się mogą zrobić, aby włączyć swoich obywateli do internetowego społeczeństwa?

                                      Prof. Dariusz Jemielniak: Bankowość internetowa jest najbardziej zaawansowana właśnie w krajach rozwijających się. Zatem nie ma sensu zakładać, że to bogata północ zawsze wyznacza trendy. Tym niemniej, rozwój e-administracji i wsparcie wszelkiego rodzaju usług internetowych poprzez ich specjalne uprzywilejowanie (choćby podatkowe) to dobry start. Warto też działać na rzecz rozwoju infrastruktury. W Polsce ten rozwój został przystopowany regulacjami, które spowodowały, że nie opłaca się inwestować w łącza długofalowo.

                                      Dr Alek Tarkowski: Nie jest mi łatwo komentować działania państw rozwijających się, gdyż moje własne doświadczenia dotyczą przede wszystkim tak zwanych państw rozwiniętych. W Polsce mamy wprawdzie ciągle problemy z samą dostępnością internetu (szczególnie na obszarach wiejskich), jednak są to problemy nieporównywalnie mniejsze niż na przykład w Afryce. Wspominam o tym, bo to przykład trudności z wyjściem poza nasze polskie doświadczenia i myśleniem o tych wyzwaniach w skali globalnej.

                                      Rządy powinny przede wszystkim zadbać, by nie oddać kwestii e-integracji całkowicie w ręce komercyjnych podmiotów – szczególnie jeśli chodzi o kwestie infrastrukturalne. W wielu miejscach na świecie możliwy jest “żabi skok” w sprawie dostępności, dzięki sieciom komórkowym, dostępnym w miejscach, w których nigdy nie zostanie położony światłowód. Sieci te są stawiane przez podmioty komercyjne, ale państwa powinny dbać o ich regulację. Kluczową kwestią jest na przykład zadbanie o neutralność sieci. Z jednej strony mamy takie kraje jak Indie, które nie zezwoliły Facebookowi na wprowadzenie programu “Free Basics”, gdyż zagraża on właśnie neutralności. Ale wiele państw afrykańskich nie ma z tym programem problemu. Osobiście jestem nieufny wobec projektów zapewnienia dostępu do internetu prowadzonych przez wielkie firmy sieciowe, które mają interes w posiadaniu jak największej grupy klientów.

                                      Michał Boni: Budowanie państwa niejako na nowo, unowocześnianie gospodarki, zmienianie mechanizmów rządzenia i oferty usług publicznych może i powinno tworzyć warunki dla używania Internetu. Bo to ułatwia życie, poprawia efektywność, zmienia jakość tychże usług publicznych. Przykładowo: w Afryce powstają aplikacje z informacjami i edukacją zdrowotną, z możliwościami mierzenia stanu zdrowia. I nawet, jeśli dzisiaj dotyczy to 25% mających dostęp do Internetu, to kształtują się nowe wzorce zachowań. I wokół tego buduje się cały nowy system. Podobnie z systemem bankowym – budowany od początku wymusza już dzisiaj używanie aplikacji bankowych, nie ma nawet potrzeby budowania oddziałów offline, bo funkcjonują wirtualne.

                                      Do tego potrzebny jest rozwój infrastruktury, ale i budowanie świadomości znaczenia Internetu oraz edukacja cyfrowa. Szkoła dzisiaj musi dawać umiejętności cyfrowe, ale i edukacja dorosłych musi być na to nastawiona, żeby starsi nie zostali trwałe wykluczeni z efektów rewolucji cyfrowej.

                                      Państwa mogą też poprawiać jakość usług administracyjnych oraz otwartość rządzenia używając narzędzi cyfrowych. Otwarte konsultacje, dzielenie się informacjami, partycypacja obywateli w procesach podejmowania decyzji – to ważne czynniki demokracji partycypacyjnej, możliwe właśnie dzięki narzędziom cyfrowym. Ważne, by państwa krajów rozwijających się zrozumiały, że inwestycje w Internet są inwestycjami w rozwój, wszechstronny rozwój.

                                      BFM: A co mogą zrobić inne podmioty, jak NGOs, korporacje internetowe, organizacje międzyrządowe?

                                      Prof. Dariusz Jemielniak: Trzeba dbać o przystępność dla najmniej uprzywilejowanych projektując aplikacje, usługi, a przede wszystkim strony WWW – np. utrzymywać wersje lekkie, nieobciążające łącza, dostosowywać się do wymogów offline (w Afryce popularny jest np. side-loading, pobieranie strony i dzielenie się z innymi urządzeniami itp.). Nie bez znaczenia jest też wychodzenie naprzeciw zdolnościom kognitywnym odbiorców, które mogą znacznie różnić się od użytkowników przyzwyczajonych do korzystania z sieci.

                                      Dr Alek Tarkowski: Najważniejszym zadaniem powinno być przenoszenie wypracowanych rozwiązań skutecznego korzystania z technologii do miejsc, gdzie są one potrzebne. Zazwyczaj transfer przebiega z miejsc bardzo rozwiniętych do reszty świata. Ale są przykłady tego, że innowacja może rodzić się wszędzie – na przykład Ushahidi, crowdsourcingowy serwis do społecznościowego zbierania danych, zrodził się w Afryce. Robiąc to należy jeszcze mocniej pamiętać o dostosowaniu do lokalnych potrzeb i specyfiki. Te działania powinny być szczególną powinnością najbardziej rozwiniętych państw, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. I nie należy tego zlecać wyłącznie rządom, bowiem organizacje pozarządowe zrobią to dużo zwinniej. Mogą to też robić korporacje, ale wtedy kluczowe znaczenie ma jasne zdefiniowanie ich misji społecznej i oddzielenie jej od chęci zysku – ten nie może być wystarczającą motywacją dla e-integracji połowy ludzkości.

                                      Michał Boni: Internet ma to do siebie, że jest dobrem publicznym z jednej strony, z drugiej zaś – nie da się nim zarządzać bez współpracy ze wszystkimi interesariuszami: administracją, biznesem, światem obywatelskim, światem nauki. Tu sprzęgają się innowacje, prawa obywatelskie (dostęp do Internetu, ale i ochrona prywatności), efektywność gospodarowania, przejrzystość relacji władz publicznych ze społeczeństwami.

                                      Organizacje pozarządowe są i powinny być adwokatami walki o prawo dostępu do Internetu, ale i o przestrzeganie np. prawa do ochrony prywatności oraz bezpieczeństwa w Sieci. Trzeci Sektor powinien szczególnie mocno upominać się o rozwój cyfrowych umiejętności w szerokim sensie: nie tylko kompetencje w posługiwaniu się komputerem i smartfonem, aplikacjami, ale i rozumienie mechanizmów świata cyfrowego, jak robi to WeTheCrowd. A za chwilę także ludzka kooperacja z robotami.


                                      1200px-dr-_dariusz_jemielniak-2Prof. Dariusz Jemielniak
                                      Teoretyk zarządzania, profesor nauk ekonomicznych, kierownik Katedry Zarządzania Międzynarodowego, centrum badawczego CROW (Center for Research on Organizations and Workplaces) w Akademii Leona Koźmińskiego oraz grupy badawczej NeRDS (New Research on Digital Societies). Autor książki “Życie wirtualne dzikich” i członek rady powierniczej fundacji Wikimedia.

                                       

                                      kwadrat-alek-680x680Dr Alek Tarkowski

                                      Socjolog, kierownik Centrum Cyfrowego Projekt: Polska, organizacji tworzącej narzędzia i metodologie wykorzystania technologii cyfrowych na rzecz zaangażowania społecznego. Koordynator projektu Creative Commons Polska, członek Rady Informatyzacji przy MAiC oraz Rady Administracyjnej międzynarodowego stowarzyszenia COMMUNIA

                                       

                                      photo

                                      Michał Boni

                                      Polityk i kulturoznawca. Działacz podziemia Solidarności, na początku lat 90. podsekretarz stan w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej. W latach 2011-2013 pierwszy w Europie minister cyfryzacji w Europie Środkowo-Wschodniej, który opracował program poświęcony tworzeniu e-usług i walki z cyfrowym wykluczeniem. od 2014 deputowany do Parlamentu Europejskiego VIII kadencji.

                                        Skomentuj

                                        Jak inwestować przez crowdfunding udziałowy? (1)

                                        Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                                        Autor 27 kwietnia 2017

                                        Crowdfunding i inwestowanie to dwa słowa, które coraz częściej występują obok siebie w jednym zdaniu. Na Zachodzie, szczególnie w Wielkiej Brytanii i USA, udziałowy model finansowania społecznościowego otworzył szansę na inwestowanie przed ludźmi, którzy wcześniej mogli tylko o tym marzyć, a przed rozwijającymi się firmami – alternatywne źródło kapitału. To rewolucja na rynku finansowym, a my pomożemy Ci do niej dołączyć.

                                        Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o samym modelu crowdinvestingu, to kliknij tutaj

                                        Jeżeli prowadzisz startup i myślisz o kampanii, sprawdź nasz poradnik: 1, 2, 3, 4, 5, 6

                                        W pierwszej części poradnika odpowiemy na trzy podstawowe pytania:

                                        1. Co to znaczy inwestować przez crowdfunding udziałowy?
                                        2. Po co inwestować przez crowdfunding udziałowy?
                                        3. Gdzie i w kogo inwestować?

                                        Co to znaczy inwestować przez crowdfunding udziałowy?

                                        Equity crowdfunding (ECF), czyli crowdfunding udziałowy (a precyzyjniej: crowdfunding inwestycyjny), oferuje możliwość inwestowania w spółki na bardzo wczesnym etapie ich rozwoju. Kiedy wspierasz spółkę na platformie equity, to nie kupujesz jej produktu czy usługi, jak w przypadku crowdfundingu opartego na nagrodach, tylko inwestujesz w nią. Faktycznie stajesz się udziałowcem i właścicielem kawałka biznesu, licząc na to, że w przyszłości zwróci Ci się to z nawiązką. Na tym etapie nie wiesz jeszcze, czy spółka stanie się gwiazdą (przyniesie wysoki zwrot) czy spłonie w atmosferze (upadnie albo przyniesie mało zadowalający zwrot). Dlatego zacznijmy od dwóch nienaruszalnych dogmatów do przyjęcia:

                                        1. Crowdfunding udziałowy wiąże się z ryzykiem, tak jak każda inwestycja. Jednak w przypadku spółek na wczesnym etapie rozwoju (tzw. early-stage ventures, w szczególności startupów) to ryzyko jest względnie wysokie. (Co wcale nie oznacza, że inwestowanie drogą ECF mija się z celem!)
                                        2. Stając się udziałowcem w spółce, jej sukces leży w Twoim interesie. I to całkiem dosłownie, bo im lepiej jej się powodzi, tym większą ma ona wartość na rynku. Im większa wartość spółki, tym większa szansa dla Ciebie na wyższy zwrot z inwestycji.

                                        Wracając więc do pytania postawionego w nagłówku: co to znaczy inwestować przez crowdfunding udziałowy? To znaczy inwestować swoje pieniądze i emocje w biznes, w który szczerze wierzysz. Działać racjonalnie, a nie wyłącznie emocjonalnie. Mieć świadomość ryzyka i być gotowym na nową relację biznesową. Bo, jak już ustaliliśmy, Wasze interesy – Twój i założycieli spółki – stają się zbieżne, w momencie, w którym dokonasz przelewu na platformie crowdfundingowej.

                                        Alon Hillel-Tuch z platformy RocketHub o podstawowych założeniach crowdinvestingu


                                        Po co inwestować przez crowdfunding udziałowy?

                                        Dla pieniędzy i satysfakcji, to oczywiste. Nie chcemy jednak zostawiać Cię z tym, co i tak już wiesz.

                                        Zacznijmy od trzech rzeczy, które sprawiają, że model udziałowy finansowania społecznościowego rzeczywiście stanowi atrakcyjną formę inwestowania dla wszystkich tych, którzy nigdy wcześniej nie mogli sobie na to pozwolić:

                                        1. Crowdinvesting obniża bariery wejścia. Większość ofert, na które natrafisz na platformach ECF, ustawia próg wejścia dla inwestora (cenę emitowanej akcji czy udziału) stosunkowo nisko. 50, 500, 1000, a nawet 5000 zł jest w zasięgu możliwości większości z nas. Możemy inwestować zdroworozsądkowe kwoty, a nie majątek.
                                        2. Crowdinvesting rozprasza ryzyko na wielu inwestorów. Mniej bolesne będzie źle zainwestowane 500 zł dla 100 osób niż 50000 zł dla jednej.
                                        3. Crowdinvesting umożliwia łatwą dywersyfikację. To wypadkowa dwóch poprzednich punktów. Dzięki niskim barierom wejścia można łatwo poszerzyć portfel inwestycji, lokując drobny kapitał w wiele rozmaitych spółek.

                                        Crowd, społeczność, daje efekt skali. Dla spółek to szansa na solidny zastrzyk finansowy od wielu drobnych inwestorów, a dla inwestorów – nakład minimalny do udźwignięcia i możliwość minimalizacji ryzyka.

                                        Łukasz Zgiep, COO CrowdWay.pl, Bloger na www.zgiep.com

                                        Crowdfunding udziałowy daje możliwość zbudowania własnego portfela inwestycji typu Venture Capital. Przed pojawieniem się platform ECF (equity crowdfundingu) inwestycje typu VC były dostępne tylko dla wąskiej grupy bardzo zamożnych ludzi. Dzięki technologii i modelom biznesowym collaborative economy każdy może stać się udziałowcem lub akcjonariuszem innowacyjnej spółki. To szansa na wysoki zwrot z inwestycji oraz, nie zapominajmy, ogromna szansa na rozwój polskiej gospodarki i innowacyjnych przedsięwzięć.

                                        Kliknij i rozwiń

                                        Arkadiusz Regiec, CEO Beesfund

                                        Do momentu, w którym nie powstały platformy equity crowdfundingowe, osoba dysponująca małym kapitałem nie miała szans na inwestowanie w startupy i innowacyjne firmy. Ten trend zmienia reguły gry i demokratyzuje dostęp do zysków. Pozwala przy małych kwotach tworzyć portfele ryzykownych inwestycji, bo przecież nasze 1000 zł możemy podzielić na kilka inwestycji. Ważne, aby pamiętać, że ryzyka nigdy nie zminimalizuje się do zera, dlatego nie powinniśmy inwestować powyżej kwoty, której strata nas zaboli.

                                        Kliknij i rozwiń

                                        Zwrot z inwestycji

                                        To pytanie na które po prostu musisz znać odpowiedź: jak może zwrócić się Twoja inwestycja?

                                        Formalnie istnieje pięć możliwości:

                                        1. Dywidenda, czyli okresowe wypłacanie części zysku wypracowanej przez spółkę, przeznaczonej do podziału między wspólników.
                                        2. Nabycie części lub całości udziałów przez innego inwestora. Może to być inwestor branżowy, anioł biznesu czy inny drobny inwestor.
                                        3. Nabycie spółki przez inną firmę, która zechce odkupić udziały (pokaźna suma zostanie wtedy podzielona między dotychczasowych udziałowców).
                                        4. Odkupienie udziałów z powrotem przez właścicieli, np. w sytuacji, w której taki warunek postawi im fundusz Venture Capital (“wyszczyszenie” struktury udziałów).
                                        5. Oferta publiczna (public offering), czyli emisja papierów wartościowych spółki i zaoferowanie ich do nabycia w obrocie giełdowym.

                                        Opcję #1 możesz skreślić z miejsca, ponieważ prawdopodobieństwo, że spółka wysokiego ryzyka zapewni dywidendę jest bliskie zeru – będzie wolała reinwestować większość zysku w dalszy rozwój. Nawet jeśli dywidendy się pojawią, to w perspektywie 7-10 lat, a i to nie gwarantuje zadowalającego zwrotu (dywidenda może być zbyt niska, jeśli będzie dzielona za wielu udziałowców).

                                        Opcja #5 wydaje się egzotyczna, ale nie jest niemożliwa. To marzenie wielu spółek, aby wejść na GPW czy New Connect. Gdyby tak się stało, sprzedaż akcji mogłaby okazać się dla Ciebie wyjątkowo opłacalna.

                                        Najbardziej prawdopodobne sposoby na wyjście z inwestycji to opcje #2, #3, #4, czyli sprzedaż udziałów innym inwestorom – branżowym, aniołom, czy firmom przejmującym część lub całość spółki.

                                        Czy tak się faktycznie stanie? Czy w spółkę, w której ulokujesz 2000 zł, po 3 latach zainwestuje inny, większy inwestor i odkupi od Ciebie udziały za 5000 zł, zapewniając zwrot x2.5? Tak, jest to możliwe, mając na uwadze wszystkie “ale”. A tych jest kilka.

                                        Przykładów udanych wyjść z inwestycji przez crowdfunding jest kilka (m.in.: Camden Town Brewery, E-Car Club, Mettrr Technologies, BrewDog, Celixir). Trzeba pamiętać, że spółki rozwijające się przynoszą zwrot z inwestycji dopiero po 7-10 latach, a crowdinvesting jest stosunkowo młody. Można spodziewać się, że każdy kolejny rok będzie przynosił coraz większą falę wyjść inwestorów z zyskiem. I to było to mniejsze “ale”.

                                        Większe “ale” to powszechnie znany fakt, że większość startupów upada, a te z nich, którym się powiedzie, nie zawsze mogą zapewnić zwrot z inwestycji. W przypadku spółek nie będących startupami prawdopodobieństwo sukcesu jest wyższe, jednak nie będzie on tak spektakularny, tzn. może zapewnić Ci zwrot, tyle że mało atrakcyjny.

                                        Dlatego podchodząc do crowdinvestingu kieruj się tymi trzema naczelnymi zasadami:

                                        1. Inwestuj w kilka spółek. Większość przedsięwzięć nie przyniesie oczekiwanych rezultatów finansowych (albo upadnie), ale te, które odniosą sukces, zrekompensują to z nawiązką.
                                        2. Nie inwestuj więcej, niż jesteś gotów stracić. Wówczas żadna inwestycja nie będzie Cię “bolała”, a Ty przygotujesz się psychicznie na ewentualną stratę.
                                        3. Inwestuj z głową. Jeżeli chcesz, możesz działać impulsywnie, ale jeśli inwestujesz dla zysku – poświęć czas na analizę oferty.
                                        Lucyna Warda, CEO FindFunds.pl

                                        Crowdfunding udziałowy należy do inwestycji wysokiego ryzyka. Nie ma żadnej gwarancji, że inwestor zarobi na takiej inwestycji, co więcej, inwestując w startupy, każdy inwestor powinien pamiętać, że 5 na 10 startupów upadnie, 2-3 przetrwają, a 1 pozwoli zarobić. Wniosek z tego jasny: żeby zarobić na startupach trzeba zainwestować w co najmniej 10. Zaletą platform crowdfundingu udziałowego jest dostęp do wstępnie już zweryfikowanych startupów, działających w różnych sektorach i będących na różnych etapach dojrzałości, co pozwala inwestorowi zbudować zdywersyfikowany portfel inwestycyjny.

                                        Kliknij i rozwiń

                                        Rozrywka, edukacja i postawa

                                        Zdaniem Slava Rubina z platformy Indiegogo, która niedawno wprowadziła u siebie także model equity, nie licząc zwrotu z inwestycji są jeszcze dwie główne motywacje inwestorów w crowdfundingu: rozrywka połączona z edukacją oraz chęć zrobienia czegoś dobrego.

                                        Co to znaczy?

                                        Że być może w crowdinvestingu nie będziesz szukać wysokiego potencjału zwrotu, ale zaczniesz uczyć się inwestowania analizując dokumenty informacyjne, poznasz specyfikę startupów i nowych branż itd. Do tego jeszcze znajdziesz w tym mnóstwo uciechy.

                                        A być może będziesz inwestować, ponieważ chcesz wspierać i wzmacniać polską przedsiębiorczość (do czego gorąco zachęcamy!). Kibicujesz lokalnym markom, utożsamiasz się z ich działalnością i chcesz wpisać sobie do CV “współwłaściciel restauracji”? Nie myśl o zysku, myśl o dobru, które tworzysz i inwestuj.

                                        Crowdfunding udziałowy ma istotne znaczenie społeczne i gospodarcze – społeczność wielu drobnych inwestorów daje szansę biznesom, które nie otrzymają jej od nikogo innego. Twoje działania jako inwestora mogą pomóc skierować reflektor na startupy, które w przyszłości wprowadzą prawdziwe innowacje społeczne (Migam) albo zrewolucjonizują tradycyjne metody badania rynku (TakeTask). Tłum pomógł już wielu polskim spółkom zweryfikować ich wycenę i nabrać wiarygodności w oczach większych inwestorów. To umożliwiło im dalszy rozwój.

                                        Gdzie inwestować i w kogo inwestować?

                                        Nathan Rose, finansista, ekspert crowdinvestingu i autor książki Equity Crowdfunding bardzo trafnie podzielił spółki wybierające ten model finansowania na dwie grupy:

                                        1. firmy lokalne mające społeczność,
                                        2. potencjalni “wielcy zwycięzcy” (big winners).

                                        Ta pierwsza kategoria to spółki lokalne jak restauracja, browar, salon urody itp., które posiadają bazę oddanych klientów. Taka społeczność kocha produkty lub usługi marki, poleca ją znajomym i bez wątpienia jest gotowa wspierać finansowo. Tacy inwestorzy najczęściej nie analizują dokumentów informacyjnych, kierują się bardziej pobudkami emocjonalnymi i benefitami materialnymi innymi niż zwrot. Liczą na zniżki i satysfakcję płynącą ze wspierania “tych dobrych”. No i kto nie chciałby powiedzieć, że jest współwłaścicielem restauracji ze stekami? Wspierając marki lokalne zapewne spodziewaj się niższego ryzyka, ale nie licz tym samym na spektakularne wyjście z inwestycji.

                                        Przykładami polskich spółek tego typu, które z sukcesem pozyskały finansowanie od drobnych inwestorów są:

                                        Wideo pitch spółki Cydrownia


                                        Druga kategoria (potential big winners) to przede wszystkim startupy, czyli przedsięwzięcia najwyższego ryzyka. Przed pojawieniem się crowdinvestingu tego typu firmy mogły polegać na dużym kapitale ze strony funduszy lub aniołów, mając słabą pozycję negocjacyjną, przystając w zasadzie na każde warunki. Teraz drobni inwestorzy dysponujący mniejszymi kwotami (jak Ty) mogą pomóc im rozwinąć skrzydła i przekonać się, czy rzeczywiście okażą się “wielkimi zwycięzcami”. Ryzyko w przypadku inwestowania w takie spółki jest wysokie, podobnie jak potencjał zwrotu. Dlatego przypominamy: inwestuj w kilka różnych spółek wysokiego ryzyka, z różnych branż, licząc się z tym, że część upadnie, część nie przyniesie zwrotu, a jedna pozwoli Ci odzyskać straty i jeszcze zarobić.

                                        Przykładami polskich innowacyjnych spółek, które korzystały z crowdfundingu udziałowego i mają szansę okazać się “wielkimi zwycięzcami” są m.in.:

                                        • ACR Systems, producent urządzeń do stabilizacji obrazu;
                                        • TakeTask, aplikacja crowdsourcingowa;
                                        • Scabrosus, spółka rozwijająca technologie pozyskiwania włókien naturalnych;
                                        • Red Dev Studio, producent gier mobilnych;
                                        • DrBarbara, aplikacja wsparcia żywieniowego;
                                        • uBirds, producent inteligentnego paska do zegarków.

                                        Wideo pitch spółki Scabrosus


                                        Na polskim rynku istnieją cztery aktywne platformy crowdinvestingu, na których znajdziesz oferty inwestycyjne:

                                        Beesfund publikuje oferty spółek akcyjnych i akcyjno-komandytowych, pozostałe zaś obsługują spółki z o.o. Jakie ma to znaczenie dla Ciebie? Jest znacząca różnica między ceną emisyjną akcji (spółki akcyjne) a ceną emisyjną udziału (spółki z o.o.). Jeżeli chcesz zainwestować nie więcej niż 500 zł to nabądź dwie akcje w Migam na Beesfund. Jeżeli dysponujesz min. 8000 zł i myślisz o poważnej inwestycji, możesz:

                                        • ponieść wyższe ryzyko, rozważyć wykupienie 1 udziału w Bivrost na CrowdWay licząc na wysoki zwrot;
                                        • albo wykupić kilka pakietów akcji różnych spółek na Beesfund, dywersyfikując ryzyko.

                                        Jeżeli myślisz o inwestowaniu na platformach zagranicznych, to tu wybór jest znacznie większy. Wymienimy tylko te najpopularniejsze i sprawdzone:

                                        Lucyna Warda, CEO FindFunds.pl

                                        Platformy crowdfundingu udziałowego oferują dostęp do wielu startupów, profesjonalnie zaprezentowanych, w jednym miejscu. Dają możliwość inwestorowi kompleksowego zapoznania się z kluczowymi informacjami o spółce, założeniach biznesowych, dotychczasowych wynikach finansowych, prognozach oraz z dokumentami (biznesplan, model finansowy, umowa spółki, sprawozdanie finansowe, prezentacja, itp). Dzięki temu inwestorzy mają możliwość łatwego konfigurowania zdywersyfikowanego portfela inwestycyjnego perspektywicznych spółek.

                                        Kliknij i rozwiń

                                        Co dalej?

                                        W kolejnej części poradnika skupimy się na tym:

                                        1. Jak inwestować przez crowdfunding udziałowy?
                                        2. Jak analizować oferty inwestycyjne?
                                        3. Jakie prawa masz jako udziałowiec?

                                          Skomentuj

                                          Ile obywatela jest w mieście? Budżet partycypacyjny

                                          Przeczytasz w 20 minut Collaboration Crowdsourcing
                                          Autor 11 kwietnia 2017

                                          Mamy 2017 rok i budżet partycypacyjny, zwany także obywatelskim, nie powinien już wzbudzać zdziwienia. To popularny i powszechny sposób angażowania mieszkańców w sprawy miejskie. Jak po kilku latach od wprowadzenia w Polsce sprawdza się on w procesie rozwoju miasta? O ocenę poprosiliśmy ekspertów z Opola, Łodzi i Torunia.

                                          W Toruniu szerokim echem odbił się pomysł na sfinansowanie z budżetu obywatelskiego specjalnych wież, w których jerzyki, skądinąd bardzo pożyteczne ptaki zjadające do 20 000 komarów i meszek dziennie, miały mieć swoje budki lęgowe. W 2015 roku, dzięki głosom 2223 osób, stanęły trzy takie wieże za kwotę 85 000 złotych.

                                          wieze_legowe1
                                          Jedna z wież postawiona w toruńskiej Dolinie Marzeń. Zdjęcie: http://bpfa.pl/p38.html

                                          Rowery miejskie cieszą się w Opolu sporą popularnością – w tym roku stworzono kolejne 3 stacje, ale w 2015 r., gdy w ramach budżetu wygrał wniosek dot. dostawienia rowerów cargo, emocje budziła kwota ich zamontowania na 1 sezon – 50 tysięcy złotych.

                                          2017-04-11_14h50_48
                                          Prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski prezentuje rowery cargo. Zdjęcie: www.opole.pl

                                          Woonerf (nid. ulica do mieszkania, pol. podwórzec miejski) powstały w 2014 w ramach budżetu obywatelskiego, zawojował serca łodzian. Ulica 6. Sierpnia zmieniła się nie do poznania. Jest teraz jednocześnie deptakiem, parkingiem, miejscem spotkań mieszkańców i ulicą. Przejechać można, ale powoli i ze szczególną uwagą.

                                          Polskie oblicze partycypacji w budżecie

                                          Spora część projektów finansowanych z budżetu obywatelskiego w Polsce dotyczy:

                                          • remontów ulic i chodników,
                                          • rewitalizacji terenów zielonych, boisk sportowych,
                                          • stworzenia lub doposażenia placówek dla dzieci,
                                          • czy organizacji mniejszych lub większych pikników czy festynów.

                                          Choć te ostatnie wydają się najmniej trwałe, to właśnie takich inicjatyw rozwijających mieszkańców miasta wciąż brakuje. To zaś prowadzi do refleksji nad tym, czym tak naprawdę budżet obywatelski powinien być i jaką funkcję spełniać.

                                          Początki budżetu obywatelskiego

                                          W 1989 r. w brazylijskim Porto Alegre mieszkańcy 16 osiedli wyszli z oddolną inicjatywą, by stworzyć narzędzie do wpływania na rozwój miasta. Z pomocą władz lokalnych zorganizowali budżet obywatelski, którego istotą są rozmowy mieszkańców w obecności decydentów oraz komunikacja na linii miasto-mieszkańcy odnośnie postępu prac nad zadaniami i celami, jakie stawia się przed miastem. Choć dziś Porto Alegre nie świeci już takim przykładem jak kiedyś, idea budżetu z tego miasta zaraziła inne miejscowości, już nie tylko w Ameryce Południowej, ale także Europie, Afryce, Ameryce Północnej i Azji.

                                          Na czym polega partycypacja w budżecie?

                                          Bartłomiej Grubich w “Nowym Obywatelu” opisuje główne kryteria budżetu partycypacyjnego (zwanego także obywatelskim):

                                          • publiczne spotkania mieszkańców w charakterze otwartej dyskusji nad potrzebami, celami a pomysłami,
                                          • budżet powinien dotyczyć całego miasta, a nie wybranego fragmentu,
                                          • budżet powinien mieć charakter wiążący, wnioski nie mogą być odrzucane w niejasnych okolicznościach,
                                          • o wielkości budżetu, mieszkańcy powinni wiedzieć tuż przed podjęciem jakichkolwiek działań,
                                          • regularność – budżet nie powinien stanowić jednorazowej “kampanii”, tylko stały element polityki miasta i angażowania mieszkańców.

                                          ofertabannerCzy wszystkie polskie budżety partycypacyjne realizują to minimum? W 2014 roku Instytut Obywatelski wydał raport “Budżet partycypacyjny. Ewaluacja”, w którym można znaleźć informację: tylko 10% polskich budżetów partycypacyjnych spełnia te wymogi. O to, jakie są największe bolączki w 2017 roku, zapytałam 3 aktywistów miejskich z Opola, Torunia i Łodzi.

                                          Ewelina Wojciechowska, Prezes zarządu fundacji Toruńska Inicjatywa Obywatelska (TIO)

                                          Niestety w dalszym ciągu mamy w Toruniu sytuacje, że z dniem ogłoszenia wyników głosowania, udział mieszkańców się praktycznie kończy. Autor swojego pomysłu jest często pomijany przy podejmowaniu kluczowych decyzji, np. odnośnie okrojenia zakresu projektu lub jego wyceny. Dlatego nadal istnieje zagrożenie, że mimo partycypacyjnego charakteru projektu, jakim jest budżet obywatelski, włodarze i tak zrealizują daną inwestycję/projekt po swojemu.

                                          Kliknij i rozwiń

                                          Tomasz Kosmala, Prezes Opolskiego Centrum Wspierania Inicjatyw Pozarządowych

                                          Na pewno miasto Opole zrobiło dużo medialnego szumu wokół budżetu obywatelskiego. Mnie brakuje w tych budżetach, nie tylko w Opolu, ale i całej Polsce, edukacji. Czym jest budżet i czemu ma on służyć? To pytanie, na które wielu musi sobie dziś odpowiedzieć. To, co eksperci w tej sprawie mówią to, że budżet stał się kolejnym konkursem grantowym na załatwienie partykularnego interesu danej społeczności, np. zrobienie oświetlenia obok naszego bloku. Wątpliwości budzi też często otwartość projektów na wszystkich mieszkańców, a raczej jej brak. W Opolu głośnym echem odbiło się sfinansowanie szafek szkolnych, do których oczywiście nie będą mieć dostępu inni mieszkańcy. Odnoszę też wrażenie, że często budżet partycypacyjny jest używany jako narzędzie PRowe.

                                          Kliknij i rozwiń

                                          Rafał Górski, Prezes Instytutu Spraw Obywatelskich (INSPRO)

                                          Budżet obywatelski w Łodzi nie uczy obywateli ile kosztuje miasto, skąd się biorą pieniądze miejskie, na co są wydatkowane. Nie uczy jaka jest struktura budżetu miasta, jakie są wydatki sztywne, a jakie ruchome. Nie uczy jakie mamy zadłużenie i co z tego wynika. Budżet obywatelski skupia uwagę mieszkańców na małym fragmencie całego budżetu miasta. Dlaczego tak? Bo chodzi o to, żeby obywatele zajmowali się „wyborem koloru ławki” a nie mieszali się do wydatkowania setek milionów złotych na inwestycje, które mają fundamentalny wpływ na to, czy miasto jest przyjazne ludziom, czy deweloperom.

                                          Kliknij i rozwiń

                                          Popularność a sukcesy

                                          Często wymienia się Sopot jako pierwsze polskie miasto, które wprowadziło budżet partycypacyjny (2011). Prawdą jednak jest to, że  polskim pionierem był Płock, gdzie już w 2003–2005 Urząd Miasta, PKN Orlen i Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju stworzyły tak zwany „fundusz grantowy”, z którego lokalne NGOs ubiegały się o dofinansowanie dla swoich projektów. Z roku na rok przybywa polskich miast i powiatów wprowadzających budżety obywatelskie, a te, które zaczęły, planują kolejne edycje. Pojawiają się także takie inicjatywy jak Marszałkowski Budżet Obywatelski!

                                          Czy to oznacza, że pomysł zachwycił Polaków? Wojciechowska z TIO uważa, że budżet przyczynił się do większego zainteresowania mieszkańców tym, co się dzieje w ich mieście. Ludzie mają motywację i okazję żeby dowiedzieć  się ile mniej więcej kosztują różne inwestycje i zacząć współpracować w celu osiągnięcia danego celu społecznego. W przeciwieństwie do konsultacji społecznych, na efekty realizacji poszczególnych projektów nie trzeba długo czekać. Prezes OCWIPu podkreśla to, że z roku na rok coraz więcej mieszkańców bierze udział w pisaniu wniosków i głosowaniu na projekty. Nie ma jednak poczucia, że mieszkańcy postrzegają budżet partycypacyjny jako szansę na współdecydowanie o rozdysponowaniu pieniędzy publicznych Opola. Na projekty Budżetu Obywatelskiego 2016 zagłosowało 136 tys. łodzian. Cieszy tak duża liczba zainteresowanych obywateli. Trudno mi powiedzieć, na ile oddający głos znali założenia budżetu, a na ile zostali przekonani do oddania głosu w ramach licznych akcji masowego zbierania podpisów np. przez szkoły.dodaje Rafał Górski z INSPRO.

                                          Wydaje się zatem, że mimo popularności, jaką zdobywa budżet jako narzędzie partycypacji, wciąż pozostaje wiele kwestii do poprawy. Aktywiści niemal jednogłośnie podkreślają potrzebę pełnego włączenia obywateli w prace nad budżetem, od początku do samego końca, nie tylko głosowania, ale również wcielenia pomysłu w rzeczywistość. Tylko wówczas jest to objaw pełnowymiarowej partycypacji społecznej. Edukacja i ewaluacja to kolejne punkty, które należy wzmocnić.

                                          tabela-01

                                          Budżet nie taki straszny, jak go malują

                                          Nie można odmówić budżetowi obywatelskiemu tego, że wyzwala pomysły, na które być może nie odważyliby się urzędnicy. To może oznaczać kreatywne i alternatywne rozwiązania różnych problemów – także tych , o których decydenci nie mieli pojęcia. Warto zatem sięgnąć po mapy potrzeb stworzone czy to przez Urząd Miasta jako strony (responsywne!) lub aplikacje, czy dzięki takim rozwiązaniom jak NaprawmyTo.pl. To najczystsza postać crowdsourcingu i partycypacji!

                                          Ponadto można:

                                          • Wesprzeć mieszkańców w zgłaszaniu pomysłów, inspirując przykładami z innych miejscowości lub z zagranicy.
                                          • Uczynić z miejsc typu biblioteki miejskie, domy kultury itp. punkty informacyjne.
                                          • Na lekcjach Wiedzy o Społeczeństwie dodać punkt o narzędziach partycypacji, w tym o budżecie.
                                          • Czy wreszcie — sięgnąć po internet! Co prawda głosowanie elektroniczne na projekty jest już możliwe w większości miast, zawsze jednak można je usprawnić. W niektórych miastach i gminach wymagany jest do tego jest profil na ePUAPie. Czy odpowiednio sformułowany formularz bazujący na numerze PESEL nie byłby wystarczający?

                                          Wcześniej jednak trzeba sobie postawić pytanie bardziej zasadnicze: po co nam właściwie budżet obywatelski? Gdy znajdziemy odpowiedź, stanie się on nie tylko z nazwy, ale w końcu i z charakteru faktycznie obywatelski.

                                          Więcej o tym jak w epoce internetu można współpracować z obywatelami dowiecie się tutaj.

                                            Skomentuj

                                            Przewodnik po polskich platformach crowdfundingowych

                                            Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                                            Autor 3 kwietnia 2017

                                            Kontaktując się z nami często pytacie, która platforma jest najlepiej dopasowana do Waszego projektu. Zastanawiacie się, jaki model crowdfundingu wybrać oraz jaką specjalizację tematyczną. Potraktujcie ten tekst jako przewodnik, który uporządkuje Waszą wiedzę i pokaże wszystkie dostępne na polskim rynku możliwości finansowania społecznościowego.

                                            Rodzaje platform podzieliliśmy wg tego, co można na nich finansować:

                                            koszyk-platform-blog-02

                                            1. Uniwersalne (różne kategorie)

                                            Czyli w praktyce polskie odpowiedniki Kickstartera i Indiegogo. Platformy, które dysponują bogatym wyborem kategorii i rodzajów projektów. Wszystkie z nich wykorzystują crowdfunding w modelu opartym na nagrodach.

                                            Wspieram.to

                                            2017-04-03_13h11_43

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: różne kategorie

                                            Prowizje: 11% (8,5% platforma + 2,5% system płatności) – wyłącznie od zrealizowanych projektów

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 13 mln zł,
                                            • średnia kwota wsparcia na kampanię – 85 zł,
                                            • średnia ilość wspierających – około 143,
                                            • najwyższy zrealizowany projekt – 854 675 zł

                                            Opis:

                                            Obok Polak Potrafi chyba najbardziej rozpoznawalna i popularna platforma crowdfundingowa na polskim rynku. Powstała cztery lata temu w Szczecinie. Od roku jest częścią Grupy Crowdfunding Polska (zrzeszającej m.in. Fans4Club i Patronite). Oferuje szereg dostępnych kategorii od technologii, przez modę i cosplay aż po wydarzenia i inicjatywy. Oprócz samej możliwości prowadzenia kampanii, platforma oferuje pomoc merytoryczną i techniczną w trakcie jej trwania.

                                            Wspieram.to stawia także duży nacisk na edukację twórców i wspierających, a także wykorzystuje crowdsourcing w formie tzw. Platformy Pomysłów za pośrednictwem której można nadsyłać pomysły służące udoskonalaniu usług Wspieram.to.

                                            Założenie projektu jest darmowe, platforma wykorzystuje model “wszystko albo nic”, czyli nie zebranie deklarowanej kwoty oznacza automatyczny zwrot pieniędzy wspierającym.

                                            Polak Potrafi

                                            2017-04-03_13h20_29

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: różne kategorie

                                            Prowizje: 9,9% (7,4% platforma + 2,5% system płatności) – wyłącznie od zrealizowanych projektów

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 16 mln zł,
                                            • liczba uruchomionych w historii projektów – 2874,
                                            • liczba wspierających – 174 tysiące,
                                            • najwyższy zrealizowany projekt – 385 615 zł.

                                            Opis:

                                            Platforma założona  w 2011 roku przez absolwentów Politechniki Poznańskiej. Oferuje szereg kategorii (związane m.in z kulturą, sztuka, technologiami, mogą wydarzeniami itd.), z wyłączeniem projektów charytatywnych, aczkolwiek to nie wyklucza tworzenia projektów non-profit bądź open-source. Założenie i prowadzenie projektu jest w pełni darmowe. Podobnie jak Wspieram.to, Polak Potrafi wykorzystuje model “wszystko albo nic”.

                                            Odpal Projekt

                                            2017-04-03_13h27_20

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: różne kategorie

                                            Prowizje:

                                            • w modelu “wszystko albo nic” – 4,9%,
                                            • w modelu “bierzesz ile zbierzesz” – 6,9%,
                                            • prowizje systemów płatności – maksymalnie 2,5%.

                                            Opis:

                                            Należąca do Beesfund S.A. platforma w modelu opartym na nagrodach. Podobnie jak poprzednie oferuje szereg kategorii do wyboru. Natomiast jej największym wyróżnikiem jest możliwość wybrania modelu “bierzesz ile zbierzesz” (tzw. flexible funding). Co to oznacza? Że bez względu na wysokość otrzymanego wsparcia, zebrane w trakcie kampanii fundusze trafiają do projektodawcy. Nie zwalnia to oczywiście z obowiązku przygotowania świadczeń zwrotnych w postaci nagród. Podobnie jak w przypadku poprzednich platform założenie projektu jest darmowe.

                                            Wspólny projekt

                                            2017-04-03_13h33_41

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: różne kategorie

                                            Prowizje: 7% + opłata manipulacyjna systemu płatności 2,5%.

                                            Opis:

                                            Należąca do spółki Generis Capital platforma w modelu nagrodowym. Nie oferuje modelu “bierzesz ile zbierzesz”, ale twórcy platformy wykorzystali inne ciekawe rozwiązanie. Minimalna kwota pozwalająca na zamknięcie projektu to 80%. W przypadku, w którym projektodawca ją przekroczy, ale nie uda mu się zebrać całości planowanych funduszy, może zobowiązać się do realizacji projektu w formie nie różniącej się od tej prezentowanej na platformie. Sytuacja ta nie dotyczy oczywiście projektów, które osiągnęły bądź przekroczyły 100% zakładanego celu.

                                            2. Kultura

                                            Wspieram Kulturę

                                            2017-04-03_13h40_24

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: związane z kulturą i sztuką

                                            Prowizje: 11% (od zrealizowanych projektów)

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 1 621 234 zł,
                                            • liczba uruchomionych w historii projektów – 671,
                                            • liczba wspierających – 13 tysięcy.

                                            Opis:

                                            Założona w 2012 roku przez fundację EGER platforma, której celem jest wspieranie finansowe twórców, a także budowa więzi między światem kultury a społeczeństwem. Działa w modelu opartym na nagrodach. Projekty podzielone są na 15 szczegółowych kategorii związanych z różnymi przejawami życia kulturalnego. Oprócz zwykłych wspierających na platformie funkcjonują tzw. patroni. Są to osoby i instytucje związane z kulturą o określonym dorobku i autorytecie. Mogą oni samodzielnie bądź na prośbę projektodawcy objąć określoną kampanię swoja opieką. Mechanizm ten ma głównie na celu zwiększenie wiarygodności i szans na zrealizowanie projektu, a także umożliwiać dialog w ramach środowiska. Wspieram Kulturę wykorzystuje model “wszystko albo nic”.

                                            Patronite

                                            2017-04-03_13h47_18

                                            Model: oparty na nagrodach, subskrypcyjny (patronacki)

                                            Preferowane typy projektów: wspieranie działalności twórczej

                                            Prowizje: 5%

                                            Opis:

                                            Polski odpowiednik Patreon – platformy umożliwiającej wspieranie twórców w modelu subskrypcyjnym. W zamian za comiesięczne wsparcie finansowe społeczność platformy ma dostęp do przedpremierowych materiałów projektodawców, możliwość spotkania się z nimi osobiście i wielu innych goodies. Z pewnością dla większości platforma kojarzy się głównie z osobą i sukcesem Krzysztofa Gonciarza, jednak oprócz popularnych youtuberów na Patronite możemy także regularnie wspierać sportowców bądź NGO’sy.

                                            Megatotal

                                            2017-04-03_13h52_34

                                            Model: donacyjny i oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: związane z muzyką

                                            Statystyki: liczba finansowanych projektów wydawniczych – 112.

                                            Opis:

                                            Powstała w 2007 roku społecznościowa wytwórnia muzyczna. Skupia się głównie na projektach związanych z tą dziedziną sztuki – wydawaniem płyt, organizacją koncertów bądź produkcją teledysków. Jednak od pewnego czasu za pośrednictwem Megatotal można także realizować projekty związane z literaturą, organizacją wydarzeń kulturalnych bądź produkcją oprogramowania. Serwis działa na zasadzie głosowania – społeczność w zamian za określone nagrody (nie są obowiązkowe) wspiera określony projekt specjalną elektroniczną walutą. Po osiągnięciu założonego celu środki są dzielone pół na pół między projektodawcę a wspierających (proporcja podziału między wspierającymi zależy od wielkości wsparcia).

                                            3. Sport

                                            Fans4Club

                                            2017-04-03_14h00_36

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: wspieranie działalności klubów sportowych

                                            Prowizje: 5% + koszty operatorów płatności.

                                            Opis:

                                            Platforma, która pokazuje, że kibice rzeczywiście mogą być dwunastym zawodnikiem. Jej celem jest finansowanie projektów tworzonych przez kluby sportowe. Podobnie jak w modelu klasycznym wspierający otrzymują nagrody, choć w przypadku społeczności F4C wydaje nam się, że bardzo często możliwość pomocy swoim ulubieńcom stanowi wystarczająca gratyfikację. Ich cel może być różny – od przygotowania odpowiedniej oprawy meczowej, przez organizację wydarzeń, aż po utrzymanie płynności finansowej klubu. Z serwisu korzystały już takie sportowe marki jak Wisła Kraków, Lech Poznań, Skra Bełchatów czy Lechia Gdańsk.

                                            Stwórz Mistrza

                                            2017-04-03_14h05_11

                                            Model: głównie donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: wspieranie działalności sportowców

                                            Prowizje: maksymalnie 12,5% (ustalane indywidualnie z projektodawcami)

                                            Statystyki: suma zebranych na platformie pieniędzy – 117.590 zł

                                            Opis:

                                            Platforma o rysie charytatywnym, która umożliwia wspieranie nie tylko klubów, ale także indywidualnych sportowców. Podobnie jak w przypadku Fans4Club cele mogą być różne, np. pomoc w wyjeździe na zawody, zakup potrzebnego sprzętu bądź organizacja wydarzeń.

                                            4. Inicjatywy obywatelskie i społeczne

                                            Mintu.Me

                                            2017-04-03_14h09_47

                                            Model: oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: produkty i usługi ekologiczne, promujące świadome wybory konsumenckie, zdrowy styl życia oraz etyczny i odpowiedzialny biznes

                                            Prowizje: 7,5% (od zrealizowanych projektów) + opłata systemu płatności – 2,5%.

                                            Opis:

                                            Podobnie jak w przypadku platformy Wspólny Projekt dolną granicą sukcesu kampanii jest próg 80% – wówczas projektodawca może zobowiązać się do zrealizowania projektu w niezmienionej formie i przekazania nagród. W przeciwnym razie wszystkie fundusze wracają z powrotem do wspierających.

                                            Fundujesz.pl

                                            2017-04-03_14h13_55

                                            Model: donacyjny i oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: inicjatywy społeczne i obywatelskie

                                            Prowizje: 8% od zrealizowanego projektu.

                                            Opis:

                                            Istniejąca od 2014 platforma, która określa się jako “Pierwszy w Polsce Portal Finansowania Społecznościowego dedykowanego dla trzeciego sektora”. Można realizować na niej projekty w ramach kategorii takich jak m.in.:

                                            • Działaj Lokalnie
                                            • Edukacja
                                            • Kultura i Sztuka
                                            • Hobby
                                            • Społeczność

                                            5. Dobroczynność

                                            Siepomaga

                                            2017-04-03_14h21_50

                                            Model: donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: charytatywne

                                            Prowizje: platforma nie pobiera prowizji od wpłat, jednak niewielka część z nich stanowi darowiznę na rzecz fundacji Siepomaga. Szczegółowe informacje na ten temat znajdziecie tutaj.

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 124 mln zł,
                                            • liczba zarejestrowanych użytkowników – 754 tysiące.

                                            Opis:

                                            Największy tego typu serwis w Polsce należący do spółki Siepomaga. Platforma umożliwia finansowanie organizacji, jak i osób prywatnych (cele personalne).

                                            Pomagamy.im

                                            2017-04-03_14h29_19

                                            Model: donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: charytatywne

                                            Prowizje: 3,5% + opłaty manipulacyjne obsługiwanych systemów płatności – 2,5%.

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 1 226 023 zł,
                                            • najwyższy zrealizowany projekt – 95 761 zł.

                                            Opis:

                                            Młodsze rodzeństwo Wspieram.to skupione wyłącznie na projektach fundraisingowych. Jakakolwiek wpłata na rzecz projektu jest równoznaczna z zakończeniem go sukcesem.

                                            Do>More

                                            Model: donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: charytatywne

                                            Prowizje: 5% + opłaty systemu płatności – około 2,4%

                                            Opis:

                                            Platforma założona w 2009 roku. Kierowana jest wyłącznie do organizacji, użytkownicy indywidualni nie mogą prowadzić zbiórek z pomocą platformy.

                                            Zrzutka.pl

                                            2017-04-03_14h38_47

                                            Model: donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: zrzutki prywatne, cele osobiste

                                            Prowizje: brak

                                            Statystyki:

                                            • suma zebranych na platformie pieniędzy – 13 611 160 zł,
                                            • liczba zarejestrowanych użytkowników – 41 tysięcy.

                                            Opis:

                                            Platforma umożliwiająca zakładanie projektów przez osoby prywatne, jak i organizacje. Co prawda, można zbierać na niej środki na cele inne niż charytatywne, to jednak projekty o charakterze charytatywnym zdecydowanie dominują na Zrzutce.

                                            Zrzutka.pl działa w modelu freemium – platforma nie pobiera prowizji od dokonywanych płatności, jednak oferuje szereg dodatkowych funkcji płatnych. Więcej dowiecie się z naszego tekstu o Zrzutce.

                                            Pomagam.pl

                                            2017-04-04_14h55_21

                                            Model: donacyjny

                                            Preferowane typy projektów: charytatywne

                                            Prowizje: 5% + opłaty systemów płatności (2,5%)

                                            Opis:

                                            Platforma umożliwiająca zbiórkę funduszy na dowolny cel. Nie ogranicza twórców kampanii limitem czasowym (zbiórki mogą trwać tyle, ile wymaga tego projektodawca). Platforma umożliwia także wypłatę dotychczas zebranych funduszy w trakcie trwania projektu – nie odbija się to negatywnie na liczniku widocznym na stronie zbiórki.

                                            6. Nauka

                                            ScienceShip

                                            2017-04-03_14h54_10

                                            Model: donacyjny i oparty na nagrodach

                                            Preferowane typy projektów: naukowe

                                            Prowizje: 6% od zrealizowanych projektów

                                            Opis:

                                            Najmłodsza na liście, bo założona w 2016 roku platforma skupiona na finansowaniu projektów naukowych i badawczych. Oprócz klasycznych kampanii crowdfundingowych na platformie można także realizować wyzwania w formie konkursów i inicjatyw związanych z nauką bądź jej popularyzacją.

                                            ScienceShip oferuje szereg dodatkowych usług płatnych. Również organizacja konkursów wiąże się z uiszczeniem opłaty – więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.

                                            7. Udziały w spółce

                                            Czyli platformy wykorzystujące crowdfunding w modelu udziałowym (equity crowdfunding).W tym modelu wspierający stają się inwestorami – dokonują zakupu udziałów bądź akcji w spółce prowadzącej emisję na dedykowanej do tego platformie. Więcej dowiecie się z opublikowanej w naszym serwisie serii poświęconej temu modelowi.

                                            Beesfund

                                            2017-04-03_15h01_48

                                            Model: udziałowy

                                            Preferowane typy projektów: inwestycyjne (zakup udziałów w spółce)

                                            Prowizje:

                                            • 6,9% + VAT,
                                            • opłaty systemów płatności – około 2%.

                                            Opis:

                                            Jeden z prekursorów equity crowdfundingu na polskim rynku. Maksymalny oferowany na platformie cel finansowy to 100 tysięcy euro (górny próg określony prawnie, do którego nie ma wymogu przygotowania prospektu emisyjnego). Oprócz możliwości prowadzenie emisji Beesfund oferuje także płatne usługi dodatkowe takie jak:

                                            • założenie spółki akcyjnej,
                                            • przygotowanie dokumentów sprzedaży akcji,
                                            • przygotowanie finansowe i marketingowe prospektu,
                                            • obsługa prawna po udanej emisji,
                                            • obsługa wysyłki akcji.

                                            Użytkownicy Beesfund mogą dokonywać płatności z wykorzystaniem Bitcoinów. Nie zrealizowanie celu finansowego nie wiąże się z porażką projektu (model “bierzesz ile zbierzesz”).

                                            Find Funds

                                            2017-04-03_15h11_27

                                            Model: udziałowy

                                            Preferowane typy projektów: inwestycyjne (zakup udziałów w spółce)

                                            Prowizje: 5% zebranego w ramach kampanii finansowania

                                            Opis:

                                            Młodsza i szybko rozwijająca się konkurencja Beesfund. Umożliwia wskazanie celu finansowego w postaci widełek, co chroni spółki przed nie zgromadzeniem sztywno wskazanej wysokości kapitału.

                                            Crowdangels

                                            2017-04-03_16h20_36

                                            Model: udziałowy

                                            Preferowane typy projektów: inwestycyjne (zakup udziałów w spółce)

                                            Prowizje: 6% + VAT.

                                            Opis:

                                            Założenie kampanii na Crowdangels kosztuje 999 zł (obecnie trwa bezterminowa promocja – rozpoczęcie kampanii jest darmowe). Oprócz prowadzenia emisji platforma oferuje też szereg płatnych usług dodatkowych, w tym m.in.

                                            • doradztwo informatyczne,
                                            • projektowanie serwisów internetowych oraz stron,
                                            • pisanie biznesplanów,
                                            • pisanie projekcji finansowych,
                                            • tworzenie teaserów inwestycyjnych,
                                            • usługi marketingowe,
                                            • filmy promocyjne.

                                            Projekt na platformie jest uznany za zakończony w momencie zrealizowania celu finansowego, jednak przewidziana jest sytuacja, w której po osiągnięciu 100% celu jest możliwe kontynuowanie emisji na wniosek projektodawcy (tzw. overfunding).

                                            8. Nieruchomości

                                            Crowdfunding w nieruchomości (real-estate crowdfunding) jest stosunkowo młodą odmianą finansowania społecznościowego. Polega na zakupie udziałów w spółkach realizujących inwestycje deweloperskie, zakup gruntów bądź zakup i wynajem lokali mieszkaniowych. Charakteryzuje się stosunkowo niskim progiem wejścia, otwierając możliwość inwestycji w nieruchomości osobom, które wcześniej nie posiadały wystarczających środków. Obecnie w Polsce funkcjonuje jedna platforma specjalizująca się w tej formie crowdfundingu.

                                            ShareVestors

                                            2017-04-03_15h22_45

                                            Model: udziałowy

                                            Preferowane typy projektów: inwestycje w nieruchomości

                                            Prowizje: uzależnione od celu finansowego zrealizowanej inwestycji.

                                            Opis:

                                            Platforma umożliwia trzy rodzaje inwestycji:

                                            • deweloperskie,
                                            • w grunty,
                                            • rentierskie.

                                            Jak do tej pory na platformie zrealizowano trzy projekty, które zebrały łącznie 1 439 740 zł.

                                              Skomentuj

                                              Polski foodsharing od kuchni

                                              Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                              Autor 16 marca 2017

                                              Co czwarty Polak wyrzucił jedzenie w ciągu ostatnich 7 dni. Co jeśli na drodze między lodówką a koszem stanie pasja do gotowania i sąsiad? Foodsharing to trend, który powoli pojawia się w polskich domach.

                                              Sharing economy na dobre zagościło już w takich dziedzinach życia jak transport (BlaBlaCar, Traficar, Uber) czy mieszkanie (Airbnb, Couchsurfing), ale dopiero od niedawna stawia kroki w kolejnej – kulinarnej. Być może stanie się rozwiązaniem istotnego problemu marnowania żywności?

                                              Poszczególne rządy państw europejskich, w tym Polski, a także Komisja Europejska prowadziły szereg prac zmierzających do zmniejszenia ilości wyrzucanego jedzenia. W tym czasie pojawiły się także liczne oddolne inicjatywy, mające pomóc w gromadzeniu i rozdawaniu produktów, a tym samym zmniejszeniu ilości marnowanego jedzenia. Z pomocą przyszedł właśnie foodsharing. W Polsce powstały społeczne jadłodzielnie, w których można zostawić gotowe posiłki i produkty spożywcze, ale także wziąć coś w zamian. Jadłodzielniami zajmują się wolontariusze dbający o dobry stan żywności i lokalu. Pilnują także, by na półkach nie pojawiły się produkty z przedawnionym terminem ważności lub te niepowołane, jak surowe mięso, jaja i alkohol. Organizują także zbiórki i transport darów między darczyńcami a jadłodzielniami. Takie miejsca funkcjonują już m.in.:

                                              …a pomysł kiełkuje w:

                                              O ile rok 2016 w Polsce był przełomowy dla tej formy foodsharingu, o tyle 2017 staje pod znakiem dzielenia się nie tylko żywnością, ale i własną kuchnią.

                                              Spotkajmy się w kuchni

                                              Eataway

                                              screencapture-eataway-pl-1489670807712

                                              Mark i Marta Bradshaw,współtwórcy portalu Eataway (na co dzień związani z Krakowem), postawili sobie za cel stworzyć międzynarodową społeczność lokalnych “kucharzy”, z którymi możesz siąść do stołu przy domowym posiłku. Użytkownicy gotowi przyjąć chętnych na obiad, dostępni są najczęściej w Krakowie, Warszawie, Bratysławie, Pradze, a także odległym Mumbaju, Kapsztadzie czy Stambule. To oznacza jedno: mnogość smaków i kultur. Wyszukiwać posiłków można na trzy sposoby:

                                              • według kucharzy,
                                              • według domowych zestawów TakeAway na terenie Krakowa,
                                              • lub poprzez katalog dań.

                                              Wśród najpopularniejszych użytkowników znajdujemy znawców kuchni azjatyckiej, czego przykładem jest Mira. Sama o sobie pisze:

                                              Urodzona i wychowana w mieście Haenam, gdzie dobrze znana jest ze swoich umiejętności i pasji do gotowania. Gotować nauczyła się w domu rodzinnym, w miłości do świeżych składników i przypraw, które rosły w ogródku lub w okolicy morza.Mira mieszka w Krakowie od ponad siedmiu lat, gdzie na salwatorskim tarasie stworzyła mały, własny ogród, na którym uprawia warzywa i zioła, niezbędne do przygotowania koreańskich potraw. Kocha gotować, dzielić się własną kulturą i posiłkami.

                                              By dołączyć do koreańskiej uczty, wystarczy zarezerwować miejsce na najbliższy termin. Gotujący oprócz terminu wyznacza także cenę za wspólny posiłek. Jest to zatem także interesująca opcja zarabiania dla kucharzy amatorów.

                                              MyYummie

                                              myyummie

                                              Na podobnych zasadach funkcjonuje MyYummie.

                                              Przyrządzaj posiłki i częstuj nimi innych. Dodaj cenę, lokalizację, i datę oraz ustal, ile osób możesz przyjąć. Możesz zaprosić gości do wspólnego ucztowania w Twojej domowej przestrzeni, jak również zaoferować porcje posiłków na wynos.

                                              Twórcy appki kładą nacisk na tworzenie relacji: nawiąż nowe znajomości, organizuj kulinarne wydarzenia dla znajomych, stań się członkiem wyjątkowej kulinarnej społeczności. Nie zapominają jednak o społeczno – ekonomicznym wymiarze swojej działalności – ich misją jest przekonanie ludzi do ekologicznego i oszczędnego gotowania, które w dłuższej perspektywie ma być rozwiązaniem problemu marnowania żywności, a także izolacji osób starszych w społeczeństwie.

                                              Quertes

                                              quertes

                                              Ostatnią propozycją jest Quertes – aplikacja z polskim rodowodem (jej twórcami są Joanna Gawęda i Adam Domański), za pośrednictwem której użytkownicy (Foodies) mogą kupować posiłki przygotowane przez lokalnych Chefów, a następnie je odbierać bądź skorzystać z opcji dowozu. Ci zatem, którzy na co dzień lepiej czują się w kuchni, oprócz podzielenia się swoim talentem, zyskują także dodatkowe pieniądze.

                                              Aplikacja funkcjonuje już w Polsce, Londynie i Nowym Jorku, co tylko potwierdza główną zasadę Myśl globalnie, działaj lokalnie. Quertes często podkreśla swoją rolę w kreowaniu alternatywy dla restauracji i fast foodów i odkrywaniu lokalnej społeczności poprzez jedzenie. Warto jednak jeszcze raz przypomnieć, że w odróżnieniu od MyYummie czy Eataway, w Quertes najważniejszą funkcją jest możliwość sprzedaży własnych potraw.

                                              Czy foodsharing jest dla Ciebie?

                                              Zapraszanie nieznajomych do wspólnego posiłku w ramach gospodarki współdzielenia to jedna z najciekawszych metod poznania sąsiedztwa. Zwłaszcza, jeśli znudziło Cię odwiedzanie tych samych miejsc, Twoje podniebienie szuka nowych wrażeń, a portfel lub czas nie pozwala na dalekie wojaże. To kulinarne urozmaicenie nie tylko wniesie powiew świeżości do Twojej kuchni, ale także pomoże poznać sąsiadów. Nasi rodzice zaczynali od szklanki cukru – nam paradoksalnie wystarczy aplikacja.

                                              W wielu kulturach  wspólne zasiadanie do stołu to jeden z najważniejszych elementów życia społecznego i chyba nie ma lepszego sposobu na podróżowanie przez duże “P”.

                                              Składniki przygotowanego przez gospodarzy dania, można przecież traktować także jako nośniki kulturowe. Pierwszym z brzegu przykładem jest symbolika granatu w Grecji czy krwi kaczki w staropolskiej czarnej polewce.

                                              Japoński zwyczaj parzenia herbaty doskonale obrazuje to, że samo przygotowanie dania to równie istotna część posiłku wiążąca się z podtrzymywaniem relacji. Można zatem śmiało przyjąć, że nie tylko lokalne, ale i globalnie, najlepiej jest zwiedzać… od kuchni.

                                              Jeśli czas spędzany w kuchni to jedna z przyjemniejszych chwil dla Ciebie, to te rozwiązania wydają się interesującą propozycją, zarówno pod kątem finansowym jak i towarzyskim. Nie można jednak zapomnieć o jeszcze jednym czynniku.

                                              Głównym źródłem marnotrawstwa żywności w UE są gospodarstwa domowe, które wyrzucają ponad 98 milionów euro do kosza rocznie. W przeliczeniu na każdego mieszkańca Unii Europejskiej marnowane jest średnio 173 kg żywności. Każdy Polak wyrzuca około 52 kg żywności rocznie (1). Dzieląc się przygotowanymi posiłkami, chronimy się przed wyrzucaniem zbyt dużych porcji, których już nie pomieści ani żołądek, ani zamrażarka. Większość produktów kończy na śmietniku właśnie z tego powodu. Na liście powodów znajduje się także przedawnienie terminu przydatności, co może wynikać z impulsywnego kupowania produktów o zbyt krótkim terminie przydatności.   

                                              Przeglądając opinie na Eataway, MyYummie czy Quertes, odnosi się wrażenie, że jako Polacy jesteśmy już gotowi na zaproszenie obcej osoby do swojej kuchni. Warto jednak zadać sobie pytanie, kto poza podróżnikami, znudzonymi kosmopolitami i smakoszami odnajduje się w tych rozwiązaniach. Wciąż wielu uznaje wspólny posiłek w domu za coś wyjątkowego, co trudno dzielić z nieznajomymi. Można jedynie liczyć, że tak samo jak couchsurfing pojawił się pod strzechami Polaków, tak samo ten foodsharing pod nimi zagości.

                                                Skomentuj

                                                Internet dla wykluczonych (1) Pariasi sieci

                                                Przeczytasz w 20 minut Collaboration
                                                Autor 13 marca 2017

                                                “Dziś wszyscy używają internetu”. Nic bardziej mylnego. Na 7,5 miliarda ludzi, ponad połowa (!) pozostaje poza siecią, tracąc szanse na awans społeczny i ekonomiczny. Dlaczego tak podstawowe dla nas dobro nadal nie jest powszechne i co zrobić, aby to zmienić?

                                                W ciągu ostatniej dekady internet pomógł stworzyć miliony miejsc pracy i wygenerować miliardy dolarów. Powstały zupełnie nowe sektory gospodarki, jak e-commerce, analityka danych, cloud computing. Sektory, które narodziły się jeszcze w świecie offline, uległy i nadal ulegają aktualizacji (marketing, finanse, edukacja, produkcja, transport itd.). Rodzą się nowe trendy, zjawiska, fenomeny, za którymi trudno nadążyć: dobra wspólne w sieci, crowdsourcing, crowdfunding, bitcoin… Czas i przestrzeń zostały skompresowane, dostęp do wiedzy zdemokratyzowany, a możliwości stojące przed jednostką zmultiplikowane.

                                                “53% populacji świata – 3,9 miliarda ludzi – nie używa internetu”

                                                Tak to widzimy my, usieciowieni, i tak chcemy to widzieć. Ale percepcja bywa zawodna. Bo “my” to my, a “oni” to jakieś 53% populacji świata – 3,9 miliarda ludzi – które nie używa internetu. To ci cyfrowo wykluczeni, pariasi sieci. 900 milionów wśród nich to osoby niepiśmienne.

                                                internet1
                                                Na podstawie ICT Facts and figures 2016

                                                Podpięcie do internetu tych, którzy nie mogą z niego korzystać na co dzień, to nie tylko szansa na poprawę ich warunków życia, awans społeczny i ekonomiczny, perspektywa stworzenia milionów miejsc pracy i rozwoju gospodarczego całych regionów. To także korzyść dla nas wszystkich, jeżeli weźmiemy pod uwagę tzw. Prawo Metcalfa, które zakłada, że wartość internetu wzrasta wraz z liczbą jego użytkowników.

                                                Z tego powodu otwieramy nową serię tekstów “Internet dla wykluczonych”, w której pochylimy się nad sposobami rozwiązania problemu braku powszechnego dostępu do internetu na świecie. Skupimy się m.in. na przykładach e-administracji oraz inicjatywach Google, Facebooka, czy Outernetu, które dzięki nowatorskim rozwiązaniom mogą dostarczyć sieć najbardziej jej potrzebującym. W tej części zaczynamy od diagnozy, czyli od odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego z internetu nie mogą korzystać wszyscy?

                                                Źródła internetowego wykluczenia

                                                Na podstawie obszernego raportu McKinseya z 2014 roku można wskazać na cztery typy barier utrudniających upowszechnienie dostępu do internetu.

                                                1. Infrastruktura
                                                2. Niskie dochody i przystępność finansowa
                                                3. Zdolność użytkowania
                                                4. Nieświadomość i istotność

                                                1. Infrastruktura

                                                W Indiach blisko 45% mieszkańców żyje bez elektryczności – powiedzieć, że internet to dla nich dobro luksusowe, to jak powiedzieć, że w social media można znaleźć nieco głupich memów. Niby przyznajemy, że jest problem, ale nie do końca potrafimy wyrazić jego rozmiary.

                                                Patrząc na poniższą mapę można zauważyć, że większość populacji offline, żyje w regionach wiejskich. To miejsca, w których brakuje solidnej opieki zdrowotnej, systemu oświaty, czy twardej infrastruktury.

                                                internet-mapa
                                                Na podstawie ICT Facts and figures 2016

                                                Kraje lub regiony nie posiadające rozwiniętych sieci elektroenergetycznych, nie wspominając już o infrastrukturze telekomunikacyjnej, nie mają jak zaoferować internetu swoim mieszkańcom. A w sytuacji, w której nie ma się nawet dostępu do prądu, czystej wody, czy toalety, z pewnością nie jest to priorytetem.

                                                2. Niskie dochody i przystępność finansowa

                                                Infrastruktura nie załatwia sprawy, jeżeli społeczeństwa nie stać na korzystanie z internetu. Biorąc pod uwagę fakt, że większość internetowo wykluczonych zamieszkuje obszary niezurbanizowane, to:

                                                • ich dochody są niskie lub bardzo niskie, ze względu na brak wykształcenia oraz perspektyw (brak miejsc pracy, niska mobilność itd.),
                                                • koszty dostępu do sieci są dla nich stosunkowo wysokie, co ma związek z niską siłą nabywczą czy hierarchią podstawowych potrzeb (najpierw czysta woda, potem dostęp do informacji).

                                                Biedne kraje czynią internet finansowo nieprzystępnym dla swoich obywateli. Dostawcy usług telekomunikacyjnych i producenci urządzeń muszą zmagać się z wysokimi podatkami, opłatami, często korupcją, monopolami lub oligopolami.

                                                3. Zdolność użytkowania

                                                Internetowo wykluczeni, nawet jeżeli mogą sobie pozwolić na dostęp do sieci, niekoniecznie wiedzą, jak korzystać z jej bogactwa.

                                                “Część mieszkańców krajów rozwijających się nigdy nie słyszała o internecie”

                                                Niewydolny lub szczątkowy system edukacji buduje przed nimi dodatkowe bariery użytkowania w postaci:

                                                • cyfrowego analfabetyzmu, czyli braku umiejętności korzystania z komputera, social mediów, wyszukiwarek itd.
                                                • tradycyjnego analfabetyzmu, czyli problemu jeszcze bardziej zasadniczego, jakim jest brak umiejętności czytania i pisania.

                                                Rezultat? Miliony osób mają warunki do korzystania z sieci, ale nie robią tego, bo… nie wiedzą jak. Albo podejmują próbę i szybko się zniechęcają.

                                                4. Nieświadomość i istotność

                                                Ostatnie źródło problemu nie sprowadza się do pytania “jak korzystać?”, tylko “po co?”. Mieszkańcy krajów rozwijających się, którzy wiedzą czym jest internet, ponadto mogą oraz potrafią z niego korzystać, często nie mają motywacji, aby to robić.

                                                • Brakuje im świadomości, namacalnych przykładów tego, jaką wartość internet może wnieść do ich życia.
                                                • Brakuje zlokalizowanej treści i usług online, które miałyby dla nich znaczenie.
                                                • Brakuje społecznego i kulturowego przyzwolenia.

                                                Błędne koło się nakręca, ponieważ brak motywacji do korzystania z internetu rzutuje na brak zachęty – dostawcy nie będą lokalizować contentu czy wprowadzać usług online, skoro mało kto je konsumuje. Nie ma popytu, nie ma podaży – i w drugą stronę, i tak w kółko

                                                Jak walczyć z internetowym wykluczeniem?

                                                Przede wszystkim: stopniowo, systemowo i konsekwentnie

                                                • Władze państw mogą zachęcić do korzystania z internetu poprzez poprawę infrastruktury i wprowadzenie usług z zakresu e-administracji (e-government), takich jak dostęp do opieki socjalnej, edukacji, dowodów osobistych itd.
                                                • Międzynarodowe instytucje i fundusze rozwoju (jak np. Bank Światowy) mogą zapewnić wsparcie w rozwoju infrastruktury (chociażby sieci 4G i 5G), która obniży koszty użytkowania i jednocześnie zwiększy wydajność internetu.
                                                • Operatorzy i providerzy telekomunikacyjni mogą lepiej dopasować swoją ofertę do wymogów i możliwości lokalnego rynku.
                                                • NGO mogą realizować programy edukacyjne i konsultacyjne oparte na spotkaniach z lokalną społecznością, budowaniu kompetencji cyfrowych, prezentowaniu tzw. use cases.
                                                • Najwięksi gracze branży internetowej (Google, Facebook) mogą rozwijać technologie, które jeszcze efektywniej dostarczą internet wykluczonym, otwierając nowe rynku użytkowników.
                                                • Podobnie startupy, które specjalizują się w rozwiązaniach typu social innovation (Outernet, OneWeb itp.).

                                                Możliwości rozwiązania tego istotnego problemu jest wiele, ale im sprawniej i chętniej będą współpracować ze sobą powyższe grupy podmiotów, tym większa będzie synergia ich działań i tym lepszy rezultat przyniosą.

                                                My w kolejnej części “Internetu dla wykluczonych” zajmiemy się projektem Outernet, który pragnie dotrzeć do pariasów sieci jako “radio cyfrowej epoki” – podpierając się przy tym crowdsourcingiem i crowdfundingiem.


                                                Zdjęcie wpisu: https://www.technologyreview.com/s/603083/the-unacceptable-persistence-of-the-digital-divide/

                                                  Skomentuj

                                                  Crowdfunding i gry wideo – 10 największych kampanii

                                                  Przeczytasz w 20 minut Crowdfunding
                                                  Autor 6 marca 2017

                                                  Które gry zebrały najwięcej funduszy w historii crowdfundingu? Jakie są najpopularniejsze gatunki i kto z branży najchętniej korzysta z tej formy finansowania? Przedstawiamy 10 największych kampanii w historii crowdfundingu w branży gier wideo.

                                                  Crowdfunding i gry idą ze sobą w parze od początku. Z pewnością nie jest to związek z rozsądku, a raczej doskonały przykład symbiozy. Twórcy, którzy w klasycznym systemie wydawniczym nie mieliby cienia szansy na realizację swojego projektu, mogą nie dość, że zebrać fundusze, to jeszcze zbudować odpowiednie zainteresowanie i szum wokół swojego tytułu. Ich sukcesy przekładają się natomiast na postrzeganie crowdfundingu jako poważnej metody finansowania projektów (część z tytułów na liście w momencie zamknięcia kampanii biło rekord platform, na których były realizowane).

                                                  Dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej dziesięciu tytułom, które zebrały najwięcej funduszy w historii crowdfundowanych gier. Sprawdzamy jakie są ich losy po zamknięciu kampanii, rezultaty pracy zespołów lub aktualny stan przygotowań.

                                                  10. Yooka-Laylee (£ 2.090.104 – około $ 2.500.000)

                                                  Nasze zestawienie zaczynamy tytułem nawiązującym i wyprodukowanym przez część zespołu odpowiadającego za kultowe Banjo-Kazooie na Nintendo 64. Klimat i mechanika rozgrywki zbliżają ten tytuł do swojego pierwowzoru stając się niemalże jego remasterem na current-genowe platformy. I nie ma w tym nic złego! W końcu Banjo-Kazooie obok Goldeneye był jednym z tych tytułów, dla których każdy chciał kupić 64-bitowy system Nintendo. Premiera gry jest zapowiedziana na kwiecień tego roku.

                                                  9. Broken Age ($ 3.336.371)

                                                  Można powiedzieć, że tytuł od którego wszystko się zaczęło. W 2012 roku Kickstarter działał na rynku trzy lata i był raczej kojarzony jako forma finansowania niewielkich projektów przez niezależnych developerów. Wtedy pojawił się Tim Schafer (znowu on!) i projekt o roboczej nazwie Double Fine Adventure. Początkowo projekt miał służyć sfinansowaniu filmu dokumentalnego dotyczącego produkcji gry. Jednak ograniczenia związane z zobowiązaniami kontraktowymi nad produkowanymi już grami doprowadziły do sytuacji, w której niektóre elementy procesu produkcji nie mogłyby być dokumentowane. Wtedy podjęto decyzję o równoczesnych pracach nad kompletnie nowym tytułem i kręceniem filmu. Reszta jest już historią. W ciągu jednego dnia udało się przekroczyć cel finansowy projektu by na koniec zamknąć się w przeszło $3 mln. Rezultatem jest bardzo dobra gra point-and-click, która odkurzyła ten nieco zapomniany gatunek. Projekt przez pewien czas pozostawał rekordowym sukcesem na Kickstarterze (parę miesięcy później przebił go Pebble), stając się dowodem na to, że crowdfunding jest realną alternatywą dla innych form finansowania gier komputerowych.

                                                  8.Psychonauts 2 ($3 829 024)

                                                  Jeżeli nie graliście w pierwszą część Psychonautów, koniecznie musicie to nadrobić! Gra, mimo, że nie osiągnęła sukcesu rynkowego zalicza się do tytułów o statusie kultowego. Świetny klimat i fabuła, interesująca mechanika rozgrywki i przyjemność płynąca z grania czynią tę platformówkę zjadliwą nawet po latach. Dlatego nie powinno dziwić, że wydanie kontynuacji zostało masowo wsparte przez wszystkich, którzy chcieli poznać dalsze losy Raza będącego protagonistą poprzedniej części. Jest to równocześnie pierwszy z dwóch projektów na liście, które zdobyły finansowanie na platformie Fig. Aha i czy wspomnieliśmy, że za produkcją tego tytułu stoi Tim Schafer(znowu on!). Premiera gry jest zapowiadana na 2018 rok.

                                                  7. Pillars of Eternity ($ 3.986.929)

                                                  Obsidian i jego flagowe RPG. Podobnie jak niektóre z tytułów na liście (Shenmue III, Bloodstained, Torment) w momencie zakończenia kampanii, rekordzista w kategorii “gry” na Kickstarterze. I nie powinno to dziwić. Mamy do czynienia ze świetnych erpegiem, który w 2015 był kilkakrotnie nominowany do tytułu gry roku (m.in. przez IGN) i zdobył kilka tytułów najlepszej gry w swoim gatunku. Do lutego 2016 gra sprzedała się w przeszło 700 tysiącach egzemplarzy, doczekała się dwuczęściowego dodatku i sequelu (o którym piszemy dalej).

                                                  6. Mighty No. 9 ($ 4.031.550)

                                                  Jeden z licznych na liście “duchowych spadkobierców”. Tym razem Mega Mana. Mamy więc do czynienia z platformówką 2D, w której duży nacisk kładzie się na szybką arcade’ową akcję. Niestety, o ile w przypadku następnego na liście Tormenta, Mighty №9 zebrał bardzo mieszane recenzje. Krytykowano głównie kwestie techniczne, jak i jakość wykonania niektórych elementów tytułu (m.in. voice acting). Stale przekładana premiera nie przyczyniła się również na zadowolenie fanów i wspierających. Mimo to jest to, jego sukces dowodzi tego,że gatunki, które potencjalnie wydają się martwe, stale mogą rozwijać się dzięki wsparciu dużej społeczności graczy.

                                                  5. Torment: Tides of Numenera ($ 4.188.927)

                                                  Jeszcze ciepły tytuł, który miał premierę zaledwie kilka dni temu. Jest to zarazem pierwsza gra na liście, w którą możemy już zagrać. Radość jest podwójna,bo jest to także pierwszy sukces Techlandu w roli wydawcy. Gra jest duchowym spadkobiercą kultowegoPlanescape Torment, uznawanego za jeden z najlepszych erpegów w historii. Jest to chyba także tytuł, na który najbardziej czekaliśmy spośród wszystkich na tej liście. Niektórzy z nas mieli już okazję zagrać w Tides of Numenera i możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że jest ona równie dobra co oryginał. Gra obecnie zbiera bardzo pozytywne recenzje.

                                                  4. Pillars of Eternity II: Deadfire ($ 4.407.598)

                                                  Na początku tego roku Obsidian, trzymając się tradycji, zwrócił się ku społeczności zbierając fundusze na kontynuację Pillars Of Eternity. Tym razem wydawca zdecydował się wybrać Fig kosztem Kickstartera. Ryzyko się opłaciło, bo główny cel finansowy osiągnięto już po 23 godzinach, zaś licznik ostatecznie zatrzymał się na kwocie czterokrotnie wyższej. Jesteśmy pewni, że widząc ten tytuł już zdecydowaliście, czy będziecie czekali na jego premierę z wypiekami na twarzy czy kompletnie Was nie będzie obchodziła. Cóż, tak jest z tą serią — “kochaj, albo rzuć”. My skłaniamy się chyba ku pierwszej opcji ;)

                                                  3. Bloodstained: Ritual of the Night ($ 5.545.991)

                                                  Kolejna gra i kolejny kultowy twórca. Tym razem mowa o Koji Igarashi, producencie Castlevanii. Jak myślicie, o czym opowiada Bloodstained? Zgadliście — wcielacie się w rolę łowcy demonów, który musi przemierzać wnętrza mrocznego zamku by uratować swoje życie i dokonać zemsty. Gatunek pewnie też już rozszyfrowaliście. Bloodstained, będzie klasycznym side-scrollerem z elementami RPG. Kampania na Kickstarterze miała pokazać rzeczywiste zapotrzebowanie na podobne tytuły. 64 tysiące wspierających i $5,5 mln dosadnie udowodniły, że gatunek wcale nie umarł. O tym jednak przekonamy się dopiero w pierwszym kwartale 2018 roku po premierze tytułu.

                                                  2. Shenmue III ($ 6.333.296)

                                                  Pierwsza część Shenmue była świetną grą, która miała tylko jeden problem — pojawiła się na nieodpowiedniej platformie (biedny Dreamcast). Ci, którzy mieli jednak z nią styczność z pewnością nadal pozostają pod olbrzymim wrażeniem. Podobnie było z częścią drugą. Świetne oceny społeczności i recenzentów nie przyczyniły się jednak do szybkiego wydania kolejnego epizodu serii. Ten do roku 2015 pozostawał typowym “pułkownikiem”. Dopiero przejęcie przez twórcę gry Yu Suzuki licencji do tytułu od Segi przyspieszyło bieg wydarzeń. W czerwcu uruchomiono kampanię na Kickstarterze. Po ośmiu godzinach osiągnięto cel finansowy — $2 mln. Obecnie gra znajduje się w fazie produkcji z datą premiery wyznaczoną na grudzień bieżącego roku. Jak do tej pory niepobity rekordzista w kategorii “gry” na Kickstarterze.

                                                  1. Star Citizen ($ 144.699.782)

                                                  Nie tylko najchętniej finansowana w historii crowdfundingu gra, ale także największy projekt w historii CF w ogóle (nie licząc kampanii The DAO). Obecny stan finansowania projektu (a pamiętajmy, że po zebraniu na Kickstarterze $2,134,374 licznik się nie zatrzymał, twórcy przenieśli fundraising na swoją stronę www) czyni ten tytuł jednym z najdroższych w historii wirtualnej rozrywki. Aby zrozumieć skalę sukcesu wystarczy porównać zebraną przez Star Citizen kwotę z tą, która znajduje się przy zajmującym drugie miejsce na liście Shenmue III.

                                                  Zapytacie więc dlaczego Star Citizen tak bardzo przyciąga nasze portfele? Odpowiedzi może być kilka:

                                                  • osoba Chrisa Robertsa, twórcy kultowego Wing Commander, który na gatunku space opera zjadł zęby,
                                                  • skala i ambicja projektu, m.in. wielkość świata gry, liczba oferowanych graczom aktywności czy dbałość twórców o szczegóły,
                                                  • widoczna na każdym kroku jakość, począwszy od grafiki, możliwościach technicznych silnika gry, czy obsadzie (Gary Oldman, Mark Hamill, Mark Strong, Andy Serkis – można wymieniać w nieskończoność),
                                                  • model otwartej produkcji, polegający na stałym ulepszaniu i rozbudowywaniu gry przy równoczesnej możliwości grania w ten tytuł.

                                                  Niektóre z tych nazwisk przewijały się już w naszym zestawieniu, inne nie. Sprawdźcie, którzy tytani gamedevu korzystali z crowdfundingu do realizacji swoich projektów!

                                                    Skomentuj